Najpiękniejsza rzecz w Kościele

Msza Święta jest sercem Kościoła. Św. Alfons Maria de Liguori nazywał ją najpiękniejszą rzeczą w Kościele, św. Ojciec Pio mówił, że łatwiej byłoby żyć na ziemi bez słońca niż bez Mszy Świętej, a bł. abp Antoni Julian Nowowiejski, pisząc swe dzieło poświęcone Najświętszej Ofierze, stwierdził, że historię Mszy należałoby pisać na klęczkach, by oddać Jej należną cześć.

 

Dlaczego pisano w ten sposób o Mszy? Z prostego powodu. Jest Ona Ofiarą Ciała i Krwi Pana Jezusa Chrystusa sprawowaną na ołtarzach w sposób bezkrwawy pod postaciami chleba i wina dla upamiętnienia Ofiary Krzyżowej.

 

Jest to więc ze swojej istoty ta sama ofiara, co Ofiara Krzyżowa, gdyż ten sam Zbawiciel, który ofiarował siebie na Krzyżu, ofiarowuje się przez ręce swoich kapłanów, ale sposób, w jaki się to dzieje, jest bezkrwawy.

 

Msza i Eucharystia – subtelne różnice

Dzisiaj często zamiennie używa się pojęć „Msza Święta” i „Eucharystia”. Warto jednak pamiętać, że tradycyjna nauka katolicka czyni pod tym względem subtelne, acz istotne rozróżnienia. Eucharystia to najważniejszy sakrament ustanowiony przez Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina, w którym jest prawdziwie, rzeczywiście i istotnie obecny sam Jezus Chrystus.

 

Czym zatem różni się sakrament Eucharystii od Ofiary? Po pierwsze, sakrament dokonuje się przez konsekrację i trwa, ofiara zaś wyczerpuje się i kończy z chwilą dokonania aktu ofiarowania. Dlatego Najświętszą Eucharystię przechowujemy ze czcią w tabernakulach i ma ona znaczenie sakramentu, a nie ofiary. Po drugie, dla tych, którzy przyjmują Eucharystię w postaci Hostii Przenajświętszej, staje się duchowym pokarmem oraz źródłem zasług i pożytków nadprzyrodzonych. Ofiara zaś ma ten skutek, że nie tylko daje możność zbierania zasług, lecz także zadośćuczynienia.

 

Dlaczego składamy Ofiarę Mszy Świętej?

Najświętszą Ofiarę składamy z czterech głównych powodów: aby oddać Bogu należną cześć; by podziękować Mu za Jego dobrodziejstwa; aby przebłagać Pana Boga i zadośćuczynić za nasze grzechy oraz wspomóc dusze w czyśćcu cierpiące; by wyprosić u Boga wszelkie potrzebne łaski.

 

Wielość obrządków – cel ten sam

Choć mamy wiele obrządków i rytów, to cel każdej Mszy Świętej jest ten sam. Zbawiciel zostawił nam tylko to, co jest absolutnie konieczne, aby sakrament zaistniał, resztę zaś pozostawił Kościołowi. Obrzędy, które okalają przeistoczenie, miały zatem swobodnie same się rozwinąć pod wpływem określonej kultury, wypływając z głębi przepełnionych modlitwą dusz świętych.

 

Kościół katolicki dopuszcza wielość obrządków, o ile tylko wyrastają one z tradycji danego Kościoła lokalnego i nie sprzeciwiają się nauce katolickiej.

W Kościele zachodnim na przestrzeni wieków rozwinęły się obrządki:

  • Klasyczny ryt rzymski, zwany też formą nadzwyczajną, sprawowany powszechnie w Kościele do 1970 roku, w języku łacińskim.
  • Novus Ordo Missae – powszechna dziś forma zwyczajna, sprawowana przeważnie w językach narodowych.

 

Oba ryty znacznie się od siebie różnią. Klasyczny ryt uwypukla ofiarniczy charakter Mszy, a Novus Ordo Missae – podkreśla choćby wspólnotowość. Różnic jest jednak znacznie więcej. Porównaniem obu rytów zajmiemy się niebawem.

 

Ponadto na Zachodzie istnieją obrządki rzymsko-monastyczne, utrzymane przez niektóre zakony: np. dominikanów i kartuzów. Znamy też obrządki: ambrozjański, bragijski, mozarabski, gallikański, iryjski.

 

Niebiański urok

Msza Święta oczyszcza nas i oczarowuje swym niebiańskim urokiem tak, że wszystkie nasze zmysły zdają się widzieć, słyszeć, czuć, smakować i dotykać czegoś, czego ta ziemia dać nie może. To niezwykłe piękno podkreślają gesty, szaty i naczynia używane podczas Najświętszej Ofiary.

 

Święte szaty

Kapłan składa ofiarę Mszy Świętej w imieniu Jezusa Chrystusa i Kościoła. Dlatego wdziewa szaty, które wyrażają Jego godność i uzmysławiają wewnętrzne usposobienie, z jakim należy zbliżać się do ołtarza.

 

Na szyję i ramiona wkłada kapłan humerał, czyli czworokątną chustę lnianą, która przypomina potrzebę skupienia.

 

Następnie wdziewa albę, czyli długą szatę lnianą spadającą aż do kostek. Przypomina ona szaty obmyte we Krwi Baranka, o których pisze św. Jan w Księdze Apokalipsy.

 

Fałdy alby podtrzymuje cingulum – pas lub sznur będący symbolem powściągliwości.

 

Podczas odprawiania Mszy w klasycznym rycie rzymskim kapłan na lewym ramieniu zawiesza manipularz. Powstał on z chusty przeznaczonej do ocierania potu i oznacza znój pracy kapłańskiej. Manipularz przypomina też kajdany, które włożono Jezusowi Chrystusowi na ręce, kiedy go pojmano, oraz sznur, na którym prowadzono go na Golgotę.

 

Na szyję wkłada kapłan stułę, czyli wąską długą szarfę, którą krzyżuje na piersiach. Jest ona symbolem łaski uświęcającej.

 

Wierzchnią szatą jest ornat, okrywający całą postać celebransa i symbolizujący pełnię doskonałości, którą kapłan winien osiągnąć.

 

Poza Mszą św. kapłan wkłada kapę, tj. obszerny płaszcz z kapturem, spięty klamrą.

 

Kolory szat liturgicznych

Kościół zmienia barwę szat liturgicznych, aby lepiej wyrazić charakter sprawowanych obrzędów i dynamikę roku liturgicznego. Zasadniczo w liturgii rzymskiej używa się sześciu barw.

 

Biała – symbol światła, czystości i radości. Używa się jej w święta Pańskie, Matki Bożej, Aniołów, świętych wyznawców i dziewic.

 

Czerwona – barwa ognia, krwi i szat królewskich. Używana w święto Zesłania Ducha Świętego, uroczystości Krzyża Świętego, Męczenników i w procesji z palmami. W zwyczajnej formie rytu rzymskiego używa się jej także w Wielki Piątek.

 

Zielona – barwa żywej przyrody. Symbol życia i nadziei. Używana w okresach poświątecznych.

 

Fioletowa – symbol pokuty i tęsknoty. Kościół posługuje się nią w okresach przygotowania na święta: w Adwencie, Przedpościu i w Wielkim Poście oraz w wigilie. W zwyczajnej formie rytu rzymskiego: w Adwencie, Wielkim Poście oraz w liturgii za zmarłych.

 

Różowa – symbol świtającej jutrzenki. Dozwolona jest w trzecią niedzielę Adwentu i czwartą niedzielę Wielkiego Postu. Podkreśla radość z bliskości Pana i przerwę w dyscyplinie pokutnej.

 

Czarna – symbol nocy, grzechu i śmierci, ale też żałoby i pokuty. Używa się jej w Wielki Piątek (w klasycznym rycie rzymskim) oraz w Mszach za zmarłych i w Dzień Zaduszny.

 

Ponadto, jeśli zachodzi taka potrzeba, w dzień świąteczny szaty liturgiczne koloru złotego lub srebrnego mogą zastępować szaty innego koloru, jednak nie fioletowe lub czarne.

 

Postawy w liturgii

Postawa stojąca jest znakiem głębokiego uszanowania dla Boga – najwyższego Pana. Celebrans prawie wszystkie czynności liturgiczne odprawia w postawie stojącej.

 

Postawa klęcząca oznacza głęboką cześć, uszanowanie. Klęczenie jest wyrazem uniżenia i uwielbienia dla Boga. Klęczy się przed Najświętszym Sakramentem, ołtarzem, krucyfiksem, świętym obrazem, w czasie przyjęcia Komunii Świętej i podczas dziękczynienia po przyjęciu Ciała Chrystusa.

 

Klęczenie oznacza także postawę pokutną i błagalną. Człowiek klęka, by adorować Boga. W ten sposób wyraża szczególną cześć dla Jego Majestatu.

 

Postawa siedząca według starożytnego zwyczaju przysługiwała osobom urzędowym i nauczycielom jako znak władzy i godności. Siedzenie jest także postawą słuchającego ucznia. Zwyczaj siedzenia podczas czytań biblijnych (z wyjątkiem Ewangelii) i homilii sięga początków chrześcijaństwa.

 

Prostracja czyli padanie na twarz, względnie leżenie krzyżem jest wyrazem uniżenia siebie wobec Boga. W obrządku łacińskim obrzęd ten wykonuje kapłan na rozpoczęciu Liturgii Męki Pańskiej w Wielki Piątek, upadając na twarz przed ołtarzem. Prostrację wykonują także kandydaci do święceń diakonatu, prezbiteratu i episkopatu, zakonnicy składający śluby oraz kandydat na opata lub kandydatka na ksienię w czasie obrzędów liturgicznych.

 

W rycie klasycznym istnieje także druga forma prostracji, polegająca na pochyleniu ciała w postawie klęczącej.

 

Gesty liturgiczne

Pokłon – w liturgiach wschodnich jest często stosowanym znakiem głębokiego szacunku i uwielbienia. W liturgii rzymskiej oznacza zarówno szacunek, jak i gotowość praktykowania pokuty.

 

Podnoszenie oczu – wyraz skierowania duszy i myśli ku Bogu. Modlący się człowiek w tęsknocie za Bogiem spontanicznie kierował swój wzrok w górę. Podnoszenie oczu miało ułatwić uświadomienie sobie obecności Bożej i osiągnięcie większej głębi i serdeczności w modlitwie.

 

Pocałunek – jest gestem miłości i wyrazem czci. Kapłan składa pocałunek na ołtarzu. Pocałunek ołtarza jest oddaniem czci Chrystusowi, do którego ołtarz należy i na którym Zbawiciel składa ofiarę przebłagalną Ojcu w Duchu Świętym. Często w ołtarzu znajdują się relikwie świętego, w nawiązaniu do zwyczaju sprawowania Eucharystii na grobach męczenników. Wyrazem czci jest ucałowanie Ewangelii, przez którą spotykamy się z Chrystusem.

 

Całujemy krzyż Chrystusa w Wielki Piątek dla uczczenia Męki Zbawiciela. Całuje się relikwie święte dla zjednania patrona, u którego szukamy wstawiennictwa przed Bogiem. W liturgii praktykowano dawniej „pocałunek pokoju”, który oznaczał miłość nadprzyrodzoną, braterstwo, pokój i pojednanie. Dlatego pocałunek we Mszy św. był gestem stosowanym jako przygotowanie do Komunii Świętej.

 

Znak pokoju – praktykuje się przed Komunia Świętą w zwyczajnej formie rytu rzymskiego. Oznacza braterstwo, pokój i pojednanie.

 

Gesty rąk

Wznoszenie rozłożonych rąk jest wyrazem oczekiwania pomocy Bożej. Chrześcijanie widzą w tym ponadto podobieństwo do modlącego się Zbawiciela na Krzyżu. W liturgii celebrans rozkłada ręce przy odmawianiu modlitw: kolekty, modlitwy nad darami, Modlitwy Eucharystycznej i modlitwy po Komunii. Gest ten oznacza, iż adresatem tych modlitw jest Pan Bóg. Wyciągnięcie rąk w kierunku wiernych ze słowami pozdrowienia przypomina o obecności Pana podczas Mszy.

 

Gest złożenia rąk sięga swoimi korzeniami średniowiecza i wywodzi się ze składania hołdu. Obrzęd ten wszedł do liturgii święceń kapłańskich, kiedy to nowo wyświęcony ksiądz wkłada swoje ręce w ręce biskupa, przyrzekając jemu i jego następcom posłuszeństwo i szacunek. Składanie rąk praktykowane przy modlitwach wyraża podniesienie duszy do Boga i poddanie się Jego woli.

 

Nałożenie rąk należy do najstarszych obrzędów liturgicznych. W Piśmie Świętym oznaczało przekazywanie błogosławieństwa bądź przekazywanie władzy. W liturgii włożenie rąk, w zależności od obrzędu, może oznaczać błogosławieństwo, udzielanie Ducha Świętego, przyjęcie pod władzę, uwalnianie spod władzy złego ducha.

 

Bicie się w piersi w chrześcijaństwie od początku uważane było za wyraz pokory i gotowości czynienia pokuty. Ponieważ serce uchodziło między innymi za źródło i siedlisko grzechu, dlatego bicie się w piersi uważano za widzialny znak poczucia grzeszności, żalu, skruchy i szczerego wyznania grzechów.

 

Znak krzyża przypomina, że chrześcijanin ma siebie samego krzyżować z Chrystusem i naśladować Go w bolesnej drodze. Żegnanie się znakiem krzyża jest zewnętrznym wyznaniem wiary. Wielkiego znaku krzyża używa się na początku i na końcu czynności liturgicznych, przy błogosławieństwach i poświęceniach.

 

Naczynia liturgiczne

Kielich – naczynie liturgiczne używane do sprawowania sakramentu Eucharystii.

 

Puryfikaterz jest małym ręczniczkiem służącym do wycierania kielicha.

 

Palka – część bielizny kielichowej. To czworobok lniany służący do nakrywania kielicha. Usztywnia się go przez włożenie tekturki.

 

Patena – naczynie liturgiczne zazwyczaj w kształcie talerzyka przeznaczone dla konsekrowanej Hostii. Powinna być wykonana ze szlachetnego metalu.

 

Korporał – kwadratowy obrus o wymiarach 50×50 cm. Najczęściej rozkładany poczwórnie. Powinien być na nim naszyty krzyż. W czasie celebracji Mszy Świętej ustawiane są na nim: kielich, patena oraz cyborium. Poza celebracją używa się go do wystawienia Najświętszego Sakramentu. Korporał powinien być wykonany z tkaniny naturalnej. Symbolizuje całun, w który owinięte było ciało Jezusa złożone w grobie.

 

Ampułki – małe naczynia na wino i wodę.

 

Lawaterz – mały dzbanek i miseczka używane przy obmywaniu rąk przez kapłana.

 

Cyborium (puszka) – była okrągłym lub czworokątnym pudełkiem służącym do przechowywania Najświętszego Sakramentu. Od XIII wieku przybrała formę kielicha z przykrywką do przechowywania Hostii.

 

Monstrancja – naczynie liturgiczne służące w liturgii do umieszczania w nim konsekrowanej Hostii, wystawiane na ołtarz podczas nabożeństw, adoracji, błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem oraz w czasie procesji teoforycznej (np. w uroczystość Bożego Ciała).

 

Kustodia – metalowe naczynie liturgiczne w kształcie puszki, niekiedy z nóżką, pozłacane od środka. Przeznaczone do przechowywania w tabernakulum Najświętszego Sakramentu. W kustodii umieszcza się Hostię, która służy do wystawiania w monstrancji do publicznej adoracji przez wiernych.

 

Melchizedek – część składowa monstrancji będąca metalową oprawką najczęściej w kształcie półksiężyca, która przytrzymuje Najświętszy Sakrament wystawiony w monstrancji. Melchizedek po wystawieniu Najświętszego Sakramentu przechowuje się w kustodii w tabernakulum.

 

Vasculum – naczynie z wodą, zazwyczaj stojące przy tabernakulum. Służy do obmywania (ablucji) palców przez szafarza po udzieleniu Komunii Świętej.

 

 

Oprac. BB


NAJNOWSZE WYDANIE:
Bogactwo Tradycji Kościoła
Czy mamy świadomość, jak bogate są tradycje Kościoła? Czy zastanawiamy się, jaka jest symbolika szat liturgicznych, ich koloru? Jakie znaczenie mają gesty podczas Mszy Świętej? Czy mamy świadomość, że na chrześcijańskim Wschodzie w inny sposób odprawiana jest Msza, ale jest to Msza ważna, a tamtejsze wspólnoty – choć mniej liczne od schizmatyckich – są w pełnej łączności ze Stolicą Świętą?

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!

 
Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to jak ani co macie mówić...
ojciec Krzysztof

Drodzy w Chrystusie Panu! Znane nam są z Ewangelii słowa Pana Jezusa: Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi (Łk 10,19). Wypowiedział je do uczniów, uradowanych faktem, że przez wzgląd na ich Mistrza nawet złe duchy były im posłuszne.

 

Abyśmy nie sądzili, że nasze życie nie jest bojowaniem z tym, którego Biblia nazywa „ojcem kłamstwa – nieprzyjacielem” i z tymi, którzy są przez niego zniewoleni, warto przypomnieć fragment listu św. Pawła do ­Efezjan: Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich (Ef 6,12).

 

Prowadząc tę walkę, nie powinniśmy się bać przeciwnika, jakim jest szatan i złe duchy. Zbawiciel przecież nas poucza: Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16,17–18). A obiecując pomoc z Nieba, powiada: Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was (Mt 10,19–20).

 

Jednak, aby obiecane wsparcie nie stało się dla nas okazją do zadufania we własne siły, nie możemy zapomnieć także o innych słowach Chrystusa Pana: Jednakże nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w Niebie (Łk 6,20).

 

Doskonale to rozumiał św. Franciszek, który pozostawił braciom taką prośbę: Dlatego w Miłości, którą jest Bóg, błagam wszystkich braci moich (…), aby we wszystkim starali się uniżać, by nie chełpili się ani nie cieszyli się w sobie i nie wynosili się wewnętrznie z powodu dobrych słów i dzieł, co więcej – z żadnego dobra, jakie Bóg niekiedy czyni lub mówi i dokonuje w nich i przez nich samych, według tego, co Pan mówi: „Zaprawdę, nie z tego się cieszcie, że duchy są wam podległe”. I bądźmy mocno przekonani, że do nas nic nie należy prócz wad i grzechów. I bardziej powinniśmy się cieszyć, gdy wpadamy w różnorakie pokusy i gdy na tym świecie, ze względu na życie wieczne, znosimy wszelakie udręczenia albo utrapienia duszy lub ciała.

 

Mówiąc w ten sposób, Biedaczyna z Asyżu nie zachęcał bynajmniej swoich braci do pasywności wobec nieprzyjaciół „duszy i ciała”. Wprost przeciwnie, jego wezwanie do radosnego znoszenia różnorakich udręczeń, zdaje się być zachętą do czynnego z nimi wojowania.

 

Dopowiedzieć należy, że to, co dostrzegamy na ziemi jako złe, a co zdaje nam się „królestwem szatana”, jest de facto „królestwem człowieka” zaprzedanego szatanowi. Prawdą jest bowiem, że diabeł wcale nie dąży do zbudowania sobie królestwa na ziemi, z tego m.in. powodu, że to, co ziemskie, jest mu obmierzłe i godne pogardy. Zły usilnie pragnie poprzez grzech i sprzeciw wobec dobra doprowadzić człowieka do duchowej śmierci i zatracenia w autentycznym swoim królestwie, po drugiej stronie życia.

 

Najczęściej stosowaną przez szatana metodą zwodzenia człowieka jest zachęcanie go, aby – podobnie jak i on – zaczął stawiać się ponad innych, a uważając siebie za lepszego i ważniejszego (choćby z racji narodowości czy tzw. orientacji seksualnej), nie wstydził się, tu i teraz, doświadczać wszelkich możliwych przyjemności płynących z poczucia własnej „wyższości i lepszości”. Nic zatem ­dziwnego, że tak zwiedziony człowiek, stara się – niejako automatycznie – zagłuszając głos własnego sumienia (albowiem wierząc w to, że jest kimś wyjątkowym, żyje w nieustannym wewnętrznym konflikcie), dążyć do uprawomocnienia swojej mniemanej „lepszości”. Chce to uczynić poprzez wprowadzanie różnorakich przepisów prawnych, które nie tylko aprobują jego zachowanie (i działalność), ale także zabraniają jakichkolwiek form krytyki i sprzeciwu wobec tego rodzaju zachowania.

 

Jasne się zatem staje, że odrzucenie dotychczasowych chrześcijańskich zasad – przykazań – wartości, na których opierała i jeszcze w dużym stopniu opiera się cywilizacja i kultura Zachodu, musi doprowadzić do jej upadku i samozatracenia.

 

Budowana obecnie „kolorowa cywilizacja” to ubrane w różnorakie fatałaszki specyficzne monstrum, które pożera nie tylko tych, którzy je współtworzą, ale i tych, którzy swoją pasywnością tego rodzaju ludziom na to przyzwalają.

 

Jeśli przeciwko podobnym „zwiedzeńcom” oraz tworzonej przez nich „kolorowej cywilizacji” nie wystawi się odpowiedniej ewangelicznej siły, to tym samym nie da się uniknąć katastrofy. Dochodzi już do tego, że tzw. „lepszyści”, w imię swoich przekonań zaczynają pracować nad tym, aby „uwolnić” innych z „niewoli religii”, „ciasnych nacjonalizmów”, „różnic płciowych” itd.

 

Wśród takich „lepszystów” znajdzie się zapewne także miejsce dla tych, którzy przejąwszy się hasłami o grożącym nam ociepleniu, wyczerpaniu zasobów naturalnych itd. zaczną w imię „wyższych racji” (np. zrównoważonego rozwoju) nawoływać do pozbawiania życia ludzi „mniej wartościowych”: kalekich, starych, chorych, analfabetów i wszystkich innych, którzy niepotrzebnie zaśmiecają i niszczą przyrodę.

 

Tak więc albo uwierzymy, że otrzymaliśmy władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika i zaczniemy przeciwstawiać się tym, którzy chcą budować „szatańskie królestwo człowieka” na ziemi, albo też, zdradziwszy Chrystusa i własną wiarę, zaczniemy – na własne nieszczęście i zatracenie – służyć „pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich”.

 

Wyboru musi dokonać każdy z nas i nikt od tego wyboru nie zdoła się wymówić.

 

 

Ojciec Krzysztof


 
Medal dla niestrudzonego obrońcy wiary

Z radością informujemy, że długoletni Apostoł Fatimy, Pan Stanisław Drzewiecki z Tuliszkowa został uhonorowany przez ks. biskupa Wiesława Meringa medalem „Zasłużony dla Diecezji Włocławskiej”. O Panu Stanisławie pisaliśmy już w 96. numerze „Przymierza z Maryją”. Dziś postanowiliśmy jeszcze wrócić do Tuliszkowa, by wraz z naszym bohaterem cieszyć się z tego wyróżnienia.

 

Gdyby historią życia naszego Apostoła obdarzyć kilka osób, każda z nich miałaby pełne ręce roboty, a do tego swoją pracą budziłaby podziw i uznanie. Aż trudno uwierzyć, jak wiele pasji, talentów, zainteresowań, zacięcia społecznikowskiego może kryć się w jednym człowieku.

I choć Pan Stanisław w swoim 81-letnim życiu sprawdził się w wielu dziedzinach, jego największą pasją jest nauczanie. Jak już pisaliśmy poprzednio, jest powszechnie znanym i cenionym matematykiem, ale uczył także fizyki i chemii. W zawodzie spędził ponad pół wieku, kształcąc młodzież w 28 szkołach. Mimo przejścia na emeryturę, wciąż pomaga młodym ludziom. Od ponad dekady udziela bezpłatnych korepetycji każdemu, kto się do niego zgłosi. – Uczyć zawsze lubiłem. Satysfakcję czerpałem z tego, że potrafiłem nauczyć matematyki każdego, nawet tego, kto nie miał w tym kierunku najmniejszych zdolności – mówi z przekonaniem. – Dziś cieszy mnie każdy sukces mojego podopiecznego, któremu udaje się wyciągnąć ocenę na lepszą, czy uniknąć powtarzania roku. Myślę, że uczniowie też mnie lubili i lubią. Do dziecka trzeba umieć znaleźć drogę, czymś zainteresować i zachwycić, zachęcić do aktywności. Nauczyciel musi mieć osobowość, musi być ciekawy świata, by dla innych być wzorem, ikoną, która swoim postępowaniem pokazuje, jak dobrze można żyć. Ponadto potrafi wydobyć z dziecka jego zalety i je rozwinąć, rozbudzić ciekawość i chęć do poznawania świata, do pomagania, do ciągłego rozwijania się. Ja zawsze mówię do swoich podopiecznych, że nie chodzi o to, byście pokochali matematykę, ale żeby z was wyrośli porządni ludzie z charakterem. Sam trafiłem jako dzieciak na kilku nauczycieli tak interesujących i wartościowych, a przy tym pełnych zapału, że do szkoły chodziłem nie tylko po naukę, ale właśnie dla moich pedagogów, którzy mnie niesamowicie inspirowali – zapewnia.

 

Pan Stanisław ubolewa nad tym, że obecnie wielu nauczycieli skupia się tylko na przekazywaniu wiedzy, zaniedbując przy tym wychowanie. – Często się mówi: „a niech rodzice wychowują, nauczyciel ma uczyć”. Ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że szkoła, tak jak dom, jak Kościół ma także młodzież kształtować. Niestety, obecnie nauczyciel boi się wychodzić poza swoją rolę, by nie zostać posądzonym przez rodziców o wtykanie nosa w nie swoje sprawy. I to jest przykre. Uważam, że w wielu przypadkach wychowanie dzieci powinno zacząć się od wychowania rodziców. To mocne słowa, ale Pan Stanisław nie boi się mówić tego, co myśli. Tak było w czasach komunizmu, gdy bronił krzyża w szkole i odważnie przyznawał się do swojej wiary. Nigdy nie krył, że jest człowiekiem głęboko religijnym. Za swoje przywiązanie do Kościoła i zaangażowanie w przygotowanie ołtarzy na Boże Ciało w 1968 roku stracił posadę dyrektora szkoły. – Było mi oczywiście przykro, ale w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze. Ołtarze na Boże Ciało ubierali moi dziadkowie (od 1912 roku), rodzice i ja przez 65 lat. Bóg dla mnie i mojej rodziny był zawsze na pierwszym miejscu – podkreśla. I za to piękne świadectwo chrześcijańskiego życia składane zwłaszcza w trudnych czasach i ogromne zaangażowanie w życie swojej parafii w Tuliszkowie, Pan Stanisław został odznaczony medalem „Zasłużony dla Diecezji Włocławskiej”, przyznawanym przez ks. biskupa Wiesława Meringa. Odznaczenie zostało przekazane podczas uroczystości poświęcenia kopii figury św. Michała Archanioła z cudownej Groty Objawień w Gargano.

 

W imieniu Redakcji „Przymierza z Maryją” gratulujemy Panu Stanisławowi tak zaszczytnego wyróżnienia i jesteśmy dumni z faktu, że tak zacna osoba należy do duchowej rodziny Apostołów Fatimy i grona oddanych Przyjaciół Stowarzyszenia im. Ks. Piotra Skargi.

Panie Stanisławie, życzymy Bożego błogosławieństwa i dużo zdrowia!

 

DMB

 




 
Św. Brygida - mistyczka północy
Dorota Matacz-Bajor

Była jedną z największych mistyczek w historii Kościoła i jedną z najlepiej wykształconych kobiet swojej epoki. Przy tym spełnioną żoną, przykładną matką, a także… świątobliwą zakonnicą. Napominała władców, papieży i duchowieństwo. Walczyła o świętość Kościoła, który ukochała bez reszty. Święta Brygida Szwedzka, bo o niej mowa, jest dziś najważniejszą skandynawską świętą. W 1999 roku Jan Paweł II ogłosił ją patronką Europy wraz ze św. Katarzyną ze Sieny i św. Teresą Benedyktą od Krzyża.

 

 

Brygida przyszła na świat w 1303 roku na zamku w Finsta, pod Uppsalą. Pochodziła z arystokratycznego rodu, spokrewnionego z dynastią królewską. Ojciec, Birger Persson był sędzią i należał do najznaczniejszych osób w państwie. Mimo bogactw i pozycji, najgorliwiej kultywowaną rodzinną tradycją była… świętość. Z dumą podkreślano powiązania ze św. Erykiem, patronem Szwecji i ciotką, bł. Ingrid ze Skennige, która założyła pierwszy klasztor dominikanek w swojej ojczyźnie.

 

Mistyczne wizje

 

Dziewczynka od najmłodszych lat odczuwała szczególną więź z Panem Jezusem. Już jako kilkuletnie dziecko doświadczała mistycznych wizji, które przeżywała bardzo dojrzale jak na swój wiek. Gdy miała siedem lat, ukazała jej się Matka Boża, która złożyła na jej głowie koronę, a ta sprawiła jej wielki ból. Innym razem miała widzieć ukrzyżowanie Chrystusa i Jego śmierć na Krzyżu. Na widok Męki Zbawiciela zawołała: O mój kochany Panie! Kto Ci to uczynił? Jezus odpowiedział: Wszyscy ci, którzy mnie nie kochają i odrzucają moją miłość. Brygida wówczas zawołała: Nie chcę niczego, jak tylko miłować Ciebie!

Te dwa wątki – gorliwe poświęcenie się Matce Bożej i medytacje nad Męką Chrystusa – zajmowały ją do końca życia.

 

Żona, matka, wychowawczyni

 

Gdy miała 12 lat, umarła jej matka. Zgodnie z wolą ojca trafiła więc na dwór surowej i wymagającej ciotki Katarzyny Bengtsdotter w Aspanas. Nasza bohaterka dobrze odnalazła się w ascetycznej atmosferze, jaka panowała w domu krewnej. Bez reszty oddała się modlitwie. Pojawiły się myśli o wstąpieniu do klasztoru…

Życie jednak pisało dla niej inny scenariusz. W wieku 14 lat została wydana za mąż za syna gubernatora Wastergotlandu, 19-letniego Ulfa Gudmarssona. Mimo że nie takiej przyszłości pragnęła, starała się być jak najlepszą i oddaną żoną. Dostrzegła w trudzie codzienności małżeńskiej wolę Bożą i chciała ją wypełnić jak najlepiej. Na szczęście mąż okazał się być człowiekiem dobrym, szlachetnym i równie pobożnym.

 

W zgodzie, miłości i wzajemnym poszanowaniu przeżyli razem 28 lat. Bóg dał im ośmioro dzieci – cztery córki i czterech synów. Ich pałac należał do najświetniejszych w kraju. Brygida zarządzała domem i gospodarstwem wzorowo, dbała o służbę, którą przynaglała do nauki i z którą codziennie odmawiała pacierze. Nie pozwalała natomiast na żadne zabawy, tańce i zbyt swobodne zachowania.

Z mężem założyła mały szpital, w którym często sami opiekowali się chorymi. Na wychowawców swoich dzieci Brygida dobrała osoby o odpowiednim wykształceniu i głębokiej wierze. Sama była wybitnym pedagogiem.

 

W 1332 roku została powołana na dwór króla Magnusa II w charakterze ochmistrzyni. W owym czasie hojnie wspierała kościoły, klasztory i osoby ubogie. Przy tak licznych obowiązkach nie zaniedbywała własnego rozwoju duchowego i intelektualnego, utrzymując kontakty z najznamienitszymi uczonymi i teologami swoich czasów. Na jej prośbę jeden z kanoników przetłumaczył Pismo Święte na język szwedzki.

 

Z Bożą misją

 

Religijność Brygidy wywierała ogromny wpływ na jej męża Ulfa, który pod jej wpływem umocnił się w wierze. W 1341 roku zgodnie z rodzinną tradycją razem udali się do grobu św. Jakuba Apostoła w Santiago de Compostela. W trakcie tej trwającej kilkanaście miesięcy pielgrzymki Ulf podupadł na zdrowiu. Złożył wtedy obietnicę, że jeśli Bóg pozwoli mu ujrzeć znów ojczystą ziemię i dzieci, spędzi resztę życia w klasztorze. Tak też się stało – wstąpił do klasztoru cystersów w Alvastra, gdzie zmarł w roku 1344.

 

Brygida podzieliła jego własność między dziedziców oraz biednych i sama osiadła w domu zakonnym, prowadząc bardzo surowe życie. Długie godziny poświęcała modlitwie, mnożyła akty umartwienia i pokuty. Pogłębiała swą wiedzę teologiczną i duchową. Doświadczała wielu widzeń mistycznych, w których otrzymywała od Boga, Chrystusa i Maryi polecenia, by przekazywać wiadomości władzom politycznym i kościelnym. Pod wpływem tych objawień uznała, że nie może dłużej milczeć. Zaczęła pisać listy do możnych tego świata, napominając ich w imię Boże i nie szczędząc gorzkich słów.

Odważnie przypominała królom i politykom ich obowiązki, udzielała rad i wskazówek, jak powinien rządzić chrześcijański władca. Co więcej, przepowiadała im przyszłe losy. Znane są jej ostrzeżenia i surowe przestrogi pod adresem króla Szwecji i Krzyżaków, którym wieszczyła upadek (zostaną wyłamane ich zęby i skruszone ostrza ich mieczy). Z wielką gorliwością przekazywała orędzie o Bożym Miłosierdziu, zapisując słowa Pana Jezusa: Dopóki człowiek żyje, bramy Nieba stoją dla niego otworem. Jeżeli ludzie zmienią swoje życie i Ja złagodzę swój wyrok.

 

Dzięki darowi prorokowania szybko zyskała posłuch wśród władców w całej Europie. Sama zaś coraz mocniej zaczęła angażować się w życie Kościoła. W posiadłości Vadstena, podarowanej jej przez króla, założyła nowe zgromadzenie żeńskie – Zakon Najświętszego Zbawiciela, nazwane później brygidkami. Uczyniła to na wyraźny rozkaz Pana Jezusa. Pierwszą przełożoną została jej córka Katarzyna, późniejsza święta.

 

Na włoskiej ziemi

 

W roku 1349 roku Brygida opuściła Szwecję. Udała się do Rzymu, by uzyskać odpust z okazji roku jubileuszowego oraz zatwierdzić u papieża regułę swego zakonu. Ojca Świętego nie było jednak w Wiecznym Mieście, bowiem od 1309 roku kolejni papieże rezydowali we francuskim Awinionie. Papiestwo przeżywało jeden z największych kryzysów w dziejach. Stolica chrześcijańskiego świata, pozbawiona pasterza, podupadała. Wśród duchowieństwa, w zakonach i wśród świeckich panował kompletny upadek obyczajów. Zanikało życie religijne. Brygida nie mogła patrzeć na to obojętnie. W 1352 roku odważyła się napisać list do papieża Innocentego VI. W ostrych słowach wezwała go – w imieniu Chrystusa – do powrotu na Stolicę Piotrową i do odnowy Kościoła. Niestety bezskutecznie. To samo wezwanie skierowała do jego następcy, bł. Urbana V. I stała się rzecz przedziwna. W 1368 roku papież faktycznie powrócił do Rzymu. Niestety, na krótko. Zniechęcony zamieszkami i zamętem, jaki panował w mieście, postanowił znów osiąść w Awinionie. Brygida nie mogła tego zaakceptować, przepełniona smutkiem przepowiedziała mu wówczas rychłą śmierć, co niebawem nastąpiło.

Nie mniej żarliwie zabiegała o powrót do Rzymu papieża Grzegorza XI. Wierzyła, że w końcu musi do tego dojść, takie miała bowiem widzenie. Jej odezwy w wielkim stopniu przyczyniły się do położenia kresu niewoli awiniońskiej, choć ona sama już tego nie doczekała.

 

Ostatnia droga

 

Z włoską ziemią Brygida związała się bardzo mocno. Rzym stał się jej drugim domem. Tu założyła klasztor swojego zakonu. Wraz ze swoją córką, Katarzyną przemierzała pieszo niemal cały kraj, pielgrzymując do najważniejszych wówczas sanktuariów. W 1372 roku, mimo podeszłego wieku, wyruszyła do Ziemi Świętej. Było to dla niej ogromne, mistyczne przeżycie.

 

Do Rzymu wróciła wiosną 1373 roku. Osłabiona podróżą i chorobą zmarła 23 lipca. Kroniki głoszą, że z okazji pogrzebu św. Brygidy wielu chorych zostało cudownie uzdrowionych. Orszak z jej ciałem wędrował przez całą Europę aż do Gdańska, a stamtąd – przez morze – do Szwecji. Została pochowana w klasztorze w Vadstenie, który stał się skandynawskim Rzymem.

 

Brygida została kanonizowana już w 1391 roku. W 1489 roku złożono relikwie matki i córki, to jest św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny Szwedzkiej, w jednej urnie. 1 października 1999 roku św. Jan Paweł II ogłosił św. Brygidę współpatronką Europy. Jest także patronką Szwecji, pielgrzymów oraz dobrej śmierci. Dziś w Europie funkcjonuje dziewięć kontemplacyjnych klasztorów brygidek, w tym dwa w Polsce.

 

Dorota Matacz-Bajor

 


 
Chrzest w wiejskim kościółku
Leonard Przybysz

Patrząc na ten obraz, trudno się nie uśmiechnąć i… nie odczuć pewnej dozy nostalgii i wzruszenia.

Cóż widzimy na obrazie, którego autorem jest Edouard Gelhay? Ceremonię chrztu w wiejskim kościółku w miejscowości Vattetot‑sur‑Mer położonej we francuskiej Normandii.

Co jeszcze? Na ścianie widzimy ładną figurę Najświętszej Maryi Panny, a przed nią dwa wazony wypełnione kwiatami. Od razu możemy też dostrzec, że ta niewielka świątynia wymaga renowacji.

Rodzice oraz chrzestni ubrani są w odświętne stroje. Niewątpliwie są to prości chłopi, przyzwyczajeni do ciężkiego życia na wsi. Uwagę przykuwa też postać matki chrzestnej, która trzyma na ręku dziecko. Trudno nie dostrzec jej delikatnego uśmiechu, gdy spogląda na dzieciątko, które lada moment zostanie ochrzczone.

 

Kościelny, widoczny po prawej stronie obrazu, z uwagą przygląda się całej ceremonii. W każdej chwili służy pomocą…

Jeden ministrant trzyma zapaloną świecę, która symbolizuje światło Chrystusa. Przez Chrzest Święty to światło za chwilę rozproszy mrok pogaństwa w duszy tego dziecka. Mrok grzechu pierworodnego ustąpi miejsca światłu Zbawiciela.

Drogi ­Czytelniku, taka jest historia wszystkich nas – ochrzczonych. Pytanie tylko, czy często myślimy o tej wielkiej łasce?

Wróćmy jednak do obrazu…

 

Drugi ministrant trzyma księgę liturgiczną, przyczyniając się tym samym do tego, że ceremonia Chrztu Świętego przebiega według właściwego porządku.

Warto powiedzieć parę słów o kapłanie, który jest centralną postacią obrazu. Odczuwając ciężar swego wieku, rozpoczyna ceremonię na siedząco. Kościelny strój dodaje mu dostojeństwa. Strój tego celebransa przypomina nam o świętej hierarchii w Kościele, zaczynając od papieża, poprzez kardynałów, arcybiskupów, biskupów, aż po prostych kapłanów. Każdy z nich ma odpowiedni strój – mniej lub bardziej okazały – w zależności od miejsca, jakie zajmuje w tej hierarchii. Musimy pamiętać, że Kościół nie jest instytucją egalitarną. Przeciwnie, wyróżnia się przez nierówność i różnorodność – także w stroju noszonym przez osoby duchowne.

 

Święty Tomasz z Akwinu i inni wielcy teologowie tłumaczą tę różnorodność, zwracając uwagę na to, że jest ona potrzebna człowiekowi.

Na koniec ostatnia uwaga: czy zgodzisz się, Drogi Czytelniku, z opinią, że atmosfera tego obrazu wywołuje w nas jakiś rodzaj tęsknoty za tym rodzajem sacrum, które we współczesnym Kościele jest już tylko ledwie dostrzegalne?

Dobrze by było, gdyby ta szczególna atmosfera wróciła, prawda?

 

Leonard Przybysz

 

Edouard Gelhay (1856–1939), Chrzest w Vattetot‑sur‑Mer, Muzeum w Morlaix, Francja.

 

 



 
Wychowanie do życia w rodzinie
Janusz Wardak

W ostatnich miesiącach ponownie mieliśmy do czynienia z szumem medialnym wokół tak zwanej „edukacji seksualnej”. Już samo określenie „edukacja seksualna” sugeruje, że seksualność należy traktować jako pewien samodzielny, niezależny od innych obszar działania człowieka, w którym powinien on osiągnąć określoną sprawność. Tymczasem wyłączenie sfery seksualnej z kontekstu rodziny i przekazywania życia jest po prostu głębokim zubożeniem i zakłamaniem tej dziedziny, i jako takie nie powinno być przekazywane dzieciom.

 

To bowiem rodzina jest najbardziej podstawową, a jednocześnie, jak wykazują badania, najbardziej efektywną komórką społeczną, w której mogą przyjść na świat i wychować się obywatele państwa, i jako taka powinna być przez państwo chroniona i promowana.

 

Rodzice, nie bójcie się rozmawiać z dziećmi!

 

Rodzina jest też najlepszym miejscem, w którym dzieci powinny nauczyć się czym jest miłość, rodzina, skąd biorą się dzieci i jak należy o rodzinę dbać. Ten przekaz – podobnie jak każdy przekaz związany z wychowaniem – powinien odbywać się w dwóch obszarach: przekazu słownego i przykładu życia. Żadnego z nich nie można zaniedbywać, jeden z nich nie może istnieć bez drugiego.

 

Najlepszym miejscem i relacją, w jakiej dziecko powinno dowiedzieć się, skąd wzięło się na świecie, jest relacja rodzinna. Do tego konieczna jest konkretna rozmowa rodzica z dzieckiem i nie jest to temat, w którym wyręczyć nas może jakakolwiek inna osoba lub instytucja. Może to mieć miejsce przy okazji pytań, które w naturalny sposób pojawiają się u dzieci, np. skąd wziął się dzidziuś w brzuszku mamy lub co to znaczy, że jakaś pani jest w ciąży.

Dlaczego tak ważne jest, aby ta wiedza była przekazywana w rodzinie? Bo tylko w ten sposób dziecko będzie kojarzyło później sferę seksualności z czymś pięknym, co przekazuje życie, co wiąże się z miłością. Dziecko lub młody człowiek, który dowiaduje się o początkach życia z innych źródeł – najczęściej oznacza to przekaz od rówieśników – często otrzymuje tę wiedzę w formie zwulgaryzowanej i wypaczonej, i taki obraz współżycia mężczyzny i kobiety zachowa na długie lata.

 

Kiedy i w jaki sposób powinno się przekazywać te informacje? Jak już wspomnieliśmy, w pierwszej kolejności warto wykorzystywać nadarzające się okazje do takiej rozmowy. Jeśli natomiast okazji nie będzie, trzeba po prostu taką rozmowę z dzieckiem przeprowadzić. Kiedy najpóźniej? Wydaje się, że rozsądne jest, aby zrobić to najpóźniej przed Pierwszą Komunią Świętą, tak aby dziecko przystępujące do tego sakramentu w pełni odróżniało prawdę od legend i bajek w najważniejszych obszarach swojego życia. Najlepiej, aby taką rozmowę przeprowadził tata z synem i mama z córką.

 

Jak rozmawiać?

 

Przede wszystkim w sposób naturalny, bez sztywnej atmosfery, używając języka zrozumiałego dla dziecka w danym wieku.

Jedną z istotnych zasad rozmawiania na temat seksualności z dziećmi jest odpowiadanie tylko bezpośrednio na pytanie postawione przez młodego człowieka. Jeśli na przykład dziecko pyta, skąd wzięło się na świecie, wystarczy odpowiedzieć, że z ­miłości mamy i taty. Jeżeli nasz potomek nie będzie zadawał następnych pytań, oznacza to, że taka odpowiedź na tym etapie go satysfakcjonuje. Jeśli dziecko będzie chciało wiedzieć więcej, zada kolejne pytania – my nie musimy tych pytań wyprzedzać. Warto jednocześnie pamiętać, że nigdy, jeśli komunikujemy się z dzieckiem, nie możemy kłamać. Możemy pewne rzeczy upraszczać, dostosowując je do wieku dziecka, ale nie możemy kłamać. Jeśli z kolei pytanie dotyczące tej sfery zostanie zadane w bardzo niestosownym miejscu lub sytuacji (np. w miejscu publicznym lub podczas uroczystej kolacji z rodziną), możemy powiedzieć, że udzielimy odpowiedzi na nie później, jednak trzeba pamiętać, aby naprawdę tej odpowiedzi później udzielić.

 

Miłość i wstydliwość

 

Tak jak już powiedzieliśmy, rozmawianie z dziećmi o seksualności jest tylko jednym z aspektów wychowania w tym obszarze. Drugim, równie ważnym lub nawet ważniejszym, jest dawanie osobistego przykładu. Najważniejszym przykładem w tej dziedzinie jest dla dziecka przykład miłości małżeńskiej rodziców. Daje on nie tylko bardzo silne poczucie bezpieczeństwa, ale jest wzorcem, według którego dziecko będzie budowało w przyszłości swoje dorosłe relacje. Dlatego niezmiernie istotne jest, aby widziało ono rodziców, którzy się przytulają, obdarzają pocałunkami, pomagają sobie wzajemnie, są dla siebie mili i uśmiechnięci. Nie oznacza to, że dziecko nie powinno widzieć żadnych trudnych sytuacji czy być świadkiem różnicy zdań między rodzicami. Nigdy nie powinniśmy kłócić się w obecności dzieci, ale jeśli mimo wszystko zdarzy nam się jakiś spór, którego one są świadkami, powinny również doświadczyć naszego wzajemnego przebaczenia. Wielką pomocą we właściwym wychowaniu do życia w rodzinie jest zapomniana dziś cnota wstydliwości. Wstydliwość pomaga człowiekowi odróżniać to, co intymne i chronić tę sferę przed innymi. Dlatego też dzieci nie powinny nigdy widzieć swoich rodziców roznegliżowanych. Rodzice powinni również dbać o to, aby dzieci – poza najmłodszymi – nie pokazywały się innym bez ubrania ani nie kąpały się razem.

 

Instytucje powinny wspierać rodziców

 

Fakt, że najważniejsze zadanie w wychowaniu do życia w rodzinie ma sama rodzina, nie oznacza, że inne instytucje, takie jak szkoła, Kościół, harcerstwo czy inne grupy rówieśnicze, nie odgrywają w nim żadnej roli. Trzeba tylko pamiętać o zasadzie pierwszeństwa rodziców w wychowaniu i spójności wychowawczej. Oznacza to, że do dziecka powinien ze wszystkich stron trafiać spójny przekaz dotyczący wartości, a jego kierunek powinni wyznaczać rodzice. Jeśli więc taki przekaz będzie spójny i zgodny z wartościami rodziny, inne instytucje mogą odgrywać bardzo istotną rolę pomocniczą.

Warto zauważyć, że cały układ kolejnych etapów edukacji – od przedszkola aż po szkoły zawodowe lub studia – jest zaplanowany w taki sposób, aby stopniowo przygotować młodego człowieka do dorosłego życia. Niezwykle istotnym elementem tego życia jest umiejętność współżycia w różnych grupach społecznych i budowania relacji, w tym tworzenie i utrzymywanie relacji rodzinnych. Dlatego też szkoła, której rodzice powierzają swoje dziecko na tak długi czas, nie może odżegnywać się od zadania przekazywania wartości, które pomogą przyszłym obywatelom jak najlepiej odnaleźć się w rzeczywistości rodzinnej.

 

Jeśli natomiast zdarza się, że szkoła nie tylko nie wspiera rodziny w przekazywaniu tych wartości, ale wręcz je podważa, ośmiesza czy też przekazuje wartości przeciwne, u dziecka powstaje zaburzony obraz świata, ze sprzecznymi komunikatami, płynącymi od dwóch bardzo ważnych dla niego autorytetów – rodziców i szkoły. Dlatego też szkoła najlepiej spełnia swoje zadanie, kiedy – na miarę swoich możliwości – współpracuje z rodzicami w celu kształtowania u dziecka spójnej, pozytywnej wizji rodziny, która pomoże mu lepiej funkcjonować w dorosłym życiu.

 

Kościół doskonale uzupełnia temat przekazywania życia o jego wymiar moralny, który pomaga odnajdować się w świecie, w którym istnieje ogromny chaos w tej dziedzinie. Inne środowiska, np. dobre środowiska rówieśnicze, mogą uzupełniać pozytywny przykład rodziców przykładem rówieśników, który z wiekiem staje się dla młodych ludzi coraz ważniejszy.

 

Właściwe i skuteczne wychowanie do życia w rodzinie jest możliwe także w dzisiejszych, dość zwariowanych pod wieloma względami czasach. Jednak pierwszorzędną rolę powinni w tym obszarze odgrywać rodzice, a inne instytucje i osoby powinny ich wspierać, zawsze szanując wyznawane przez rodziców wartości. *

 

Janusz Wardak

 

* Szersza wersja tego artykułu ukazała się w piśmie „Przyjaciel Rodziny” nr 1/2019. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

 

Janusz Wardak od 24 lat szczęśliwy mąż i ojciec dziesięciorga dzieci w wieku od 3 do 22 lat. Jeden z założycieli Akademii Familijnej. Stały gość audycji „Wychowywać, ale jak?” w Radiu Warszawa. Były wicedyrektor szkoły dla chłopców „Żagle” Stowarzyszenia „Sternik”. Aktualnie mówca, trener i niezależny doradca edukacyjny.

 


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziękuję Panu Prezesowi za troskę o mnie. Dziękuję Redakcji za „Przymierze z Maryją”. Pragnę zapewnić, że nadal chcę otrzymywać Wasze pismo. Ono pomaga mi w wielu sprawach – tak wiary, jak i moralności. Bardzo jest mi potrzebne, bo mam niestety problemy, zwłaszcza z zachowaniem szóstego przykazania. Często zastanawiam się, czy uda mi się z tego wyjść, czy się poprawię? Wierzę, że tak. Ufam Bożej Opatrzności. Prosząc o modlitwę za mnie, pozdrawiam całe Stowarzyszenie im. Ks. Piotra Skargi.

Dawid

 

 

Szczęść Boże!

Z całego serca dziękuję za przesłanie mi obrazu Niepokalanego Serca Maryi. Teraz modlę się codziennie przed Mateńką. I widzę, że Ona się do mnie uśmiecha. Czuję Jej błogosławieństwo. Jakaż to łaska! Pozdrawiam Was serdecznie.

Jadwiga

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pragnę za pośrednictwem Redakcji serdecznie podziękować Stowarzyszeniu im. Ks. Piotra Skargi za słowa otuchy i przesłanie Jubileuszowego Różańca, upamiętniającego 100. rocznicę Objawień Matki Bożej w Fatimie. Chciałbym także – ku przestrodze – podzielić się swoją udręką. Chciałbym przestrzec przed tym, od czego jestem uzależniony, czyli przed alkoholem. Również pragnę złożyć pewne świadectwo. Piszę o tym, bo wiem, że wiara czyni cuda. Po wykonaniu ogromnej pracy nad sobą, udaje mi się te sprawy zmieniać na lepsze. Tak więc od dłuższego czasu walczę ze swym alkoholizmem. Alkohol sprawił, że zamknąłem się w sobie. Jednak dzięki modlitwie i wsparciu rodziny jestem spokojny o kolejny dzień. Pomogły mi w tym też przesłane przez Was materiały – obrazek Matki Bożej Uzdrowienia Chorych oraz Akt Ofiarowania się Jezusowi przez ręce Maryi. Wiem, że Opatrzność Boża czuwa nade mną. Gdyby nie Ona, mało brakowało, abym w ubiegłe wakacje zapił się na śmierć. Teraz dziękuję Panu Bogu za dar życia.

Choć obecnie pokutuję w więzieniu, to głęboko wierzę w to, że Bóg opiekuje się mną. Za każdy dany mi czas dziękuję. Dziś wiem, że trzeba być dobrym przez całe życie i służyć Bogu. Dziś mam głęboką świadomość ile czasu straciłem przez alkohol i negatywne nastawienie do życia oraz przyjaciół. Alkohol zastępował mi towarzystwo. Gdy piłem, miałem wrażenie, że się wyciszam, uspokajam. Kiedy alkoholu zaczęło brakować, zaczynały się u mnie lęki i panika.

Obecnie znalazłem ludzi, którzy uczęszczają na mityngi AA na terenie więzienia. Też chodzę na te spotkania, podczas których dzielę się swymi opiniami, łzami i przeżyciami. Z pokorą i wdzięcznością przyjmuję wszystko, czym mnie Pan Bóg doświadcza.

Pozdrawiam całą Redakcję, pozdrawiam wszystkich, którzy się za mnie modlą i czekam na kolejne wydanie Waszego pisma. Bóg zapłać!

Z poważaniem

Marek

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowni Redaktorzy! Bóg Wam zapłać za przysyłanie mi wspaniałego pisma, jakim jest „Przymierze z Maryją”. Pragnę podzielić się świadectwem, jak dobry jest Pan Bóg. Otóż, jestem inwalidą, na którym to Pan Bóg uczynił cud. Kilkadziesiąt lat temu miałem bardzo ciężki wypadek samochodowy, po którym przez 5 tygodni byłem nieprzytomny. Lekarz, który mnie prowadził, dawał tylko kilka procent szans na to, że przeżyję. Twierdził, że nawet jeśli przeżyję, to i tak do końca życia będę jeździł na wózku inwalidzkim. Tymczasem – jak się okazało – na wózku jeździłem bardzo krótko. Po latach w ogóle go nie potrzebuję i daję sobie ze wszystkim radę samodzielnie. Jestem za to bardzo wdzięczny Panu Bogu i Matce Najświętszej. To Ona wstawiła się za mną u Swego Syna. Syn Ją wysłuchał i uczynił cud. Zresztą Jego opiekę czuję na każdym kroku w tych jakże ciężkich dla wiary czasach. Wiem jedno – trzeba całkowicie i bez żadnych wątpliwości zawierzyć Bożej Opatrzności, a resztą już będzie kierował Pan Bóg.

Jako podziękowanie za moje uzdrowienie wystawiłem koło mojego domu kapliczkę poświęconą Matce Bożej. Modlę się tam bardzo często. Jeszcze się nie zdarzyło, bym nie znalazł rozwiązania w trudnych sytuacjach. Dziękuję Wam za wszystko, co robicie dla naszego Narodu. Szczęść Wam Boże w tych trudnych czasach. Z Panem Bogiem i Maryją, Matką Jego!

Jan z Podkarpackiego

 

 

Szczęść Boże!

Droga Redakcjo! Chciałabym podzielić się z Czytelnikami świadectwem. Jestem wdową i matką dwóch synów. Jeden od 27 lat jest kapłanem i posługuje we Włoszech. Drugi ma żonę i troje dzieci. Jest policjantem.

W roku 2012 dowiedziałam się, że mój mąż ma nowotwór złośliwy i pozostało mu tylko 6 tygodni życia. Zaczęłam się gorliwie modlić i prosić Pana Boga oraz Matkę Bożą o zatrzymanie tej choroby, choćby tylko na trzy lata. Naszym pragnieniem było doczekać jubileuszu 50-lecia małżeństwa. I prośba została wysłuchana! W czerwcu 2014 roku w obecności syna-kapłana odnowiliśmy przysięgę małżeńską. Szczęście nie trwało jednak długo. W listopadzie 2015 roku mąż odszedł do Pana. Było mi bardzo ciężko, ale modlitwa, wsparcie duchowe ze strony rodziny i przyjaciół, Wasze materiały oraz programy w Telewizji Trwam i Radiu Maryja bardzo mi pomogły i pozwoliły dalej – w miarę normalnie – żyć.

W Środę Popielcową 2018 roku dowiedziałam się z kolei, że to ja mam raka złośliwego. I zaczęłam leczenie. W czasie wszystkich badań i zabiegów miałam w ręku różaniec, a na ustach słowa: „Jezu ufam Tobie!” oraz „Kochana Mateczko, osłaniaj mnie płaszczem Swej opieki”.

W szpitalu przebywałam 8 tygodni. Ostatnie naświetlanie miałam 15 sierpnia ubiegłego roku. W listopadzie przeszłam kontrolne badanie, które wykazało, że jest dobrze. Teraz czekają mnie kolejne badania.

Proszę Pana Jezusa, Matkę Najświętszą i Świętych, by było dobrze. Wszystko w rękach Pana Boga. Proszę Was o modlitwę, za którą z góry dziękuję – Bóg zapłać!

Zostańcie z Bogiem

Elżbieta z Torunia




Pismo Fatimskiej Pani
 

 

„Przymierze z Maryją” powstało, gdyż odnaleźliśmy w sobie potrzebę podzielenia się z Czytelnikami wspaniałym darem – świadomością niezmierzonej opieki, jaką Maryja otacza nas i nasze rodziny.

 

Każdy kolejny numer pisma daje nam nowe doświadczenia pozwalające kstałtować „Przymierze z Maryją” jako czasopismo dla rodzin, dla małżeństw oraz dla każdego, kto czuje więź z katolicką Wiarą i Tradycją. Na tym fundamencie propagujemy postać Matki Bożej, która w tak wielu okolicznościach otacza opieką nasz naród.

 

Od pierwszego numeru, kiedy to rozesłaliśmy czasopismo do niewielkiego grona korespondentów aż do dzisiaj czujemy obecność Matki Bożej, która stała się dla nas życiowym drogowskazem, za którym chcemy podążąć zarówno w publikowanych artykułach, jak i w codziennym życiu. Maryja to przewodniczka i opiekunka na każdy czas – w pracy, w domu, w szkole. Dlatego czynimy wszystko w myśl założenia, by każda katolicka rodzina mogła znaleźć w „Przymierzu z Maryją” wartości, które pozwolą jej wzrastać w wierze i miłości.

 

Maryja obecna jest na kartach naszego czasopisma dla rodzin katolickich w różnych kontekstach. Najważniejsze tematy, które poruszamy to:

 

  • kwestia godnego przyjmowania Komunii Świętej,
  • świętość i nierozerwalność sakramentalnego katolickiego małżeństwa,
  • rodzina katolicka jako wspólnota i miejsce wzrastania w Chrystusie, z opieką Maryi,
  • śmierć, czyściec i modlitwa za dusze w czyśćcu cierpiące, wieczne zbawienie i wieczne potępienie – pojęcia coraz częściej zapomniane i niezrozumiałe dla współczesnego człowieka,
  • objawienia maryjne w Fatimie, w Lourdes, w Akicie, nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa, postaci błogosławionych i świętych stygmatyków,
  • objawienia Jezusa Miłosiernego i kult Bożego Miłosierdzia,
  • szkaplerz święty i związane z nim nabożeństwo,
  • żywoty i historie świętych zapisane na kartach historii i przekazywane w Tradycji katolickiej,
  • lokalne polskie miejsca kultu Maryi.

... i wiele innych spraw, wśród których nie brakuje kwestii dotykających kryzysu naszej cywilizacji, takich jak kondycja współczesnych rodzin, czy też walka o życie nienarodzonych.

 

„Przymierze z Maryją” zaprasza do lektury!

Maryja
i „Przymierze...”
 

CZYLI OD POMYSŁU NA BIULETYN KATOLICKI DO OGÓLNOPOLSKIEGO CZASOPISMA CZYTANEGO PRZEZ SETKI TYSIĘCY KATOLIKÓW

 

Kiedy w październiku 2001 roku wydrukowaliśmy pierwszy numer „Przymierza z Maryją”, niewiele osób dawało nam szanse na „sukces”. Sceptyków lub pesymistów patrzących na przyświecającą nam misję było więcej niż optymistów. Dziś jednak chyba nie ma wątpliwości – setki tysięcy rodzin, które otrzymują pismo, to najlepszy dowód na to jak ważny i potrzebny jest nasz dwumiesięcznik.

 

Wszelkie łaski, jakie otrzymaliśmy od pierwszego do bieżącego numeru, w tym każdego nowego korespondenta, który zaczął czytać „Przymierze z Maryją”, oddajemy z wyrazami wdzięczności jednej, szczególnej osobie – to Maryja, której fatimskie oblicze zdobi okładkę naszego pisma jest sprawczynią sukcesu, jaki odniosło skromne czasopismo dla rodzin katolickich. Maryja daje nam pomoc, którą czujemy na każdym kroku. I Jej też zawierzamy nasze pismo, z wiarą oczekując triumfu Jej Niepokalanego Serca!

 

 

„Przymierze z Maryją” przeszło długą drogę – od czarno-białego biuletynu do wielkonakładowego, bogato ilustrowanego pisma, z którego opinią liczą się duchowni i świeccy katolicy. Korzystając z sukcesu, jaki stał się udziałem naszych Czytelników oraz redakcji, z okazji wydania 100. numeru, przygotowaliśmy dla naszego magazynu nową okładkę. Oprócz tego, przebudowaliśmy układ wewnętrzny, aby jak najlepiej spełniał oczekiwania wszystkich, którym „Przymierze z Maryją” będzie służyć w przyszłości.