W hołdzie zakonom!
Bogusław Bajor

Z dawien dawna mnisi, mniszki, zakonnice i zakonnicy cieszyli się szczególnymi względami i miłością całego Kościoła. Imponujące bogactwo zakonnych charyzmatów, będących odzwierciedleniem ziemskiego życia Boskiego Zbawiciela, ukazuje nam szczególną rolę zgromadzeń w Kościele – Mistycznym Ciele Chrystusa. 2 lutego w Kościele przypada Dzień Życia Konsekrowanego, z tej okazji chcąc złożyć temu niezwykłemu środowisku hołd, zapraszam Was, Drodzy Czytelnicy, do odbycia krótkiej i – siłą rzeczy – dość pobieżnej podróży po fascynującym świecie zakonów.

 

Zanim jednak ten hołd oddam, uporządkujmy sobie na początek pewne pojęcia, bo niestety istnieje w tej materii pomieszanie.

 

Mnich czy zakonnik?

 

W powszechnej świadomości mnich i zakonnik to synonimy. Zatem wystarczy ubrać habit, żeby być mnichem. Czy aby na pewno? Otóż nie. Tak naprawdę mnich jest pojęciem węższym. O ile zakonnikiem lub zakonnicą jest każda osoba, która decyduje się na realizację ewangelicznych cnót w zgromadzeniu zakonnym, to już mnicha lub mniszkę charakteryzuje osobiste szukanie Boga w dobrowolnej izolacji od świata.

 

Używając encyklopedycznego języka, zakony to zatwierdzone przez władzę kościelną wspólnoty religijne mężczyzn i kobiet, żyjących na mocy czasowych albo wieczystych ślubów według określonej reguły zakonnej, opartej na radach ewangelicznych: ubóstwie, posłuszeństwie i moralnej czystości.

 

Początki życia oddanego całkowicie Bogu możemy znaleźć już u początków chrześcijaństwa. W pobliżu jeziora Moeris (dziś Karun) w Egipcie istniała wspólnota Terapeutów, która wybierając życie w samotności, czystości i ubóstwie, dostarczyła pierwszych wzorów klasztorom chrześcijańskim. Później ogromny wpływ na rozwój zarówno życia eremickiego (samotniczego), jak i cenobitycznego (wspólnotowego) mieli św. Antoni Pustelnik, św. Paweł z Teb, św. Bazyli (wschodni zakonodawca), św. Augustyn, św. Benedykt z Nursji (twórca zachodniego monastycyzmu).

W późniejszych latach powstawały inne zgromadzenia, z powodzeniem realizujące swe charyzmaty.

 

Niezrozumienie…

 

Z pewnym zakłopotaniem muszę jednak stwierdzić, że wielu naszych rodaków, ba, nawet katolików nie żywi żadnego sentymentu do osób konsekrowanych, nie mówiąc już o jakiejś pogłębionej wiedzy na temat ich życia. Wielu też nie potrafi odpowiedzieć sensownie na pytanie, po co istnieją zakony. Co gorsza, niekiedy ulegają też narracji antyklerykałów, którzy wszystkie osoby żyjące w klasztorach redukują do miana – niech mi będzie wybaczone użycie tego stwierdzenia – „bezużytecznych nierobów”.

 

No, a ilu z Was, Drodzy Ojcowie, wydałoby zgodę na to, by Wasze dziecko poświęciło się na wyłączność służbie Bożej?

 

Jeśli macie w tej materii opory, nie martwcie się zbytnio. Znaleźliście się bowiem w całkiem niezłym towarzystwie. Tatusiowie św. Franciszka z Asyżu czy św. Katarzyny Labouré byli radykalnymi przeciwnikami takiej drogi życia dla swych pociech. Ich opór był jednak bezskuteczny. A z tego „świętego nieposłuszeństwa” względem woli rodzicielskiej Pan Bóg wyprowadził wielkie dobro. Św. Franciszek zostawił nam czcigodny Zakon Braci Mniejszych, a święta szarytka – Katarzyna Labouré otrzymała od Matki Bożej misję ­rozpowszechniania ­Cudownego Medalika. I wywiązała się z niej celująco.

Skąd się bierze niechętna postawa względem życia zakonnego? Między innymi z niezrozumienia tego rodzaju powołania. Wielu uważa taką drogę za marnowanie życia. Pół biedy – myślą niektórzy – gdy taki zakonnik prowadzi jakąś działalność na zewnątrz: posługuje w szpitalu albo w szkole czy przedszkolu; ale gdy żyje zamknięty w klasztorze czy eremie, no to po co takie życie? Niestety, podobny tok myślenia charakteryzował rewolucjonistów – protestanckich, francuskich czy bolszewickich, którzy przeszli od słów do czynów, wypędzając „bezużytecznych” mnichów z ich samotni, w których żyli sam na sam z Bogiem i dla Boga samego…

 

Bo też prawdą jest, że by móc zaaprobować taki styl życia, trzeba mieć wiarę – w Boga i w to, że mnich za murami klasztoru wyprasza nam swą modlitwą i pokutą niezliczone łaski. Niewątpliwie taką wiarę miał niedoszły karmelita bosy, kard. Karol Wojtyła – późniejszy papież‑Polak, który o kamedułach z krakowskich Bielan powiedział kiedyś: Oni są piorunochronem, który chroni Kraków przed dziejowymi burzami. Zaiste – modlitwa, wyrzeczenie i pokuta są miłe Bogu – w każdym miejscu i w każdym czasie!

 

Ale niezrozumienie ze strony „świata” dotyka nie tylko pustelników takich jak kameduli czy kartuzi, lecz także innych osób, które przywdziały habit. No bo jakże to – myślą sobie ludzie „światowi”: całe życie w umartwieniu, czystości, posłuszeństwie i ubóstwie?

Zwłaszcza dziś musi to budzić konsternację, gdy karnawał de facto trwa cały rok, w modzie jest asertywność przybierająca często postać egoizmu i braku kultury; gdy z ekranów telewizyjnych, komputerów i laptopów wylewa się wyuzdanie; a pieniądz wywalczył sobie status władcy absolutnego.

A jednak ciągle znajdują się – niestety coraz mniej liczne – dusze, które bez żadnych kompromisów biorą Krzyż i podążają za Chrystusem, wypełniając swe powołanie czy to w modlitwie i pokucie, czy też w posłudze wśród biednych, chorych, maluczkich…

A dla ilu zwykłych śmiertelników mnisi i zakonnicy stali się pomocą do zbawienia wiecznego!

 

Kult Eucharystii

 

Któż bowiem przypomina nam o tej wielkiej Tajemnicy Wiary, jaką jest realna obecność Pana Jezusa w Najświętszej Eucharystii? A choćby benedyktynki‑sakramentki. Punktem centralnym ich życia jest bowiem kult Eucharystii – Chrystusa ukrytego pod postaciami chleba i wina. Mniszki – zgodnie ze swym charyzmatem – jednocząc się z Chrystusem w Jego Ofierze, którą składa dla uwielbienia Ojca i zbawienia świata, pragną razem z Nim i przez Niego wielbić i możliwie najgodniej wynagradzać za zniewagi, niewdzięczność i obojętność ze strony ludzi.

 

Dzieła szpitalne i charytatywne

 

A jak ogromna była i nadal jest aktywność tych wiernych synów i cór Kościoła w wymiarze społecznym czy medycznym! Nie da się przemilczeć dzieł miłosierdzia – ochronek, przytułków, szpitali czy hospicjów, które zakładali zakonnicy zainspirowani nauczaniem Chrystusa. No bo jakże możemy zapomnieć o św. Wincentym à Paulo i jego misjonarzach czy szarytkach, z ogromnym poświęceniem czuwających przy łóżkach ciężko chorych pacjentów? Jak tu nie wspomnieć o „świętym szaleńcu” Janie Bożym, twórcy szpitalnego zakonu bonifratrów? A ilu ze współczesnych krytyków Kościoła zdaje sobie sprawę z posługi duchowych dzieci św. Kamila de Lellis – z iście matczyno‑ojcowską troską pielęgnujących zniedołężniałych staruszków i osoby z upośledzeniem umysłowym! Jakże nie wspomnieć o św. Matce Teresie z Kalkuty i jej Misjonarkach Miłości, posługujących wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z najskrajniejszą nędzą materialną i duchową.

 

Idąc codziennie do redakcji, mijam naszych sąsiadów – braci albertynów, którzy każdego dnia niosą pomoc najbiedniejszym, zaniedbanym i odrzuconym, niekiedy przypadkom tak ciężkim, że „zwykły człowiek” nie wytrzymałby psychicznie w takim towarzystwie nawet pięciu minut.

Słowa św. Brata Alberta: Powinno się być dobrym jak chleb; powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny, inspirują wciąż rzesze jego duchowych córek i synów, którzy pomagają potrzebującym materialnie i duchowo. Pomoc ta prowadzona jest przez 365 dni w roku. Często o tym zapominamy albo nawet nie mamy tego świadomości, bo przecież tej posłudze nie towarzyszą kamery telewizyjne, a prasa jakoś niespecjalnie kwapi się, by o niej pisać. Zresztą sami albertyni na myśl o rozgłosie reagują alergicznie.

 

Misjonarze, wychowawcy, artyści, kaznodzieje

 

Zaglądnijmy także na inne obszary. Nie da się przejść obojętnie obok niesamowitego trudu, jaki wkładają w niesienie innym ludom wiary w Boga i… dobrodziejstw naszej cywilizacji misjonarze, skupieni w licznych zgromadzeniach – kombonianie, ojcowie biali, klaretyni, werbiści… Jak ogromną pracę w dziele edukacji i wychowania wykonują felicjanki, augustianki, sercanki, prezentki, nazaretanki, pijarzy, bracia szkolni czy jezuici. Szkoły i przedszkola zakonne od lat cieszą się doskonałą opinią. I ta opinia przyciąga także osoby obojętne religijnie, które chcą, by ich pociechy były edukowane i wychowywane przez osoby zakonne.

 

A sztuki piękne? Dla iluż twórców malarskich arcydzieł – jak choćby dla dominikanina bł. Fra Angelico – inspiracją był motyw Życia i Śmierci Zbawiciela! Podobnie muzyka. Istnieje w Kościele zgromadzenie filipinów, założone w 1551 roku w Rzymie przez św. Filipa Neri, którego charyzmatem jest ewangelizacja przez kulturę i sztukę, a szczególnie przez oratoria muzyczne.

 

Kościół – Mistyczne Ciało Chrystusa, daje nieustannie świadectwo Prawdzie i Miłości Bożej. Składa Bogu Najświętszą i Najdoskonalszą Ofiarę, głosi z ambony Ewangelię – od wieków w perfekcyjny sposób czynią to dominikanie; naucza i wychowuje, leczy duszę i ciało, nieustannie modli się i pokutuje w klasztorach eremickich (kameduli czy kartuzi). To wszystko dla zbawienia dusz!

 

Sztuka gotowania

 

Przejdźmy teraz do czegoś dla ciała, czyli pożywienia. Kuchnia jest sztuką. A dobra kuchnia – arcydziełem. Na kulinaria katolickich narodów wielki wpływ miał oczywiście Kościół. Ten sam, który nakazuje umiar oraz zaleca post i abstynencję w wybranych okresach.

Kościół widział w tworzeniu receptur kucharskich rodzaj artyzmu i drogę do samodoskonalenia wiernych. Sztuka kulinarna przeżywała swój wielki rozkwit w klasztorach i opactwach. Zresztą poniekąd tak jest i w obecnych czasach. Wystarczy wejść do którejkolwiek z księgarń, by znaleźć w niej znakomite przepisy kuchenne siostry Leonilli – józefitki, siostry Anieli – salwatorianki, siostry Anastazji ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości czy ojca Jana Grande Majewskiego z zakonu bonifratrów…

 

Warto podkreślić, że benedyktyni ze średniowiecznego opactwa w Cluny postawili sobie za zadanie ułożenie przepisów na potrawy z ryb, jaj i warzyw (powstrzymywali się bowiem od jedzenia mięsa). Każdego dnia serwowali inne dania, co skłoniło ich do poszukiwania nowych smaków i możliwości kulinarnych. To właśnie z Cluny pochodzą pierwsze książki kucharskie. Mnisi w swej mądrości wiedzieli, że zgłębiając sekrety podniebienia, komponując smakowite dania, będą oddawać cześć Bogu, przez co przyczynią się także do rozwoju duchowego.

 

Nie zapominajmy, że to przecież właśnie uczniowie św. Benedykta, którzy są obecni na ziemiach polskich od tysiąca lat, przywieźli tu wiele roślin, jak np. miętę, rozmaryn, tymianek, kolendrę czy lubczyk, które znalazły zastosowanie nie tylko w leczeniu różnych chorób, ale są także doskonałymi dodatkami, podkreślającymi smak potraw.

 

Pamiętając o zasadzie umiaru, wspomnieć należy także o napojach alkoholowych – likierach, nalewkach, miodach, winach i wspaniałych piwach, jakie były i są do dziś dziełem braci zakonnych – benedyktynów, trapistów, karmelitów, kapucynów i wielu innych. Najsłynniejszy szampan świata Dom Perignon nosi przecież imię skromnego mnicha z benedyktyńskiego opactwa w Hautvillers – Pierre’a Pérignona, który jako pierwszy na świecie na przełomie XVII i XVIII wieku opracował technikę szampanizacji wina (przekształcania spokojnego wina w wino musujące poprzez wtórną fermentację).

Koneserami dobrej kuchni, wyrażającymi radość z właściwego wykorzystania darów Bożych, byli liczni święci‑mnisi, by wspomnieć choćby św. Tomasza z Akwinu (dominikanin) czy świętych papieży Grzegorza VII (benedyktyn) i Piusa V (dominikanin). A ileż przepisów – kulinarnych i leczniczych zostawiła nam benedyktynka św. Hildegarda z Bingen, jedna z najwybitniejszych kobiet wszech czasów!

 

Cywilizacja przy stole

 

W Średniowieczu – epoce par excellence katolickiej – opactwa kultywowały tradycję wydawania wielkich uczt. Rytuały związane z biesiadowaniem miały uświęcony charakter i wytwarzały poczucie wspólnoty duchowej, łagodziły animozje, wyciszały spory. Mnisi przygotowywali swoje przysmaki z nakazu miłosierdzia i gościnności, tworząc przy okazji zasady etykiety, która z kolei przyczyniała się do uszlachetnienia duszy.

Sztuka prowadzenia rozmowy i zasady grzeczności, obowiązujące przy stole, stawały się coraz bardziej kunsztowne. To w trakcie wspólnego ucztowania stopniowo kształtowały się rytuały obowiązujące w społeczeństwie świeckim, tworząc model cywilizacji europejskiej.

 

W świecie muzyki

 

Wspomniałem wcześniej o muzyce w kontekście filipinów. I podkreślmy – w rozwoju muzyki swój niebagatelny udział mają osoby zakonne. Wzmiankowana już benedyktynka, św. Hildegarda z Bingen pisała, że muzyka przenika świat ziemski i Boski. To echo rajskich śpiewów pierwszych ludzi, ucieleśnienie Dobra i Piękna, którym opiewa się Boga Najwyższego. Ta niezwykła kobieta podkreślała, że każdy dźwięk pochodzi od Boga. Boska myśl przenika do ludzkiego umysłu, pojawia się natchnienie, a z niego dzieła artystyczne. W konsekwencji z Bożej inspiracji powstają utwory muzyczne.

Św. Hildegarda doskonale wiedziała, o czym pisze. Była bowiem kompozytorką kilkudziesięciu dzieł muzycznych, w tym najważniejszego – moralitetu Ordo Virtutum.

 

Swój ogromny wkład w rozwój muzyki ma także włoski mnich benedyktyński bł. Guido z Arezzo, który w XI wieku udoskonalił zapis nutowy i wprowadził nową metodę śpiewu, zwaną solmizacją. Każdy stopień skali otrzymał w niej nazwę od początkowych zgłosek wierszy w hymnie na uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela: Ut queant laxis, Resonare fibris. Mira gestorum, Famuli tuorum. Solve polluti Labii reatum Sancte Ioannes! (By zdolne były wdzięcznymi pieśniami, Twe dziwne dzieła sławić nieprzetrwanie, Pył wszelkiej winy, co wargi nam plami, Zmyj święty Janie!) – Ut, Re, Mi, Fa, Sol, La. W XVI stuleciu Anzelm z Flandrii połączył pierwsze litery ostatnich wyrazów (Sancte Ioannes), co utworzyło Si, tworząc całą gamę C‑dur.

 

Gwoli ścisłości, w następnym stuleciu ze względu na trudność w śpiewaniu sylaby Ut, zmieniono ją na Do – od pierwszych dwóch liter nazwiska muzykologa na dworze kard. Franciszka Barberiniego, Giovanniego Battisty Doniego (który tej zmiany dokonał).

Wracając jeszcze do twórcy solmizacji, bł. Guido pod koniec życia wstąpił do surowego zakonu kamedułów, gdzie śpiewy słychać nader sporadycznie! W ich kościołach nie ma organów…

 

W tymże zakonie, w bielańskim eremie miałem okazję spędzić kiedyś 4 dni. I był to dla mnie czas wspaniałej lekcji chrześcijaństwa i niezwykłego doświadczenia Boga. Kameduli nie głosili kazań, nie prowadziłem z nimi rozmów. Cisza i przykład ich rozmodlonego, pokutniczego życia wystarczył.

Dziękuję Wam kameduli za Wasze świadectwo. Dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się na realizację swojego powołania w klasztorach.

Niech Bogu będą dzięki za to, że stworzył zakony!

 

Bogusław Bajor


NAJNOWSZE WYDANIE:
Piękno życia zakonnego
Historia Kościoła katolickiego pokazuje, że publiczne wyznawanie Wiary oraz przenikanie nią wszystkich sfer życia przyniosło owoc w postaci wspaniałej cywilizacji chrześcijańskiej. Wiara była i jest uznawana przez wielu za tak wielki skarb, że poświęcają dla niej i dla Pana Boga całe swe życie, wstępując do przeróżnych wspólnot zakonnych. Historia Kościoła pokazuje też, że to właśnie zakonnicy byli tą siłą, dzięki której dokonywał się w świecie prawdziwy postęp zarówno duchowy, jak i materialny.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!

 
Praktykujmy Wyrzeczenia!
Ks. Adam Martyna

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 

Drodzy w Chrystusie Panu! Jak szybko mija czas… Wydaje się nawet, jakby nabierał coraz większej prędkości. Dopiero czekaliśmy na Boże Narodzenie, teraz mamy karnawał, a już niedługo Wielki Post. I na tym ostatnim chciałem się dziś zatrzymać…

 

Zacznijmy od szczerego wyznania: wielu z nas nie przeżywa już postu poza dwoma dniami w roku: Środą Popielcową i Wielkim Piątkiem. Bo przecież post nie oznacza wyłącznie powstrzymania się od spożywania mięsa. To nazywa się abstynencją. Może dotyczyć powstrzymywania się od alkoholu, papierosów, słodyczy, a katolików obowiązuje od pokarmów mięsnych w każdy piątek, który nie jest w Kościele uroczystością.

 

Odpowiedzmy sobie szczerze na pytanie: ilu znamy ludzi, którzy jeszcze o to choć trochę dbają? Chyba niewielu. Teoretycznie post, czyli wstrzymanie się od spożywania jakichkolwiek pokarmów, obowiązuje na godzinę przed Komunią Świętą, ale tutaj – można rzec – kościelny ustawodawca wykazał swoiste poczucie humoru, bo przecież jeżeli Msza trwa prawie godzinę, droga do kościoła zajmuje przynajmniej 10 minut, to w sumie można się najeść tuż przed wyjściem do świątyni i… mieć post „zaliczony”. Tylko czy o takim „poście” mówi Pismo Święte? Oczywiście nie.

 

Tak więc w Kościele katolickim oficjalnie istnieje Wielki Post, ale niewielu pości, bo de facto z postu została tylko nazwa. Poza wyżej wymienionymi dwoma dniami. Inne posty, jak prawdziwy post przed Komunią Świętą, zostały również zniesione. Nie jest moim zadaniem osądzanie, czy słusznie. Mogę tylko stwierdzić, zgodnie z sumieniem, że w tzw. wojnie postu z karnawałem, odwiecznej wojnie umartwienia oraz wyrzeczenia z używaniem i zaspokajaniem wszelkich zachcianek, niestety zdecydowanie wygrała ta druga strona…

 

Jaki to ma wpływ na nasze życie duchowe? Ogromny, straszny i dramatyczny! Święta Teresa pisze, że niemożliwa jest zażyłość, czyli przyjaźń z Bogiem bez umiejętności wyrzekania się dla Boga tego, co niekonieczne dla życia. Twierdzi nawet, że kto nie umie się wyrzekać, ten nie może się właściwie modlić. Oczywiście, nie mamy tutaj na myśli recytowania formułek, tylko bardzo intymną rozmowę z Panem Bogiem.

 

Dzisiaj nawet wielu zakonników w Europie i Ameryce zapomniało, co to jest prawdziwa modlitwa wypływająca z głębi duszy, tak więc trudno dziwić się tym świeckim, którzy pozostali przy „klepaniu paciorków” czy przy modlitwach od Pierwszej Komunii Świętej. Taka nie wpłynie na przemianę, na podjęcie decyzji o praktykowaniu wyrzeczeń. A musimy pamiętać, że brak wyrzeczeń i uleganie wszelkim zachciankom straszliwie osłabia wolę, tak że po jakimś czasie człowiek nie potrafi sobie niczego odmówić. To w konsekwencji prowadzi do zaniku życia duchowego – życia dla Boga. Myśli się tylko o tym świecie i żyje jego złudzeniami. Stare, mądre porzekadło mówi: Kto nie umie odmówić sobie rzeczy dozwolonej, nie potrafi sobie odmówić także niedozwolonej. Ludzie, którzy sobie nie potrafili odmówić niczego, zapełniają dziś więzienia lub przedwcześnie kończą życie.

 

Ale może ktoś powiedzieć na przykład: Skoro post w swoim najgłębszym sensie jest wyrzeczeniem, a nie jedynie unikaniem potraw mięsnych, to ja mogę jeść mięso w piątki, a nie będę jadł jajek w poniedziałek. Moi Drodzy, to jest błędne myślenie. Najpierw, Bracie i Siostro, pokaż, że potrafisz zachować to, co nakazuje Kościół. Zatem zaniechaj spożywania mięsa w piątek, potem możesz się wyrzekać także innych rzeczy. Wspomniałem, że właściwie dziś post w naszym Kościele już nie istnieje. Niestety tak jest. I już nie chodzi mi tutaj o piątkowe wstrzymywanie się od spożywania mięsa… Chodzi o powiedzenie „NIE” naszej zepsutej naturze. Ile razy ­zwycięża w nas wyrzeczenie się dla Boga czegoś dozwolonego, tylekroć wzrasta nasza siła woli. Jesteśmy wtedy gotowi do pełnienia dobrych czynów, nawet gdy to nas wiele kosztuje.

 

Ogólnie, umiejętność wyrzekania nazywa się ascezą. W języku greckim z czasów Pana Jezusa „askesis” oznaczało ćwiczenia, także fizyczne na stadionie.

Ludzie oddani Chrystusowi zamiast ćwiczyć mięśnie, bardziej ćwiczyli wolę, odporność na pokusy, rezygnację z tego, co niekonieczne; bo mieli świadomość, że tylko przez wyrzeczenia możemy iść do Nieba. Pan Jezus powiedział przecież: Kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze swój krzyż i niech Mnie naśladuje (Łk 9,23). Naszym krzyżem jest znoszenie tego, co trudne, i wyrzekanie się tego, co przyjemne, by w ten sposób naśladować Zbawiciela, który od samego początku pobytu na tym świecie wybrał ubóstwo i wyrzeczenia. Innej drogi do Nieba nie ma. A jeżeli ktoś twierdzi, że można używać tego świata, i że Pan Bóg się raduje, kiedy grzeszymy, bo może nam okazywać nieustannie Swoje miłosierdzie (słyszałem takie opinie), to zwodzi siebie i innych. I jest we władaniu szatana.

 

Słuchajmy Listu św. Jana: Każdy, kto grzeszy, dopuszcza się bezprawia, ponieważ grzech jest bezprawiem (1 J 3,4). Przypomnijmy sobie, ile razy Matka Boża (choćby w Fatimie) wzywała do umartwienia, wyrzeczeń…. Nie posłuchano Jej i dlatego ten świat dzisiaj jest tak trudny do zrozumienia, tak pogubiony, wydaje się, że stoi na skraju przepaści…

 

Kochani w Chrystusie. Jeszcze do 5 marca mamy czas zabaw i karnawału. Niestety, dziś jest tak, że jeśli kogoś na to stać, to ma karnawał przez okrągły rok. Pamiętajmy jednak, że można korzystać z radości tego świata, można żyć tym światem, ale pierwszeństwo ma Bóg i Jego Wola. I żeby się nie pogubić, trzeba się czasem czegoś koniecznie wyrzec! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.


 
Z wizytą u naszej Matki
Michał Wałach

Istnieją na świecie miejsca, gdzie Bożą obecność czuje się wyjątkowo mocno, których niezwykły charakter można wyjaśnić niedowiarkom bez słów. Jednym z nich jest Fatima, do której w drugiej połowie października udała się prawie 40-osobowa pielgrzymka Apostolatu Fatimy.

 

 

Zmęczenie długą podróżą nie stanowiło dla naszej pielgrzymującej grupy przeszkody nie do pokonania, skoro niemal na wyciągnięcie ręki mieliśmy miejsce uświęcone objawieniami Najświętszej Maryi Panny oraz modlitwą milionów katolików z całego świata. Jeszcze przed świtem pierwszego dnia po przyjeździe, pielgrzymujący z nami ksiądz Józef Aszkiełowicz z Wileńszczyzny odprawił Mszę Świętą tuż przy Kaplicy Objawień – a więc tam, gdzie trójce portugalskich dzieci objawiła się Królowa Nieba i Ziemi.

 

Następnie ów niezwykły kapłan poprowadził dla nas trafiające do serca i duszy Nabożeństwo Drogi Krzyżowej na tzw. Drodze Węgierskiej. W trakcie modlitwy odwiedziliśmy Valinhos – miejsce, gdzie Matka Boża ukazała się w sierpniu roku 1917, gdy pastuszkowie 13 dnia miesiąca przebywali w portugalskim więzieniu, oraz miejsce nieopodal Cabeço – tam dzieci ujrzały Anioła Portugalii. Innym miejscem spotkania z Bożym Posłańcem były okolice studni w ogrodzie rodziny Santos – trójka dzieci często bawiła się w tym miejscu i to również tam Anioł przygotowywał je na przyjęcie Maryjnego Orędzia.

 

Odwiedzając Aljustrel – rodzinną miejscowość Łucji dos Santos oraz świętych Franciszka i Hiacynty Marto – zobaczyliśmy świat, w jakim wychowywały się dzieci, które do przekazania ludzkości Orędzia wybrała Maryja. Zobaczyliśmy te same drzewa, w których cieniu spędzały czas, domy, w których żyły, uliczki i ogrody, po których spacerowały. Po powrocie do Fatimy odwiedziliśmy Bazylikę Matki Bożej Różańcowej – miejsce, gdzie spoczywają Służebnica Boża siostra Łucja oraz święci Franciszek i Hiacynta.

 

Niezwykłym duchowym przeżyciem dla naszej grupy był udział w wieczornym nabożeństwie różańcowym ze świecami, które zakończyła procesja za figurą Fatimskiej Pani oraz – kolejnego dnia – za Najświętszym Sakramentem. Mogliśmy wręcz poczuć, jak dzięki modlitwie różańcowej Niebo łączy się z ziemią.

 

W trakcie pielgrzymki zobaczyliśmy również materialne dowody niegdysiejszej świetności cywilizacji łacińskiej – piękno, które razem z prawdą i dobrem stanowiły fundament dawnej Europy. Zarówno dawny dominikański klasztor Matki Bożej Zwycięskiej w Batalha, jak i cysterskie niegdyś opactwo w Alcobaça stanowią również świadectwo trudnej historii Portugalii – zostały odebrane zgromadzeniom w pierwszej połowie XIX wieku, w ramach kasaty zakonów. Odwiedziliśmy również Nazaré, gdzie nad Atlantykiem kult odbiera Matka Boża czczona pod postacią figury przyniesionej z palestyńskiego Nazaretu – zgodnie z tradycją – już w IV wieku. Obserwując wzburzony, ale zarazem powalająco piękny ocean, mogliśmy oddać się kontemplacji piękna świata stworzonego przez Pana Boga.

 

Pielgrzymka do miejsca objawień Maryi – co potwierdzali uczestniczący w niej Apostołowie Fatimy – była głębokim przeżyciem duchowym. W jej trakcie część osób skorzystała z możliwości przejścia kilkuset metrów na kolanach do Kaplicy Objawień, ofiarując swój trud i cierpienie Najświętszej Maryi Pannie oraz prosząc Ją o wstawiennictwo w intencjach, z jakimi przyjechali do portugalskiego Sanktuarium. Uczestnicy pielgrzymki nie zapomnieli również o innych Apostołach i przyjaciołach Instytutu – tuż przy miejscu objawień wspólnie zapaliliśmy, w ramach akcji „Twoje Światło w Fatimie”, świece, zaś przy Kaplicy złożyliśmy intencje nadesłane w związku z tą kampanią.

 

Podczas całego pobytu na ziemi portugalskiej można było wyczuć modlitewne uniesienie, o które doskonale dbał prowadzący modlitwy różańcowe, litanie oraz intonujący maryjne pieśni ksiądz Józef. Niezwykle pobożny kapłan z Wileńszczyzny zachęcał do odpowiedzi na wezwania Matki Bożej i codziennego odmawiania Różańca, na przykład w ramach nowenny pompejańskiej. Niezwykła duchowa atmosfera panująca w grupie sprawiła, że pielgrzymka Apostołów Fatimy do miejsca Objawień naszej Matki i Królowej na zawsze zostanie w pamięci uczestników. Wielu z nich nie ma wątpliwości – o udziale w wyjeździe nie zdecydował „ślepy los”. Wyjazd nastąpił w chwili, gdy w życiu potrzebowali wizyty u Niebiańskiej Matki. Niezbadane są wyroki Bożej Opatrzności…

 

Michał Wałach




 
Bł. Bolesława Maria Lament - Misjonarka Świętej Rodziny
Dorota Matacz Bajor

Apostołka jedności Kościoła, gorliwa patriotka, osoba o nieprzeciętnych zdolnościach, bezgranicznie oddana Bogu. Błogosławiona Bolesława Maria Lament, założycielka Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny należy do najznamienitszych i godnych naśladowania postaci przełomu XIX i XX wieku. Jej wspomnienie przypada 29 stycznia.

 

 

Bolesława Maria Lament przyszła na świat 3 lipca 1862 roku w Łowiczu, jako pierwsza z ośmiorga dzieci Marcina i Łucji z domu Cyganowskiej. Wzrastała w rodzinie głęboko religijnej, w której żyło się wiarą i z niej czerpało siłę do zmagań z codziennymi trudnościami. Rodzice byli dla Bolesławy wzorem pobożności, pracowitości i oddania Ojczyźnie. Mama – kobieta pełna dobroci i wielkiego serca przekazała jej wrażliwość na ból i ludzką krzywdę. Ojciec, znany ze swej surowości, nauczył ją odpowiedzialności i dyscypliny.

 

Mimo wątłego zdrowia wyrosła na silną i odważną dziewczynę, o mocnym kręgosłupie moralnym. Każdą wolną chwilę spędzała na modlitwie przed obrazem Matki Bożej Łowickiej.

 

W 1876 ukończyła trzyklasowe progimnazjum rosyjskie. Lata spędzone w szkole były dla niej czasem próby. Ze względu na swój katolicyzm i narodowość doświadczyła wielu szykan i upokorzeń ze strony władz. Miała jednak na tyle mocny charakter, że potrafiła odnaleźć się w tym trudnym środowisku i bronić swoich przekonań. Co więcej, za wzorowe wyniki otrzymała wyróżnienie.

 

Na tym etapie edukacji mogła już uczyć w szkole podstawowej. Wybrała jednak inną drogę. Za namową rodziców zajęła się krawiectwem, którego uczyła się w Warszawie. Po otrzymaniu dyplomu wróciła do Łowicza i założyła własny zakład. Dała się wówczas poznać jako osoba kreatywna o dużych zdolnościach organizacyjnych. Mimo to jej pragnienia szły dalej, chciała poświęcić swoje życie Bogu. Postanowiła więc wstąpić do działającego w konspiracji warszawskiego Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi.

 

Po odbytym nowicjacie złożyła śluby czasowe i jako misjonarka świecka została nauczycielką, wychowawczynią i instruktorką krawiectwa w kilku rosyjskich placówkach.

 

Wszędzie okazywała wielką troskę o dziewczęta, starając się je nie tylko pozyskać dla Kościoła (z prawosławia), ale także przygotować do Pierwszej Komunii Świętej. Była gorliwą zakonnicą, odznaczała się darem modlitwy, skupienia, powagą i wiernością w wypełnianiu swoich obowiązków. W zgromadzeniu pozostała osiem lat. Nie zdecydowała się jednak złożyć ślubów wieczystych odczuwając niepewność co do kierunku obranej drogi życiowej. Wróciła więc do domu rodzinnego w Łowiczu i tu oddawała się pracy wśród dzieci i młodzieży.

 

Nowe zgromadzenie

 

Nagła śmierć ojca oznaczała dla Bolesławy nowe obowiązki. Jako najstarsza z rodzeństwa wzięła na swoje barki ciężar utrzymania matki i młodszego rodzeństwa. W 1894 roku cała rodzina przeniosła się do Warszawy. Tu Bolesława pracowała jako krawcowa i poświęcała się pracy społecznej. Objęła kierownictwo domu noclegowego na Pradze, służąc pomocą biednym i bezdomnym. Troszczyła się nie tylko o ich byt materialny, ale i o odnowę moralną, o powrót do Boga i Kościoła przez sakramenty święte. – Każdy bliźni to nasz brat, za którego zbawienie, uświęcenie my częściowo odpowiadamy – mówiła.

 

Gdy w nieszczęśliwym wypadku zginął jej brat, Stefan, przygotowujący się do kapłaństwa, postanowiła wrócić do życia zakonnego. Wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. W tym czasie jej kierownikiem duchowym został słynny kapucyn, o. Honorat Koźmiński. Pod jego kierownictwem odprawiała każdego roku rekolekcje. Za jego też radą w 1903 roku udała się do ­Mohylewa na Białorusi, aby na Kresach podjąć opiekę religijno‑patriotyczną nad polskimi dziećmi.

 

W ten sposób bł. Bolesława odpowiedziała zarówno na wezwanie Boże, jak i na prośby miejscowej ziemianki Leontyny Sianożęckiej pragnącej ustrzec dzieci przed rusyfikacją.

 

Tu, na miejscu, zdała sobie sprawę z tego, że bez zorganizowania się, bez struktur nie można skutecznie działać. Dlatego w 1905 roku założyła nowe zgromadzenie – Towarzystwo Świętej Rodziny, znane dziś jako Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny. Jego celem miała być modlitwa, działalność religijno‑wychowawcza i pomoc katolikom, rozproszonym wśród prawosławnych, oraz apostolstwo na rzecz powrotu tych ostatnich do jedności ze Stolicą Apostolską.

 

Siła wśród przeciwności

 

W 1907 roku ze względu na trudności finansowe, matka Bolesława przeniosła się ze swoją wspólnotą do Petersburga, gdzie rozwinęła szeroką działalność oświatowo‑wychowawczą. Siostry miały pod swoją opieką sierocińce, prowadziły szkoły, angażowały się w pracę dobroczynną. Matka Bolesława szczególną troską otaczała młodzież, którą chciała uchronić przed utratą wiary i polskości. Jej praca przynosiła owoce. – Niejedna z nas stała się lepsza pod wpływem Matki Lament – pisały po latach jej uczennice. Zdawały sobie sprawę z tego, że wychowuje je silna indywidualność, o nieprzeciętnym umyśle i gorącym sercu.

 

Codzienne życie matki Bolesławy Marii było nacechowane żywą wiarą, głębokim skupieniem, rozmodleniem, kultem Eucharystii i Najświętszego Serca Pana Jezusa. Niestety w następstwie rewolucji październikowej, po przejęciu władzy przez bolszewików, sytuacja sióstr drastycznie się pogorszyła.

W 1918 roku nowe władze upaństwowiły szkoły. Misjonarki zostały zmuszone do opuszczenia Rosji i w 1921 roku wyjechały do odrodzonej Polski. Dla matki Bolesławy był to ogromy cios. Siostry straciły cały majątek, zostawiły z mozołem tworzone placówki, a w nich ludzi potrzebujących pomocy i wsparcia. Wszystkie plany i marzenia zostały przekreślone. Jednakże nasza bohaterka, dla której liczyła się jedynie wola Boża, przyjęła cały ten splot okoliczności i uwarunkowań polityczno‑społecznych z pokorą, jako znak od Boga. Jak sama powtarzała: dzieła Boże nabierają siły żywotnej wśród przeciwności.

 

Na polskiej ziemi

 

Po kilkumiesięcznym kierowaniu przejściową pracą sióstr na Wołyniu, w 1922 roku matka Bolesława otworzyła dom w Chełmnie na Pomorzu. Tu po raz pierwszy siostry założyły strój zakonny. Tu też pragnęła ulokować nowicjat i dom generalny, ale nie uzyskała zgody władz kościelnych. Nie poddała się jednak i cały czas szukała miejsca dla swojej wspólnoty. W roku 1925 otrzymała na ten cel pobernardyński klasztor w Ratowie, w diecezji płockiej. Teraz mogła już wraz z siostrami bez przeszkód poświęcić się pracy duszpastersko‑wychowawczej. Za główny teren działalności zgromadzenia matka Bolesława obrała wschodnie obszary Polski. W ciągu kilku lat powstało ponad 20 nowych placówek. Siostry pracowały głównie wśród ludności wiejskiej – w dużej mierze też prawosławnej, w miejscowościach oddalonych od kościoła. Gromadziły ludzi na modlitwę, opiekowały się najuboższymi, spełniały posługę samarytańską i udzielały pomocy materialnej. Ich postawa budziła wielkie uznanie. W niektórych przypadkach dochodziło też do konwersji na katolicyzm.

 

Piękne owoce

 

W roku 1935 Bolesława Maria z powodu podeszłego wieku i pogarszającego się stanu zdrowia zrzekła się obowiązków przełożonej generalnej. Zgromadzenie liczyło wtedy 174 siostry, 26 nowicjuszek i 9 postulantek, które pracowały na 22 placówkach w Polsce oraz w Estonii i w Rzymie. Decyzją nowej przełożonej Matka Bolesława została przeniesiona z Ratowa do Białegostoku. Tu prowadziła wszechstronną działalność apostolską, wychowawczą i charytatywną. Z jej inicjatywy powstały dwa przedszkola, szkoła zawodowa i gimnazjum ogólnokształcące, organizowano kursy krawieckie, siostry prowadziły dom noclegowy i stołówkę. Podjęły też pracę charytatywną wśród kobiet przebywających w zakładach karnych. Sześć lat później matka Lament została sparaliżowana, choroba trwała pięć lat. Przez cały ten czas modlitwą i swoim cierpieniami wspierała założone przez siebie zgromadzenie. Nadprzyrodzona nadzieja była dla niej źródłem pogody ducha w chorobie i spokojnego przygotowania się na spotkanie z Bogiem. – Wszystkie doświadczenia winny być drabiną do Nieba. Jeśliby ktoś ze swego kaprysu chciał pominąć niektóre szczeble, to wówczas już nie sięgnie nogą z jednego na drugi, nie wzniesie się wzwyż – pisała.

 

W Domu Ojca

 

Matka Bolesława Lament zmarła w opinii świętości 29 stycznia 1946 roku. Została pochowana zgodnie ze swoją wolą w krypcie kościoła św. Antoniego w Ratowie. Żywa pamięć o niej i przekonanie o jej świętości zarówno w zakonie, jak i wśród osób, które się z nią zetknęły, zaowocowała wszczęciem procesu beatyfikacyjnego. W 1991 roku podczas pielgrzymki do Polski Ojciec Święty Jan Paweł II beatyfikował matkę Bolesławę Marię Lament potwierdzając jej heroiczność cnót i świętość życia. Życia, które poświęciła w całości Bogu i bliźnim.


 
Różnorodność Strojów Zakonnych
Leonard Przybysz

Mówi się, że nie habit czyni mnicha… Tak, to prawda, ale też prawdą jest, że dobry mnich bardzo ceni swój strój zakonny.

W świecie istnieje ogromna liczba zakonów – a co za tym idzie – wielka różnorodność habitów. Wyróżniają się choćby ze względu na kolor – czarny, biały, niebieski, brązowy. Kolor mówi nam wiele o charyzmacie danego zgromadzenia.

 

Widok zakonnika lub zakonnicy przechodzących ulicami miasta wzbudza różne reakcje – od sympatii i podziwu aż do nienawiści. Dlaczego tak się dzieje? Otóż habit wskazuje jasno, że osoba, która go nosi, jest poświęcona Bogu. Nie jest przywiązana do rzeczy tego świata. Zwykła obecność habitu w życiu publicznym może spowodować wyrzut sumienia u tych, którzy żyją w stałym pogwałceniu Prawa Bożego. Idący ulicą zakonnik jest kimś w rodzaju wędrującej i niemej nagany dla ludzi, którzy żyją w grzechu, jak też na przykład dla kobiet noszących nieskromne stroje. Ale prawdą jest również, że taka osoba duchowna równocześnie stanowi „wędrujące” wsparcie dla tych wszystkich, którzy żyją w stanie łaski. Widok zakonnika lub zakonnicy jest dla nas, katolików, niezwykle budujący – przypomina nam o Bogu i Jego Prawie.

 

Zaiste, habit zakonny nie pozostawia nas obojętnymi! Wiedzą o tym wrogowie Kościoła, którzy w niektórych krajach doprowadzili do tego, że istnieje zakaz pokazywania się w habicie w miejscach publicznych. Tak oto objawia się „wolność religijna” definiowana i kontrolowana przez „dogmat” laicyzmu.

A teraz, Drogi Czytelniku, spójrz na zaprezentowane tutaj trzy rodzaje habitu zakonnego. Pierwszy, w kolorze białym, to strój zakonny dominikanina. Składa się z trzech części: tuniki, szkaplerza i kaptura. W XV wieku dołożono do niego różaniec przy pasie. Kolor biały symbolizuje czystość i skromność. Czarna barwa płaszcza dominikańskiego to symbol pokory.

 

Drugi habit – bardzo znany w katolickim świecie, należy do zakonu karmelitańskiego, którego patronem jest wielki prorok Eliasz. Pas karmelity wskazuje na szczególną konieczność umartwiania w tej części ciała, która kojarzy się z lubieżnością.

 

Bardzo interesujący jest strój Franciszkanek Rodziny Maryi, zakonu założonego przez św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Czarny habit przepasany fioletowym sznurem, biały kołnierz, na głowie biały czepek i czarny welon, na piersi zawieszony krzyż… Charyzmatem tego zgromadzenia jest praca nad własnym udoskonaleniem i służba bliźnim. Siostry podejmują się apostolstwa w przedszkolach, internatach, domach dziecka. Opiekują się również chorymi w szpitalach i hospicjach.

 

Jakże bogaty i różnorodny jest świat mnichów i zakonów!



 
Dziadek na wagę złota, babcia jak czysty brylant
Jerzy Wolak

Rodzina jest jak drzewo. Zakładająca ją para – mężczyzna i kobieta – tworzy pień, z którego wyrastają synowie i córki jak gałązki oliwki dokoła stołu (Ps 128,3). Ale pień nie mógłby zaistnieć bez korzeni – a tymi są dziadkowie i babcie. Oto rodzinne drzewo w całej swojej krasie – jak je Pan Bóg stworzył.

 

Rodzina bez dziadków jest niepełna. W dzisiejszych czasach powszechnej aberracji, gdy mianem niepełnej rodziny określa się społeczne patologie, takie stwierdzenie może szokować, ale w normalnym, katolickim świecie to oczywista oczywistość. Stwórca zaprogramował życie człowieka w cyklu trójpokoleniowym: najpierw jest się dzieckiem, potem ma się dzieci, a na koniec ogląda się ich dzieci.

 

Rodzina to organizm – w pełni funkcjonalna jest tylko wtedy, gdy wszystkie jej elementy znajdują się na swoim miejscu, a każdy spełnia funkcję przeznaczoną mu od stworzenia świata. A jak świat światem rolą najstarszych członków plemienia, niezdolnych już do walki, łowów i trudu zdobywania pożywienia z przeklętej ziemi (Rdz 3,17) było zajmowanie się najmłodszym pokoleniem, aby odciążyć tych, którzy stanowili jego trzon i przewodnią siłę.

Opiekuńczo‑wychowawcza rola dziadków jest nie do przecenienia. Poświadczy to każdy, kto miał możliwość skorzystać z tego dobrodziejstwa. Jak zapewne również niejeden, który z zazdrością patrzył, jak dzieci sąsiada po zakończeniu szkolnych zajęć nie muszą się tułać po świetlicach, tylko z dziadkiem za rączkę udają się wprost do domu, gdzie babcia czeka na nie z ciepłym obiadem.

 

Babcia nauczy

 

A ileż to procesów dydaktycznych przebiega pod czujnym okiem babci, która nie tylko zaprowadzi ucznia czy uczennicę na zajęcia pozaszkolne, nie tylko przypilnuje, żeby na pewno odrobili zadanie domowe, ale też nie jeden raz wydatnie im w tym pomoże, zachęci czy wytłumaczy jakieś trudniejsze zagadnienie (ba, nierzadko znacznie lepiej niż rodzice – ponieważ z racji wieku sama chodziła jeszcze do normalnej szkoły, a nie na targowisko niekompetencji reformatorów oświaty, przeto niejednokrotnie góruje zakresem wiedzy i stopniem jej uporządkowania nad generacją za nie swoje winy skazaną na trzyetapowy system odmóżdżania).

 

W ogóle dziadkowie bardziej są potrzebni wnukom niż ich rodzicom. O ile bowiem dla tych drugich stanowią istotną wyrękę, o tyle tym pierwszym po prostu rozszerzają świat. Są wszak żywą historią, niejako jej ucieleśnieniem – przez sam fakt sięgania do przeszłości sprzed zaistnienia rodziców i pamiętania spraw, których ci żadną miarą nie mogli doświadczyć. Zetknięcie z taką perspektywą ogromnie poszerza dziecięcy horyzont. A przy tym buduje poczucie tożsamości, rozwija poszanowanie tradycji, znacząco pomaga młodemu człowiekowi wpisać się w odwieczny ciąg pokoleń zwany narodem – czyli uczy patriotyzmu.

 

Dziadkowie mają czas na poświęcenie wnukom całej uwagi, „bezboleśnie” więc uczą dzieci prawidłowych relacji. Nie da się przecenić dziadkowych opowieści na niespiesznym spacerze, wspartym solidną porcją lodów. Nie da się przecenić tysięcy rozmów na niezliczone tematy prowadzonych z cierpliwością, której jakże często brakuje zagonionym rodzicom. Nie da się przecenić babcinych odpowiedzi na milion pytań, z których żadne nie zostanie zlekceważone, czy wysłuchania każdej dziecięcej fantazji i zainteresowania dziecięcym światem. Przez brak pośpiechu i dystans dziadkowie są w stanie otworzyć młode dusze na piękno. A jakimi wspaniałymi potrafią być towarzyszami zabaw i najdzikszych przygód!

Co więcej, zakochani we wnukach, niezbicie przekonani o ich ultrawyjątkowości w czasie i przestrzeni, zasiadający w pierwszych rzędach na przedszkolnych i szkolnych występach, grzmiący brawami do obrzęku dłoni i puchnący z dumy na widok każdego dzieła swych oczek w głowie, niezmiernie przyczyniają się do wyrabiania w młodym człowieku poczucia własnej wartości i bezpieczeństwa.

 

Dziadek zabawi

 

Dziadkowie jednak nie powinni dublować rodziców w ich wychowawczej roli, lecz dawać wnukom to, z czym rodzicom nie wolno przesadzić: zachwyt, pobłażanie, miłość bez surowości. Dziadkom wolno bezkarnie rozpieszczać wnuki. Od ustanawiania nakazów i zakazów oraz ich egzekwowania są rodzice. W gestii dziadków ma leżeć wyłącznie przyjemna strona życia.

Gorzej jednak, gdy nie mając innego wyjścia, sami muszą brać ­sprawy wychowawcze w swoje ręce, gdyż w całej rodzinie tylko im leży na sercu prawidłowe wychowanie młodego pokolenia – a to dziś sytuacja wcale nierzadka. Zwłaszcza w kwestiach religijnych. Jakże często babcia jest jedyną osobą, która opowie dzieciom o Panu Jezusie, zaprowadzi do kościoła, zadba o ich szczątkową choćby formację. Nie wspominając nawet, iż bywa, że rodzice decydują się ochrzcić dziecko wyłącznie z powodu kategorycznego nalegania ze strony babci. A ileż to razy pośród szalejącego dziś kryzysu ojcostwa dziadek jest jedynym męskim wzorem dla chłopca.

 

Ponadto w pewnym aspekcie wychowania dziadkowie okazują się nieodzowni poprzez samo swe istnienie. Chodzi o coraz częściej obecnie zaniedbywaną kwestię szacunku dla starszych, zwłaszcza zaś dla podeszłego wieku. Powszechnie wiadomo, że nic tak dobrze nie uczy jak przykład. Obserwując stosunek rodziców do dziadków, dzieci bezwiednie przyswajają model zachowania wobec starszego pokolenia. I tak samo potraktują swoich rodziców, jak oni kiedyś – na ich oczach – traktowali ich dziadków.

 

Ale żeby móc się szacunku domagać, trzeba przede wszystkim samemu się szanować. Siwy włos ma swoje prawa – i nic tu nie zmieni jego usilne farbowanie. Wiecznie młodzi dziadkowie to oksymoron (całkiem jak wolne związki czy ciepłe lody). Słusznemu wiekowi przystoi powaga, a nawet swoista nobliwość (co jednocześnie z miejsca wyklucza niechlujstwo czy zaniedbanie).

Jak kiedyś stwierdziła autorytatywnie pewna wnuczka:

– Ja chcę mieć dziadków starych i eleganckich, bo pajace nadają się tylko do cyrku.

 

Jerzy Wolak


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Szczęść Boże!

Jestem stałą czytelniczką „Przymierza z Maryją”, cieszę się również z każdej przesyłki kierowanej do mnie w ramach różnych, prowadzonych przez Was, akcji. Dziękuję bardzo za kalendarz „365 dni z Maryją” na rok 2019. Jakiś czas temu otrzymałam od Instytutu drewnianą koronkę zakończoną medalikiem z wizerunkiem świętej Siostry Faustyny Kowalskiej. Modliłam się na tej koronce szczególnie podczas codziennych spacerów. Wiele tych moich modlitw zostało wysłuchanych. Dziękuję Wam za wszystko i zapewniam o swej dalszej modlitwie w Waszych intencjach.

Danuta z Rybnika

 

 

Szczęść Boże!

Umiłowani! Cieszę się, że zaufaliście mi, przysyłając „Przymierze z Maryją”, które chętnie czytam. W tym piśmie jest wiele interesujących wiadomości. Chwała Wam za to. Uważam, że „Przymierze” powinno być propagowane szczególnie wśród młodych ludzi.

Zmagam się z bardzo poważną chorobą. Pozostaje mi tylko modlitwa życzliwych ludzi. Często siadając przy komputerze, patrzę na Naszą Panią – Matkę Bożą Fatimską, której Wizerunek spogląda na mnie z przesłanego przez Was kalendarza. Jej Oblicze – pełne łaski i dobroci, dłonie – złożone do modlitwy. To jest cudowne! Otrzymałem od Was także obrazki Najświętszej Panienki, różaniec i wiele innych drogocennych prezentów. Dziękuję Wam za to wszystko. Gdy jeszcze byłem zdrowy, z żoną podjęliśmy postanowienie, aby – będąc na emeryturze – odwiedzać miejsca święte dla naszej religii. Udało nam się odwiedzić Ziemię Świętą. To była najcudowniejsza pielgrzymka i wspaniała przygoda. Niestety, później życie potoczyło się inaczej. Zaczęła się moja choroba…

Pragnę życzyć całemu Instytutowi dalszych owocnych działań na niwie szerzenia religii katolickiej. Wierzę, że – mimo różnych przeszkód – Święty Kościół dzięki Naszej Najukochańszej Matce – Pannie Maryi stanie silniej na nogi w szerzeniu wiary.

Zbigniew z Katowic

 

 

Niech Będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziękuję bardzo za otrzymany egzemplarz „Przymierza z Maryją” oraz życzenia świąteczne. Pragnę stale otrzymywać Wasze pismo, które uważam za bardzo dobre i które pomaga poszerzać nam naszą wiedzę religijną oraz pomaga umocnić naszą wiarę. Chciałbym także obdarowywać nim moich bliskich. Bóg zapłać za wszystko. Szczęść Wam Boże.

Stanisław z Ustronia

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Droga Redakcjo! Piszę do Was ten list, ponieważ pragnę wraz z Wami dziękować Bogu za to, że jestem członkiem Apostolatu Fatimy, a stało się to za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny.

20 grudnia 2017 roku zmarł mój mąż. Kiedy odchodził, oddałam mu mój ulubiony różaniec. Przez moment ciężko było mi się z nim rozstać, lecz szybko pomyślałam, że na ostatnią drogę nie pożałuję przecież mężowi tego świętego przedmiotu. Po dwóch albo trzech tygodniach wpadła mi w ręce ulotka informująca o możliwości zamówienia Waszej książki o Fatimie. Wypełniłam ją i po niedługim czasie otrzymałam książkę wraz z dołączonym do niej różańcem. To ostatecznie sprawiło, że jestem w Apostolacie Fatimy.

Odkąd czytam „Przymierze z Maryją”, zauważyłam, że moja modlitwa staje się bardziej rozważna i głębsza.

W marcu 2018 roku robiłam badanie piersi. Okazało się, że na jednej z nich mam guza. Po dwóch tygodniach otrzymałam skierowanie na dalsze badania. Odmówiłam lekarzom. Powiedziałam im, że najpierw muszę jechać odwiedzić moje dzieci, mieszkające za granicą – córki w Norwegii i Niemczech, a syn – w Holandii. Musiałam też pojechać do Rzymu. W tym czasie piłam napój z imbirem i każdego dnia prosiłam Matkę Bożą o zdrowie. Obecnie – proszę sobie wyobrazić – jestem po ponownych badaniach i po guzie nie ma śladu! Dziękując Bogu i Matce Najświętszej za odzyskane zdrowie, proszę Was o wspólną modlitwę.

Zofia

 

 

Szczęść Boże!

Szanowni Państwo! Dziękuję za przesłanie mi Waszego pisma i poświęconego obrazka z modlitwą do św. Ojca Pio. Zapewniam, że będę się codziennie modlić tą modlitwą. Zresztą muszę przyznać, że ten Święty nie jest mi osobą obcą – od dłuższego czasu regularnie modlę się za wstawiennictwem tego wspaniałego świętego Stygmatyka i dziękuję Mu za pomoc uzyskaną w ubiegłym roku. Mam na myśli szczególnie jedną taką sytuację. Byłam na pewnym wyjeździe i nie miałam przy sobie specjalnego aparatu, który mi pomagał w moich zdrowotnych dolegliwościach. Byłam zdenerwowana. Pomyślałam: „co ja teraz zrobię?”. Ale wtedy natychmiast przyszedł mi na myśl właśnie Stygmatyk z Pietrelciny. Przecież on jest doskonałym orędownikiem u Pana Boga. Wyprasza nam tyle łask! I rzeczywiście, po krótkim westchnieniu i słowach do Ojca Pio: „bez Ciebie sama sobie nie poradzę” nagle – potocznie mówiąc – zadziałało! Od tego czasu nie jest mi potrzebne urządzenie (bez którego wcześniej nie mogłam się obejść) i go już nie używam. Moje dolegliwości – jak dotąd – się nie powtórzyły.

Życzę Wam wszystkiego najlepszego w roku 2019 i modlę się gorąco o błogosławieństwo dla Waszej wielkiej pracy.

Niech Was błogosławi Pan Jezus, a Swoją opieką niech Was otacza Maryja z Józefem i Ojcem Pio.

Maria z Krakowa

 

 

Szczęść Boże!

Serdecznie dziękuję Wam za wszelkie materiały, jakie mi przysyłacie. Dzięki nim mogę między innymi praktykować nabożeństwo do św. Ojca Pio oraz Koronkę do Bożego Miłosierdzia. I właśnie w związku z tym pragnę w tym miejscu wspomnieć o moim wyzdrowieniu z udaru mózgu. Uzdrowił mnie Miłosierny Chrystus. Wymodliłem to, odmawiając wytrwale Koronkę do Bożego Miłosierdzia. A było ze mną już bardzo źle. Lekarze dawali mi nikłe szanse nie tylko na wyzdrowienie, ale w ogóle na to, że przeżyję. Lecz ja – dzięki Panu Jezusowi – nie tylko żyję, ale też nadal pracuję. Neurolodzy aż nie dowierzają. To prawdziwy cud! Pozdrawiam Was serdecznie.

Sylwester




Pismo Fatimskiej Pani
 

 

„Przymierze z Maryją” powstało, gdyż odnaleźliśmy w sobie potrzebę podzielenia się z Czytelnikami wspaniałym darem – świadomością niezmierzonej opieki, jaką Maryja otacza nas i nasze rodziny.

 

Każdy kolejny numer pisma daje nam nowe doświadczenia pozwalające kstałtować „Przymierze z Maryją” jako czasopismo dla rodzin, dla małżeństw oraz dla każdego, kto czuje więź z katolicką Wiarą i Tradycją. Na tym fundamencie propagujemy postać Matki Bożej, która w tak wielu okolicznościach otacza opieką nasz naród.

 

Od pierwszego numeru, kiedy to rozesłaliśmy czasopismo do niewielkiego grona korespondentów aż do dzisiaj czujemy obecność Matki Bożej, która stała się dla nas życiowym drogowskazem, za którym chcemy podążąć zarówno w publikowanych artykułach, jak i w codziennym życiu. Maryja to przewodniczka i opiekunka na każdy czas – w pracy, w domu, w szkole. Dlatego czynimy wszystko w myśl założenia, by każda katolicka rodzina mogła znaleźć w „Przymierzu z Maryją” wartości, które pozwolą jej wzrastać w wierze i miłości.

 

Maryja obecna jest na kartach naszego czasopisma dla rodzin katolickich w różnych kontekstach. Najważniejsze tematy, które poruszamy to:

 

  • kwestia godnego przyjmowania Komunii Świętej,
  • świętość i nierozerwalność sakramentalnego katolickiego małżeństwa,
  • rodzina katolicka jako wspólnota i miejsce wzrastania w Chrystusie, z opieką Maryi,
  • śmierć, czyściec i modlitwa za dusze w czyśćcu cierpiące, wieczne zbawienie i wieczne potępienie – pojęcia coraz częściej zapomniane i niezrozumiałe dla współczesnego człowieka,
  • objawienia maryjne w Fatimie, w Lourdes, w Akicie, nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa, postaci błogosławionych i świętych stygmatyków,
  • objawienia Jezusa Miłosiernego i kult Bożego Miłosierdzia,
  • szkaplerz święty i związane z nim nabożeństwo,
  • żywoty i historie świętych zapisane na kartach historii i przekazywane w Tradycji katolickiej,
  • lokalne polskie miejsca kultu Maryi.

... i wiele innych spraw, wśród których nie brakuje kwestii dotykających kryzysu naszej cywilizacji, takich jak kondycja współczesnych rodzin, czy też walka o życie nienarodzonych.

 

„Przymierze z Maryją” zaprasza do lektury!

Maryja
i „Przymierze...”
 

CZYLI OD POMYSŁU NA BIULETYN KATOLICKI DO OGÓLNOPOLSKIEGO CZASOPISMA CZYTANEGO PRZEZ SETKI TYSIĘCY KATOLIKÓW

 

Kiedy w październiku 2001 roku wydrukowaliśmy pierwszy numer „Przymierza z Maryją”, niewiele osób dawało nam szanse na „sukces”. Sceptyków lub pesymistów patrzących na przyświecającą nam misję było więcej niż optymistów. Dziś jednak chyba nie ma wątpliwości – setki tysięcy rodzin, które otrzymują pismo, to najlepszy dowód na to jak ważny i potrzebny jest nasz dwumiesięcznik.

 

Wszelkie łaski, jakie otrzymaliśmy od pierwszego do bieżącego numeru, w tym każdego nowego korespondenta, który zaczął czytać „Przymierze z Maryją”, oddajemy z wyrazami wdzięczności jednej, szczególnej osobie – to Maryja, której fatimskie oblicze zdobi okładkę naszego pisma jest sprawczynią sukcesu, jaki odniosło skromne czasopismo dla rodzin katolickich. Maryja daje nam pomoc, którą czujemy na każdym kroku. I Jej też zawierzamy nasze pismo, z wiarą oczekując triumfu Jej Niepokalanego Serca!

 

 

„Przymierze z Maryją” przeszło długą drogę – od czarno-białego biuletynu do wielkonakładowego, bogato ilustrowanego pisma, z którego opinią liczą się duchowni i świeccy katolicy. Korzystając z sukcesu, jaki stał się udziałem naszych Czytelników oraz redakcji, z okazji wydania 100. numeru, przygotowaliśmy dla naszego magazynu nową okładkę. Oprócz tego, przebudowaliśmy układ wewnętrzny, aby jak najlepiej spełniał oczekiwania wszystkich, którym „Przymierze z Maryją” będzie służyć w przyszłości.