Męka Chrystusa według Całunu
Bogusław Bajor

Całun Turyński jest relikwią szczególną. Budzi skrajne emocje. Czego jest świadkiem? Na pewno straszliwej męki Człowieka, który został w niego owinięty po śmierci krzyżowej. Jest także świadkiem czegoś, co przekracza możliwości ludzkiego rozumu – Zmartwychwstania.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa właśnie w Całun Turyński zostało owinięte Ciało Pana Jezusa po zdjęciu z Krzyża i przed złożeniem do grobu. Relikwia liczy nieco ponad metr szerokości i 4 metry długości.

Nie będziemy w tym miejscu opisywać dziejów Całunu, znajdującego się od 1578 roku w turyńskiej katedrze. Pragniemy zaś – wpatrując się w tę szczególną relikwię – kontemplować Mękę naszego Zbawiciela. Pamiętamy bowiem o Jego słowach skierowanych do św. Siostry Faustyny: Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej Męki większą zasługę ma, aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych Ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość (Dzienniczek 369).

Konanie w Ogrodzie Oliwnym
Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię (Łk 22, 44).

Wydzielanie krwawego potu (hematidroza) jest zjawiskiem znanym medycynie, choć niezwykle rzadkim. Pojawia się w czasie krańcowego osłabienia fizycznego organizmu i wstrząsu emocjonalnego, wywołanego głębokimi przeżyciami – np. wielkim strachem. Następuje wtedy pękanie naczyń krwionośnych w gruczołach potowych. Krew miesza się z potem. To właśnie o tej mieszaninie, ściekającej po całym ciele na ziemię, pisze św. Łukasz Ewangelista.

Prof. Giovanni Tamburelli z Uniwersytetu w Turynie, poddając komputerowej analizie trójwymiarowe zdjęcie twarzy Człowieka z Całunu, zauważył, że oprócz niezliczonych śladów krwi i małych skrzepów, Oblicze pobrudzone było krwią. Według badacza tak właśnie mogła wyglądać twarz Pana Jezusa podczas konania w Ogrodzie Oliwnym.

Pan Jezus wyszydzony i spoliczkowany
Jezus odpowiedział Arcykapłanowi: „Ja przemawiałem jawnie przed światem. Uczyłem zawsze w synagodze i w świątyni, gdzie się gromadzą wszyscy Żydzi. Potajemnie zaś nie uczyłem niczego. Dlaczego Mnie pytasz? Zapytaj tych, którzy słyszeli, co im mówiłem. Oto oni wiedzą, co powiedziałem”. Gdy to powiedział, jeden ze sług obok stojących spoliczkował Jezusa, mówiąc: „Tak odpowiadasz arcykapłanowi?”. Odrzekł mu Jezus: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?” (J 18,20–23).

Po pojmaniu w Ogrójcu nasz Pan był poniżany i policzkowany. Przy czym „policzkowanie” oznaczało brutalne wymierzanie ciosów pięścią w prawą część twarzy Zbawiciela przy jednoczesnym pluciu na Nią. Potwierdza to Całun Turyński. Oblicze umęczonego Człowieka jest zniekształcone przez opuchliznę właśnie prawej strony twarzy. Z kolei wspomniany w Ewangelii „policzek” wymierzony Panu Jezusowi przez sługę arcykapłana był w rzeczywistości mocnym uderzeniem drewnianą pałką o średnicy 4–5 centymetrów, który pozostawił po sobie szeroką ranę w okolicy nosa i policzka. W efekcie uderzenia, chrząstka nosa została złamana i przesunięta w prawo. Dodatkowym śladem tych tortur są wyrwane fragmenty brody.

Okrutne biczowanie
Ewangelie św. Mateusza, św. Marka i św. Jana uwieczniły dramat biczowania Pana Jezusa. Całun Turyński potwierdza tę prawdę. Całe ciało Człowieka owiniętego w płótno pokryte było ranami po brutalnym biczowaniu. Chrystusa bito m.in. rzymskimi biczami flagellum taxillatum, złożonymi z trzech odgałęzień zakończonych małymi ołowianymi kulkami. Pozostawiały one rany zbliżone kształtem do cyfry „8”. Rany pokrywały całe ciało Zbawiciela z wyjątkiem okolic serca i podbrzusza. Na podstawie ­Całunu uczeni ustalili, badając kierunek tych krwawień i kierunek uderzeń, że Jezus w czasie biczowania znajdował się w pozycji pochylonej i był przywiązany do niskiego słupa. Badacz prof. Pierluigi Bollone doliczył się ponad 600 ran na całym ciele dręczonego Człowieka z Całunu i 121 śladów po biczu.

Ukoronowanie cierniem
A żołnierze uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym (J 19, 2).

Całun ukazuje na głowie umęczonego Człowieka ponad 50 małych, głębokich ran, które świadczą o obecności korony cierniowej. Większe plamy odpowiadają dokładnie miejscom, gdzie znajdowały się żyły i tętnice. Korona cierniowa włożona przez żołnierzy na głowę Pana Jezusa miała kształt hełmu. Wystające z gałązek ostre kolce przekłuwały skórę. Ciernie były najprawdopodobniej przyczyną powstania rany znajdującej się pośrodku czoła, o śladzie krwawienia w kształcie cyfry „3”. Wiadomo, że w tej części głowy u wielu osób występuje dosyć duża żyła, która przy wielkim wysiłku znacznie się rozszerza. Jeden z cierni prawdopodobnie przekłuł tę żyłę, powodując ciągłe krwawienie.

Warto podkreślić, że inni skazańcy nie byli w taki sposób torturowani. Brytyjski pisarz i badacz Całunu Turyńskiego, Ian Wilson, tak opisuje okoliczności, w jakich doszło do ukoronowania cierniem: Na podstawie epizodu z Piotrem, grzejącym się przy ognisku, wiemy że w tym okresie noce w Jerozolimie były raczej chłodne. W Palestynie zawsze trudno było o drewno opałowe, żołnierze przygotowali sobie więc prawdopodobnie wiązki cierniowego krzaku, aby móc rozpalić ognisko. Kiedy „Król Żydowski” został im wydany, wpadli na pomysł „ukoronowania” Go splecioną z owych ciernistych gałązek „koroną”, która na wieki została znakiem rozpoznawczym umęczonego Chrystusa.

Dźwiganie Krzyża
A On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota (J 19,17).

Osłabiony okrutnym biczowaniem Chrystus wziął krzyż na Swe ramiona. Wiele wskazuje na to, że na miejsce kaźni niósł belkę poziomą – pionowa czekała na Golgocie. Wspomniane osłabienie było przyczyną licznych upadków. Ewangelie o nich nie wspominają, mówi o nich tradycja. Dlatego zostały włączone do nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Te upadki potwierdza także Całun. Kolana udręczonego Człowieka są poranione w wyniku gwałtownego uderzenia o kamieniste podłoże. Nie mogąc zamortyzować siły upadku rękoma, przywiązanymi do belki poprzecznej, Jego twarz nieuchronnie uderzała z całej siły o ziemię; poprzeczka napierała na głowę, silnie uderzając w kark, raniony koroną cierniową. Łatwo więc zrozumieć, dlaczego na Całunie kark Umęczonego jest zmasakrowany.

Przybicie do Krzyża
Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa (J 19, 18).

Na Całunie widoczne są obfite skrzepy krwi w okolicy nadgarstka. To pozostałości ran po gwoździach. W tym miejscu budowa anatomiczna dłoni gwarantuje utrzymanie ciężaru ciała wiszącego na krzyżu. Tędy przebiega też nerw pośrodkowy, którego zranienie powoduje niewyobrażalny ból. Prawdopodobnie jego uszkodzenie było przyczyną przykurczu kciuków. Na Całunie są one niewidoczne, schowane za pozostałymi czterema ­palcami.

Nogi Pana Jezusa zostały przybite jednym gwoździem. Najpierw przeszedł on przez stopę lewą, a potem przez prawą. Aby to było możliwe, tę drugą zwichnięto w stawie skokowym.
Ślad obfitego krwawienia wyznacza także miejsce eliptycznej rany zadanej przez żołnierza włócznią w prawy bok nieżyjącego już Pana Jezusa. Ostrze włóczni przeszło pomiędzy piątym a szóstym żebrem. Z wnętrza wylała się krew, a potem osocze – płyn podobny do wody.

Po ściągnięciu z Krzyża, ciało Pana Jezusa zostało złożone na płótnie Całunu, a następnie przytuliła je Boleściwa Matka. O takim przebiegu wydarzeń ma świadczyć tzw. krwawy pasek, który jest śladem po sączeniu się strużki krwi z rany w boku Zbawiciela. Przeszkodą, która zmieniła kierunek jego przepływu, mogła być ręka lub kolano Maryi.

Ciało Pana Jezusa złożono do grobu bez tradycyjnego obmycia. Wynikało to z przepisów prawa żydowskiego, zalecającego, by w przypadku gwałtownej śmierci pozostawić krew na ciele zmarłego.

Tajemnica zniknięcia Ciała a Zmartwychwstanie
A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara… Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli (por. 1 Kor 15,14–20).

W pierwszy dzień tygodnia poszły skoro świt do grobu, niosąc przygotowane wonności. Kamień zastały odsunięty od grobu. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa. Gdy wobec tego były bezradne, nagle stanęło przed nimi dwóch mężczyzn w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał” (Łk 24,1–6).

Całun Turyński potwierdza Prawdę o Zmartwychwstaniu Jezusa. Według hematologów analizujących ślady krwi, martwy Mężczyzna został owinięty w płótno i chusty około 2,5 godziny po śmierci, ale nie mógł przebywać w nich dłużej niż 36 godzin – gdyż nie ma na nich żadnych śladów rozkładu.

Badacz Gino Zaninotti na podstawie badań płótna i opisów ewangelicznych zrekonstruował sposób pochowania Jezusa Chrystusa. Szczególnie interesował się, w jaki sposób powstał wizerunek na Całunie i jakim „sposobem” ciało owinięte w płótno i chusty mogło opuścić ten szczelny „kokon”.

Według badających ten fenomen fizyków, odbicie postaci ludzkiej na Całunie dokonało się na skutek wybuchu ogromnej energii wewnątrz owego „kokonu”. Ta energia spowodowała „przypalenie” włókien płótna w taki sposób, że nie jest możliwe jego zmycie. Nie można go też niczym wywabić.

Uczeni twierdzą, że ciało jakby wyparowało, wydzielając promieniowanie, które miało ukształtować ten cudowny wizerunek. Jest wysoce prawdopodobne, że w chwili wytwarzania tego promieniowania ciało lewitowało.

Tak opisuje to naukowiec, pracujący dla Międzynarodowego Ośrodka Badań nad Całunem Turyńskm (CIELT) Arnaud-Aaron Upinsky: Oto jedna z największych tajemnic Całunu: w jaki sposób martwe ciało, odrywając się od tkaniny, w ogóle jej nie dotknęło. Uleciało na zewnątrz, w najmniejszym stopniu nie poruszając włókien, nie rozdzierając ich ani nie przesuwając istniejących już plam krwi. Dla normalnego ciała, podlegającego prawom natury, jest to niemożliwe. W żaden sposób nie można by wyjąć z Całunu zwłok pokrytych ranami, nie poruszając płótna i nie pozostawiając na nim żadnych śladów. Oto fakt decydujący i niemożliwy do podważenia przez żadną naukę. Można go wytłumaczyć jedynie „zdematerializowaniem” ciała, które uleciało z całunu na zewnątrz, nie podlegając już prawom natury – czyli tym, co chrześcijanie nazywają „Zmartwychwstaniem”.

Reasumując, ten jedyny w swoim rodzaju obraz-fotografię utworzył wybuch ogromnej energii. Ciało przeniknęło przez lnianą tkaninę w niczym nie uszkadzając jej struktury. Na skutek tego „kokon” zwiotczał i opadł.

To właśnie widok nienaruszonych, ale pustych płócien zdumiał św. Jana, który wreszcie zrozumiał słowa Pisma, że Mesjasz ma cierpieć, zostać zabity i ostatecznie powstać z martwych. Wtedy właśnie ujrzał i uwierzył (J 20,8).

Postscripum
Badania krwi z Całunu Turyńskiego wykazały, że należy ona do grupy AB, czyli tej samej, która pojawia się zarówno przy cudach eucharystycznych, jak i na innych relikwiach związanych z Męką Pańską. Znaleziono ją na ukazującej twarz Pana Jezusa Chuście z Manopello, uchodzącej za oryginał chusty św. Weroniki czy na Sudarionie z Oviedo, czyli chuście, w którą według tradycji owinięto po śmierci głowę Zbawiciela. Także na niej zachowało się odbicie twarzy. Po porównaniu stwierdzono, że jest to oblicze tego samego mężczyzny, który spoczywał w Całunie…

Oprac. Bogusław Bajor


NAJNOWSZE WYDANIE:
Męka Chrystusa według Całunu
Kończy się Wielki Post. Przed nami Wielki Tydzień, którego apogeum stanowi Triduum Paschalne. W Wielki Czwartek, Piątek i Sobotę w sposób szczególny nasza myśl biegnie w kierunku Golgoty i Najświętszej Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!

 
Apostazja - banalizacja i szyderstwo
Ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr

22 października 2020 roku Trybunał Konstytucyjny orzekł o niezgodności z Konstytucją ustawy dopuszczającej tzw. aborcję eugeniczną. W tym samym dniu rozpoczęły się masowe protesty feministek i ich zwolenników. Bardzo szybko obiektem ataków stał się także Kościół katolicki. Okazało się, że „formą protestu” jest nie tylko rzucanie z wściekłością w przestrzeń publiczną wulgaryzmów, ale także dewastacja obiektów kościelnych. To jednak jeszcze nie wszystko – wkrótce pojawiła się idea apostazji – jako trwałej formy zerwania relacji z Kościołem.

Feministki ukuły hasło „narodowej apostazji”. Tym samym granice agresji i absurdu zostały mocno przesunięte. Apostazja została potraktowana jako banał, jako coś, co jest wyrazem aktualnej mody.

Czym jest apostazja? Słowo to, wywodzące się z greckiego apostasia – odstępstwo, oznacza dobrowolne, świadome i całkowite odejście od wiary człowieka ochrzczonego (może też oznaczać porzucenie stanu duchownego po wyższych święceniach – apostazja ab ordine lub z zakonu po ślubach wieczystych – apostazja a religione).

Trzeba jednoznacznie powiedzieć, że ten rodzaj odstępstwa od wiary zawsze w Kościele był uważany za najcięższe przestępstwo. Apostaci, zwani także w okresie pierwszych prześladowań lapsi, byli surowo karani przez władze kościelne. W stosunku do nich używano kar degradacji lub ekskomuniki.

Aktualnie obowiązujący Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 roku określa apostazję jako „całkowite porzucenie wiary chrześcijańskiej” (kan. 751). Zachowana została w nowym prawie kościelnym kara ekskomuniki wiążącej mocą samego prawa w stosunku do apostaty (kan. 1364 § 1). Dodatkowe kary dotykają osoby duchowne (kan. 1336 § 1 n. 1–3).
Apostazja stanowi zawsze grzech ciężki i bardzo poważne wykroczenie moralne. Wynika to z wielkości powołania chrześcijańskiego – wielkości i bezcenności daru, którym człowiek został obdarowany i którym – poprzez apostazję – dobrowolnie wzgardził.

Trzeba w tym miejscu na chwilę spojrzeć na rzeczywistość wiary. Jest ona w pierwszym rzędzie darem Boga. To właśnie ten dar zostaje brutalnie odrzucony przez apostatę.
Zazwyczaj spoglądamy na rzeczywistość wiary poprzez pryzmat naszego wysiłku, naszego poznania intelektualnego, naszej pobożności. Rzadko jednak zauważamy, że to, co czynimy, jest w istocie próbą odpowiedzi na niezrównany wysiłek Boga. Św. Jan Paweł II przypomina nam tę prawdę w Liście Apostolskim Tertio Millennio Adveniente: Wcielenie Syna Bożego świadczy o tym, że Bóg szuka człowieka.

Akt apostazji jest w tej perspektywie aktem arogancji wobec tego działania Bożego, jest aktem swoistej pogardy wobec Miłości, która zstąpiła na ziemię.

Warto spojrzeć też na jeszcze jeden aspekt. Katolicyzm podkreśla, że akt wiary zostaje utrwalony w sakramencie chrztu świętego. Wiara integralnie wiąże się z chrztem, jest jego warunkiem, a chrzest jest swoistym wyznaniem wiary. Katechizm Kościoła przypomina: Chrzest zawsze wiąże się z wiarą: „Uwierz w Pana Jezusa, a zbawisz siebie i swój dom” – oświadcza św. Paweł strażnikowi w Filippi. Opowiadanie mówi dalej: Natychmiast przyjął chrzest wraz z całym swym domem (Dz 16,31–33).

Chrzest ma charakter pieczęci, która jest nienaruszalna. Dlatego trwałość tego sakramentu sprawia, że nawet ten, kto rezygnuje z wiary, pozostaje nadal ochrzczonym.

Dlaczego warto o tym wspomnieć? By uzmysłowić sobie jak bardzo radykalny jest Bóg, który obdarowuje człowieka wiarą i wchodzi z nim we wspólnotę poprzez chrzest. To jest radykalizm miłości – absolutnie nieodwołalnej ze strony Boga. Ale w tym kontekście tym bardziej dramatyczna staje się decyzja człowieka, który mówi Bogu „nie”. To jest wzgarda i pogarda. Dlatego, obiektywnie patrząc, akt apostazji zawsze jest grzechem ciężkim.

Zaangażowanie Boga, które sprawia, że chrzest pozostaje nienaruszalną pieczęcią w człowieku, pozwala zrozumieć to, że miłość Boga „nie pamięta złego”. To znaczy, Bóg pozwala apostacie wrócić do Siebie. Mimo że człowiek próbuje powiedzieć Bogu swoje nienawistne „nie” jako kategoryczne i nieodwołalne, Bóg nie cofa Swojej miłości. Zawsze można powrócić do wspólnoty z Bogiem w Kościele.

Wydarzenia z jesieni 2020 roku w naszym kraju odsłoniły niewątpliwie swoistą erozję polskiego etosu wiary. To, co dla wielu było monolitem jako dawne przedmurze chrześcijaństwa, dzisiaj okazało się nadwyrężoną konstrukcją. Jednak najbardziej przerażający jest fakt banalizacji tego aktu wyrzeczenia się Boga. I wobec tej właśnie banalizacji tym mocniej uderzają mnie słowa św. Pawła Apostoła: Nie łudźcie się: Bóg nie dozwoli z siebie szydzić (Gal 6,7–8a).

Bóg nie dozwoli z siebie szydzić, nawet jeśli ktoś w Niego nie wierzy…


 
Zostań Apostołem Fatimy!

Jedyna taka wspólnota ... jest właśnie dla Ciebie!

Co to za wspólnota, licząca ponad 60 tys. członków, którzy wszyscy modlą się za siebie nawzajem? Duchowa rodzina pod patronatem Maryi, za którą codziennie wznoszą swoje modły siostry zakonne, a kapłan raz w miesiącu odprawia za nią Mszę Świętą? Formacja duchowa w tradycji katolickiej, której uczestnicy co roku mają szansę wziąć udział w pielgrzymce do Fatimy?
To Apostolat Fatimy. Jedyna taka wspólnota katolików w Polsce, gdzie za drobny, comiesięczny datek i codzienną modlitwę Apostołowie dostają moc duchowych korzyści, z których najważniejsza jest świadomość, że przyczyniają się do wielkiego dzieła – budzenia sumień Polaków!
Zadzwoń pod numer 12 423 44 23 i zostań Apostołem Fatimy!




 
Św. Elżbieta Seton - miłość i cierpienie
Adam Kowalik

Matka Elżbieta Anna Seton należy do grona świętych mniej znanych w Polsce. Jednak jej trudne, znaczone śmiercią bliskich osób i pracą nad umocnieniem katolicyzmu w USA życie, z pewnością zasługuje na przybliżenie. Beatyfikowana przez papieża Jana XXIII 17 marca 1963 roku, a kanonizowana przez Pawła VI w dniu 14 września 1975 r. założycielka amerykańskiej gałęzi Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia jest pierwszą osobą urodzoną w USA wyniesioną na ołtarze. Kościół wspomina ją 4 stycznia.

Elżbieta przyszła na świat 28 sierpnia 1774 roku w Nowym Jorku, w rodzinie anglikańskiej. Gdy miała trzy lata, osierociła ją matka. Ojciec, dr Ryszard Bayley, dziekan wydziału anatomii w Columbia College, a zarazem lekarz portu nowojorskiego, ożenił się po raz drugi z Karoliną Barclay. Macocha należała do organizacji charytatywnej, działającej w ramach wspólnoty anglikańskiej. Towarzysząc jej w wizytach u ubogich, Elżbieta nabrała zamiłowania do dzieł miłosierdzia. Niestety, drugie małżeństwo ojca rozpadło się.

Wiosna życia
Późniejsza święta od dzieciństwa odznaczała się zamiłowaniem do modlitwy. Sporo czasu poświęcała lekturze Pisma Świętego. Fascynowały ją zwłaszcza tradycyjne nurty pobożnościowe, bliskie katolicyzmowi.

Wczesne dzieciństwo Elżbiety przebiegło w cieniu wojny o niepodległość. Ojciec pełnił obowiązki chirurga przy sztabie angielskiego dowódcy gen. Guya Carletona. Po klęsce Anglików uniknął jednak prześladowań ze strony zwycięskich kolonistów, głównie dzięki szacunkowi, jakim cieszył się w społeczeństwie.

25 stycznia 1794 roku Elżbieta wyszła za mąż za młodego biznesmena Williama Magee Setona. Pan Bóg pobłogosławił ich związkowi. Wkrótce na świat zaczęły przychodzić kolejne dzieci: Anna, William, Ryszard, Katarzyna i Rebeka. Szczególna przyjaźń połączyła Elżbietę z siostrą męża, Rebeką. Razem prowadziły działalność charytatywną.

Niestety, konflikt polityczno-militarny, jaki wybuchł w 1798 roku między Stanami Zjednoczonymi a Francją, stał się przyczyną szeregu niepowodzeń przedsiębiorstwa handlowego zarządzanego przez Williama Setona. Jakby kłopotów było mało, mąż Elżbiety poważnie zachorował. W 1803 roku za radą lekarzy małżonkowie udali się do Italii. Towarzyszyła im najstarsza córka. Gdy opuścili statek w Livorno, ze względu na epidemię żółtej febry panującą w USA skierowano ich na czterotygodniową przymusową kwarantannę do lazaretu. Mieścił się on w zimnym, zawilgoconym gmachu, co źle wpływało na stan zdrowia Williama. Elżbieta pielęgnowała męża, a wolny czas spędzała na modlitwie i pobożnej lekturze. Niestety, niedługo po odzyskaniu wolności i wyjeździe do wynajętej willi w Pizie William zgasł. Przed śmiercią jego myśli kierowały się ku Bogu. Pochowano go na cmentarzu w Livorno. W mieście tym zatrzymała się także na dłużej Elżbieta. Mieszkała u przyjaciół męża, rodziny Filicchi.

Nawrócenie
Znalazłszy się w środowisku głęboko religijnym, młoda wdowa pocieszenie znajdowała w wizytach w katolickich świątyniach oraz kontemplacji sztuki religijnej najlepszych włoskich mistrzów. Szczególnie inspirująca pod tym względem była dla niej wycieczka do Florencji. Pobyt obu Amerykanek w Italii nieoczekiwanie przedłużył się ze względu na szkarlatynę, na którą kolejno zapadły Anna i Elżbieta.

Jakby nie dość było nieszczęść, zaraz po powrocie do ojczyzny młodej wdowie przyszło pożegnać serdeczną przyjaciółkę i powierniczkę, Rebekę Seton. Śmierć szwagierki tym mocniej ją dotknęła, że od pobytu w Italii nosiła się z zamiarem przejścia na ¬katolicyzm, wobec czego spodziewała się, że odwróci się od niej środowisko, w którym dotąd żyła. Nienawiść do „papistów”, jak pogardliwie protestanci nazywali katolików, była wówczas wśród Amerykanów ogromna.

Ponowne znalezienie się w anglikańskim otoczeniu ostudziło nieco zapał Elżbiety do konwersji. Rodzina i znajomi odwodzili ją od tego kroku. Ostatecznie jednak wsparcie ze strony braci Filicchich oraz katolickiego biskupa Baltimore ks. Jana Carolla pomogło jej przezwyciężyć skrupuły. 14 marca 1805 roku, w Środę Popielcową, dokonała aktu wyznania wiary katolickiej przed posługującym w Nowym Jorku ks. Mateuszem O’Brienem.

Teraz obawy spełniły się. Protestanckie środowisko, w którym Elżbieta wyrosła, odrzuciło ją. Tymczasem sytuacja materialna rodziny znacznie się pogorszyła. Próbę otwarcia przez młodą wdowę szkoły udaremniły wrogie knowania anglikańskich byłych znajomych. Wyrzekła się jej także rodzina męża, za wyjątkiem nastoletniej szwagierki, Cecylii. Ta wkrótce także otrzymała łaskę nawrócenia i przeszła na katolicyzm. Wyrzucona z domu, wprowadziła się do Elżbiety.

Wobec poważnych problemów finansowych, z jakimi borykała się Elżbieta, przebywający wówczas w USA Antonio Filicchi namawiał ją, by przeniosła się do Italii i zamieszkała w należącej do jego rodziny posiadłości. Odwiedli ją jednak od tego amerykańscy duchowni katoliccy, przekonani, że konwertytka może zdziałać wiele dobrego dla umocnienia katolickiej mniejszości w USA.

Matka Zgromadzenia
W czerwcu 1808 roku, na zaproszenie księży sulpicjan, przeniosła się z córkami do Baltimore w stanie Maryland, gdzie otwarła szkołę dla katolickich dziewcząt. Wkrótce dzięki wsparciu zamożnego neofity, Samuela Coopera, wówczas kandydata do kapłaństwa, zakupiono farmę w oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od Baltimore miejscowości Emmitsburg. To tam ostatecznie miał działać zakład dla panienek z zamożnych domów, a przy nim szkoła dla ubogich dzieci. Synowie Elżbiety podjęli naukę w kolegium prowadzonym w Baltimore przez Towarzystwo Kapłnów św. Sulpicjusza.

W tym czasie do Elżbiety Seton dołączały nowe współpracownice. Rosła wspólnota, na czele której stanęła Elżbieta obdarzona przez abp. Carrolla tytułem „matki”. 25 marca 1809 roku w kościele seminaryjnym w Baltimore złożyła na ręce arcypasterza roczne śluby czystości, posłuszeństwa i ubóstwa. Nieco ponad dwa miesiące później także jej towarzyszki przywdziały stroje zakonne, wzorowane zresztą na ubiorze noszonym przez Elżbietę po śmierci męża: czarne suknie z pelerynami i kapturami oraz białe czepki. W ten sposób oficjalnie powstało Zgromadzenie Sióstr św. Józefa.

W lipcu 1809 roku mała wspólnota sióstr przeprowadziła się do Emmitsburga. Towarzyszyły im dwie szwagierki Elżbiety, ciężko chora Cecylia oraz jej siostra Henrietta. Obie założyły stroje zakonne, lecz rychło Pan Bóg powołał je do siebie. Wkrótce dzięki pomocy niezawodnych braci Filicchich na farmie stanął nowy, piętrowy budynek.

Życie zgromadzenia zostało oparte na regule Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo (szarytek). Kopię reguły przywiózł z Francji do USA mianowany właśnie biskupem Bardstowne sulipcjanin, ks. Benedykt Flaget. Pierwotny plan, polegający na przyłączeniu się amerykańskich zakonnic do zgromadzenia szarytek, nie został zrealizowany ze względu na przeszkody stawiane przez władze Francji.

Doświadczona cierpieniem
Do wzrastającego zgromadzenia wstąpiła także córka Elżbiety, Anna. Uczyniła to zaraz po osiągnięciu wieku 16 lat. Jako uczennica zakładu zorganizowała pobożny związek dziewcząt. Niestety, w 1812 roku poważnie zapadła na zdrowiu. Tuż przed śmiercią, w drodze wyjątku, została dopuszczona do złożenia ślubów zakonnych. Matka mimo bólu, jaki sprawiało jej powolne odchodzenie ukochanego dziecka, była dumna z jej postawy i głębokiej wiary.

Niestety, nie była to ostatnia próba, którą przejść musiała Elżbieta Seton jako zwykła matka. W 1812 roku nieszczęśliwemu wypadkowi uległa dziewięcioletnia Rebeka. Upadła i dotkliwie się potłukła. Mimo opieki lekarzy, na jej nodze powstał wrzód. Dziewczynka bardzo cierpiała. W końcowym etapie choroby ból sprawiało jej nawet leżenie. Pobożne dziecko pociechę znajdowało w modlitwie. Rebeka zmarła na rękach matki w listopadzie 1816 roku.

Utrata córek nie załamała Elżbiety, która nadal z wielkim oddaniem pracowała nad rozwojem zgromadzenia. W 1814 kilka sióstr zamieszkało w Filadelfii, gdzie zaopiekowały się sierocińcem i przytułkiem św. Józefa. Podobna placówka powstała w 1817 roku w Nowym Jorku. Wreszcie 4 stycznia 1821 roku osłabiona trudnymi warunkami życia, wyniszczona przez gruźlicę, matka Seton odeszła do Pana.

* * *
W 1850 spełnił się pierwotny plan Elżbiety Seton. Założone przez nią Zgromadzenie Sióstr św. Józefa połączyło się z zakonem szarytek.


 
Prawdziwy cel sztuki religijnej
Leonard Przybysz

Przedstawiona tutaj reprodukcja obrazu hiszpańskiego malarza barokowego Gregoria Bausy (1590–1656) przedstawia Świętą Rodzinę. Konkretnie zaś scenę odnalezienia przez Maryję i św. Józefa małego Jezusa w Świątyni Jerozolimskiej.

Spójrzmy na twarze świętych Postaci przedstawionych w tym dziele. Co możemy z nich „wyczytać”? Na pewno zauważymy, że malarz ukazał głębokie zatroskanie św. Józefa. Niepokój jest również widoczny na obliczu Matki Najświętszej. Za to na twarzy młodego Jezusa maluje się pełna niebiańskiego spokoju pewność siebie.

Pamiętamy to wydarzenie opisane u św. Łukasza Ewangelisty: Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy, szukając Go.

Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie”. Lecz On im odpowiedział: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do Mego Ojca?”. Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział (Łk 2,41–50).

Co szczególnie uderza nas w zacytowanym fragmencie? Słowa Matki Bożej, które brzmią jak wyrzut, a nawet pewnego rodzaju nagana. Z czego miałaby ona wynikać? Z pozornego nieposłuszeństwa Syna. Dlaczego pozornego? Bo przecież Jezus okazał posłuszeństwo Niebieskiemu Ojcu. Porusza nas też pewność, z jaką dwunastolatek udzielił odpowiedzi Swej ukochanej Matce.

Redemptorysta, o. Augustyn Berthe CSsR, w swoim dziele Jezus Chrystus – życie, męka i triumf, komentuje tę scenę, tłumacząc niejako zachowanie Matki Najświętszej: Maryja nie rozumiała jeszcze wtedy całego Boskiego planu posłannictwa, który Bóg Ojciec powierzył Swojemu Synowi. Ojciec Berthe komentuje także obecność Jezusa wśród uczonych w Piśmie: Jego pytania zadawane uczonym zdradzały bardzo głęboką i żywą inteligencję pytającego, którą wszyscy mistrzowie i ich uczniowie podziwiali i byli pod jej ogromnym wrażeniem. Do tego stopnia, że zadawali sobie pytanie: „Skąd ten młodzieniec czerpie tę wiedzę, której przecież – po ludzku – w takim wieku nie mógł posiąść”.

Tak, Drogi Czytelniku, niewątpliwie wszystkie emocje związane z tą biblijną sceną Gregorio Bausá w mistrzowski sposób wyraził na swym obrazie. Ale nie tylko emocje. Zgodzimy się chyba, że kontemplacja tego obrazu uwrażliwia nas na Prawdę, Dobro i Piękno. Taki jest bowiem cel prawdziwej sztuki religijnej.

A teraz zwróćmy nasz wzrok na drugą, mniejszą ilustrację. Jakie robi na nas wrażenie z punktu widzenia artystycznego? Czy oddaje ona piękno właściwe Świętej Rodzinie? Niestety, widzimy tutaj tylko słodki i dość kiczowaty obrazek.

A jaką reakcję wzbudza z punktu widzenia duchowego? Być może wyłącznie sentymentalną. Czy ukazuje duchową głębię przedstawionych Postaci? Trudno odpowiedzieć na to pytanie pozytywnie. Podobnie jak trudno przyznać, że ten obrazek uwrażliwia nas na Prawdę, Dobro i Piękno…

Szukajmy więc prawdziwej sztuki religijnej, która wznosi nasze dusze ku wyżynom Niebios!



Listy od Przyjaciół
 

Szczęść Boże!
Szanowni Państwo, należę do osób, które nie chcą „rozdrabniać” i „rozpraszać” swoich nabożeństw. Dla mnie fundamentem jest Jezus Chrystus. A poza tym całe moje jestestwo zwrócone jest ku Maryi Niepokalanej, otaczającej mnie Swoją Opieką i Nieustającą Pomocą.
Przez codzienną modlitwę różańcową otrzymałem zdumiewająco dużo łask: zostały rozwiązane, i to z nawiązką, moje nieprawdopodobne wręcz problemy życiowe. Toteż Wasza propozycja, by poświęcić swój dom Maryi trafiła w pełni do mojego serca. Natychmiast po otrzymaniu przesyłki odmówiłem „Akt poświęcenia domu Niepokalanemu Sercu Maryi”, a tabliczkę z Aktem umieściłem na ścianie mojego pokoju.
Jestem dogłębnie poruszony faktem, że w ciągu kilku dni jeszcze jeden wielki problem, z którym miałem borykać się przez kolejne miesiące, znalazł się na właściwej ścieżce ku pomyślnemu rozwiązaniu. Z całego serca dziękuję za to Maryi, a Wam jestem niezmiernie wdzięczny za stworzenie możliwości, by poświęcić dom Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Pozdrawiam!
Władysław z Gliwic


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szanowna Redakcjo, pragnę złożyć moje świadectwo o otrzymaniu łaski uzdrowienia i rozwiązania poważnych problemów poprzez Nowennę Pompejańską. Problem był ogromny i pogłębiający się – dotyczył mojego syna. Był w wieku gimnazjalnym. Zaczęły się problemy z wychodzeniem z domu, z wychodzeniem do szkoły, ze wstawaniem z łóżka. Był to bardzo trudny i długotrwały czas. Ze szkoły otrzymywałam zapowiedź kary finansowej za niedoprowadzanie syna do szkoły. Robiłam co mogłam, bardzo chciałam pomóc synowi – nic nie skutkowało. Sytuacja stawała się coraz gorsza.
Pewnego dnia znajoma powiedziała mi, że opowiedziała o mojej sytuacji swojej cioci – siostrze zakonnej. Dostałam od niej bardzo cenną wskazówkę, jak z tego możemy wyjść – poprzez Nowennę Pompejańską.
Od razu tego samego dnia podjęłam tę modlitwę. Już na drugi dzień problemy zaczęły się rozwiązywać. Najpierw zdecydowaliśmy się na wizytę u lekarza, który poprowadził sprawę dalej, potem kolejne osoby, następnie nauczanie indywidualne i w końcu syn ukończył szkołę.
Dzięki wstawiennictwu Matki Bożej rozwiązała się sprawa, która po ludzku dla mnie była porównywalna z biciem głową w mur.
Dziękuję Ci Maryjo za wszelkie łaski, które otrzymaliśmy i które otrzymujemy. Dziś syn jest już ojcem i ma swoją rodzinę.
A Wam, Szanowni Państwo, gratuluję decyzji o propagowaniu Nowenny Pompejańskiej. Polecam wszystkim tę modlitwę, dzięki której możemy rozwiązywać problemy, które po ludzku wydają się nie do rozwiązania. Pozdrawiam Was serdecznie.
Ewa z Jarosławia


Szczęść Boże!
Z całego serca dziękuję za modlitwę, życzenia i wszelkie upominki. Niech Dobry Bóg ma wszystkich pracowników Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi w Swojej opiece, a Matka Najświętsza niech Was otacza opieką. Niech Pan Bóg obdarzy Was zdrowiem i wszelkimi łaskami. Modlę się za Stowarzyszenie i proszę o modlitwę. Bóg zapłać za wszystko!
Józefa z Mazowsza


Szczęść Boże!
Pragnę podziękować za kalendarz „365 dni z Maryją” na 2021 rok. Dzięki niemu tak bardzo czuję codzienną obecność, opiekę i wsparcie Matki Bożej. Byłoby świetnie, gdyby ten kalendarz mógł trafić do wszystkich naszych Rodaków. Chętnie w tym pomogę. Zapewniam o modlitwie za Stowarzyszenie i Apostolat Fatimy!
Agnieszka – Apostoł Fatimy


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Dziękuję za Wasze przesyłki. Dziękuję za kalendarz „365 dni z Maryją”. Jestem bardzo wzruszona, kiedy czytam „Przymierze z Maryją”. Nie zawsze ma kto czytać mi to pismo. Jestem osobą słabo widzącą od czasu tragicznego wypadku. Miałam wtedy 24 lata i plany na przyszłość. Po wypadku przez dwa miesiące byłam nieprzytomna. Lekarze dawali mi jeden procent szans na przeżycie. Moja mama modliła się gorąco za wstawiennictwem Matki Bożej i św. Judy Tadeusza. Miłosierny Jezus wysłuchał modlitw. Przeżyłam, a później – w roku 1992 – urodziłam zdrowego, pięknego synka. Chłopiec pięknie grał na pianinie, lubił matematykę, poza tym uczył się języków obcych. Obecnie mieszka w Anglii – pomaga mnie i mojej mamie, która ma 82 lata.
Byłam na pielgrzymce w Fatimie, aby podziękować Panu Bogu i Matce Bożej za życie, zdrowie i za syna. Odwiedziłam też inne święte miejsca.
Mąż, który spowodował ten wypadek, po pewnym czasie mnie opuścił… Ale i tak za wszystko dziękuję Bogu.
Pomagam chorym i ułomnym dzieciom. Najlepszą dla mnie nagrodą jest ich uśmiech i wdzięczność.
Nie tracę nadziei. Modlę się o zdrowie i pomoc w moim inwalidztwie, abym mogła przetrwać i jak najdłużej cieszyć się rodziną.
Serdecznie dziękuję Wam za miłe i pełne pocieszenia słowa. Za serdeczne pozdrowienia. Bóg zapłać za wsparcie duchowe w życiu codziennym, często tak trudnym. Dziękuję za to, że przypominacie to piękne hasło: O Maryi nigdy dość!
Grażyna z Lublina


Szczęść Boże!
Pragnę podzielić się dobrą wiadomością – w końcu odnalazłam Matkę Bożą i Pana Boga. A zaczęło się od bardzo ciężkiego wypadku samochodowego. Cudem uniknęłam śmierci. Wydarzył się on 27 listopada. Przez przypadek dowiedziałam się później, że w ten dzień jest wspomnienie Maryi od Cudownego Medalika. Poczytałam trochę informacji o tym medaliku i doszłam do wniosku, że to ma sens! Musiałam więc trochę oberwać, aby jaśniej myśleć. Najpierw zapoznałam się z całą historią Cudownego Medalika, a później zamówiłam go wraz z książkami. Co ciekawe, tydzień przed wypadkiem modliłam się o światło wiary…
Wypadek był ciężki, a jego skutki odczuwalne do dziś, ale dzięki niemu odnalazłam wreszcie Boga! I za to dziękuję!
Z Panem Bogiem
Dorota




Pismo Fatimskiej Pani
 

 

„Przymierze z Maryją” powstało, gdyż odnaleźliśmy w sobie potrzebę podzielenia się z Czytelnikami wspaniałym darem – świadomością niezmierzonej opieki, jaką Maryja otacza nas i nasze rodziny.

 

Każdy kolejny numer pisma daje nam nowe doświadczenia pozwalające kstałtować „Przymierze z Maryją” jako czasopismo dla rodzin, dla małżeństw oraz dla każdego, kto czuje więź z katolicką Wiarą i Tradycją. Na tym fundamencie propagujemy postać Matki Bożej, która w tak wielu okolicznościach otacza opieką nasz naród.

 

Od pierwszego numeru, kiedy to rozesłaliśmy czasopismo do niewielkiego grona korespondentów aż do dzisiaj czujemy obecność Matki Bożej, która stała się dla nas życiowym drogowskazem, za którym chcemy podążąć zarówno w publikowanych artykułach, jak i w codziennym życiu. Maryja to przewodniczka i opiekunka na każdy czas – w pracy, w domu, w szkole. Dlatego czynimy wszystko w myśl założenia, by każda katolicka rodzina mogła znaleźć w „Przymierzu z Maryją” wartości, które pozwolą jej wzrastać w wierze i miłości.

 

Maryja obecna jest na kartach naszego czasopisma dla rodzin katolickich w różnych kontekstach. Najważniejsze tematy, które poruszamy to:

 

  • kwestia godnego przyjmowania Komunii Świętej,
  • świętość i nierozerwalność sakramentalnego katolickiego małżeństwa,
  • rodzina katolicka jako wspólnota i miejsce wzrastania w Chrystusie, z opieką Maryi,
  • śmierć, czyściec i modlitwa za dusze w czyśćcu cierpiące, wieczne zbawienie i wieczne potępienie – pojęcia coraz częściej zapomniane i niezrozumiałe dla współczesnego człowieka,
  • objawienia maryjne w Fatimie, w Lourdes, w Akicie, nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa, postaci błogosławionych i świętych stygmatyków,
  • objawienia Jezusa Miłosiernego i kult Bożego Miłosierdzia,
  • szkaplerz święty i związane z nim nabożeństwo,
  • żywoty i historie świętych zapisane na kartach historii i przekazywane w Tradycji katolickiej,
  • lokalne polskie miejsca kultu Maryi.

... i wiele innych spraw, wśród których nie brakuje kwestii dotykających kryzysu naszej cywilizacji, takich jak kondycja współczesnych rodzin, czy też walka o życie nienarodzonych.

 

„Przymierze z Maryją” zaprasza do lektury!

Maryja
i „Przymierze...”
 

CZYLI OD POMYSŁU NA BIULETYN KATOLICKI DO OGÓLNOPOLSKIEGO CZASOPISMA CZYTANEGO PRZEZ SETKI TYSIĘCY KATOLIKÓW

 

Kiedy w październiku 2001 roku wydrukowaliśmy pierwszy numer „Przymierza z Maryją”, niewiele osób dawało nam szanse na „sukces”. Sceptyków lub pesymistów patrzących na przyświecającą nam misję było więcej niż optymistów. Dziś jednak chyba nie ma wątpliwości – setki tysięcy rodzin, które otrzymują pismo, to najlepszy dowód na to jak ważny i potrzebny jest nasz dwumiesięcznik.

 

Wszelkie łaski, jakie otrzymaliśmy od pierwszego do bieżącego numeru, w tym każdego nowego korespondenta, który zaczął czytać „Przymierze z Maryją”, oddajemy z wyrazami wdzięczności jednej, szczególnej osobie – to Maryja, której fatimskie oblicze zdobi okładkę naszego pisma jest sprawczynią sukcesu, jaki odniosło skromne czasopismo dla rodzin katolickich. Maryja daje nam pomoc, którą czujemy na każdym kroku. I Jej też zawierzamy nasze pismo, z wiarą oczekując triumfu Jej Niepokalanego Serca!

 

 

„Przymierze z Maryją” przeszło długą drogę – od czarno-białego biuletynu do wielkonakładowego, bogato ilustrowanego pisma, z którego opinią liczą się duchowni i świeccy katolicy. Korzystając z sukcesu, jaki stał się udziałem naszych Czytelników oraz redakcji, z okazji wydania 100. numeru, przygotowaliśmy dla naszego magazynu nową okładkę. Oprócz tego, przebudowaliśmy układ wewnętrzny, aby jak najlepiej spełniał oczekiwania wszystkich, którym „Przymierze z Maryją” będzie służyć w przyszłości.