Krzyżowa Droga Kościoła i Zmartwychwstanie
Krystian Kratiuk

Medialne doniesienia sprawiają, że niejeden katolik może popaść w głęboką depresję. Oto słyszymy bowiem o pustoszejących świątyniach, promowaniu herezji, odstępstwach od wiary, upadku moralności, radykalnym spadku powołań czy skandalu nadużyć seksualnych wśród części księży. Słowem – wielki kryzys Kościoła. To niewątpliwie prawda, niestety… Ale prawda ta w rozpacz wpędzi wyłącznie tych, którzy zapomną o drodze, którą podczas swych ziemskich dni musiał przejść Jezus Chrystus. Nie wolno nam przecież zapomnieć, że choć najważniejszą z dróg, po których przeszedł nasz Pan, była bolesna droga krzyżowa, to jednak zakończyła się ona Zmartwychwstaniem.

 

Kościół stanowi Mistyczne Ciało Chrystusa. Tak jak i Chrystus posiada więc Matkę (nie bez powodu wszak Maryję nazywamy Matką Kościoła), a ziemskie trwanie Kościoła jest bardzo podobne do życia Jego założyciela.

 

Droga Chrystusa i Droga Kościoła

 

Spójrzmy na to w ten sposób: gdy Chrystus się rodził, świat nie chciał go przyjąć. Nie było dla niego miejsca w betlejemskich gospodach, król Herod zaplanował na niego zamach, przyszedł na świat w ukryciu, wśród biedoty i siana. Tak samo było z Kościołem – gdy się rodził, był prześladowany. Mocarze ówczesnego świata zarządzali zamachy na wyznawców Chrystusa, nie było dla nich miejsca wśród możnych tamtego świata, pobożny lud musiał żyć w głębokim ukryciu.

 

Na kolejnym etapie swojego życia Chrystus zamieszkał z Matką, by potem zacząć nauczać. Tak też było z Kościołem – po trzech wiekach prześladowań Kościół zaczął budować nasz wspólny dom – cywilizację chrześcijańską, która wytworzyła wszystko, co do niedawna jeszcze nazywaliśmy Pięknym, Dobrym i Prawdziwym. Kościół przez całe wieki nauczał z mocą, nawracając wszystkie narody, do których posłani zostali jego kapłani.

 

Stosunkowo najkrótszy, ale najbardziej bolesny i niezbędny dla wypełnienia się planu Bożego był ostatni okres ziemskiego życia Chrystusa – droga krzyżowa i śmierć, która jednak ostatecznie, mimo powszechnego braku nadziei, nie zatriumfowała. Wydaje się, że Kościół jest dziś właśnie na tym etapie swojej historii – tak jak Chrystus musi przejść upokorzenia i zdrady, będące ciosami zadawanymi nierzadko przez tych samych ludzi, którzy jeszcze kilka dni wcześniej na jerozolimskich ulicach tłumnie wołali: Hosanna!, witając prostego cieślę niczym króla! A przecież jeszcze nie tak dawno Kościół i jego nauki niepodzielnie królowały w sercach całych narodów.

 

Ale dziś nie żyjemy już w dobie niedzieli palmowej…

 

Tak jak Chrystus wszedł na drogę krzyżową, przygotowaną przez jego wrogów – wśród których był również i uczeń – tak na tę samą drogę wkroczył Kościół, Jego Mistyczne Ciało. Tak jak i wówczas, gdy Pan był skazywany na śmierć i zapierali się Go uczniowie (z pierwszym papieżem na czele), tak i dziś często Kościół jest osamotniony, a jego nauczanie zdradzane za pieniądze. Wielu Jego uczniów nie broni Go dziś ze zwyczajnego strachu, nazywanego wyborem umiaru czy kompromisem.

 

Kościół będzie szedł po tej krzyżowej drodze, a każde kolejne skandale mające weń uderzyć, będą jak kolejne upadki Chrystusa przygniecionego drzewnym ciężarem. Każde słowo wypowiedziane przeciwko Prawdzie, Drodze i Życiu, wszystkie grzechy ludzi Kościoła – w tym i nas, świeckich – stanowić będą kolejne razy, ­wymierzane Panu Jezusowi przez wyposażonych w wymyślne narzędzia tortur rzymskich żołnierzy.

 

Matka jest z nami!

 

Wszyscy znamy stacje Drogi Krzyżowej – wiemy, kto towarzyszył na niej Chrystusowi. Wiemy, że trwała przy Nim, aż do końca, Jego Najświętsza Matka. I dziś jest przy nas! Tak jak pojawiła się na kartach historii Zbawienia, by przez Nią na świat mógł przyjść Jezus, tak i w czasach antychrześcijańskich rewolucji znów pojawia się Maryja! Objawienia Matki Bożej w ciągu ostatnich dwóch stuleci zwielokrotniły się – pojawiła się w tak wielu miejscach, dość wspomnieć tylko La Salette, Lourdes, Gietrzwałd, Fatimę, Akita, Kibeho! Wszędzie tam Matka Boża prosiła o modlitwę przebłagalną za grzeszników – za tych, którzy krzyżując Kościół, krzyżują Chrystusa. A skoro na ziemi znów pojawia się Matka Chrystusa, oznacza to, że wkrótce może pojawić się i On sam.

 

Zanim to jednak nastąpi, ktoś musi na krzyżowej drodze Kościoła wcielić się w rolę Szymona z Cyreny – człowieka, który pomagał Zbawicielowi podczas Jego cierpienia. To rola dla każdego z nas – dla każdego wiernego, który zechce trwać przy Chrystusie i przy Kościele, przy Jego odwiecznej i niezmiennej Nauce i Tradycji! Możemy być Szymonami, wszak przecież i nam wydaje się – tak jak i temuż Cyrenejczykowi – że jesteśmy niegodni, że nie nadajemy się do tego zadania. A jednak to zadanie zostało nam wyznaczone – pytanie tylko, czy jesteśmy gotowi je przyjąć?

 

Płaczcie nad sobą i swoimi dziećmi…

 

Pocieszanie Chrystusa w dniach drogi krzyżowej Jego Kościoła jest znacznie ważniejsze niż samo utyskiwanie na kryzys w Kościele. Modlitwa wynagradzająca Jego Najświętszemu Sercu oraz Niepokalanemu Sercu Jego Matki stanowi pomoc w dobie zamętu i powszechnej utraty nadziei. Z samego płaczu bowiem nic nie będzie – co powiedział wszak Chrystus niewiastom na drodze krzyżowej. To bowiem nie nad Nim powinny płakać, ale „nad sobą i swoimi dziećmi” – i na to wydarzenie w naszej analogii również znajdzie się miejsce. Gdy bowiem zabijany jest Kościół, giną kolejne dziesiątki tysięcy dusz, którym nie będzie dane przyjąć sakramentów, poznać Prawdy, wejść na Drogę prowadzącą do Życia. Czyż to nie obraz naszych czasów?

 

Ostateczne rozwiązanie kwestii Kościoła?

 

Nieodłącznym etapem drogi krzyżowej jest śmierć – i jej doczeka Kościół święty. Będzie to jednak oczywiście śmierć pozorna, gdy całemu światu wydawać się będzie, że kwestia chrześcijaństwa została już „ostatecznie rozwiązana”, przy krzyżu Kościoła trwać będzie Jego Matka oraz jeden tylko uczeń. To rzecz jasna metafora, pokazująca jednak, iż w niezachwianej wierze przetrwa zapewne tylko mała grupka. Apostołów było wszak dwunastu – jeden zdradził, inny trzykrotnie się zaparł, reszta rozpierzchła się, troszcząc się bardziej o własne życie niż o Chrystusa. Przy krzyżu trwał tylko jeden z Dwunastu – święty Jan, ten który jako pierwszy przyjął Maryję jako swoją Matkę. On zapewne brał udział w zdjęciu Chrystusowego ciała z krzyża i pomagał złożyć je w grobie.

 

Powstanie z martwych

 

W tym miejscu kończy się droga krzyżowa, ale nie kończy się przecież historia Zbawienia! Jak ciało Chrystusa zostało złożone w grobie, tak wydawać się może, że na naszych oczach umiera Kościół – Jego Mistyczne Ciało! Ale nic bardziej mylnego. Po drodze krzyżowej następuje największy cud w historii świata – poranek Zmartwychwstania. Analogicznie nastąpi on również po krzyżowej drodze Kościoła i po dniach ciemności, które muszą nadejść – zgodnie z księgą Apokalipsy, podyktowaną zresztą wiernemu Janowi. Po nich jednak nadejdzie ten Dzień, o który nie przestajemy modlić się, wołając: Przyjdź Królestwo Twoje! Przyjdzie Kościół nowy, odrodzony, ten sam, choć zupełnie inny – tak jak po Zmartwychwstaniu Pana rozpoczęło się Jego nowe, odrodzone, to samo choć zupełnie inne Życie!

 

Bądźmy świadkami nadziei!

 

W dobie wielkiego kryzysu Kościoła nie wolno nam więc tracić nadziei! Przeciwnie – musimy być Jej niewątpiącymi świadkami! Naszym zadaniem jest, by w dobie przechodzenia przez Kościół po krzyżowej drodze nie być tymi, którzy rzucają weń kamieniami, wyśmiewają i wytykają palcami, nie być też tymi, którzy uciekli i nie chcą się do Niego przyznać. Ani tymi, którzy wyłącznie płaczą. Nie! Mamy być najpierw Szymonem z Cyreny, który będzie pomagał nieść krzyż, a potem świętym Janem, który zasłużył na miano „ucznia, którego Chrystus miłował”, gdyż nie uciekł, nie zdezerterował, nie przestraszył się i nie zwątpił, ale trwał do końca wierny, za opokę swej Wiary przyjmując Matkę Jezusa Chrystusa. Matkę Kościoła!


NAJNOWSZE WYDANIE:
Droga Chrystusa drogą Kościoła
Nie ma chyba dnia, by różnego rodzaju media nie nagłaśniały prawdziwych, półprawdziwych i całkiem wydumanych grzechów Kościoła. Nie wpadajmy wtedy w panikę, tylko w spokoju rozważmy dość znaną opinię: Kościół jest święty, bywa też grzeszny… Jak rozumieć tę sprzeczność?

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!

 
Nie Ulegajmy Pokusie Kremacji
Ks. Adam Martyna

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 

Drodzy Bracia i Siostry! Przeżywamy Wielki Post, który rozpoczął się od ceremonii posypania głów popiołem i od przypomnienia słów, które skłonią do refleksji nawet największego światowca i sceptyka: Pamiętaj człowiecze, że jesteś prochem i w proch się obrócisz. Są one swego rodzaju znakiem stopu na drodze życia i wymagają zadania sobie podstawowych pytań: Dokąd zmierzam, co jest dla mnie ważne; gdyby moja droga dziś się skończyła, czego mogę się spodziewać?.

 

Chrześcijanie zawsze zdawali sobie sprawę z tego, że podobnie jak starożytni Izraelici z Egiptu zdążali do Ziemi Obiecanej, tak my zdążamy do wieczności, a naszą Ziemią Obiecaną jest Niebo.

Wielki Post jest przede wszystkim przygotowaniem do godnego przeżywania Zmartwychwstania Chrystusa Pana, a także nadzieją na nasze przyszłe zmartwychwstanie. Dlatego człowiek w chrześcijaństwie jest święty cały: jako ciało i dusza. Nie jest prawdą, że chrześcijaństwo gardzi ciałem. Tak czyniła filozofia platońska. Religia objawiona Abrahamowi od początku niosła tę prawdę: człowiek umierając, nie zasługuje na zniszczenie, wyrzucenie czy też przestaje być sobą. Pismo Święte zazwyczaj mówi o śmierci jako o złączeniu się z przodkami, którzy nadal żyją dla Boga. Dlatego ciału zmarłego należy się szacunek, bo ono też bierze udział w tym przejściu człowieka, a od Zmartwychwstania Chrystusa oczekuje też na swoje własne zmartwychwstanie.

 

Niestety, ostatnio coraz częściej słyszymy o faktach kremacji ludzkiego ciała, co napawa nie tylko wątpliwościami, ale i smutkiem. Ciało ludzkie jest – jak uczy św. Paweł – za życia świątynią Ducha Świętego i po śmierci nie przestaje nią być, tyle że ziemia zakrywa proces rozkładu starego człowieka, który to proces musi nastąpić, abyśmy otrzymali ciało duchowe. Dokona się to przy powtórnym nadejściu Pana Jezusa. Kremacja była powszechnie stosowana w tych religiach, w których zaprzeczano zmartwychwstaniu. Zarówno w tych bardzo prymitywnych, które widziały w śmierci odejście ducha do przodków, jak i tych bardziej złożonych, jak u np. starożytnych Greków czy Rzymian, którzy – według swoich wierzeń – odchodzili duchem do lepszej krainy, a ciało spełniło już swoją rolę, więc poddawano je kremacji, okazując w ten sposób swego rodzaju cześć.

 

Nie tak jest w chrześcijaństwie. Ciało ludzkie po śmierci ulega rozkładowi, ale to jest jego uczestnictwo w poniżeniu Chrystusa. Stąd chrześcijanie, podobnie jak żydzi, chowali swoich zmarłych, a miejsca ich pochówku otaczane były opieką i czcią. Na grobach męczenników pierwotnie odprawiano Mszę Świętą, co poniekąd obowiązuje do dzisiaj – w starych ołtarzach zamurowane są relikwie, czyli cząstki ciała osób świętych. Zwyczaj ten został niejako „podyktowany” przez samego Boga, z woli którego najwięcej cudów i łask dokonywało się właśnie na grobach świętych. Chrześcijanie odnajdują Boże Miłosierdzie nie tylko przed tzw. cudownymi obrazami czy ikonami, ale również w zetknięciu z ciałami zmarłych świątobliwych męczenników czy wyznawców, a nawet poprzez modlitwę przy ich grobach.

 

Zauważmy, że nawet w czasach wojny żołnierzy wroga, jeśli byli chrześcijanami, należało pogrzebać i armia, która mając taką możliwość, zaniedbałaby tego obowiązku, okryłaby się hańbą. Palenie ciał było dopuszczalne tylko w wypadku różnych nieuleczalnych epidemii, kiedy umierało tylu ludzi, że nikt nie był w stanie ich pochować.

 

Możemy powiedzieć, że pierwsze kremacje „na życzenie” pojawiają się w XVIII wieku wraz ze wzrostem wpływów masonerii, by zaprzeczyć wierze Kościoła w przyszłe zmartwychwstanie. Taki zdeklarowany mason, który nie wierzył w życie pozagrobowe, dawał wyraz swemu zwątpieniu i niewierze poprzez nakaz spalenia swojego ciała. Szczytem pogardy dla wiary w zmartwychwstanie i pogardy dla człowieka miało być właśnie zabranie mu pochówku.

 

Z tym zjawiskiem masowo spotykamy się w wieku XX w obozach koncentracyjnych, gdzie ludzi poddawało się kremacji zarówno za życia, jak i po śmierci, a ich prochy rozsypywano na polach. Oprawcy chcieli przez to powiedzieć: Jesteście nawozem. Nie ma żadnego zmartwychwstania. Nawet nie pozwolimy wam obrócić się w proch, ale zdepczemy was do ostatka. Oto na co zasługujecie.

 

Zdumieniem napawa fakt, jak to się mogło stać, że kremacja zdobyła sobie tylu zwolenników wśród wierzących katolików. Moim zdaniem, z pewnością jest to jakiś brak wiary, bo ci którzy wierzą w zmartwychwstanie, nie obawialiby się rozkładu. Ten, który ich stworzył raz, może w odpowiednim czasie stworzyć ich od nowa. Poza tym, mając przykład tylu świętych, których ciała nawet po śmierci pomagają ludziom, a zwłaszcza samego Pana Jezusa, który chciał być złożony w grobie, nie powinno się ulegać pokusie spalenia swojego własnego ciała.

 

Jak więc wspomniałem, moim zdaniem są to jakieś braki w wierze. Ale skoro tylu uważających się za wierzących uległo temu trendowi, a do tego jeszcze doszły względy praktyczne: mniej miejsca na cmentarzach, kwestie finansowe; Kościół nie chciał opuszczać tych, którzy umierając, nie zaparli się wiary, umarli jako katolicy, a jednak zadysponowali, że należy ich skremować. Dlatego został opracowany ryt pogrzebu z udziałem tylko urny, który podobnie jak wiele obyczajów liturgicznych naszych czasów (np. Komunia Święta na rękę, świeccy szafarze itd.) został niejako wymuszony okolicznościami. Jednak Kościół stawia dwa podstawowe warunki: chrześcijanin nie chce spalenia swojego ciała jako aktu niewiary w zmartwychwstanie, a Msza Święta za zmarłego ma się odbyć w kaplicy przed spaleniem zwłok. Nie nad popiołem, a nad ciałem. To jest właściwa forma. Nad popiołem w urnie odprawia się jedynie nabożeństwo żałobne i odprowadza na cmentarz. Jest to ryt, który pomimo tego, że nowy i niepasujący nijak do chrześcijańskiego podejścia do ludzkiego ciała w przeszłości, obecnie stał się „modny”.

 

Pamiętajmy, że Pan Bóg może z prochu, który powstaje po spaleniu ciała, stworzyć z powrotem ciało uwielbione. Tak czy inaczej będziemy prochem. Ale katolickie podejście do pogrzebu, śmierci, nigdy nie było powiązane z paleniem zwłok, poza wyjątkowymi przypadkami. Dlatego zawczasu pomyślmy o tym i zakomunikujmy bliskim, że naszą wolą jest, by się spełniły słowa Boga skierowane do Adama: Wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty. Bo prochem jesteś i w proch się obrócisz (por. Rdz 3,19). Ale przecież nie na zawsze. Życzę wszystkim błogosławionych owoców Wielkiego Postu.


 
Dołącz Do Apostolatu Fatimy – Odwiedź Stronę Internetową!

Od początku lutego br. Apostolat Fatimy posiada swą stronę internetową, na której szeroko opisujemy i ilustrujemy aktywność Apostołów oraz ich świadectwa i osobiste historie, a także zdjęcia z pielgrzymek do Fatimy. Podsumowujemy tam również wszystkie korzyści, jakie wiążą się z uczestnictwem w tej wielkiej duchowej rodzinie.

 

 

Przypomnijmy, że Apostolat Fatimy to szczególna forma zaangażowania Przyjaciół i Dobrodziejów Stowarzyszenia im. Ks. Piotra Skargi w aktywne propagowanie Orędzia Matki Bożej Fatimskiej poprzez wsparcie modlitewne i finansowe.

 

Apostolat istnieje od 2003 roku, a liczba członków przekroczyła już 60 tysięcy osób! Uczestnictwo w Apostolacie to odpowiedź na wezwanie Maryi, która zachęciła nas do ofiarowania się za grzeszników, zapewniając przy tym: W końcu Moje Niepokalane Serce zatryumfuje! Apostołowie Fatimy poprzez swą działalność wypełniają przykazanie Pana Jezusa obowiązujące wszystkich katolików: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię (Mk 16,15).

 

Pielęgnujemy tradycyjną pobożność

 

Dzięki Apostołom Fatimy przeprowadziliśmy wiele wspaniałych akcji. Na przestrzeni lat udało nam się rozprowadzić wśród polskich rodzin m.in.:

  • 8 871 000 kalendarzy 365 dni z Maryją
  • 2 926 400 różańców
  • 1 051 000 Cudownych Medalików
  • Ponad MILION breloków z napisem Nie wstydzę się Jezusa!
  • 974 200 obrazków z wizerunkiem Matki Bożej Fatimskiej
  • 966 000 książek Fatima. Orędzie tragedii czy nadziei?
  • 753 000 tarcz Najświętszego Serca Pana Jezusa

 

Kongres Apostołów Fatimy

 

W 2017 roku Apostołowie Fatimy z różnych stron Polski przybyli do krakowskiego Centrum Kongresowego ICE, by uczestniczyć w pierwszym Kongresie Apostołów Fatimy. Przedstawiciele Stowarzyszenia oraz Instytutu Ks. Piotra Skargi zaproponowali Apostołom bogatą refleksję nad sensem Orędzia Fatimskiego oraz nad sposobami jego propagowania. Apostołowie zapewniali, że Kongres był dla nich wielkim duchowym przeżyciem, które pozwoliło im lepiej zrozumieć Orędzie Fatimskie, a co za tym idzie, wzbogaciło ich życie religijne.

 

Liczne przywileje

 

Przynależność do Apostolatu Fatimy wiąże się z licznymi przywilejami. Najważniejszym z nich są Msze Święte, odprawiane 13. dnia każdego miesiąca w intencji wszystkich Apostołów.

 

Dodatkowo zaprzyjaźnione z nami siostry klauzurowe wspierają Apostołów Fatimy swoją codzienną modlitwą. Modlitwa wznoszona przez zakonnice klauzurowe ma w oczach Boga szczególną wartość. To wielki dar!

 

Co dwa miesiące członkowie Apostolatu otrzymują bezpłatnie pismo „Przymierze z Maryją”, które ukazuje się od 2001 roku i dociera do ponad 350 000 rodzin. Nasz dwumiesięcznik jest adresowany do wszystkich, którzy oczekują jasnej, tradycyjnej nauki i czystej katolickiej duchowości. Warto podkreślić, że Apostolat Fatimy jest stale obecny na łamach pisma.

 

Już po roku uczestnictwa w Apostolacie Fatimy każdy może wziąć udział w losowaniach kilkudniowej pielgrzymki do Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Fatimie. Dwa razy w roku – w maju i październiku – grupa Apostołów Fatimy wyjeżdża razem z kapłanem do Portugalii, by poznać miejsce objawień Najświętszej Maryi Panny i uczestniczyć w pięknych nabożeństwach. Dotychczas pielgrzymowało z nami już ponad 800 osób.

 

* * *

Każdy może zostać Apostołem Fatimy. Jeśli jeszcze nie dołączyłeś do naszej duchowej rodziny, zrób to teraz!

Nie wahaj się. Powierz Maryi swoje troski i dołącz do Apostolatu Fatimy
dzwoniąc pod numer 12 4234423, wysyłając list na adres Stowarzyszenia
bądź też za pośrednictwem strony internetowej www.ApostolatFatimy.pl.




 
Św. Mikołaj z Flue - Duchowy Ojciec Szwajcarii
Adam Kowalik

Święty Mikołaj z Flüe jest patronem Szwajcarii, a zarazem stojącej na straży bezpieczeństwa Ojca Świętego Gwardii Szwajcarskiej. Za życia łączył harmonijnie obowiązki męża i ojca z troską o sprawy publiczne oraz służbę Bogu. Podobnie jak żonaci apostołowie, oddalił się od rodziny, gdy takiej ofiary zażądał od niego Stwórca.

 

 Imiennik biskupa Miry pochodził z kantonu Unterwalden, który znajduje się w centralnej części Szwajcarii. Urodził się 21 marca 1417 roku w rodzinie wolnych chłopów, gospodarującej od pokoleń na hali, u podnóża skały Flüe. Jego ojciec, Henryk, bardzo religijny mężczyzna, cieszył się w okolicy dużym autorytetem. Matka Emma Robert pochodziła z sąsiedniej doliny.

 

Pobożność, umartwienia, miłosierdzie

 

Mikołaj już w dzieciństwie lubił się modlić. Miał do tego wiele sposobności, gdy pasł na łąkach należące do rodziny bydło. Przyjaciele z dzieciństwa wspominali go jako dobrego, prawdomównego i cnotliwego chłopca, który często oddalał się od grona pastuszków, by zatopić się w modlitwie. Kilka razy towarzyszył matce, gdy ta odwiedzała leżącą w pobliżu jej domu rodzinnego pustelnię Macieja Hattingera.

Już we wczesnej młodości Mikołaj miewał nadprzyrodzone wizje. Ich sens mógł zrozumieć dopiero po latach. Bo jak zinterpretować znaczenie wysokiej wieży, którą jako szesnastolatek ujrzał na łące?

 

W wieku 20 lat wszedł na drogę umartwień. Zaczął pościć o chlebie i wodzie oraz kilku suszonych gruszkach. Początkowo takie wyrzeczenie narzucał sobie jedynie w piątki, z czasem pokutował w ten sposób przez cztery dni w tygodniu.

W 1437 roku wybuchła wojna z Zurychem. Władze kantonu powołały go do wojska. Walki ciągnęły się przez 8 lat. Mimo że młodzieniec miłował pokój, mężnie stawał na polu bitwy. Przełożeni i towarzysze broni cenili jego rozwagę wojenną. Podczas jednej z późniejszych wojen, w 1460 roku, otrzymał nawet stopień kapitana. W czasie wolnym od służby modlił się na różańcu. Jak podkreślali świadkowie, z wielką wyrozumiałością traktował wrogów. Rzadko zdarzało mu się ranić, nie mówiąc już o zabiciu żołnierza strony przeciwnej. Stawał w obronie jeńców. Podczas ostatniej wyprawy, w której uczestniczył, sprzeciwił się zwierzchnikom, pragnącym podpalić oblężony klasztor. Spotkało się to z uznaniem także we własnych szeregach.

 

Życie rodzinne

 

Po powrocie do domu, dobiegający trzydziestki Mikołaj musiał zadecydować, co będzie robić w życiu. Mimo że prowadził pogłębione życie duchowe, nie zdecydował się na wstąpienie do klasztoru. Ostatecznie ożenił się z szesnastoletnią Dorotą Wyss.

Stanowili dobraną parę. Odpowiedzialny i pobożny Mikołaj znalazł w Dorocie oddaną żonę i zaradną współpracowniczkę. Mógł jej śmiało powierzać gospodarstwo na czas wypraw wojennych czy też nieobecności spowodowanych jego działalnością publiczną.

Na świat zaczęły przychodzić dzieci. Rosnąca gromadka zmusiła Mikołaja do wzniesienia nowego domu. Bóg obdarzył małżonków pięciorgiem synów i taką samą liczbą córek.

 

Praca w gospodarstwie oraz obowiązki męża i ojca zajmowały mu cały dzień. Dopiero w nocy mógł oddać się medytacji i odmawianiu różańca.

Podobnie jak niegdyś jego ojciec, także Mikołaj reprezentował mieszkańców okolicy w sądach. W 1459 roku został powołany na urząd sędziego. Pełnił go z wielkim oddaniem. Gdy jednak podczas jednego z posiedzeń ujrzał płomienie wydostające się z ust prawników głoszących niesprawiedliwe mowy, zrezygnował. Odrzucił także propozycję objęcia urzędu landmanna, czyli szefa rządu kantonu.

 

W tym okresie sprawy, w których ważność niegdyś głęboko wierzył, zeszły na drugi plan. Mikołaj zagłębiał się w życie duchowe. Był to proces trudny, niosący ze sobą wiele rozterek i cierpień. Ukojenie znajdował w częstym rozważaniu Męki Pańskiej. Pewną podpowiedzią co do dalszego życia, stały się dla niego zsyłane mu nadal przez Boga nadprzyrodzone wizje. Pewnego razu ujrzał obłok, z którego odezwał się głos, nakazujący mu, by zdał się na wolę Bożą. Kiedy indziej spostrzegł, że z jego ust wyrasta biała lilia o cudownym zapachu. Po chwili upadła na białego konia, który się oddalił. Biblijne skojarzenia budziła wizyta trzech mężczyzn, niewątpliwie aniołów, którzy wręczyli mu krzyż.

 

Mikołaj czuł, że Bóg żąda od niego porzucenia dotychczasowego życia. Uzależniał jednak decyzję od zgody żony, której przecież ślubował miłość i życie wspólne aż po grób. Zdawał sobie sprawę, że nie będzie jej łatwo samej wychować dziesiątkę dzieci. Najmłodszy syn miał zaledwie 13 tygodni.

Dorota wiedziała, że mąż realizuje wolę Boga. Choć nie przyszło jej to łatwo, pogodziła się z planami Mikołaja, który 16 października 1467 roku, włożywszy habit, wyruszył na pielgrzymi szlak. Nie uszedł jednak daleko. Bóg dał mu znak, żeby wracał w rodzinne strony.

 

W pustelni…

 

Na stoku Ranft, w miejscu, w którym przed laty miał wizję wysokiej wieży, teraz ujrzał cztery pochodnie zstępujące z Nieba. Nie było wątpliwości, że właśnie to miejsce, blisko rodzinnego domu, przeznacza mu Bóg. Osiadł tu na stałe. Pustelnię wznieśli dla niego okoliczni chłopi, gdy zorientowali się, że sąsiad chce zamieszkać w lichym szałasie. Była niewielka, pozbawiona łóżka, gdyż Mikołaj sypiał na gołej ziemi. Wkrótce dobudowano do niej małą kaplicę, gdzie z czasem dochodzący kapłan zaczął odprawiać Msze Święte.

 

Sława pobożnego pustelnika rozchodziła się po kraju. W 1469 roku przybył do Ranft pewien szlachcic ze Szwabii, były rabuś o imieniu Ulrich. Poprosił o zgodę, by mógł zamieszkać w pobliżu i pokutować za popełnione winy. Mikołaj zyskał sąsiada, który surowo pouczony, nie narzucał mu się, pędząc pustelnicze życie po drugiej stronie potoku.

 

W tym okresie post świątobliwego pokutnika przybrał nadprzyrodzoną formę – jedynym pokarmem, którym się posilał, była Eucharystia. W pewnym momencie wśród ludzi zaczęła jednak krążyć opinia, że życie, które pustelnik prowadzi, możliwe jest tylko za sprawą złego ducha. By to wyjaśnić, biskup Konstancji polecił mu zjeść pobłogosławiony chleb, co ten w duchu posłuszeństwa uczynił.

 

Nie zabrakło także ludzi podważających ścisły charakter postu Mikołajowego. W trosce o dobrą opinię pustelnika, władze kantonu nakazały całomiesięczną obserwację świątobliwego męża. Nie było wątpliwości, nie brał on do ust niczego oprócz Ciała Pana Jezusa.

Świątobliwe życie pustelnika stanowiące pociągający przykład dla innych wywoływało wściekłość diabła. Nieraz zły napadał na Mikołaja i bił go dotkliwie. Święty mąż odpowiadał skuteczniejszą bronią – modlitwą różańcową, postem oraz wzywaniem imion Jezusa i Maryi.

 

Jego wiara była prosta, a zarazem głęboka. Nie kończył szkół, nie posiadł umiejętności czytania. Jedyną Biblią, jaką dysponował, był powieszony na ścianie obraz z oryginalnym przedstawieniem Trójcy Świętej i prawd wiary. Ta swoista Biblia pauperum stała się przedmiotem jego medytacji. Licznie napływających pielgrzymów namawiał przede wszystkim do zachowywania Bożych przykazań.

 

Pustelnia nie odcięła całkowicie Mikołaja od wielkiej polityki. Dane mu było jeszcze raz odegrać ogromną rolę w historii Szwajcarii. W 1481 roku, w odpowiedzi na poważny kryzys ustrojowy, który nastąpił w trakcie zjazdu w Stans, Święty przedstawił własny projekt nowej organizacji Związku Szwajcarskiego. Propozycje cieszącego się wielkim autorytetem pustelnika zostały zaakceptowane przez przedstawicieli wszystkich kantonów, co zapobiegło wojnie domowej i uratowało jedność alpejskiego kraju.

 

W chwale Bożej

 

Nadszedł rok 1487, w którym świątobliwy pustelnik osiągnął wiek 70 lat. Zgodnie z proroctwem przekazanym mu przez wspomnianych wcześniej trzech pielgrzymów, zbliżał się kres jego życia. Przed śmiercią złożyła go ciężka choroba. Dotkliwe bóle mięśni sprawiały, że nie mógł ułożyć się na klepisku pustelni bez cierpienia. W ostatnich dniach czuwała przy nim żona z dorosłymi już dziećmi oraz przyjaciele. Wreszcie 21 marca, przyjąwszy Wiatyk, oddał Bogu ducha.

 

Na pogrzeb przybyły tłumy wiernych. Modlącej się przy grobie Mikołaja żonie Dorocie ukazał się anioł. Oznajmił jej, że widział męża stojącego na skale, pod którą się urodził, ze sztandarem w dłoni i otoczonego blaskiem.

Do grobu Świętego, znajdującego się przy kościele w Sachseln, przybywali liczni pątnicy. Wszyscy czekali na informacje o cudach i nie rozczarowali się. Wkrótce odnotowano pierwsze uzdrowienia, przede wszystkim wśród ludzi cierpiących na dolegliwości nóg.

Rosnący kult Mikołaja z Flüe zatwierdził 8 marca 1669 roku papież Klemens IX. Prawie 300 lat później, 15 maja 1947 roku, papież Pius XII ogłosił go świętym, a jednocześnie głównym patronem Szwajcarii.

 

Adam Kowalik

 


 
Bóg przemawia przez byty stworzone
Leonard Przybysz

Nasze ziemskie życie jest pielgrzymką do wieczności. To znaczy, że – zgodnie z doktryną katolicką – zmierzamy w stronę Nieba lub piekła. Wprawdzie podczas tej ziemskiej pielgrzymki mamy do czynienia z różnymi problemami, jednak z pomocą łaski Bożej możemy je rozwiązać, przestrzegając Prawa Bożego i nauki Kościoła Świętego.

 

W swojej nieskończonej Miłości i Dobroci, Bóg zaprasza nas do podziwiania piękna rzeczy stworzonych, które odbijają Jego nieskończoną doskonałość.

Co więcej, wszystko we wszechświecie, nawet rzeczy najmniejsze, w jakiś sposób symbolizują piękno i nieskończoną wielkość Boga. Taka właśnie analiza tego, co obserwujemy, zbliża nas do Boga i może przynieść nam ukojenie w cierpieniach i problemach, które są następstwem grzechu pierworodnego. Tak nas naucza wielu świętych – między innymi słynny Doktor Seraficki, święty Bonawentura.

Miał rację wielki katolicki myśliciel Plinio Corrêa de Oliveira, porównując wszechświat z potężną katedrą gotycką, w której podziwiamy piękne ołtarze, wspaniałe witraże, figury, obrazy etc.

 

Także byty stworzone mogą być przedmiotem naszego zachwytu. Weźmy na przykład kota… Z jednej strony jest to taka miniaturka dzikiego zwierzęcia, taki minitygrys, który w każdej chwili może nas ugryźć lub podrapać. Ten niezwykle skoczny drapieżnik może na swej drodze porozbijać i poszarpać wszystko… Z drugiej jednak strony, gdy tę dzikość uda się ujarzmić, kot staje się jakby żywą maskotką – delikatną, poniekąd dystyngowaną w swym zachowaniu i swych ruchach. Jest czuły i pieszczotliwy. Jego przyciągający wzrok ma w sobie coś zagadkowego i tajemniczego.

 

Inny przykład to morze. Jakże ono jest różnorodne! Raz spokojne i łagodne, jakby odpowiadało na naszą potrzebę spokoju i ładu. Innym razem porusza się nieznacznie, tworząc małe fale, które – można rzec – igrają na jego powierzchni. Patrząc na takie morze, aż chcemy się uśmiechnąć, a nasza dusza jest jakby zapraszana do rozkoszowania się przyjemnymi chwilami życia. Niekiedy jednak morze jest wzburzone. Majestat, gwałtowność, groza… to odczuwamy, obserwując, jak olbrzymie masy wody z furią rozbijają się o wysokie skały. Wobec wzburzonego morza czujemy się mali, onieśmieleni i przestraszeni, co nam przypomina gniew i sprawiedliwość Boga, karzącego zatwardziałego grzesznika. Ale wzburzone morze jest też w pewnym sensie symbolem wnętrza człowieka w stanie grzechu ciężkiego, miotanego gwałtownymi namiętnościami…

 

A teraz, Drodzy Czytelnicy, spróbujmy się chwilę zastanowić… Bóg, który stworzył świat, chce także przemówić do nas poprzez rzeczy stworzone. Są one jakby kartami lub fotografiami, na których Bóg zostawił swój ślad, byśmy wiedzieli, kim On jest i jaki On jest.

Jeśli nauczymy się w ten sposób patrzeć na świat i rzeczy stworzone, lepiej przygotujemy się do tego, aby kontemplować Boga przez całą wieczność w Niebie.

 

Leonard Przybysz



 
Wielka Sobota - z koszyczkiem do Świątyni

Wielka Sobota. Dzień spoczynku Pana Jezusa w grobie. To jednocześnie czas modlitewnego oczekiwania na cud Zmartwychwstania. W dniu tym nie ma nic z żałoby, nic ze smutku, ale wewnętrzna radość płynąca z wiary w bóstwo Chrystusa i z pewności wypełnienia wszystkiego, co zapowiedział.

 

W kościele przy grobie Chrystusa modlitewna adoracja wśród kwiatów i świec. Wierni zginają kolana, by uczcić pocałowaniem rany Ukrzyżowanego, złożonego na bordowej poduszce. Kościół przygotowywany jest do wieczornej liturgii…

 

Wierzący i niewierzący w kościele…

 

Niemal przez cały dzień trwa swoista pielgrzymka całych rodzin z koszykami, w których niosą pokarmy do poświęcenia. Co ciekawe, do świątyni przybywają wtedy nawet takie osoby, które przez cały rok – mówiąc łagodnie – nie narzucają się Panu Bogu. Traktują ten ceremoniał jako swego rodzaju pożyteczny, nieco „magiczny” zwyczaj, mający na celu zapewnienie sobie powodzenia w życiu doczesnym. Zdecydowanie przestrzegam przed taką postawą!

 

Baranek wielkanocny

 

Święcenie pokarmów świątecznych jest w Kościele starym zwyczajem. Spożywanie posiłku jest też czynnością świętą, dlatego modlimy się przed i po jedzeniu, a na największą uroczystość Zmartwychwstania święcimy także pokarmy. Piękny ten zwyczaj jest pozostałością z ­pierwszych ­wieków chrześcijaństwa. Przed większymi świętami uroczyście obchodzono wigilie i czuwano w nocy, oczekując radosnego dnia świątecznego. Przygotowywano też pokarmy na „zimno”, by nie naruszać świętowania przez prace kulinarne. Po Mszy Świętej odbywały się agapy, czyli wspólne posiłki uczestniczących w liturgii.

 

W koszyczku, w którym przynosimy dary do poświęcenia, nie może zabraknąć baranka wielkanocnego. Zwyczaj święcenia pieczonego baranka był rozpowszechniony już w dawnych wiekach. W późniejszych czasach coraz częściej zaczęto zastępować go figurkami baranka wykonanymi z ciasta, cukru, masła czy gipsu. Tego rodzaju baranek z wielkanocną chorągiewką stał się znakiem i elementem dekoracyjnym wielkanocnego stołu.

Symbolizuje on biblijnego baranka paschalnego, który był zapowiedzią Baranka – Chrystusa zabitego i zmartwychwstałego, wybawiającego swoją Krwią od śmierci wiecznej. Baranek Boży jednoczy wszystkich w Komunii Świętej.

 

Jajka i pisanki

 

Dawniej święcono wszystko, cokolwiek przygotowane było na stół świąteczny. W dawniejszych czasach w Wielką Sobotę przynoszono do domów z kościoła poświęcony ogień. Od niego zapalano też świece.

 

Do dziś przetrwał natomiast zwyczaj tworzenia pisanek i kraszanek. Jajka były istotnym elementem obrzędowości w czasach pogańskich, zaś od połowy średniowiecza weszły na stałe do obrzędowości związanej ze Świętami Zmartwychwstania Pańskiego.

 

Zdobione różnymi wzorami pisanki, wykonane nieraz z wielkim kunsztem artystycznym, przyjęły nową treść symboliczną związaną ze zmartwychwstaniem Chrystusa, kruszeniem skały grobu i rodzącym się życiem jako wielkim darem Boga. Trudno sobie wyobrazić dziś koszyk wielkanocny bez jaj i kolorowych pisanek, które błogosławi kapłan. Któż z nas też nie dzieli się święconym jajkiem w gronie rodziny przy składaniu wielkanocnych życzeń!

 

Chleb, chrzan, sól…

 

Cóż jeszcze znajdziemy w koszyczku? Przede wszystkim chleb przypominający „chleb żywy, który zstąpił z Nieba” i w Komunii Świętej daje życie światu. Do koszyka wkładamy też wędliny.

 

Na wielkanocnym stole powinien znaleźć się pobłogosławiony chrzan, pieprz i sól, które są odpowiednikami biblijnych gorzkich ziół. W Starym Testamencie przyprawiano nimi mięso wielkanocnego baranka. Wierni przynoszą do poświęcenia jeszcze wiele innych pokarmów jako zapowiedź uczty niebieskiej w Królestwie Zmartwychwstałego Odkupiciela.

 

Koszyczki i naczynia z umieszczonymi w nich pokarmami dekorujemy bukszpanem, wiecznie zielonymi borówkami lub też wiosennymi kwiatami i baziami.

Kapłani błogosławią pokarmy w kościołach i kaplicach. A w miejscowościach bardziej oddalonych od świątyni, księża jadą święcić pokarmy (i wodę) w domach prywatnych albo przy kapliczkach, by w wielkanocny poranek żadna rodzina nie została bez „święconki” .

 

Zgodnie z tradycją nie święci się jednak pokarmów przy krzyżach przydrożnych, bo Chrystus już zstąpił z Krzyża.

I na koniec mała uwaga. Pamiętajmy, że kapłan święci pokarmy, a nie nas, dlatego powstrzymajmy się od czynienia znaku krzyża podczas święcenia dóbr przyniesionych w koszyku. Przeżegnamy się na koniec ceremonii.

 

Pamiętajmy też, by darami Bożymi podzielić się z potrzebującymi.

 

oprac. BB

 

*Na podstawie: Mały rytuał domowy. Rok rodziny katolickiej (pod redakcją ks. Łukasza Grabiasza i Urszuli Haśkiewicz), Wydawnictwo Duszpasterstwa Rolników, Włocławek 2015.

 

RYTUAŁ ŚWIĘCENIA POKARMÓW W WIELKĄ SOBOTĘ

Kapłan: Prośmy Chrystusa Pana, zawsze obecnego wśród tych, którzy Go miłują, aby pobłogosławił te pokarmy na stół wielkanocny.

Wszyscy modlą się przez chwilę w ciszy.

 

Kapłan: Panie Jezu Chryste, Ty w dzień przed Męką i Śmiercią kazałeś uczniom przygotować paschalną wieczerzę, w dzień Zmartwychwstania przyjąłeś zaproszenie dwóch uczniów i zasiadłeś z nimi do stołu, a późnym wieczorem przyszedłeś do Apostołów, aby spożyć wraz z nimi posiłek; prosimy Cię, daj nam z wiarą przeżywać Twoją obecność między nami podczas świątecznego posiłku w dzień Twojego zwycięstwa, abyśmy mogli się radować z udziału w Twoim Życiu i Zmartwychwstaniu.

 

Chlebie żywy, który zstąpiłeś z Nieba i w Komunii Świętej dajesz życie światu, pobłogosław † ten chleb i wszelkie świąteczne pieczywo na pamiątkę chleba, którym nakarmiłeś lud słuchający Ciebie wytrwale na pustkowiu, i który po Swym Zmartwychwstaniu przygotowałeś nad jeziorem dla Swoich uczniów.

Baranku Boży, który zwyciężyłeś zło i obmyłeś świat z grzechów, pobłogosław † to mięso, wędliny i wszelkie pokarmy, które będziemy jedli na pamiątkę Baranka paschalnego i świątecznych potraw, które Ty spożyłeś z Apostołami na Ostatniej Wieczerzy. Pobłogosław także † naszą sól, aby chroniła nas od zepsucia. Chryste, Życie i Zmartwychwstanie nasze, pobłogosław † te jajka, znak nowego życia, abyśmy dzieląc się nimi w gronie rodziny, bliskich i gości, mogli się także dzielić wzajemnie radością z tego, że jesteś z nami. Daj nam wszystkim dojść do wiecznej uczty Twojej tam, gdzie Ty żyjesz i królujesz na wieki wieków.

Wierni: Amen.

 

Następuje poświęcenie pokarmów wodą święconą. Po skończonym obrzędzie udajemy się do Grobu Pańskiego na adorację Najświętszego Sakramentu.

Po powrocie do domu umieszczamy „święconkę” na stole wielkanocnym. Możemy wówczas zwrócić się do Zmartwychwstałego Chrystusa w krótkiej modlitwie błagalnej o dobre przeżycie świąt Wielkiej Nocy.

 


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Szanowni Państwo!

Serdecznie dziękuję za tegoroczny, naprawdę piękny, kalendarz ścienny „365 dni z Maryją”! Dziękuję również za kartki świąteczne, które otrzymałam w grudniu wraz z „Przymierzem z Maryją”. Cudowne, jak zawsze! Jestem również wdzięczna za wszystkie inne przesyłki, w tym oczywiście Wasz dwumiesięcznik. Zmartwiłam się jednak, gdy napisali Państwo, że z powodów finansowych nie będzie możliwe zwiększenie nakładu „Przymierza…” i że kalendarzy w ubiegłym roku też było dużo mniej niż poprzednio. To smutne i niepokojące! Mam jednak nadzieję, że znajdą się dobrzy ludzie i fundusze, aby to wszystko wróciło do normy, a nawet było znacznie lepiej. Szczerze tego życzę Państwu oraz wszystkim Czytelnikom. Jeszcze raz serdecznie za wszystko dziękuję i życzę wszystkiego, co najlepsze! Pomyślności, dobrych pomysłów, których, nota bene, nigdy Państwu nie brakowało, Opatrzności Bożej oraz jak największej liczby odbiorców i Czytelników. Pozdrawiam serdecznie! Z Panem Bogiem!

Wasza wierna Czytelniczka

 

 

Szanowna Redakcjo!

Z całego serca pragnę podziękować za przesłanie nowego numeru „Przymierza z Maryją”. Bardzo mnie to cieszy, bo jest tu wiele artykułów bardzo ciekawych i – co najważniejsze – poruszających problemy naszego codziennego życia. Po przeczytaniu przekazuję do czytania swojej rodzinie, która też bardzo chętnie czyta „Przymierze”. Ze swej strony zapewniam o modlitwie. Dziękując serdecznie za pamięć o mnie, całą Redakcję i Pana Prezesa polecam opiece Matki Bożej.

Z Panem Bogiem!

Barbara z Poznania

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Obiecałam kiedyś dać świadectwo o wielkiej łasce dla mojej siostry, więc dotrzymuję słowa. Moja siostra od kilku lat cierpiała na depresję, stan jej zdrowia ciągle się pogarszał. Parę razy znalazła się w szpitalu, gdzie ją trochę podleczyli, ale po wyjściu nie zgadzała się już na żadne leczenie. Nie pomagały prośby ze strony najbliższych. Jej rodzina zaczęła się sypać…

Nie pamiętam już, od kogo dostałam Nowennę Pompejańską. Z wielką nadzieją zaczęłam ją odmawiać w intencji mojej siostry. Przez pierwszą część błagalną nic się nie zmieniło, a nawet było gorzej. Jednak w pierwszy dzień części dziękczynnej siostra zgodziła się na leczenie. Teraz minął już drugi rok i – dzięki łasce Bożej – powoli zapominamy o chorobie. Siostra z wielkim oddaniem zajmuje się wnukami, razem z mężem jeżdżą na pielgrzymki. Rodzina widząc tak wielką pomoc Matki Najświętszej, sama zaczęła się modlić nowenną w swoich sprawach.

Kocham Cię Mateńko całym sercem i oddaję całą moją rodzinę pod Twoją opiekę.

Helena ze Świnoujścia

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowna Redakcjo, Bóg zapłać za wszystkie przesłane „Przymierza z Maryją”, za kartki świąteczne i wszelkie inne przesyłki. To Wasza wielka praca i wielkie zadanie. Życzę Wam, by Chrystus Pan darzył Was pokojem Bożym i radością. Niech Wasze pismo pociąga do Boga jak najwięcej ludzi.

Z Panem Bogiem!

Ks. Stanisław z Podkarpacia

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Na wstępie chciałabym bardzo gorąco podziękować całej redakcji „Przymierza z Maryją” za przesyłanie mi kolejnych wydań tego ciekawego pisma oraz za inne materiały.

Pragnę podzielić się doświadczeniem ostatnich dni, które umocniły moją wiarę w Pana Boga, opiekę Najświętszej Maryi Dziewicy i wszystkich Świętych.

Od września 2018 roku jestem na emeryturze. I przyznam szczerze, wcześniej bardzo się bałam tego czasu, bo kochałam swoją pracę wychowawczyni i nauczycielki w przedszkolu. Byłam w nią bardzo zaangażowana.

Co pozwoliło mi przetrwać ten trudny pierwszy okres? Piękna pogoda, praca na działce, spacery, czytanie książek, spotkania z mamusią i siostrą, a nade wszystko codzienna modlitwa do św. Rity, św. Jana Pawła II, św. Ojca Pio i Koronka do Bożego Miłosierdzia.

Wreszcie nadszedł dzień 22 listopada, wizyta u lekarza‑ginekologa, zły wynik badań, skierowanie na operację…

Bardzo przeżyłam tę sytuację, ale ani na chwilę jednak nie wątpiłam w Boską opiekę. Nie żaliłam się, nie mówiłam w duszy: „Boże, dlaczego ja?”.

Zawierzyłam Panu Bogu, mówiłam sobie: „Taka jest Jego wola, co ma być to będzie, jeżeli jeszcze mam żyć, to będę żyła”.

Postanowiłam jednak skonsultować się z jeszcze jednym lekarzem‑specjalistą. Cztery dni wątpliwości i oczekiwania, codzienna modlitwa moja, mamusi, siostry i koleżanki.

Co się okazało? Po wizycie u lekarza miałam dobre wyniki, operacja nie jest konieczna, za pół roku muszę pójść do kontroli. Nie mogłam wprost uwierzyć. Uznałam to za cud!

Dzisiaj dziękuję Bogu za okazaną łaskę, a Maryi Dziewicy, św. Ricie, św. Siostrze Faustynie, św. Ojcu Pio, św. Janowi Pawłowi II za wstawiennictwo i za to, że mnie nie opuścili. Chcę powiedzieć wszystkim, że wiara i modlitwa czynią cuda!

Pozdrawiam wszystkich Czytelników „Przymierza z Maryją”, a Redakcji życzę jeszcze większego nakładu i sukcesów w pozyskiwaniu nowych Czytelników i Darczyńców.

Szczęść Boże!

Bożena z Puław

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowny Panie Prezesie!

Bardzo sobie cenię Wasz periodyk „Przymierze z Maryją”. Z wielką chęcią przeczytałbym artykuł o moim Sanktuarium Maryjnym w Przyłękowie, na ostatniej stronie pisma.

Pozdrawiam Pana Prezesa bardzo serdecznie i gratuluję wciąż nowych, pożytecznych pomysłów, mających na celu jedynie dobro naszego Kościoła, którego żadne bramy tego świata nie przemogą, bo korzeniem jego jest Nasz Pan Jezus Chrystus.

Z serdecznymi pozdrowieniami

Stanisław

 




Pismo Fatimskiej Pani
 

 

„Przymierze z Maryją” powstało, gdyż odnaleźliśmy w sobie potrzebę podzielenia się z Czytelnikami wspaniałym darem – świadomością niezmierzonej opieki, jaką Maryja otacza nas i nasze rodziny.

 

Każdy kolejny numer pisma daje nam nowe doświadczenia pozwalające kstałtować „Przymierze z Maryją” jako czasopismo dla rodzin, dla małżeństw oraz dla każdego, kto czuje więź z katolicką Wiarą i Tradycją. Na tym fundamencie propagujemy postać Matki Bożej, która w tak wielu okolicznościach otacza opieką nasz naród.

 

Od pierwszego numeru, kiedy to rozesłaliśmy czasopismo do niewielkiego grona korespondentów aż do dzisiaj czujemy obecność Matki Bożej, która stała się dla nas życiowym drogowskazem, za którym chcemy podążąć zarówno w publikowanych artykułach, jak i w codziennym życiu. Maryja to przewodniczka i opiekunka na każdy czas – w pracy, w domu, w szkole. Dlatego czynimy wszystko w myśl założenia, by każda katolicka rodzina mogła znaleźć w „Przymierzu z Maryją” wartości, które pozwolą jej wzrastać w wierze i miłości.

 

Maryja obecna jest na kartach naszego czasopisma dla rodzin katolickich w różnych kontekstach. Najważniejsze tematy, które poruszamy to:

 

  • kwestia godnego przyjmowania Komunii Świętej,
  • świętość i nierozerwalność sakramentalnego katolickiego małżeństwa,
  • rodzina katolicka jako wspólnota i miejsce wzrastania w Chrystusie, z opieką Maryi,
  • śmierć, czyściec i modlitwa za dusze w czyśćcu cierpiące, wieczne zbawienie i wieczne potępienie – pojęcia coraz częściej zapomniane i niezrozumiałe dla współczesnego człowieka,
  • objawienia maryjne w Fatimie, w Lourdes, w Akicie, nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa, postaci błogosławionych i świętych stygmatyków,
  • objawienia Jezusa Miłosiernego i kult Bożego Miłosierdzia,
  • szkaplerz święty i związane z nim nabożeństwo,
  • żywoty i historie świętych zapisane na kartach historii i przekazywane w Tradycji katolickiej,
  • lokalne polskie miejsca kultu Maryi.

... i wiele innych spraw, wśród których nie brakuje kwestii dotykających kryzysu naszej cywilizacji, takich jak kondycja współczesnych rodzin, czy też walka o życie nienarodzonych.

 

„Przymierze z Maryją” zaprasza do lektury!

Maryja
i „Przymierze...”
 

CZYLI OD POMYSŁU NA BIULETYN KATOLICKI DO OGÓLNOPOLSKIEGO CZASOPISMA CZYTANEGO PRZEZ SETKI TYSIĘCY KATOLIKÓW

 

Kiedy w październiku 2001 roku wydrukowaliśmy pierwszy numer „Przymierza z Maryją”, niewiele osób dawało nam szanse na „sukces”. Sceptyków lub pesymistów patrzących na przyświecającą nam misję było więcej niż optymistów. Dziś jednak chyba nie ma wątpliwości – setki tysięcy rodzin, które otrzymują pismo, to najlepszy dowód na to jak ważny i potrzebny jest nasz dwumiesięcznik.

 

Wszelkie łaski, jakie otrzymaliśmy od pierwszego do bieżącego numeru, w tym każdego nowego korespondenta, który zaczął czytać „Przymierze z Maryją”, oddajemy z wyrazami wdzięczności jednej, szczególnej osobie – to Maryja, której fatimskie oblicze zdobi okładkę naszego pisma jest sprawczynią sukcesu, jaki odniosło skromne czasopismo dla rodzin katolickich. Maryja daje nam pomoc, którą czujemy na każdym kroku. I Jej też zawierzamy nasze pismo, z wiarą oczekując triumfu Jej Niepokalanego Serca!

 

 

„Przymierze z Maryją” przeszło długą drogę – od czarno-białego biuletynu do wielkonakładowego, bogato ilustrowanego pisma, z którego opinią liczą się duchowni i świeccy katolicy. Korzystając z sukcesu, jaki stał się udziałem naszych Czytelników oraz redakcji, z okazji wydania 100. numeru, przygotowaliśmy dla naszego magazynu nową okładkę. Oprócz tego, przebudowaliśmy układ wewnętrzny, aby jak najlepiej spełniał oczekiwania wszystkich, którym „Przymierze z Maryją” będzie służyć w przyszłości.