Rodzina
 
Twoja wiara Cię uzdrowiła…
M. Pabis

Święta Bożego Narodzenia w 2006 roku nie były radosnym czasem w rodzinie państwa Grzywaczów. Wtedy to właśnie dowiedzieli się, że ich córka Małgosia jest bardzo ciężko chora. Rodzina przepłakała niejeden dzień. Z bólu, z żalu, z bezradności… Na szczęście te łzy smutku stały się w końcu łzami szczęścia. Dziś pojawiają się tylko wtedy, gdy przychodzi czas ­wspomnień.

Państwo Grzywaczowie z Tarnowca koło Jasła pobrali się w 1989 roku. Pani Beata pochodzi z wielodzietnej rodziny – było ich siedmioro rodzeństwa – więc wiedziała, jak cudownie jest mieć dużą rodzinę. Pan Bogdan miał tylko jedną, kilkanaście lat starszą od siebie siostrę, więc wiedział, czym jest samotność… Tak więc bardzo chcieli mieć dzieci. Dużo dzieci. Bóg dał im piątkę: Marzenę, Małgosię, Dawida, Grzesia i Łukasza. – Są naszą ogromną radością. Dla nich żyjemy i czujemy, że mamy w życiu cel – mówi Beata Grzywacz.

Kiedy pytam, czy nie czuje się tzw. kurą domową, śmieje się i odpowiada: – Cieszę się moim życiem. Kocham męża, czuję jego wsparcie. Nigdy w życiu nie pomyślałam, że mogłabym żyć inaczej, że mogłabym nie mieć któregoś dziecka. Choć nie mamy wiele, nie mamy nawet samochodu – a teraz po wielu latach – pomału kończymy dom, to naszą inwestycją na przyszłość są właśnie nasze skarby. Cieszę się ich każdym sukcesem. Cieszyłam się każdym pierwszym krokiem, słowem. Cóż mogłabym przeżyć piękniejszego? – pyta kobieta.
Pan Bogdan słysząc to, mówi: – Czasem ludzie pytają mnie, czy nie chciałbym np. pojechać gdzieś na wczasy. Wtedy im odpowiadam: a cóż ja bym tam robił? Na wczasy przyjdzie czas, kiedy wszyscy pójdą na swoje – śmieje się mężczyzna.

TRUDNY CZAS

Jak bardzo małżonkowie kochają swoje dzieci, udowodnili podczas ciężkiej choroby Gosi. Dziewczynka zachorowała nagle w grudniu 2006 roku. – Nigdy nie myślałam, że spotka mnie coś takiego. Gosia była od urodzenia okazem zdrowia, nie chorowała. To był szok – rozpoczyna swoją opowieść Beata Grzywacz.

Pan Bogdan wspomina, że problemy zaczęły się nagle. – Gosia ni z tego, ni z owego zaczęła utykać na nogę. Miała wtedy 4,5 roku. Kiedy poszliśmy do lekarza, ten stwierdził młodzieńcze zapalenie stawu biodrowego. Przepisał środki przeciwbólowe i polopirynę. Kiedy wróciłem do domu, zacząłem w internecie szukać przyczyn choroby i wśród ok. 60 powodów znalazłem białaczkę. Pomyślałem wtedy: – Byle to nie była białaczka – opowiada mężczyzna.

Wyniki badań krwi nie były dobre i rodzice w trybie natychmiastowym zostali wezwani do lekarza. Ten powiedział im tylko, że ich córka jest bardzo chora i dał skierowanie do szpitala do Jasła. Tam zrobiono dziewczynce ponowne badania. Niestety, też wyszły bardzo źle. – Pamiętam, jak poszedłem wtedy do lekarza, a ten kazał mi usiąść. Usiadłem i zapytałem: „białaczka?”. Zdumiony lekarz odpowiedział: – A skąd pan wie? – Świat mi się wtedy zawalił – wyznaje pan Bogdan.
Gosia karetką natychmiast została przewieziona do kliniki w Krakowie Prokocimiu. – Tam po raz kolejny zrobiono badania i te znowu potwierdziły pierwotną diagnozę. To był szok. Powiedziano nam jeszcze w Jaśle, że stan zdrowia córki jest tak zły, żebyśmy cieszyli się nią z każdą jej minutą jaka została nam dana – opowiada pani Beata.

PRZY GOSI…


W Prokocimiu Gosia dostawała chemię. Przez długi czas jednak nie było poprawy. – Zostawiliśmy w Tarnowcu czwórkę dzieci. Najstarszy syn miał wtedy siedemnaście lat, a najmłodszy nie miał dwóch. Opiekowali się sobą wzajemnie, a my z żoną na zmianę czuwaliśmy przy Gosi. Nie chcieliśmy, by była sama. Wspieraliśmy ją, trzymaliśmy za rękę, kiedy bardzo cierpiała. Jej ręce były całe pokłute. Trzy razy wyszły jej włosy. To dla dziecka trudne przeżycie – podkreśla Bogdan Grzywacz.

 

A jego żona dodaje: – Choć na początku bardzo się buntowałam. Pytałam Boga: „Dlaczego Gosia”? Choć sama wolałam cierpieć, byle ona była zdrowa, to z czasem przyszło ogromne zaufanie do Pana Boga i Jego Matki. Wierzyliśmy, że Gosia będzie zdrowa. Bardzo się modliliśmy, zamawialiśmy Msze św. w jej intencji. Ocieraliśmy jej kręgosłup chusteczką potartą o figurę Tarnowieckiej Pani z Sanktuarium Matki Bożej Zawierzenia, obmywaliśmy jej wątłe ciałko winkiem z sanktuarium w Gidlach – wylicza kobieta.

 

Pani Beata wspomina, że w tym czasie córka często mówiła: – Chciałabym wrócić do domu i pójść do kościoła…

2 KWIETNIA 2007

Po trzech miesiącach bardzo intensywnego leczenia, gdyż rodzice dziewczynki zdecydowali, że zostanie jej podana bardzo mocna dawka chemii, nie było żadnej poprawy. – Jeszcze pod koniec marca pani doktor powiedziała mi, że nie ma dla nas dobrych wiadomości. Jakież więc było nasze zdziwienie, gdy 2 kwietnia 2007 roku – w drugą rocznicę śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II – zrobiono Gosi badania, a one wykazały, że choroba została zatrzymana, że jest poprawa. To nie był przypadek – mówi pan Bogdan, a łzy szczęścia i bólu jeszcze dziś lecą z jego oczu.

 

To jednak nie był koniec, a jedynie początek długiej walki. Dziewczynka w szpitalu w Krakowie spędziła długich trzynaście miesięcy! Przeszła bardzo intensywne leczenie. Jej mama zrezygnowała z pracy, by móc jej towarzyszyć. Rodzice zaprzestali budowy domu. – Nigdy nie myślałam, że kiedyś doświadczę tak ogromnej pomocy ludzi. Bez niej pewnie nie podołalibyśmy temu wszystkiemu. Przecież nie mamy nawet samochodu, a tu raz za razem trzeba było jeździć do Krakowa, a potem wozić Gosię na chemię i do kontroli. Wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni – podkreśla mama dziewczynki.

WIARA CZYNI CUDA

Po trzynastu miesiącach Gosia wróciła do domu. Wówczas jej rodzina mieszkała w starym domu, w którym miała dwa pokoje. By słabej dziewczynki nie narażać na niepotrzebne infekcje, oddano jej jeden pokój. Wszyscy przenieśli się do drugiego. – Żyły Gosi nie wytrzymywały tak silnych dawek chemii, dlatego miała założone tzw. wejście centralne, które musiało być cały czas sterylne, odpowiednio utrzymywane i płukane. To było bardzo trudne, ale i to nam się udało. Na płukanie musieliśmy jeździć czasem dwa razy w tygodniu do Krakowa, bo nikt w Jaśle nie chciał tego robić. Te dojazdy wykańczały nas finansowo (żyliśmy z jednej pensji), bo córka nie mogła jechać autobusem czy busem, ale musieliśmy wynajmować auto – mówi Beata Grzywacz, dodając, że podczas leczenia domowego jej córka zażyła ok. dwa tysiące tabletek. – Przez szesnaście miesięcy Gosia miała chemię wlewową. Dopiero w kwietniu 2009 roku zakończyliśmy leczenie. Dziś dzięki łasce Bożej oraz pomocy Matki Bożej i Ojca Świętego Jana Pawła II jest już wszystko dobrze – podkreśla pani Beata.

 

Ojciec dziewczynki wyznaje, że bardzo pragnęli, aby ich córka poszła do Pierwszej Komunii Świętej. – I Bóg dał nam to przeżyć. Dziś Gosia chodzi do trzeciej klasy. Gdy się na nią patrzy, widzi się zdrową, śliczną dziewczynkę. Jest najlepszą uczennicą w klasie, pochłania mnóstwo książek, maluje, jeździ na rowerze. To dla nas ogromne szczęście. Na własnej skórze doświadczyliśmy, że wiara czyni cuda i za ten cud życia i zdrowia naszej córki do końca życia będziemy dziękować Bogu – mówi Bogdan Grzywacz.

NA DOBRE I NA ZŁE

Państwo Grzywaczowie mieszkają dziś już w nowym domu. Pan Bogdan podkreśla, że dom jest jego całym światem. – Kiedy wracam z pracy, wszystko tu sam robię – mówi z dumą. Beata Grzywacz mówiąc o swojej rodzinie, zaznacza, że dużą pomocą w ostatnich latach były jej dzieci. – Mamy ich pięcioro, więc od początku uczyłam je samodzielności. Wiedziałam, że starsze dzieci przypilnują młodsze, choć wszystkie bardzo przeżywały chorobę siostry. Teraz wszyscy jesteśmy dużo mocniejsi – mówi.

 

Małżonkowie mówią wprost, że to, co przeżyli, było dla nich bardzo ciężkim życiowym doświadczeniem. Kiedy pytam, jak udało się im to wszystko przetrwać, odpowiadają zgodnie: – Wspieraliśmy się wzajemnie, byliśmy razem, kiedy było dobrze i źle. Podtrzymywaliśmy się na duchu. Wiedzieliśmy, że mamy dla kogo żyć i walczyć. Ważne jest przede wszystkim to, żeby wierzyć. Nie tylko się modlić, ale po prostu wierzyć, że to, o co się modlimy, może się stać. Przecież Chrystus powiedział: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Wiara, a nie tylko ­modlitwa…


Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza z Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
W tej Hostyi jest Bóg żywy
W ciągu ostatnich 11 lat na dwóch przeciwległych krańcach naszego kraju – w Sokółce i Legnicy – wydarzyły się cuda eucharystyczne: fragmenty konsekrowanych Hostii zamieniły się w mięsień sercowy cierpiącego człowieka w stanie agonalnym… Co nam chce powiedzieć Boża Opatrzność poprzez te nadzwyczajne wydarzenia? Na pewno potwierdzić Prawdę, że Chrystus Pan jest ukryty w Najświętszym Sakramencie.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Z wizytą u Serdecznej Matki
Bartłomiej Tumiłowicz

W drugim tygodniu maja odbyła się kolejna pielgrzymka Apostołów Fatimy do portugalskiego sanktuarium. Dla 34 wylosowanych osób był to wyjątkowy czas, spędzony przed obliczem Najświętszej Maryi Panny.

 

Do Portugalii przylecieliśmy późnym wieczorem 8 maja. Część osób była pierwszy raz za granicą i pierwszy raz leciała samolotem. „To dla mnie podróż życia”. „Nie wierzyłam, że kiedykolwiek uda mi się tutaj dotrzeć”. „Całe życie o tym marzyłem i wreszcie się udało”. Te i inne podobne opinie padały z ust pielgrzymów. Niedopisujące zdrowie czy ponad 80 wiosen nie były przeszkodą w podróży. Znajomi mi powtarzali, że chyba oszalałam, że sobie nie poradzę i żebym lepiej nie jechała. Ja jednak się uparłam, bo bardzo chciałam odwiedzić swoją Mamę – opowiadała jedna z pań.

 

Pierwszy poranek w Portugalii zaczęliśmy Eucharystią sprawowaną w Kaplicy Objawień przez kapłana, który przez cały wyjazd sprawował nad naszą grupą opiekę duchową. Na Mszy Świętej, odprawianej w intencjach nadesłanych do Stowarzyszenia im. Ks. Piotra Skargi, było obecnych także wielu obcokrajowców. Najświętsza Ofiara Pana Jezusa ma przecież wymiar uniwersalny. Nie zapomnieliśmy również o uczestnikach akcji „Twoje światło w Fatimie”. Małe świeczki, które otrzymaliśmy, zostały przetopione na duże, metrowe świece wotywne. Zapaliliśmy ich tym razem w Fatimie aż 108, pokazując modlitewne zaangażowanie Polaków.

 

Następnie udaliśmy się do Muzeum Sanktuarium Fatimskiego, gdzie podziwialiśmy korony Matki Bożej, liczne wota i pamiątki przekazane przez Ojca Świętego, Jana Pawła II. Papież-Polak towarzyszył nam również podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej, ponieważ rozważaliśmy komentarze jego autorstwa. Mimo że podczas prawie całej pielgrzymki towarzyszył nam deszcz, to w czasie Drogi Krzyżowej świeciło słońce. – Mama zadbała o pogodę – powtarzali wtedy pielgrzymi. Długa i miejscami stroma dróżka, wijąca się między drzewkami oliwnymi i drzewami dębu korkowego nie osłabiła sił Apostołów Fatimy. Zapytałem jedną z najstarszych uczestniczek pielgrzymki, czemu sobie nie usiądzie, gdy czytane są rozważana. Usłyszałem odpowiedź: Pan Jezus, idąc z Krzyżem nie siadał, więc i ja mogę postać.

 

W modlitewnym nastroju doszliśmy do Aljustrel, gdzie zwiedzaliśmy skromne domy, w których mieszkali pastuszkowie. Logika Pana Boga jest zdumiewająca. Tak ważne dla ludzkości przesłanie zostało przekazane przez Maryję trójce dzieci w ubogiej portugalskiej wiosce. Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie – słowa Pana Jezusa, zapisane w Ewangelii, ukazują tutaj swoją szczególną wartość.

 

Wieczorem, na placu przed bazyliką, uczestniczyliśmy w modlitwie różańcowej, prowadzonej w wielu językach, co po raz kolejny pokazuje bogactwo różnorodności Kościoła. Piękna procesja z krzyżem i figurą Matki Bożej Fatimskiej jest wzruszającym symbolem czci dla naszego Zbawiciela i Jego Matki.

Kolejnego dnia, po Mszy św. udaliśmy się na zwiedzanie okolicznych klasztorów w Batalhi i Alcobaça oraz sanktuarium w Nazaré. Piękne budowle świadczą o dawnej sile katolickiej Portugalii. Jednocześnie jest to przygnębiające, gdy widać, że te kościoły są odwiedzane prawie wyłącznie przez turystów – zakonników wygnano ponad 150 lat temu, a w ciągu tygodnia sprawowana jest jedynie jedna Msza Święta.

 

Wieczorem pożegnaliśmy się z naszą Mamą Różańcem i procesją. Następnego dnia o piątej rano opuściliśmy Fatimę ze śpiewem „O Maryjo, żegnam Cię”.

Szczęśliwi wróciliśmy do kraju z torbami pełnymi dewocjonaliów dla bliskich, wzruszeniem w sercu i poczuciem, że Niepokalane Serce Maryi czuwa nad nami.

 

Bartłomiej Tumiłowicz

 


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Szczęść Boże!

Serdecznie dziękuję za książkę o św. Ojcu Pio. Postać tego kapucyna fascynowała mnie od czasu, gdy jako mała dziewczynka usłyszałam o niezwykłym zakonniku, któremu odnawiają się rany – stygmaty. Jestem ogromnie wdzięczna za ten prezent. Dziękuję Wam za wszystkie materiały i za Waszą – jakże potrzebną – działalność. Niech Was prowadzi Chrystus Zmartwychwstały!

Barbara

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowny Panie Prezesie. Uważnie czytam każdy Pański list i za każdy dziękuję. Prosił Pan w jednym z nich, abym dała świadectwo wiary i otrzymanych łask. Doświadczyłam w swoim życiu wielu takich sytuacji, ale również przeżyłam wiele chwil zwątpienia, kuszenia i działania złego ducha. Wiem, że bez wiary nie doświadczyłabym Dobra, jakim jest łaska Boża, jak też w złych chwilach nie nawróciłabym się bez Bożej Miłości.

Dziś pragnę podzielić się dobrem otrzymanym w łaskach i darach. Moje życie było zawsze ubogie. Wiem, co to głód i jak ważne jest umieć przyjąć pomoc w bardzo trudnych sytuacjach. W takich trudach Pan Bóg przez łaski i opiekę Matki Bożej przyszedł mi z pomocą przez ludzi, których na mej drodze stawiał. Wiedziałam, że nie jestem sama. Gdybym pomocy nie przyjęła, pewnie miałabym pretensje do całego świata. Ale wiara i ufność pokładana w Bogu dała mi nadzieję i – choć było to bardzo trudne – potrafiłam z pokorą przyjąć pomocną dłoń. (…) Inna łaska dotyczyła mnie, gdy w lutym tego roku byłam po operacji. Bardzo cierpiałam. Swoje cierpienia, ból nie do wytrzymania złożyłam w ręce Matki Bożej za dusze czyśćcowe, łącząc się z cierpieniem Chrystusa. W pewnym momencie ujrzałam pochylającą się Matkę Bożą, która dotknęła mojej głowy. Wtedy mój ból nasilił się, a po około 30 minutach odczułam ogromną ulgę.

Dziękuję Wam za Wasze świadectwo wiary i za wszystkie materiały. Bóg zapłać!

Pozdrawiam

Agnieszka

 

 

Szczęść Boże!

Jako praktykujący katolik, ale również tzw. katolik poszukujący, staram się nie tylko modlić, ale też odważnie reagować i walczyć ze złem w oparciu o wartości zawarte w nauce Kościoła. I im więcej poszukuję, tym bardziej wzmacnia się moja wiara. Czytam prasę katolicką, która, niestety, w większości jest mało wyrazista i mało skuteczna w stosunku do ewidentnie wrogiego Kościołowi postkomunistycznego liberalnego lewactwa, chcącego zniszczyć publicznie i systemowo dzieło samego Jezusa Chrystusa.

Zafrapował mnie tytuł ostatniego „Przymierza z Maryją”, który brzmi: „Droga Chrystusa drogą Kościoła”. Zestawienie tych dwóch dróg, tj. Chrystusa i Kościoła wzbudza ciekawość i od razu nasuwa się pytanie, w jakim stopniu reagowałby sam Zbawiciel na bezeceństwa, jakimi jest zarzucany dzisiejszy Kościół? Czy Pan Jezus szedłby drogą dzisiejszego Kościoła? Czy miałby tak tolerancyjną i łagodną postawę, jak niektórzy współcześni hierarchowie? Pytania zostawiam otwarte – do dyskusji. Natomiast jestem przekonany, że Chrystus Pan reagowałby i potępiałby każde zło i bezkompromisowo walczyłby o prawdę. Bo to przecież On jest Drogą, Prawdą i Życiem.

Pozdrawiam serdecznie

Julian

Szczęść Boże!

Przesyłam pozdrowienia z Monachium. Nie mam tutaj prawdziwych przyjaciół. Jedynym moim prawdziwym przyjacielem – jeśli można tak powiedzieć – jest literatura i prasa katolicka. Interesuje mnie historia i polityka, ale nie mam z kim porozmawiać. Mieszkających tutaj Polaków zazwyczaj nie interesują te tematy, a poza tym nie mają czasu. Dlatego staram się czytać jak najwięcej. Bardzo interesującym pismem jest „Przymierze z Maryją”. I dziękuję Wam za nie. Dzięki Wam mogę poznać prawdę i umacniam się w wierze. Jestem katoliczką i pozostanę w mojej wierze, mimo wszelkich antykatolickich błazeństw i szkalowania księży. Niestety, praktycznie codziennie spotykam się z krytyką kapłanów, często bezpodstawną. Co najbardziej bolesne, że krytyka ta wychodzi z ust wielu moich rodaków. Proszę Was o modlitwę.

Hanna

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Od kilku lat mam z Państwem kontakt poprzez „Przymierze z Maryją”. Starałam się również włączać w akcje chrześcijańskie prowadzone przez Państwa Instytut i Stowarzyszenie, wcześniej mieszkając w Bielsku-Białej, a dziś w Biłgoraju.

Dziękuję Wam za wszystkie dewocjonalia, jakie otrzymuję, a ostatnio za wizerunek i figurkę Matki Bożej Fatimskiej, jak również za piękne i bardzo głębokie rozważania na Wielki Post.

Ja i cała moja rodzina jesteśmy wdzięczni, że istnieje Instytut i Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi oraz za ciekawe artykuły w „Przymierzu z Maryją”. To pogłębia naszą wiarę, a dzisiejsze czasy są okrutne. To co się dzieje na świecie, a nawet u nas, w Polsce, jest przerażające: szaleństwa środowisk tzw. LGBT, ideologia gender, szkalowanie ludzi wierzących, prześladowanie Kościoła, bluźnierstwa, niszczenie figur świętych. Do czego ten świat zmierza?

Jesteśmy rodziną katolicką od wielu pokoleń i zawsze staramy się popierać mądre i dobre inicjatywy chrześcijańskie. Wiem, że dzięki wytrwałej modlitwie i mocnej wierze w Pana Boga i powierzaniu trudnych spraw Najświętszej Maryi Pannie człowiek wychodzi zwycięsko z każdej, najcięższej nawet sytuacji.

Dziękuję całej Redakcji za wydawanie pisma. Życzę wytrwałości i radości płynącej z prowadzenia tego dzieła. Niech Wam błogosławi Pan Bóg i Najświętsza Maryja Panna.

Teresa

 

 

Szanowni Państwo

Bardzo dziękuję za przesłane do tej pory numery „Przymierza z Maryją”. Przepraszam, że wcześniej nie było z mojej strony żadnego sygnału. Bardzo potrzebuję tej lektury. Jej czytanie umacnia mnie w wierze, tym bardziej że jestem świadoma moich słabości.

Z Panem Bogiem!

Grażyna