Temat numeru
 
Witaj Krzyżu jedyna nadziejo!

To co odróżniało pierwszych chrześcijan od pogan to sposób życia, który możemy streścić w trzech cechach: stosunek do bliźniego – „miłuj bliźniego swego jak siebie samego”, specyficzna moralność – „bądźcie naśladowcami moimi” oraz stosunek do cierpienia – „weź krzyż swój i chodź za mną”. To wszystko budziło u pogan zdumienie, a zarazem przyciągało. W tym miejscu rozważmy jednak trzecią cechę, najtrudniejszą do zrozumienia tak w rozpustnym cesarstwie rzymskim, jak i w hedonistycznym XXI wieku.

Mam wciąż żywo przed oczami zdarzenie z dzieciństwa, kiedy razem z braćmi ofiarowaliśmy naszej babci pięknie wykonany krzyż z wizerunkiem Pana Jezusa. Ku naszemu zdziwieniu babcia rozpłakała się i miała do nas ogromną pretensję, bo według niej krzyż to zwiastun nieszczęścia, więc życzyliśmy jej bólu i cierpienia, a przecież powinniśmy życzyć jej zdrowia, bo rzekomo to „zdrowie jest najważniejsze”. Pomijając zabobonne podejście, trudno wyobrazić sobie coś bardziej odległego od myślenia chrześcijańskiego.

Czy tego chcemy, czy nie, w nasze życie wpisane jest cierpienie i wyrzeczenie, które może przybrać formy bardzo różne: od bólu fizycznego po ból duszy. Dla nas chrześcijan to nic dziwnego, że tego doświadczamy, bo nasz Pan Jezus Chrystus cierpiał dając nam najdoskonalszy przykład męstwa. Syn Boga wzywa nawet do tego wprost: Jeśli kto chce iść za mną niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Łk 9, 23). Wniosek, który nasuwa się z tych słów, jest jasny: nie można być chrześcijaninem, jeśli się nie bierze swego krzyża na ramiona. To jest prawda chrześcijańska, przeciwko której dzisiejszy świat szczególnie występuje.

Świat, a z nim „jego pożądliwość” jest ukierunkowany na to, aby oddalać nas od teologii krzyża, od cierpienia i wszelkiego wyrzeczenia, a czyni to poprzez maksymalne skupianie naszej uwagi na przyjemnościach i „używaniu życia”. „Światowcy” zagrzewają do trwania w swym pozbawionym skrupułów złu, codziennie wołając: – Życie, życie! Pokój, pokój! Radość, radość! Jedzmy, pijmy, śpiewajmy, tańczmy, bawmy się! Bóg jest dobry, Bóg nie stworzył nas po to, żeby nas potępić! Nie miejmy żadnych skrupułów! Problem jednak jest w tym, że kiedy cierpienie przychodzi, a przyjść musi, bo jest wpisane w ludzką egzystencję, to „świat” rozkłada ręce i mówi: „radź sobie sam”, nie dając odpowiedzi na pytanie o sens krzyża, bo to nie jest logika tego świata.

Nie każde cierpienie ma wartość


- Jak wielu na skutek pychy i niepanowania nad wyobraźnią wstępuje na kalwarie, które nie są Chrystusowe! Krzyż, który masz dźwigać, to Krzyż Boży. Odrzucaj zdecydowanie każdy krzyż tylko ludzki
– powiedział św. Josemaria Escriva. Cierpienie, które jest wywołane sprzeciwem wobec Boga, pójściem za fałszywymi ideami i duchem tego świata jest owocem grzechu. Takie cierpienie nie ma żadnej wartości w oczach Bożych.

Wyobraźmy sobie człowieka, którego powaliła ciężka choroba i umiera w męczarniach. Jeśli nie mogąc pogodzić się ze swoim stanem (zawinionym lub nie) buntuje się przeciw Bogu, to jego cierpienie nie przynosi żadnej zasługi i cierpi na marne. Samo cierpienie nie wystarczy nam do zbawienia. Potępieńcy w piekle też cierpią, a przecież nigdy z niego nie wyjdą. Jakże smutny jest stan tych, którzy cierpiąc nie znają Jezusowej logiki krzyża. Poza nim samym nie znajdą oni nigdzie pocieszenia.

Od cierpienia i bólu nie uciekniemy po tej stronie świata, ale prawdziwy chrześcijanin odpowie jego przyjęciem i będzie ono w nim owocować, stając się źródłem wielu łask i paradoksalnie znajdzie on pocieszenie, bo sam Jezus nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga. Jak bowiem obfitują w nas cierpienia Chrystusa, tak też wielkiej doznajemy przez Chrystusa pociechy (2Kor 1,4n).

Człowiek tego świata odpowie buntem i w konsekwencji tylko pomnoży swoje udręki, chyba że z pomocą łaski Bożej będą one dla niego „przebudzeniem”.

Skoro cierpienie ma tak wielką wartość, to czy należy pragnąć cierpienia? Nie brakuje świętych, którzy wzywają do ochoczego podejmowania cierpień, ale zwykle nasza ludzka natura buntuje się przeciw temu i reaguje strachem, nawet sam Jezus lękał się i prosił Ojca, aby „oddalił od niego ten kielich”. Jednak Syn Boży okazał posłuszeństwo woli Ojca i tak samo powinno być z nami. Nie trzeba pragnąć cierpienia, ale gdy ono przyjdzie, trzeba umieć okazać męstwo i powiedzieć: Cierpiałeś Ty, będę cierpiał i ja, jeśli taka jest Twoja wola.

Ekspiacyjne działanie cierpienia


Stosunkowo łatwo jest przyjąć prawdę o zadość czyniącym działaniu cierpienia, czyli takim, które jest rozumiane jako pokuta. Pokuta za własne grzechy jako ponoszenie konsekwencji swoich błędów. Św. Piotr mówi: Co bowiem za chwała, jeżeli przetrzymacie chłostę jako grzesznicy? – Ale to się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia (1P 2,20).

Najtrudniej jest ofiarować własne cierpienia, zwłaszcza niezawinione, za grzechy innych ludzi. Wtedy bowiem bierzemy dopiero cząstkę męki Chrystusa na siebie i ją „dopełniamy”, jak mówi św. Paweł: Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1,24). Takie cierpienie ma rzeczywistą i zbawienną wartość. Uszlachetnia naszą duszę i zdobywa łaski w niebie. Tylko takie cierpienie, złączone z Męką Jezusa Chrystusa, można ofiarować w dowolnej intencji, a w połączeniu z naszą modlitwą nabiera ono zbawiennej skuteczności. Najdoskonalsza zaś ofiara to taka, która jest ofiarowana za Kościół. Dlatego życie choćby chwalebne i szlachetne, ale wolne od cierpienia, ma jednak brak, bo jest niedoskonałym naśladowaniem Chrystusa.

Kiedy cierpienie nie nadchodzi


Nie należy zapominać o tych słowach Boga: Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę (Ap 3,19). Może jednak być tak, że cierpienie rozumiane w tym najogólniejszym i potocznym sensie jednak nas nie dotyka. Mamy uporządkowane życie, rodzinę, pracę – wszystko po myśli Bożej. Cieszymy się zdrowiem i przychylnością Bożego oblicza. Czy mamy więc zapomnieć o cierpieniu do czasu aż ono przyjdzie? Nic bardziej błędnego! Aby nie zapomnieć o tym, za jaką cenę zostaliśmy odkupieni, winniśmy stosować różne praktyki ascetyczne w postaci umartwienia ciała. Mogą one być bardzo różne, wywodzące się przede wszystkim z trzech podstawowych: modlitwy, postu i jałmużny. Ich zadaniem jest branie w karby naszej grzesznej natury i zmuszenie jej do posłuszeństwa, bo ma ona skłonność do ulegania pożądliwości.

Każde zmierzenie się z cierpieniem jest szczególnym rodzajem walki, która rozgrywa się najpierw na płaszczyźnie ducha. Do walki duchowej, jak do każdej wojny trzeba być odpowiednio wyćwiczonym. Nasze przygotowanie powinno polegać na uprawianiu ascezy. Samo słowo „asceza” jest pochodzenia greckiego i znaczy tyle co „ćwiczenie”. Musimy więc ćwiczyć! Święty Paweł porównuje życie człowieka do zawodów sportowych. Zawodnicy aby wygrać odmawiają sobie wielu rzeczy i ćwiczą – podejmują wielki wysiłek treningów, aby gdy przyjdzie czas biegu, stoczyć walkę i wygrać. Ci, którzy zwyciężą, otrzymają „niewiędnący wieniec chwały”.

Pan Jezus przez całe życie uprawiał ascezę. Swoją działalność rozpoczął od czterdziestodniowego postu, także potem wiele nocy spędzał na modlitwach. Wszystkie te ćwiczenia pomagały Mu w znoszeniu trudów głoszenia Dobrej Nowiny, ale przede wszystkim przygotowywały do podjęcia ostatniej walki – agonii na krzyżu. Słowo „agonia” po grecku oznacza „walkę”. Kościół Święty naucza, że każdy chrześcijanin wzorem naszego Pana winien praktykować ascezę, czyli brać na siebie pewne wyrzeczenia i umartwienia, aby ćwiczyć duszę i ciało. Ćwiczenie to ma za zadanie wyrobić w nas potrzebne cnoty do tego, aby móc dźwigać swój krzyż, gdy przyjdzie czas, aby go wziąć.

Asceza w Wielkim Poście


Uprawiać ascezę powinniśmy zawsze. Paradoksalnie, im wygodniejsze jest nasze życie i wyższy status materialny, tym bardziej powinniśmy o niej pamiętać. Jednak w Wielkim Poście asceza przyjmuje szczególnie pokutny wymiar. Ten okres ma za zadanie przygotować naszą duszę do przeżycia Triduum Paschalnego. Dlatego w tym czasie bierzemy na siebie więcej różnych dodatkowych umartwień, aby choć trochę „odczuć” to ogromne cierpienie, które wziął na siebie Chrystus. Ponieważ człowiek jest istotą cielesno-duchową, dlatego podejmowana pokuta powinna być zewnętrzna i umartwiać nasze ciało i zmysły, aby tym lepiej przysposobić naszą duszę do otwarcia się na misterium męki Chrystusa. Nie ma umartwienia wewnętrznego tam, gdzie nie stosuje się umartwień zewnętrznych głosi klasyczna zasada ascetyki chrześcijańskiej, o której często się zapomina, zwłaszcza kiedy dzisiejsza kościelna dyscyplina pokutna w Wielkim Poście już praktycznie niczego nie nakazuje, a jedynie zachęca.

Dusza ma otwierać się na tajemnicę płynącą z odkupienia na krzyżu, a ciało ma choć w drobnym stopniu odczuć ciężar tej agonii. Tylko wtedy, gdy przychodzi święty czas Wielkiego Tygodnia i bierzemy udział w liturgicznych obrzędach, odnosimy prawdziwe duchowe dobro i mamy pełniejszy udział w radości Zmartwychwstania.

Skandal Krzyża


Jest jeszcze jeden aspekt „logiki krzyża”, a mianowicie kontekst społeczny. Dzięki łasce Bożej i ogromnemu poświęceniu naszych przodków był czas, kiedy filozofia Ewangelii sterowała państwami, kiedy Boża moc chrześcijańskiej mądrości przenikała ustrój, prawa, instytucje, obyczaje ludów, wszystkie warstwy i sprawy państwa; kiedy religia przez Chrystusa ustanowiona, należne sobie zajmując stanowisko, cieszyła się wszędzie przychylnością panujących i władz opieką, kiedy między kapłańską a świecką zwierzchnością kwitła zgoda i przyjazna usług wymiana – pisał Leon XIII w encyklice Immortale Dei. Był to czas kiedy krzyżowi oddawano należną publiczną cześć, ale dziś jest inaczej. Pyszni grzesznicy nie chcą zgiąć hardych karków przed znakiem Odkupienia i jakby tego było mało, domagają się usunięcia go z miejsc publicznych, jakby wołając: Nie chcemy, aby panował nad nami! Od dawna nikt tak mocno nie występował przeciwko symbolom chrześcijańskim, jak to ma miejsce obecnie.

Słowa św. Pawła okazują się znowu szczególnie aktualne: Głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan (1Kor 1,23). Wyrok trybunału w Strasburgu nakazujący zdjąć krzyże w szkołach, coraz większa propaganda liberalnych mediów zmierzająca do usuwania krzyży z miejsc publicznych to tylko zapowiedź tego, co powoli zaczyna ogarniać postchrześcijańską Europę. Antychrześcijańskie nastroje będą stawać się coraz silniejsze pośród współczesnych pogan.

Czy to jest zapowiedź kolejnych prześladowań? Znak Jezusa Chrystusa, podstawowy symbol chrześcijaństwa jest usuwany z miejsc publicznych – nie chcemy go tu! Ten okrzyk może przekształcić się jutro w: nie chcemy was tu!

Jak mamy zareagować? Czy mamy czekać i nie reagować? Chrześcijańska postawa to nie tylko afirmacja i dźwiganie swego krzyża, ale także jego obrona. To odwaga przeciwstawienia się próbie usunięcia go z miejsca pracy czy nauki – bierność byłaby zdradą Ukrzyżowanego.

Gdy w Brazylii przeprowadzano rozdział Kościoła od państwa, zewnętrzne oznaki religii musiały zniknąć między innymi z gmachów użyteczności publicznej. Katolicy protestowali i żądali przede wszystkim przywrócenia krucyfiksów do sal sądowych. W narodzie powstało ogromne poruszenie i rząd się ugiął! Nadszedł dzień przywrócenia krucyfiksów. Tego dnia napłynęło do Sao Paulo 20 tysięcy ludzi. Burmistrz ujął krzyż w dłonie, podawał do ucałowania wielu zacnym damom i panom i niósł go przez ulice miasta. Wszyscy gdy tylko ujrzeli krzyż, zdejmowali czapki z głów, a z tysięcy gardeł rozległ się okrzyk: Niech żyje Chrystus Ukrzyżowany! Rozpoczęła się procesja – tryumfalny pochód. Poruszeni ludzie klęczeli na ulicy, szlochając. Żołnierze salutowali z czcią. Dwanaście orkiestr przygrywało. Z okien popłynął na wizerunek Ukrzyżowanego istny deszcz kwiatów. Bezpośrednio za krzyżem podążała flaga narodowa. Entuzjazm sięgnął zenitu, gdy pochód doszedł pod gmach sądu, gdzie na balkonie oczekiwali duchowni i świeccy dygnitarze. Krucyfiks uroczyście wniesiono do wnętrza budynku. Towarzyszył temu ogromny aplauz tłumu. Na koniec lud wszedł na salę i uczcił wizerunek Zbawcy.

Czy Stara Europa, będzie jeszcze choćby raz świadkiem takiej wzniosłej manifestacji? Czy znajdzie się młodzież, która przywróci tryumfalnie krzyże w parlamentach, szkołach, sądach i miejscach publicznych? A gdy nadejdzie dzień nowego Podwyższenia Krzyża św., to czy będziecie przy tym? O to toczy się walka. Im szerzej rozlewa się zaraza grzechu, tym wyraźniej widać, że polityczno-społeczno-religijna wojna staje się walką o triumf diabła, Bogu mówiąc precz!

Nie można siedzieć cicho i odrzucać wszelką myśl o możliwym cierpieniu związanym z obroną publicznych praw Boga. Jezus umarł na krzyżu, bo nie słuchał Apostołów, którzy strofowali Go, by nie szedł do Jerozolimy i nie drażnił uczonych w Piśmie. Publicznie wyraził sprzeciw wobec profanowania świątyni i wyrzucił kupców i bankierów i w ogóle – można by rzec – „nie skorzystał z okazji, aby siedzieć cicho”, przez co „ranił uczucia” faryzeuszy. A potem Apostołowie poszli ze znakiem krzyża i bardzo nim „drażnili” ówczesnych władców, za co ponieśli męczeńską śmierć. Oni nie nieśli Ewangelii i Krzyża w ustronne miejsca, gdzie nikomu miał nie przeszkadzać, ale przeciwnie, nieśli go właśnie tam, gdzie rozpalał ogień, tak pożądany przez Jezusa: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął (Łk 12,49). U jednych ogień ten rozpalił nienawiść, u drugich miłość. Nie stawia się światła krzyża pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Jednym na zgubę, drugim na chwałę...

Ks. Grzegorz Śniadoch

Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza z Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
Kościół wobec zarazy
Panika związana z tzw. pandemią koronawirusa ogarnęła cały świat. Groza miesza się z ironią. Grozę wywoływały i chyba jeszcze ciągle wywołują informacje o śmierci zakażonych, zdjęcia trumien masowo wywożonych z prosektoriów przez ciężarówki… Ironię zaś wzbudzają: brak konsekwencji rządzących w podejmowanych działaniach prewencyjnych, zalew sprzecznych informacji i spiskowych teorii. Łatwo się w tym wszystkim zagubić. Zresztą ojcu kłamstwa zależy na tym, byśmy czuli się pogubieni, opuszczeni i osamotnieni – bez żadnej nadziei…

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Szczęść Boże!

Chciałbym przekazać Państwu krótkie świadectwo. Jesteśmy z żoną w sakramentalnym związku małżeńskim już od 37 lat. Mamy dwie córki i 3-letniego wnuczka. Starsza córka mieszka za granicą, młodsza – tutaj z mężem i dzieckiem. Moja żona jest niepełnosprawna i niewidoma. Porusza się na wózku inwalidzkim. Ja jestem po trzech poważnych wypadkach. W roku 2006 spadły na mnie 24 palety. Miałem złamaną miednicę w pięciu miejscach i uszkodzone biodro. Leżałem w szpitalu dwa tygodnie. Później przywieźli mnie do domu, gdzie miałem spędzić w łóżku kolejne tygodnie. Po siedmiu dniach uratował mnie jednak bł. ks. Wincenty Frelichowski. Jego relikwie mamy w domu. Po wytrwałej modlitwie za wstawiennictwem błogosławionego Wincentego nagle udało mi się po kilku dniach wstać z łóżka. Lekarze nie dawali mi wcześniej szansy na pełne wyzdrowienie, ale jednak stało się inaczej. Po prostu pewnego dnia ks. Wincenty powiedział do mnie: „Wstań i chodź”. I chodzę do dziś i opiekuję się żoną, choć nieraz jest bardzo ciężko. Cieszę się jednak, że wraz z żoną możemy wspierać Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi. Prosimy o modlitwę za całą naszą rodzinę. Szczególnie za nasze zdrowie. Zostańcie z Bogiem.

Wacław z żoną Marią

 

 

Szanowna Redakcjo!

Jestem niesamowicie zbudowana Waszą działalnością. Przesyłane materiały bardzo sobie cenię. Czytam „Przymierze z Maryją”. Treściami dzielę się z najbliższymi. Moja rodzina jest wierna przykazaniom Bożym i kościelnym. Taka postawa jest budująca – dodaje siły i wiary do niesienia krzyża dnia codziennego.

W ostatnim czasie, pod koniec roku 2019, przeżywaliśmy trudne chwile, zresztą to trwa nadal. U mojego męża Jana wykryto raka jelita grubego. Badania, operacja, pobyt w szpitalu…

Można było to wszystko przyjąć, wytrzymać i działać tylko dzięki modlitwie do Boga, o którą prosiliśmy i nadal prosimy naszych znajomych i bliskich. Uczestnictwo we Mszy Świętej, odmawianie Koronki do Bożego Miłosierdzia w kaplicy szpitala zakonu bonifratrów przed cudownym obrazem Matki Bożej Uzdrowienia Chorych pomagały w tych trudnych chwilach. Pisząc o tym, pragnę podkreślić, że dzięki modlitwie, zaufaniu Opatrzności i Miłosierdziu Bożemu, mogliśmy przyjmować te wszystkie bolesne wydarzenia ze spokojem, powierzając również lekarzy opiece Ducha Świętego.

Teraz jesteśmy z mężem już razem, wspieramy się nawzajem i ufamy Bogu, że udźwigniemy ten krzyż. Prosimy o modlitwę.

Janina

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowni Państwo

Pragnę podziękować za wszystkie pamiątki i upominki, które od Was otrzymuję. Chciałabym też podzielić się z Państwem świadectwem wyjścia z nałogu alkoholowego mojego syna Mariusza, który zmagał się z tym problemem przez trzy lata. Żona odeszła od niego, wyprowadzając się z dwojgiem dzieci do swojej matki. A ja codziennie modliłam się na różańcu o jego nawrócenie. Prosiłam Matkę Bożą i św. Ojca Pio o wstawiennictwo. Prosiłam Pana Jezusa o dar nawrócenia mojego syna. I stał się cud. Syn zachorował. Miał poważną operację głowy – usunięcia guza i krwiaka pod czaszką. Operacja się udała. A syn, gdy wychodził ze szpitala, powiedział: „Mamo, już nigdy nie zobaczysz mnie pijanego”. I dotrzymuje obietnicy. Od tego czasu minęło sześć lat i przez ten okres nie pił żadnego alkoholu. Założył firmę transportową, żona z dziećmi wróciła do domu. Obecnie mieszkają razem.

Dziękowałam i nadal dziękuję Panu Jezusowi, jak również Matce Najświętszej i św. Ojcu Pio, że mnie wysłuchali i uzdrowili mojego syna z tej choroby.

Napisałam te słowa, bo chcę podzielić się świadectwem, że dzięki mocnej wierze i modlitwie możemy otrzymać łaskę o którą prosimy. Szczęść Wam Boże. Życzę zdrowia i wszelkich łask.

Krystyna z Łódzkiego

 

 

Szczęść Boże!

Szanowna Redakcjo

Pragnę podzielić się z Państwem świadectwem. Urodziłam się w wielodzietnej, katolickiej, robotniczej rodzinie na wsi. Gdy miałam 6 lat, zostałam osierocona wraz z siedmiorgiem rodzeństwa, ponieważ zmarła nam mama. Tatuś dawał nam bardzo dobry przykład, wychowywał nas bardzo religijnie: prowadził do kościoła i uczył codziennej modlitwy.

Młodo wyszłam za mąż i urodziłam troje dzieci. Moje małżeństwo nie było jednak szczęśliwe, ponieważ mąż nadużywał alkoholu i znęcał się nade mną i nad dziećmi. Pomimo tego nigdy nie straciłam wiary w Boga. Wierzyłam, że zawsze jest ze mną i pozwala mi wytrwać. Każdego wieczoru klękaliśmy razem z dziećmi i modliliśmy się gorąco. Gdy dzieci usamodzielniły się i założyły własne rodziny, postanowiłam wyjechać do Grecji. W tym czasie mieszkał tam i pracował mój syn. Przez jakiś czas mieszkaliśmy razem, ale syn zachorował i zmarł.

Od znajomych dowiedziałam się, że w naszej parafii organizowane są spotkania ewangelizacyjne. Zdecydowałam, że i ja będę na nie uczęszczać. Tutaj bardzo uspokoiłam się wewnętrznie i doświadczyłam ogromnej duchowej radości. Brałam udział w rekolekcjach. Przez dwa lata, przed tym wspaniałym duchowym doświadczeniem, cierpiałam bardzo na ból prawej ręki, która mi drętwiała i traciłam w niej czucie. Wiele razy jeździłam do lekarzy, ale pomimo iż brałam leki, ból nie ustępował. Tego dnia modliliśmy się przed Najświętszym Sakramentem i w pewnym momencie odczułam drganie tej chorej ręki. Uświadomiłam sobie, że ból ustąpił. Od tego czasu upłynęło już 6 lat, a moja ręka jest zdrowa.

Dziękuję Ci, Panie Jezu, za to uzdrowienie. Dziękuję Ci też za to, że dałeś mi łaskę wytrwania i cierpliwości w czasie, gdy zmarł mój syn. Za wiarę i siłę w ciężkich chwilach mojego życia, dziękuję Panie Jezu. Wierzę w Ciebie, Boże żywy!

Anna z Żywca

 

 

Szanowny Panie Prezesie

Z całego serca dziękuję za modlitwę oraz wszystkie życzenia i upominki, Niech Pan Bóg i Matka Najświętsza mają w Swojej opiece Pana i wszystkich pracowników Stowarzyszenia. Niech obdarzą Was zdrowiem i wszelkimi łaskami. Bóg zapłać za wszystko i Szczęść Boże!

Janina