Święte wzory
 
Bł. Michał Kozal - męczennik Dachau.
Adam Kowalik

Ogłoszony przez św. Jana Pawła II błogosławionym biskup Michał Kozal stanowi dla nas przykład, że nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach można zachować niewinność i godność Dziecka Bożego.

 

Przyszły męczennik Dachau urodził się w Nowym Folwarku pod Krotoszynem w Wielkopolsce. Jego rodzice, Jan i Marianna z Płaczków, pracowali w należących do junkrów pruskich dużych gospodarstwach rolnych. Trudna sytuacja materialna rodziny poprawiła się dopiero wtedy, gdy ojciec został włodarzem folwarków zamożnego dzierżawcy Tomasza Bieńka, zniemczonego Polaka. Awans społeczny Kozalów oznaczał dla ich dwóch synów szansę na zdobycie wykształcenia.
 

Droga do kapłaństwa

 

W Gimnazjum Króla Wilhelma w Krotoszynie szybko ujawniły się duże zdolności intelektualne oraz przymioty ducha przyszłego biskupa. Mimo presji germanizacyjnej, Michał trwał przy polskości.

 

Świetnie zdany egzamin maturalny w 1914 roku otwierał przed abiturientem drzwi wyższych świeckich uczelni niemieckich. Jednak młodzieniec miał inne plany. Zamierzał poświęcić się Bogu i poprosił o przyjęcie do seminarium duchownego. W tym czasie posiadające wspólnego biskupa ordynariusza diecezje poznańska i gnieźnieńska wspólnie kształciły kandydatów na kapłanów. Kleryk Michał spędził więc pierwsze trzy lata studiów w Poznaniu, potem przez rok przygotowywał się do święceń w Gnieźnie. W trudnym, ale także pełnym nadziei na odzyskanie przez Polskę niepodległości roku 1918, diakon Kozal przyjął święcenia kapłańskie. Po dwóch latach pracy wikariuszowskiej został administratorem parafii św. Mikołaja w Krostkowie. Oprócz działalności duszpasterskiej niósł pomoc materialną ofiarom wojny. Dużą wagę przywiązywał do pracy z młodzieżą.
 

Oddany duszpasterz

 

Wizytujący w 1923 roku parafię prymas Polski kard. Edmund Dalbor musiał być pod wrażeniem działalności ks. Kozala, skoro kilka miesięcy później skierował go do pracy katechetycznej w Miejskim Katolickim Żeńskim Gimnazjum Humanistycznym w Bydgoszczy. Wybór okazał się trafny. Kapłan zapisał się pozytywnie w pamięci uczennic oraz kolegów nauczycieli. Skłoniło to kolejnego ordynariusza diecezji gnieźnieńskiej, prymasa kard. Augusta Hlonda do powierzenia mu opieki duchowej nad klerykami Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Gnieźnie. Po dwóch latach pełnienia funkcji kierownika duchowego kleryków, 25 września 1929 roku został mianowany rektorem uczelni. Oprócz pracy wychowawczej i administracyjnej wykładał teologię fundamentalną. Przejściowo uczył także liturgiki. Zgodnie z powtarzanym często przez siebie przysłowiem łacińskim serva ordinem et ordo te sevabit (zachowuj porządek, a porządek będzie strzegł ciebie), zawsze dokładnie przygotowywał się do zajęć.

 

W pierwszych dniach czerwca 1939 roku ks. Kozal otrzymał wezwanie telegraficzne do siedziby Nuncjatury Papieskiej w Warszawie. Tam dowiedział się, że Ojciec Święty Pius XII powierzył mu urząd biskupa pomocniczego diecezji włocławskiej. W dniu 13 sierpnia 1939 roku odbyła się uroczystość konsekracji nowego sufragana diecezji. Niestety, nim zdołał on zapoznać się ze wszystkimi obowiązkami, wybuchła wojna. W czasie kampanii wrześniowej bp Michał, zapominając o własnym bezpieczeństwie, oddawał się posłudze wśród rannych, wspierał uchodźców, całe godziny spędzał w konfesjonale.

 

Niestety, kampania wrześniowa skończyła się dla Polski klęską. W odróżnieniu od ordynariusza bp. Karola Radońskiego, którego los rzucił na emigrację, biskup sufragan pozostał ze swoimi owcami. Teraz na nim spoczęła troska o wiernych. Ciężkie to było zadanie, bo sytuacja społeczeństwa polskiego oraz Kościoła pogarszała się. Obszar diecezji został włączony do III Rzeszy. Hitlerowcy, dążąc do zgermanizowania tych ziem, zwrócili się przeciw inteligencji, której wpływową część stanowiło duchowieństwo. Nieustannie bp Michał dowiadywał się o aresztowaniach kapłanów i świeckich. W wielu przypadkach próbował interweniować u władz niemieckich, spotykał się jednak z butą i arogancją. – Nie poznaję Niemców – mówił zniechęcony – są inni od tych, których znałem dawniej.
 

Gotowy na męczeństwo

 

Wielką troską biskupa było zapewnienie dalszego kształcenia kleryków w seminarium diecezjalnym. Wydawało się, że starania zakończyły się sukcesem, Niemcy wyrazili bowiem zgodę na rozpoczęcie w nim nauki od 8 listopada 1939 roku. Niestety, był to podstęp. Wieczorem 7 listopada hitlerowcy aresztowali wykładowców i alumnów. Wraz z innymi do więzienia trafił także bp Kozal. Trafił do pojedynczej celi, w której panowały bardzo ciężkie warunki. Jedyną radością dla aresztantów były wspólne niedzielne Msze św. Zgodnie z zarządzeniem władz więziennych za każdym razem celebrans miał do dyspozycji zaledwie pół godziny.

 

16 stycznia biskup Michał Kozal został przewieziony do obozu odosobnienia urządzonego w pocysterskim klasztorze w Lądzie nad Wartą. Regulamin zabraniał sprawowania funkcji kapłańskich, pozwalał jednak w miarę swobodnie poruszać się w obrębie murów obiektu. Biskup postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji i przy pomocy pozostających na wolności kapłanów administrował diecezją.

 

W tym czasie aresztowanemu biskupowi starała się przyjść z pomocą dyplomacja papieska. Dotychczasowa wspaniała postawa Michała Kozala skłoniła Stolicę Apostolską do zaproponowania mu objęcia urzędu biskupa lubelskiego. Ten jednak odmówił. Nie skorzystał także z możliwości odzyskania wolności kosztem przyjęcia obywatelstwa niemieckiego. Był gotowy na męczeństwo.
 

Więzień numer 24544

 

W sierpniu 1940 roku Niemcy postanowili wysłać przetrzymywanych w pocysterskim klasztorze duchownych i seminarzystów do obozu koncentracyjnego w Dachau. Na miejscu pozostał jedynie biskup w towarzystwie kilku kapłanów i diakona. Tymczasem w klasztorze zakwaterowano wojsko niemieckie. Duchowni stali się przedmiotem niezliczonych zaczepek i drwin ze strony żołdaków.

 

Na wiosnę 1941 roku przyszedł czas także na nich. 3 kwietnia hitlerowcy przewieźli ich samochodami do więzienia w Inowrocławiu. Schodzącego z ciężarówki biskupa hitlerowiec „przywitał” pięściami. Na drugi dzień hierarchę wezwano na przesłuchanie. Komendant więzienia zabrał mu piuskę, pektorał i pierścień. Przy okazji dotkliwie go pobił. Wkrótce biskup z towarzyszami został przewieziony do Poznania, a potem do Berlina. Stolica pogańskiej III Rzeszy przyjęła polskich kapłanów demonstracją nienawiści. Prowadzeni w kajdankach ulicami miasta musieli wysłuchiwać złorzeczeń gapiów.

 

Wkrótce ruszyli w dalszą drogę do Dachau. Na rampę obozu wjechali 25 kwietnia 1941 roku. Tu Michał Kozal, biskup Kościoła Chrystusowego, stał się zaledwie numerem 24544. Łaska pełni kapłaństwa, którą otrzymał od Najwyższego Pasterza, stała się przyczyną szczególnych prześladowań. Każdego dnia był bity, wyzywany, kierowano go do szczególnie ciężkich prac. Więzień jednak nigdy się nie skarżył i cierpliwie spełniał polecenia.

 

Bardzo dotkliwym ograniczeniem dla biskupa był brak możliwości odprawienia Mszy św. Z radością skorzystał więc z wyproszonej u władz obozu przez współwięźniów kapłanów zgody na sprawowanie przez niego Eucharystii w drugą rocznicę święceń biskupich, tj. 13 sierpnia 1941 roku. W tym dniu nawet brutalny zwykle sztubowy stał się bardziej ludzki i przydzielił jubilatowi dodatkową porcję jedzenia. I w tych ciężkich warunkach, gdzie kromka chleba często decydowała o życiu lub śmierci człowieka, bł. Michał Kozal oddał dodatkowe jedzenie jednemu z kleryków. Zresztą nie był to jedyny tego typu gest hierarchy.

 

Zbliżał się czas odejścia do Boga. Wielokrotnie otrzymywane uderzenia pałką w głowę wywołały u biskupa zapalenie ucha środkowego. Potem zapadł na tyfus. Wyniszczony głodem i wycieńczającą pracą organizm nie miał sił do walki z chorobą. Jeden z kapłanów, współtowarzyszy niedoli, udzielił mu sakramentu pokuty oraz Komunii św. Współwięźniowie przenieśli go do rewiru obozowego, skąd już nie wrócił. Prawdopodobnie został zabity zastrzykiem fenolu 26 stycznia 1943 roku. Jego ciało spłonęło w krematorium.

 

Sława świętości bpa Kozala przetrwała okres wojny. 14 czerwca 1987 roku podczas Mszy Świętej na placu Defilad w Warszawie został przez papieża Jana Pawła II ogłoszony błogosławionym. Kościół wspomina go 14 czerwca.

 
 
 

"Przymierze z Maryją" dociera regularnie do ponad 430 tysięcy osób. Dołącz do grona naszych Przyjaciół i zostań stałym czytelnikiem czasopisma.

NAJNOWSZE WYDANIE:
Chleb Żywy, który zstąpił z Nieba
Przyjście Boga-Człowieka na świat, Jego cudowne, nienaruszające dziewictwa Matki narodziny w Betlejem Judzkim, to wydarzenie absolutnie wyjątkowe w historii. Wraz z Nim przyszło na świat wyzwolenie. Od niewoli śmierci, piekła i szatana…


UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Oto Matka nasza

Apostolat Fatimy w ciągu 18 lat działalności zgromadził w swoich szeregach prawie 60 tysięcy osób. Ta wciąż rosnąca armia czcicieli Maryi poprzez wsparcie modlitewne i finansowe szczególnie aktywnie poświęciła się propagowaniu Orędzia Matki Bożej Fatimskiej. W tym numerze „Przymierza z Maryją” swoim niezwykle interesującym świadectwem dzieli się jeden z Apostołów Fatimy, Janusz Komenda z Zielonek.

 

Przede wszystkim ośmielę się napisać, że moje życie od narodzin było związane z Maryją i traktuję to jako błogosławieństwo i niezasłużoną łaskę. Urodziłem się w święto Matki Bożej Różańcowej, a moje imieniny przypadają w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Pochodzę z parafii pod wezwaniem Narodzenia NMP. W moim kościele parafialnym znajduje się kaplica z obrazem Matki Bożej Zwycięskiej.


Ze swoich dziecięcych lat pamiętam moją babcię, która co roku przez ponad 40 lat pielgrzymowała z naszą parafialną pielgrzymką do Kalwarii Zebrzydowskiej. Pewnego dnia zabrała również i mnie do Sanktuarium Matki Bożej Kalwaryjskiej. Jako dziecko uczestniczyłem też niejednokrotnie w nabożeństwach majowych, związanych z odmawianiem Litanii Loretańskiej, i październikowych – wypełnionych modlitwą różańcową. W mojej religijnej i blisko związanej z Kościołem rodzinie było to całkowicie naturalne. Różaniec i szczególne nabożeństwo do Maryi zawsze były obecne w naszym domu.


Wreszcie kilka lat temu usłyszałem o istnieniu Apostolatu Fatimy i postanowiłem do niego przystąpić. Impulsem do tego kroku były kłopoty natury osobistej. Gdy zawiodły ludzkie sposoby radzenia sobie w takich sytuacjach, zwróciłem się do Matki Bożej. Uczestnictwo w Apostolacie Fatimy i codziennie odmawiany Różaniec wyciszyły mnie wewnętrznie i pomogły mi na nowo poukładać swoje życie: bliżej Maryi, a dzięki Niej również bliżej Pana Boga.


Dzięki uczestnictwu w Apostolacie Fatimy oraz odmawianiu Nowenny Pompejańskiej moja modlitwa różańcowa usystematyzowała się i nabrała codziennej regularności. Stała się dla mnie naturalnym i stałym punktem, bez którego trudno mi sobie wyobrazić każdy kolejny dzień. Wspaniałym przywilejem uczestnictwa w Apostolacie jest codzienna modlitwa sióstr klauzurowych oraz Msza Święta odprawiana każdego 13. dnia miesiąca w intencji Apostołów Fatimy. Tylko Bóg jeden wie, ile łask każdy członek Apostolatu dzięki tym modlitwom otrzymał. Dzięki Apostolatowi regularnie otrzymuję pełne wartościowych treści dwumiesięczniki „Przymierze z Maryją” i „Polonia Christiana”, a mój dom zdobią obraz i figura Matki Bożej Fatimskiej. Trudno nie wspomnieć też o wielu innych upominkach, które w tym czasie otrzymałem. Wśród nich znajdują się: książki, albumy, filmy DVD czy choćby piękna ikona św. Michała Archanioła. Wciąż żyję też nadzieją, że pewnego dnia uda mi się wylosować udział w pielgrzymce do Sanktuarium w Fatimie, kolejny duchowy przywilej dla członków Apostolatu.


To Najświętszej Maryi Pannie oraz Duchowi Świętemu zawdzięczam odwagę przeciwstawienia się ideologii LGBT w mojej poprzedniej pracy. Dzięki Ich opiece spokojnie przyjąłem szykany ze strony pracodawcy, włącznie z wyrzuceniem mnie z pracy za wierność Pismu Świętemu i nauczaniu Kościoła w kwestii grzesznych praktyk homoseksualnych (zobacz „Polonia Christiana” nr 82). Jestem przekonany, że Matka Boża opiekuje się mną w sposób szczególny.


Od kilku lat staram się uczcić swoje urodziny lub imieniny biegową pielgrzymką do najwspanialszego miejsca kultu maryjnego w Polsce: Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej. „Przez Maryję do Jezusa” – jakże to prawdziwe hasło. Doświadczam go niezliczoną ilość razy, gdy praktykując swoje sportowe hobby, mijam na swojej biegowej trasie kolejne kapliczki i sanktuaria maryjne. Nasza polska ziemia jest nimi usiana i jestem przekonany, że przez to dostępuje szczególnego błogosławieństwa NMP.


W Nowennie Pompejańskiej znajdujemy słowa: Ile mi sił starczy, będę rozszerzał cześć Twoją, o Dziewico Różańca Świętego, co traktuję jako wezwanie do apostolatu. I właśnie dzięki Apostolatowi Fatimy to zobowiązanie mogę wypełniać.


Każdego, kto jeszcze się waha, czy do tego dzieła przystąpić, z całego serca namawiam: przystąp do prawie 60-tysięcznej armii Apostołów Fatimy! Matka Boża odmieni Twoje życie na lepsze!


Listy od Przyjaciół
 
Listy

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Od dłuższego czasu do Państwa nie pisałam, ale postanowiłam to zmienić. Chcę podziękować za wszystkie prezenty, jakie od Was otrzymuję oraz za czasopismo „Przymierze z Maryją”. Chcę się podzielić moim świadectwem uzdrowienia, które otrzymałam od Pana Boga przez wstawiennictwo Matki Bożej. Leczyłam się od 9 lat na depresję i chociaż się modliłam, nie byłam wysłuchana. Teraz wiem, że wtedy nie modliłam się dobrze, ponieważ nie zapraszałam do swojego życia codziennie Pana Boga. (…) Teraz rozpoczynam dzień, zawierzając się Krwi Pana Jezusa. Odmawiam Koronkę do Najdroższej Krwi Pana Jezusa i do Jego Najświętszych Ran. Zaczęłam się gorąco modlić do Matki Bożej, odmawiając Nowennę Pompejańską. Przy odmawianiu części błagalnej na samym końcu już wiedziałam, że zostałam uzdrowiona. Bardzo dziękuję Panu Bogu i Matce Bożej. Dziękuję także Redakcji. Proszę, nie ustawajcie w swoim działaniu, ponieważ dzięki Wam ludzie się nawracają. Proszę, nie ustawajcie w modlitwie, bo przez nią otrzymujemy wszystko. Pan jest miłosierny, tylko trzeba Mu zaufać. Na koniec chcę Wam powiedzieć, że należę do Apostolatu Fatimy już od kilkunastu lat. Dziękuję za modlitwy za mnie i moją rodzinę. Ja też pamiętam i modlę się za Was.
Teresa z Wielkopolski


Szczęść Boże!
Witam serdecznie redakcję „Przymierza z Maryją”. Pragnę podzielić się z Wami świadectwem. Około 30 lat temu pojawiła się na moim prawym udzie mała, czarna plama. Byłam zaniepokojona, ale z biegiem czasu przestałam się tym martwić, ponieważ nic się z tym nie działo.
Około 5 lat temu narośl zaczęła się powiększać, rozrastać, następnie pękała, czasami sączyła się krew. Z czasem zrobiła się wypukła, cieknąca (…). Ale ja nie odczuwałam żadnego lęku. Żyłam przeświadczeniem, że jeżeli Pan Bóg dopuszcza jakieś choroby czy doświadczenia, to musi być jakieś lekarstwo czy rozwiązanie.
Zbliżała się Wielkanoc 2015 roku. (…) Otrzymałam między innymi kopertę z życzeniami od znajomej z Sulechowa. Otworzyłam i… zaskoczył mnie obrazek św. Rity. (…) „No cóż? – pomyślałam – chyba najwyższy czas podjąć decyzję i usunąć narośl”. Zawierzyłam św. Ricie!
W połowie czerwca (…) pobrane próbki wysłano do analizy. Po dwóch tygodniach diagnoza: czerniak złośliwy IV stopnia i skierowanie na onkologię. Pani doktor nie mówiła wiele. Decyzja: natychmiastowa głębsza operacja uda. Wyznaczyła konkretną datę i godzinę przyjęcia do szpitala. Rana się zagoiła. Czułam się dobrze. Nie rozumiałam, po co otwierać ranę i czegoś szukać…
Nadeszła data stawienia się w szpitalu. To był poniedziałek. W niedzielę pojechałam z córką do Ługów. Wpadłam w koleinę, spadłam z roweru i złamałam kostki w okolicy stawu biodrowego. Pojechałam do szpitala. Musiałam leżeć na plecach przez 5 tygodni, bez jakiejkolwiek zmiany pozycji, co uniemożliwiło mi stawienie się na wcześniej wyznaczony termin do szpitala. Raz, że byłam całkowicie przykuta do wózka. Dwa, że ortopeda zakazał jakiejkolwiek ingerencji ze względu na niezrośnięte kości, co groziło gangreną. Ale, okazało się, że… święta Rita czuwa i prowadzi!
Po kilku miesiącach zrobiono mi tomografię komputerową w Poradni Onkologicznej w Zielonej Górze. Nie było śladu choroby nowotworowej. I jak tu nie wierzyć w obcowanie Świętych? Trzeba tylko ich słuchać, wierzyć i ufać. Pozdrawiam Was serdecznie.
Teresa

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szanowni Państwo, od około 15 lat żyję w przymierzu z Maryją, tzn. otrzymuję od Waszego Stowarzyszenia materiały. Kalendarz z Maryją wisi w moim domu zawsze. Pierwszy raz jednak do Was piszę. Od czasu do czasu udawało mi się wesprzeć Wasze działania finansowo (na ile pozwalała mi moja kondycja finansowa), ale nigdy nie robiłam tego regularnie, a jednak stale przysyłacie mi czasopismo, kalendarze i informacje o prowadzonych kampaniach. Serdecznie za to dziękuję. Bóg zapłać!!!
Od lat noszę Cudowny Medalik (ten pierwszy otrzymałam od Was), od ponad roku codziennie modlę się na różańcu (też na tym, który Wy mi przysłaliście dobrych parę lat temu). Najmocniej przekonuję się o mocy działania Matki Najświętszej od kilku miesięcy, od kiedy to zawierzyłam się Jej całkowicie, oddałam się w niewolę miłości Jezusowi przez Maryję. To poświęcenie siebie poprzedzone 33-dniowymi rekolekcjami, a oparte na naukach św. Ludwika Marii Grignion de Montfort stało się dla mnie niezwykle ważnym wydarzeniem. (…) Na koniec pragnę serdecznie podziękować za wszystkie przesłane mi dotąd materiały i za Waszą działalność. Pozdrawiam z serca i życzę, aby działania Stowarzyszenia były zgodne z Wolą Bożą i przynosiły wspaniałe owoce. Pewnie większą ich część ujrzymy dopiero w wieczności…
Z Panem Bogiem
Anna


Szanowny Panie Prezesie
Na początku tego listu bardzo serdecznie Pana i całe Stowarzyszenie pozdrawiam. Dziękuję za wszystkie otrzymane dotychczas przesyłki (…).
Pragnę przedstawić Panu moje świadectwo związane z oddaniem się w opiekę Matce Bożej Częstochowskiej Królowej Polski.
W lutym bardzo źle się czułem z powodu moich dolegliwości brzusznych i usznych. Po pięciodniowej kuracji w szpitalu, wróciłem do domu bez zauważalnej poprawy. Dlatego 24 lutego postanowiłem pojechać po pomoc do Matki Bożej Częstochowskiej. Będąc na Jasnej Górze, poprosiłem zakrystiana o oliwę palącą się w kaplicy Cudownego Obrazu. Od tego czasu codziennie wieczorem parę kropli z wiarą i modlitwą przyjmuję, i o wiele lepiej się czuję. Mogę normalnie funkcjonować. (…)
Postanowiłem iść do kościoła pw. Polskich Męczenników, a to dlatego, że tam dokonano profanacji figury Matki Bożej. Gdy przybyłem na miejsce i zobaczyłem urwane ręce Matki Bożej w figurce tam stojącej, bardzo mnie ten widok przeraził i zabolał. Pomodliłem się za tych, którzy tej bulwersującej profanacji dokonali, prosząc o ich nawrócenie. To wydarzenie uświadomiło mi, w jakich czasach żyjemy. Jak dużo ofiary i modlitwy trzeba podjąć, aby ta fala została przezwyciężona! Dlatego musimy to wspaniałe dzieło, które Wasze Stowarzyszenie prowadzi, wspomagać przez modlitwę i datki ofiarowane na ten cel.
Roman z Tarnowskich Gór