Temat numeru
 
Ugandyjscy męczennicy – ofiary króla-homoseksualisty
Agnieszka Stelmach

Św. Karol Lwanga i Towarzysze, należący do królewskiego dworu i do straży przybocznej króla Bugandy (dzisiejszej Ugandy), Mwangi – byli neofitami i żarliwymi zwolennikami wiary katolickiej. Rozwiązły władca chciał ich wykorzystać do aktów homoseksualnych! Nie zgodzili się na spełnienie nikczemnych żądań władcy, więc z jego rozkazu zostali spaleni żywcem na wzgórzu Namugongo.

 

Pierwsi misjonarze w Bugandzie

 

Pierwsi misjonarze chrześcijańscy na tereny dzisiejszej Ugandy przybyli stosunkowo późno, bo dopiero pod koniec XIX wieku, za panowania króla Mutesa, który traktował ich neutralnie.

 

Po śmierci władcy na tron wstąpił jego osiemnastoletni syn Mwanga II. Wtedy też stosunek do misjonarzy uległ gwałtownej zmianie. Religia chrześcijańska, przyjmowana z entuzjazmem przez mieszkańców Bugandy wymagała od nich zerwania z bałwochwalstwem, wielożeństwem i barbarzyńskimi praktykami. Kiedy zaczęli kategorycznie odmawiać kontaktów homoseksualnych z królem – w których ten się lubował, władca uznał ich za „buntowników” i „zdrajców”.

 

Zaledwie w ciągu roku od wstąpienia na tron (czyli w 1885 roku) król skazał na karę śmierci trzech pierwszych protestanckich wyznawców Chrystusa. 15 listopada 1885 roku został ścięty w Nakivubo katolicki doradca władcy, Józef Mukasa Balikuddembe, stając się tym samym pierwszym katolickim męczennikiem Ugandy. W okresie od grudnia 1885 roku do maja 1886 król zamordował kilkudziesięciu innych wyznawców Chrystusa z powodu rzekomego nieposłuszeństwa. Mwanga domagał się od konwertytów wyrzeczenia wiary i bezwzględnego podporządkowania swoim rozkazom, także tym dotyczącym kontaktów seksualnych. Neofici powszechnie zaczęli wybierać śmierć. Wierni wyznawcy Chrystusa ginęli wskutek poćwiartowania ciał, kastracji, spalenia i ścięcia albo rzucani byli na pożarcie dzikiej zwierzynie.

 

Prześladowania bynajmniej nie powstrzymały rozwoju chrześcijaństwa. Męczeństwo tych pierwszych wierzących stało się zarzewiem wiary. Od tego czasu stale przybywało nowych wyznawców. Jednym z nich był św. Karol Lwanga…

 

Za parę chwil spotkamy się w raju!

 

Karol pełnił na dworze Mwangi II funkcję przełożonego czterystu dworzan królewskich i elitarnych oficerów. Do głębi poruszony wiadomością o postawie umierającego Józefa Mukasy Balikuddembe, nawrócił się. Józef miał powiedzieć swojemu katowi: Mwanga potępił mnie bez powodu, ale powiedz mu, że wybaczam mu z całego serca.

 

Lwanga poprosił o chrzest i został przyjęty do Kościoła. Natychmiast też zaczął przekazywać naukę Chrystusa także innym dworzanom, którzy coraz powszechniej zaczęli odmawiać kontaktów homoseksualnych swojemu władcy. Znaczna część nawróciła się. I to wywołało wściekłość króla.

Pewnego dnia Mwanga oburzony odmową dworzanina, nakazał zamknąć drzwi pałacu i stanąć z boku wszystkim paziom, którzy modlili się. Jako pierwszy wystąpił z szeregu Karol Lwanga, a następnie 22 inne osoby. Lwanga mówił:

– Niemożliwe jest nie wyznać tego, w co z całego serca się wierzy.

 

Król zażądał, by wyrzekli się chrześcijaństwa. Gdy tego nie uczynili, wszystkich skazał na śmierć przez spalenie na stosie.

Dwudziestopięcioletni Karol został pierwszy wrzucony do ognia. Chrzest przyjął zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Tuż przed śmiercią zawołał w stronę braci w wierze: – Za parę chwil spotkamy się w raju! Do oprawcy powiedział zaś: – Wierzysz, że dręczysz mnie ogniem, podczas gdy to, co robisz, jest obmywaniem moich nóg źródlaną wodą. Pomyśl raczej o sobie: żeby Bóg, którego obrażasz, nie wrzucił cię w ogień piekielny. Kiedy ogień doszedł do serca, tuż przed śmiercią Karol westchnął: – Boże mój, Boże mój. I skonał. Razem z nim spłonęło żywcem 13 innych chrześcijan. Stało się to w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, 3 czerwca 1886 roku. Zginęli Poncjan Ngondwe – patron żołnierzy, Mugagga – patron włókienników, Matthias Mulumba – patron urzędników, Łukasz Banabakintu – patron rybaków i żeglarzy, Jan Maria Muzeyi – opiekun chorych i cierpiących, Gyavira – patron posłańców i listonoszy, Denis (Dionizy) Ssebuggwawo – patron nauczycieli, Atanazy Bazzekuketta – patron kupców i biznesmenów, Anatol Kiriggwajjo – patron krawców, Adolf Mukasa Ludigo – patron rolników, Noe Mawaggali – patron garncarzy i rzemieślników, MbagaTuzinde – patron ludzi niezachwianej wiary, Kizito – patron młodzieży, Jakub Buzabaliawo, Gonzaga Gonza, Andrzej Kaggwa – patron muzyków, Ambroży Kibuka, Achilles Kiwanuka – patron urzędników i Bruno Serunkuma Kiriwawanvu – patron gospodarzy. Męczennicy zostali kanonizowani w 1964 roku przez papieża Pawła VI.

 

„Barbarzyńcy” z serca Afryki?

 

Wszyscy ci święci zasługują na osobną uwagę. Zadziwia ich mądrość i dojrzałość. Ze względu na brak miejsca, wspomnimy jedynie o kilku, aby Czytelnik miał wyobrażenie, jaką mądrością i głęboką wiarą, a także odwagą odznaczali się nawróceni „barbarzyńcy” z serca Afryki.

 

Poncjan Ngondwe miał trudny, choleryczny charakter. Był mściwy. Pod wpływem swoich nawróconych przyjaciół zaczął się zmieniać. 18 listopada 1885 roku przyjął chrzest. Swe trudne obowiązki rekwirowania bydła dla króla spełniał, kierując się sprawiedliwością i bezstronnością. Pewnego razu został wtrącony do więzienia za to, że zabrał – zgodnie z otrzymanymi wcześniej rozkazami – parę zwierząt należących do królewskiego kata. Ten sam kat, z królewskiego rozkazu zabił go później, gdy nie chciał zdradzić Chrystusa.

 

Mugagga był paziem na dworze króla Mwangi. Odznaczał się wielkim posłuszeństwem i uczynnością. Ten radosny nastolatek pełnił funkcję osobistego posłańca króla. Karol Lwanga pouczył go o prawdach wiary chrześcijańskiej i ochrzcił 26 maja 1886 roku. Mugagga parokrotnie nie zgodził się na nieprzyzwoite propozycje króla. Taka postawa ściągnęła na niego nienawiść władcy.

3 czerwca 1886 roku Mugagga dołączył do innych męczenników prowadzonych do Namugongo.

 

Matthias Mulumba (Kalemba) na dwór króla trafił po tym, jak pewien człowiek o imieniu Mugatto kupił go jako niewolnika. Zauroczony jego uprzejmością usynowił go i zmienił nazwisko na Kalemba. Mugatto był człowiekiem wielkiej uczciwości i zwykł powtarzać: Poszukuję prawdy w swym sercu. Przed śmiercią przywołał Matthiasa. Zapowiedział mu, że pewnego dnia przybędą cudzoziemcy, by nauczać drogi dobra i prawdy. Na chłopcu – jak sam później zapewniał – słowa te wywarły niezatarte wrażenie. Matthias początkowo – przed zetknięciem z misjonarzami katolickimi – przyjął islam. Uznał bowiem, że jest to lepsza religia niż plemienne przesądy. Najprawdopodobniej to właśnie wtedy wstąpił na służbę do naczelnika prowincji Singo. Później poznał Noego Mwaggali, garncarza Mukwenda. Szybko zostali przyjaciółmi i Kalemba przyczynił się do tego, że Mwaggali również przyjął islam. Muzułmanie cieszyli się wtedy uprzywilejowaną pozycją.

 

Matthias był inteligentny i odznaczał się rozsądkiem. Jako niezwykle energiczny, odważny człowiek szybko zyskał uznanie wśród urzędników dworskich. Rozstrzygał spory w swojej prowincji.

 

W 1887 w kraju pojawili się pierwsi misjonarze protestanccy. Kiedy później przybyli misjonarze katoliccy, jeden z protestantów poradził Kalembie, by unikał wszelkich kontaktów z katolikami, ponieważ nie znają oni prawdy i czczą Maryję. Matthiasa zaintrygował jednak sposób bycia nowych misjonarzy. Zaczął chodzić na zajęcia prowadzone przez katolików. Nawrócił się. Od momentu konwersji usiłował ze wszystkich sił zapanować nad dumą i opanować impulsywny temperament. Był poligamistą, ale zanim przyjął chrzest, oddalił – poza jedną – wszystkie żony, dając w ten sposób dowód swej głębokiej wiary. Ojciec Livinhac przed udzieleniem mu chrztu powiedział:

Jeśli myślisz o powrocie do protestantyzmu, to będzie lepiej, żebyś nie przyjmował chrztu.

– Nie bój się, ojcze – odparł Matthias. – Już od dwóch lat jestem zdecydowany i nikt nie będzie mógł odwieść mnie od podjętej decyzji. Jestem katolikiem i umrę jako katolik.

 

Matthias przyjął chrzest 28 maja 1882 roku, w dzień Zesłania Ducha Świętego. Bardzo szybko stał się gorącym propagatorem wiary katolickiej. Co tydzień posyłał jednego ze swych ludzi do misji, aby ten wysłuchał poleceń ojców, a następnie powtórzył je wszystkim pozostałym. Matthias był szanowany ze względu na uczciwość. Ludzie dziwili się, ponieważ w czasie wypraw wojennych nigdy nie brał łupów. Cieszył się na myśl, że męczeństwo jest nieuchronne: – Przyjdą niebawem, aby nas pojmać i zabiją z powodu naszej religii. Co za szczęście umrzeć dla Chrystusa!

Aresztowano go rankiem 26 maja. Sędzia pytał:

– Ty jesteś Mulumba?

– Tak, to ja.

– Jesteś wielkim człowiekiem, co cię skłoniło do przyjęcia chrześcijaństwa?

– Moja religia jest moją sprawą!

– Rozstałeś się ze wszystkimi żonami i sam sobie przygotowujesz jedzenie?

– Oskarżasz mnie o to, że jestem szczupły, czy o to, że wyznaję chrześcijaństwo?

– Zabierzcie go i zabijcie – rozkazał sędzia. – Niech cierpi! Obetnijcie mu stopy i nogi, rozerwijcie mu plecy i smażcie kawałki jego ciała na jego oczach! Zobaczymy, czy Bóg przyjdzie i wybawi go!

Mulumba odparł:

– On mnie wyzwoli, ale ty tego nie będziesz mógł oglądać. On zabierze to, co czyni człowieka (duszę) i pozostawi resztę (ciało).

Matthias Mulumba (Kalemba) faktycznie umierał powoli. Najpierw obcięto mu dłonie w nadgarstkach, później ręce do łokci, następnie stopy i nogi aż do kolan. Na koniec wycięto kawałki ciała. Tak okaleczonego pozostawiono leżącego na ziemi. Mężczyzna ani razu nie poskarżył się. Czasami wymawiał słowa: Boże mój, Boże mój!

 

Aby zatrzymać krwotoki i przedłużyć agonię, obwiązano go bandażami Chociaż był okaleczony, dwa dni później wciąż żył. Przypuszcza się, że zmarł w niedzielę 30 maja. Miał około 50 lat.

 

Jan Maria Muzeyi – opiekun chorych i cierpiących

 

Muzeyi był synem handlarza królewskiego. W wieku 13 lat został przedstawiony królowi Mutesowi. Za pośrednictwem urzędnika królewskiego, Muzeyi przyjął islam i otrzymał imię Yamari. Kiedy wybuchła epidemia dżumy w 1881 roku, Yamari schronił się w Mutundwe, gdzie poznał paru chrześcijan. Poczuł się zaintrygowany ich sposobem życia i nauczył się modlić. Po powrocie do pałacu, Muzeyi został przyjęty do grona paziów Mutesa. Król chciał go uwieść, ale mężczyzna energicznie odrzucił jego propozycję. Z tego powodu król Bugandy zdegradował go do roli zwykłego sługi.

 

Chociaż miał około dwudziestu pięciu lat, ze względu na powagę i roztropność nadano mu imię Muzeyi, co znaczy „stary” albo „szanowany”. Odznaczał się trafnością sądów i serdecznością. Posiadał wyjątkową inteligencję i pamięć. Był znakomitym nauczycielem religii. Pomógł Józefowi Mukasa w formacji katechumenów, którzy mieszkali na dworze. Jego chrześcijańskie świadectwo było zawsze szczególne. Oddawał swe dobra, by wspomóc ubogich i troszczył się o chorych, pouczał ich i udzielał chrztu. Po śmierci króla Mutesa opuścił dwór, ale aż do końca życia głosił wiarę chrześcijańską. Przyjął chrzest 1 listopada 1885 roku. Kiedy wybuchło prześladowanie, Myzeyi ukrył się w domu Józefa Mukasa Balikuddembe. Król jednak nie zapomniał o nim. Rozkazał go odnaleźć. Poszukiwania nie przyniosły skutku. Myzeyi zdecydował się jednak osobiście stawić przed władcą. Udał się najpierw do misji, wyspowiadał się i po przyjęciu Komunii Świętej poszedł do pałacu. Król mu powiedział: – Przyprowadź tu swych towarzyszy, a dam wam wszystkim wysokie urzędy. Nie ulegało już żadnej wątpliwości, że król pragnie zabić wszystkich chrześcijan. Jan Maria ostrzegł ich, by mogli się ukryć. Na nowo powrócił na dwór, którego już nie opuścił. Mwanga rozkazał go ściąć 27 stycznia 1887 roku w Mengo. Następnie Muzeyi został wrzucony do bagna. Miał trzydzieści trzy lata.

 

Gyavira należał do wpływowej i bogatej rodziny. Jego ojciec był strażnikiem świątyni bożka Mayanja w Segguku i podobno posiadał 50 żon. Gyawira został przedstawiony królowi Mwanga, gdy miał szesnaście lat. Od razu mianowano go doradcą. W maju 1886 r. nastolatek przyjął chrzest. Król bardzo sobie upodobał tego chłopca. Skazał go na śmierć za odmowę czynów homoseksualnych. Został spalony żywcem 3 czerwca 1886 roku. Miał siedemnaście lat.

 

Kizito był najmłodszym spośród wszystkich męczenników. Jako młody chłopiec trafił na dwór króla Mutesa, gdzie zetknął się z misjonarzami katolickimi. Po śmierci króla został paziem Mwangi. Kizito był czystego serca. Bardzo spodobał się władcy, który ciągle składał mu niemoralne propozycje. Kizito, mimo grożącego niebezpieczeństwa, pozostał niewzruszony. To zagrożenie przyspieszyło jednak jego prośbę o chrzest u misjonarza o. Lourdela. Mówił:

– Ochrzcij mnie! Kabaka (czyli król – przyp. red.) nas zabije!

Jeszcze nie poznałeś dobrze religii i jesteś zbyt młody – odpowiadał duchowny.

Nie jestem zbył młody, by umrzeć! Król nieustannie nam powtarza: zabiję wszystkich, którzy nie przestaną się modlić. Zabije nawet dzieci, zabije wszystkich, jeśli nadal będą się modlili! Chcesz zatem, bym umarł, nie będąc dzieckiem Bożym?

– Przecież już nim jesteś przez chrzest pragnienia! – tłumaczył duchowny.

Kizito niekiedy zostawał całą noc w misji, prosząc duchownego, by podał mu datę chrztu. Wreszcie pewnego razu misjonarz nie mogąc przekonać go, by sobie poszedł, powiedział:

– Sprawuj się tak, jak dotąd. Módl się, poznawaj religię i za miesiąc zostaniesz ochrzczony.

Kizito mu odpowiedział:

– Ale król nie pozwoli mi przyjść do misji!

– Dam ci pewien środek – odpowiedział misjonarz – który sprawi, że będziesz się wydawał chory. W ten sposób spędzisz parę dni w Rubaga, przygotowując się do tego wielkiego wydarzenia.

 

Kizito przyjął wreszcie upragniony chrzest z rąk Karola Lwangi 26 maja 1886 roku. Chłopiec początkowo obawiał się męczeńskiej śmierci. Ale tuż przed nią Bóg okazał mu wielką łaskę. Kizito przed śmiercią i w czasie egzekucji zachował radość, która promieniowała na zewnątrz. Na jego twarzy – jak później zeznawali świadkowie – nie było oznak smutku, a jedynie wielka radość. Kiedy rozpalono stos, zawołał do swoich towarzyszy, że szybko ujrzą Boga. Mówił:

– Przyjaciele, powinniśmy iść do Nieba, modląc się ze złączonymi rękoma, aby Pan dał nam wszystkim łaskę bycia wiernymi.


Chłopiec polecił jednemu z trzech uwolnionych chrześcijan przekazać ojcu Lourdelowi pozdrowienia oraz zapewnienie, że jego radość na myśl o męczeńskiej śmierci była bez miary, gdyż umierał z miłości do Jezusa i Maryi. Z rękoma przywiązanymi do pleców, okręcony słomą spłonął 3 czerwca 1886 roku, mając zaledwie czternaście lub piętnaście lat.


Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza z Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
Męka Chrystusa według Całunu
Kończy się Wielki Post. Przed nami Wielki Tydzień, którego apogeum stanowi Triduum Paschalne. W Wielki Czwartek, Piątek i Sobotę w sposób szczególny nasza myśl biegnie w kierunku Golgoty i Najświętszej Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Zostań Apostołem Fatimy!

Jedyna taka wspólnota ... jest właśnie dla Ciebie!

Co to za wspólnota, licząca ponad 60 tys. członków, którzy wszyscy modlą się za siebie nawzajem? Duchowa rodzina pod patronatem Maryi, za którą codziennie wznoszą swoje modły siostry zakonne, a kapłan raz w miesiącu odprawia za nią Mszę Świętą? Formacja duchowa w tradycji katolickiej, której uczestnicy co roku mają szansę wziąć udział w pielgrzymce do Fatimy?
To Apostolat Fatimy. Jedyna taka wspólnota katolików w Polsce, gdzie za drobny, comiesięczny datek i codzienną modlitwę Apostołowie dostają moc duchowych korzyści, z których najważniejsza jest świadomość, że przyczyniają się do wielkiego dzieła – budzenia sumień Polaków!
Zadzwoń pod numer 12 423 44 23 i zostań Apostołem Fatimy!


Listy od Przyjaciół
 

Szczęść Boże!
Szanowni Państwo, należę do osób, które nie chcą „rozdrabniać” i „rozpraszać” swoich nabożeństw. Dla mnie fundamentem jest Jezus Chrystus. A poza tym całe moje jestestwo zwrócone jest ku Maryi Niepokalanej, otaczającej mnie Swoją Opieką i Nieustającą Pomocą.
Przez codzienną modlitwę różańcową otrzymałem zdumiewająco dużo łask: zostały rozwiązane, i to z nawiązką, moje nieprawdopodobne wręcz problemy życiowe. Toteż Wasza propozycja, by poświęcić swój dom Maryi trafiła w pełni do mojego serca. Natychmiast po otrzymaniu przesyłki odmówiłem „Akt poświęcenia domu Niepokalanemu Sercu Maryi”, a tabliczkę z Aktem umieściłem na ścianie mojego pokoju.
Jestem dogłębnie poruszony faktem, że w ciągu kilku dni jeszcze jeden wielki problem, z którym miałem borykać się przez kolejne miesiące, znalazł się na właściwej ścieżce ku pomyślnemu rozwiązaniu. Z całego serca dziękuję za to Maryi, a Wam jestem niezmiernie wdzięczny za stworzenie możliwości, by poświęcić dom Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Pozdrawiam!
Władysław z Gliwic


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szanowna Redakcjo, pragnę złożyć moje świadectwo o otrzymaniu łaski uzdrowienia i rozwiązania poważnych problemów poprzez Nowennę Pompejańską. Problem był ogromny i pogłębiający się – dotyczył mojego syna. Był w wieku gimnazjalnym. Zaczęły się problemy z wychodzeniem z domu, z wychodzeniem do szkoły, ze wstawaniem z łóżka. Był to bardzo trudny i długotrwały czas. Ze szkoły otrzymywałam zapowiedź kary finansowej za niedoprowadzanie syna do szkoły. Robiłam co mogłam, bardzo chciałam pomóc synowi – nic nie skutkowało. Sytuacja stawała się coraz gorsza.
Pewnego dnia znajoma powiedziała mi, że opowiedziała o mojej sytuacji swojej cioci – siostrze zakonnej. Dostałam od niej bardzo cenną wskazówkę, jak z tego możemy wyjść – poprzez Nowennę Pompejańską.
Od razu tego samego dnia podjęłam tę modlitwę. Już na drugi dzień problemy zaczęły się rozwiązywać. Najpierw zdecydowaliśmy się na wizytę u lekarza, który poprowadził sprawę dalej, potem kolejne osoby, następnie nauczanie indywidualne i w końcu syn ukończył szkołę.
Dzięki wstawiennictwu Matki Bożej rozwiązała się sprawa, która po ludzku dla mnie była porównywalna z biciem głową w mur.
Dziękuję Ci Maryjo za wszelkie łaski, które otrzymaliśmy i które otrzymujemy. Dziś syn jest już ojcem i ma swoją rodzinę.
A Wam, Szanowni Państwo, gratuluję decyzji o propagowaniu Nowenny Pompejańskiej. Polecam wszystkim tę modlitwę, dzięki której możemy rozwiązywać problemy, które po ludzku wydają się nie do rozwiązania. Pozdrawiam Was serdecznie.
Ewa z Jarosławia


Szczęść Boże!
Z całego serca dziękuję za modlitwę, życzenia i wszelkie upominki. Niech Dobry Bóg ma wszystkich pracowników Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi w Swojej opiece, a Matka Najświętsza niech Was otacza opieką. Niech Pan Bóg obdarzy Was zdrowiem i wszelkimi łaskami. Modlę się za Stowarzyszenie i proszę o modlitwę. Bóg zapłać za wszystko!
Józefa z Mazowsza


Szczęść Boże!
Pragnę podziękować za kalendarz „365 dni z Maryją” na 2021 rok. Dzięki niemu tak bardzo czuję codzienną obecność, opiekę i wsparcie Matki Bożej. Byłoby świetnie, gdyby ten kalendarz mógł trafić do wszystkich naszych Rodaków. Chętnie w tym pomogę. Zapewniam o modlitwie za Stowarzyszenie i Apostolat Fatimy!
Agnieszka – Apostoł Fatimy


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Dziękuję za Wasze przesyłki. Dziękuję za kalendarz „365 dni z Maryją”. Jestem bardzo wzruszona, kiedy czytam „Przymierze z Maryją”. Nie zawsze ma kto czytać mi to pismo. Jestem osobą słabo widzącą od czasu tragicznego wypadku. Miałam wtedy 24 lata i plany na przyszłość. Po wypadku przez dwa miesiące byłam nieprzytomna. Lekarze dawali mi jeden procent szans na przeżycie. Moja mama modliła się gorąco za wstawiennictwem Matki Bożej i św. Judy Tadeusza. Miłosierny Jezus wysłuchał modlitw. Przeżyłam, a później – w roku 1992 – urodziłam zdrowego, pięknego synka. Chłopiec pięknie grał na pianinie, lubił matematykę, poza tym uczył się języków obcych. Obecnie mieszka w Anglii – pomaga mnie i mojej mamie, która ma 82 lata.
Byłam na pielgrzymce w Fatimie, aby podziękować Panu Bogu i Matce Bożej za życie, zdrowie i za syna. Odwiedziłam też inne święte miejsca.
Mąż, który spowodował ten wypadek, po pewnym czasie mnie opuścił… Ale i tak za wszystko dziękuję Bogu.
Pomagam chorym i ułomnym dzieciom. Najlepszą dla mnie nagrodą jest ich uśmiech i wdzięczność.
Nie tracę nadziei. Modlę się o zdrowie i pomoc w moim inwalidztwie, abym mogła przetrwać i jak najdłużej cieszyć się rodziną.
Serdecznie dziękuję Wam za miłe i pełne pocieszenia słowa. Za serdeczne pozdrowienia. Bóg zapłać za wsparcie duchowe w życiu codziennym, często tak trudnym. Dziękuję za to, że przypominacie to piękne hasło: O Maryi nigdy dość!
Grażyna z Lublina


Szczęść Boże!
Pragnę podzielić się dobrą wiadomością – w końcu odnalazłam Matkę Bożą i Pana Boga. A zaczęło się od bardzo ciężkiego wypadku samochodowego. Cudem uniknęłam śmierci. Wydarzył się on 27 listopada. Przez przypadek dowiedziałam się później, że w ten dzień jest wspomnienie Maryi od Cudownego Medalika. Poczytałam trochę informacji o tym medaliku i doszłam do wniosku, że to ma sens! Musiałam więc trochę oberwać, aby jaśniej myśleć. Najpierw zapoznałam się z całą historią Cudownego Medalika, a później zamówiłam go wraz z książkami. Co ciekawe, tydzień przed wypadkiem modliłam się o światło wiary…
Wypadek był ciężki, a jego skutki odczuwalne do dziś, ale dzięki niemu odnalazłam wreszcie Boga! I za to dziękuję!
Z Panem Bogiem
Dorota