Temat numeru
 
Ugandyjscy męczennicy – ofiary króla-homoseksualisty
Agnieszka Stelmach

Św. Karol Lwanga i Towarzysze, należący do królewskiego dworu i do straży przybocznej króla Bugandy (dzisiejszej Ugandy), Mwangi – byli neofitami i żarliwymi zwolennikami wiary katolickiej. Rozwiązły władca chciał ich wykorzystać do aktów homoseksualnych! Nie zgodzili się na spełnienie nikczemnych żądań władcy, więc z jego rozkazu zostali spaleni żywcem na wzgórzu Namugongo.

 

Pierwsi misjonarze w Bugandzie

 

Pierwsi misjonarze chrześcijańscy na tereny dzisiejszej Ugandy przybyli stosunkowo późno, bo dopiero pod koniec XIX wieku, za panowania króla Mutesa, który traktował ich neutralnie.

 

Po śmierci władcy na tron wstąpił jego osiemnastoletni syn Mwanga II. Wtedy też stosunek do misjonarzy uległ gwałtownej zmianie. Religia chrześcijańska, przyjmowana z entuzjazmem przez mieszkańców Bugandy wymagała od nich zerwania z bałwochwalstwem, wielożeństwem i barbarzyńskimi praktykami. Kiedy zaczęli kategorycznie odmawiać kontaktów homoseksualnych z królem – w których ten się lubował, władca uznał ich za „buntowników” i „zdrajców”.

 

Zaledwie w ciągu roku od wstąpienia na tron (czyli w 1885 roku) król skazał na karę śmierci trzech pierwszych protestanckich wyznawców Chrystusa. 15 listopada 1885 roku został ścięty w Nakivubo katolicki doradca władcy, Józef Mukasa Balikuddembe, stając się tym samym pierwszym katolickim męczennikiem Ugandy. W okresie od grudnia 1885 roku do maja 1886 król zamordował kilkudziesięciu innych wyznawców Chrystusa z powodu rzekomego nieposłuszeństwa. Mwanga domagał się od konwertytów wyrzeczenia wiary i bezwzględnego podporządkowania swoim rozkazom, także tym dotyczącym kontaktów seksualnych. Neofici powszechnie zaczęli wybierać śmierć. Wierni wyznawcy Chrystusa ginęli wskutek poćwiartowania ciał, kastracji, spalenia i ścięcia albo rzucani byli na pożarcie dzikiej zwierzynie.

 

Prześladowania bynajmniej nie powstrzymały rozwoju chrześcijaństwa. Męczeństwo tych pierwszych wierzących stało się zarzewiem wiary. Od tego czasu stale przybywało nowych wyznawców. Jednym z nich był św. Karol Lwanga…

 

Za parę chwil spotkamy się w raju!

 

Karol pełnił na dworze Mwangi II funkcję przełożonego czterystu dworzan królewskich i elitarnych oficerów. Do głębi poruszony wiadomością o postawie umierającego Józefa Mukasy Balikuddembe, nawrócił się. Józef miał powiedzieć swojemu katowi: Mwanga potępił mnie bez powodu, ale powiedz mu, że wybaczam mu z całego serca.

 

Lwanga poprosił o chrzest i został przyjęty do Kościoła. Natychmiast też zaczął przekazywać naukę Chrystusa także innym dworzanom, którzy coraz powszechniej zaczęli odmawiać kontaktów homoseksualnych swojemu władcy. Znaczna część nawróciła się. I to wywołało wściekłość króla.

Pewnego dnia Mwanga oburzony odmową dworzanina, nakazał zamknąć drzwi pałacu i stanąć z boku wszystkim paziom, którzy modlili się. Jako pierwszy wystąpił z szeregu Karol Lwanga, a następnie 22 inne osoby. Lwanga mówił:

– Niemożliwe jest nie wyznać tego, w co z całego serca się wierzy.

 

Król zażądał, by wyrzekli się chrześcijaństwa. Gdy tego nie uczynili, wszystkich skazał na śmierć przez spalenie na stosie.

Dwudziestopięcioletni Karol został pierwszy wrzucony do ognia. Chrzest przyjął zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Tuż przed śmiercią zawołał w stronę braci w wierze: – Za parę chwil spotkamy się w raju! Do oprawcy powiedział zaś: – Wierzysz, że dręczysz mnie ogniem, podczas gdy to, co robisz, jest obmywaniem moich nóg źródlaną wodą. Pomyśl raczej o sobie: żeby Bóg, którego obrażasz, nie wrzucił cię w ogień piekielny. Kiedy ogień doszedł do serca, tuż przed śmiercią Karol westchnął: – Boże mój, Boże mój. I skonał. Razem z nim spłonęło żywcem 13 innych chrześcijan. Stało się to w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, 3 czerwca 1886 roku. Zginęli Poncjan Ngondwe – patron żołnierzy, Mugagga – patron włókienników, Matthias Mulumba – patron urzędników, Łukasz Banabakintu – patron rybaków i żeglarzy, Jan Maria Muzeyi – opiekun chorych i cierpiących, Gyavira – patron posłańców i listonoszy, Denis (Dionizy) Ssebuggwawo – patron nauczycieli, Atanazy Bazzekuketta – patron kupców i biznesmenów, Anatol Kiriggwajjo – patron krawców, Adolf Mukasa Ludigo – patron rolników, Noe Mawaggali – patron garncarzy i rzemieślników, MbagaTuzinde – patron ludzi niezachwianej wiary, Kizito – patron młodzieży, Jakub Buzabaliawo, Gonzaga Gonza, Andrzej Kaggwa – patron muzyków, Ambroży Kibuka, Achilles Kiwanuka – patron urzędników i Bruno Serunkuma Kiriwawanvu – patron gospodarzy. Męczennicy zostali kanonizowani w 1964 roku przez papieża Pawła VI.

 

„Barbarzyńcy” z serca Afryki?

 

Wszyscy ci święci zasługują na osobną uwagę. Zadziwia ich mądrość i dojrzałość. Ze względu na brak miejsca, wspomnimy jedynie o kilku, aby Czytelnik miał wyobrażenie, jaką mądrością i głęboką wiarą, a także odwagą odznaczali się nawróceni „barbarzyńcy” z serca Afryki.

 

Poncjan Ngondwe miał trudny, choleryczny charakter. Był mściwy. Pod wpływem swoich nawróconych przyjaciół zaczął się zmieniać. 18 listopada 1885 roku przyjął chrzest. Swe trudne obowiązki rekwirowania bydła dla króla spełniał, kierując się sprawiedliwością i bezstronnością. Pewnego razu został wtrącony do więzienia za to, że zabrał – zgodnie z otrzymanymi wcześniej rozkazami – parę zwierząt należących do królewskiego kata. Ten sam kat, z królewskiego rozkazu zabił go później, gdy nie chciał zdradzić Chrystusa.

 

Mugagga był paziem na dworze króla Mwangi. Odznaczał się wielkim posłuszeństwem i uczynnością. Ten radosny nastolatek pełnił funkcję osobistego posłańca króla. Karol Lwanga pouczył go o prawdach wiary chrześcijańskiej i ochrzcił 26 maja 1886 roku. Mugagga parokrotnie nie zgodził się na nieprzyzwoite propozycje króla. Taka postawa ściągnęła na niego nienawiść władcy.

3 czerwca 1886 roku Mugagga dołączył do innych męczenników prowadzonych do Namugongo.

 

Matthias Mulumba (Kalemba) na dwór króla trafił po tym, jak pewien człowiek o imieniu Mugatto kupił go jako niewolnika. Zauroczony jego uprzejmością usynowił go i zmienił nazwisko na Kalemba. Mugatto był człowiekiem wielkiej uczciwości i zwykł powtarzać: Poszukuję prawdy w swym sercu. Przed śmiercią przywołał Matthiasa. Zapowiedział mu, że pewnego dnia przybędą cudzoziemcy, by nauczać drogi dobra i prawdy. Na chłopcu – jak sam później zapewniał – słowa te wywarły niezatarte wrażenie. Matthias początkowo – przed zetknięciem z misjonarzami katolickimi – przyjął islam. Uznał bowiem, że jest to lepsza religia niż plemienne przesądy. Najprawdopodobniej to właśnie wtedy wstąpił na służbę do naczelnika prowincji Singo. Później poznał Noego Mwaggali, garncarza Mukwenda. Szybko zostali przyjaciółmi i Kalemba przyczynił się do tego, że Mwaggali również przyjął islam. Muzułmanie cieszyli się wtedy uprzywilejowaną pozycją.

 

Matthias był inteligentny i odznaczał się rozsądkiem. Jako niezwykle energiczny, odważny człowiek szybko zyskał uznanie wśród urzędników dworskich. Rozstrzygał spory w swojej prowincji.

 

W 1887 w kraju pojawili się pierwsi misjonarze protestanccy. Kiedy później przybyli misjonarze katoliccy, jeden z protestantów poradził Kalembie, by unikał wszelkich kontaktów z katolikami, ponieważ nie znają oni prawdy i czczą Maryję. Matthiasa zaintrygował jednak sposób bycia nowych misjonarzy. Zaczął chodzić na zajęcia prowadzone przez katolików. Nawrócił się. Od momentu konwersji usiłował ze wszystkich sił zapanować nad dumą i opanować impulsywny temperament. Był poligamistą, ale zanim przyjął chrzest, oddalił – poza jedną – wszystkie żony, dając w ten sposób dowód swej głębokiej wiary. Ojciec Livinhac przed udzieleniem mu chrztu powiedział:

Jeśli myślisz o powrocie do protestantyzmu, to będzie lepiej, żebyś nie przyjmował chrztu.

– Nie bój się, ojcze – odparł Matthias. – Już od dwóch lat jestem zdecydowany i nikt nie będzie mógł odwieść mnie od podjętej decyzji. Jestem katolikiem i umrę jako katolik.

 

Matthias przyjął chrzest 28 maja 1882 roku, w dzień Zesłania Ducha Świętego. Bardzo szybko stał się gorącym propagatorem wiary katolickiej. Co tydzień posyłał jednego ze swych ludzi do misji, aby ten wysłuchał poleceń ojców, a następnie powtórzył je wszystkim pozostałym. Matthias był szanowany ze względu na uczciwość. Ludzie dziwili się, ponieważ w czasie wypraw wojennych nigdy nie brał łupów. Cieszył się na myśl, że męczeństwo jest nieuchronne: – Przyjdą niebawem, aby nas pojmać i zabiją z powodu naszej religii. Co za szczęście umrzeć dla Chrystusa!

Aresztowano go rankiem 26 maja. Sędzia pytał:

– Ty jesteś Mulumba?

– Tak, to ja.

– Jesteś wielkim człowiekiem, co cię skłoniło do przyjęcia chrześcijaństwa?

– Moja religia jest moją sprawą!

– Rozstałeś się ze wszystkimi żonami i sam sobie przygotowujesz jedzenie?

– Oskarżasz mnie o to, że jestem szczupły, czy o to, że wyznaję chrześcijaństwo?

– Zabierzcie go i zabijcie – rozkazał sędzia. – Niech cierpi! Obetnijcie mu stopy i nogi, rozerwijcie mu plecy i smażcie kawałki jego ciała na jego oczach! Zobaczymy, czy Bóg przyjdzie i wybawi go!

Mulumba odparł:

– On mnie wyzwoli, ale ty tego nie będziesz mógł oglądać. On zabierze to, co czyni człowieka (duszę) i pozostawi resztę (ciało).

Matthias Mulumba (Kalemba) faktycznie umierał powoli. Najpierw obcięto mu dłonie w nadgarstkach, później ręce do łokci, następnie stopy i nogi aż do kolan. Na koniec wycięto kawałki ciała. Tak okaleczonego pozostawiono leżącego na ziemi. Mężczyzna ani razu nie poskarżył się. Czasami wymawiał słowa: Boże mój, Boże mój!

 

Aby zatrzymać krwotoki i przedłużyć agonię, obwiązano go bandażami Chociaż był okaleczony, dwa dni później wciąż żył. Przypuszcza się, że zmarł w niedzielę 30 maja. Miał około 50 lat.

 

Jan Maria Muzeyi – opiekun chorych i cierpiących

 

Muzeyi był synem handlarza królewskiego. W wieku 13 lat został przedstawiony królowi Mutesowi. Za pośrednictwem urzędnika królewskiego, Muzeyi przyjął islam i otrzymał imię Yamari. Kiedy wybuchła epidemia dżumy w 1881 roku, Yamari schronił się w Mutundwe, gdzie poznał paru chrześcijan. Poczuł się zaintrygowany ich sposobem życia i nauczył się modlić. Po powrocie do pałacu, Muzeyi został przyjęty do grona paziów Mutesa. Król chciał go uwieść, ale mężczyzna energicznie odrzucił jego propozycję. Z tego powodu król Bugandy zdegradował go do roli zwykłego sługi.

 

Chociaż miał około dwudziestu pięciu lat, ze względu na powagę i roztropność nadano mu imię Muzeyi, co znaczy „stary” albo „szanowany”. Odznaczał się trafnością sądów i serdecznością. Posiadał wyjątkową inteligencję i pamięć. Był znakomitym nauczycielem religii. Pomógł Józefowi Mukasa w formacji katechumenów, którzy mieszkali na dworze. Jego chrześcijańskie świadectwo było zawsze szczególne. Oddawał swe dobra, by wspomóc ubogich i troszczył się o chorych, pouczał ich i udzielał chrztu. Po śmierci króla Mutesa opuścił dwór, ale aż do końca życia głosił wiarę chrześcijańską. Przyjął chrzest 1 listopada 1885 roku. Kiedy wybuchło prześladowanie, Myzeyi ukrył się w domu Józefa Mukasa Balikuddembe. Król jednak nie zapomniał o nim. Rozkazał go odnaleźć. Poszukiwania nie przyniosły skutku. Myzeyi zdecydował się jednak osobiście stawić przed władcą. Udał się najpierw do misji, wyspowiadał się i po przyjęciu Komunii Świętej poszedł do pałacu. Król mu powiedział: – Przyprowadź tu swych towarzyszy, a dam wam wszystkim wysokie urzędy. Nie ulegało już żadnej wątpliwości, że król pragnie zabić wszystkich chrześcijan. Jan Maria ostrzegł ich, by mogli się ukryć. Na nowo powrócił na dwór, którego już nie opuścił. Mwanga rozkazał go ściąć 27 stycznia 1887 roku w Mengo. Następnie Muzeyi został wrzucony do bagna. Miał trzydzieści trzy lata.

 

Gyavira należał do wpływowej i bogatej rodziny. Jego ojciec był strażnikiem świątyni bożka Mayanja w Segguku i podobno posiadał 50 żon. Gyawira został przedstawiony królowi Mwanga, gdy miał szesnaście lat. Od razu mianowano go doradcą. W maju 1886 r. nastolatek przyjął chrzest. Król bardzo sobie upodobał tego chłopca. Skazał go na śmierć za odmowę czynów homoseksualnych. Został spalony żywcem 3 czerwca 1886 roku. Miał siedemnaście lat.

 

Kizito był najmłodszym spośród wszystkich męczenników. Jako młody chłopiec trafił na dwór króla Mutesa, gdzie zetknął się z misjonarzami katolickimi. Po śmierci króla został paziem Mwangi. Kizito był czystego serca. Bardzo spodobał się władcy, który ciągle składał mu niemoralne propozycje. Kizito, mimo grożącego niebezpieczeństwa, pozostał niewzruszony. To zagrożenie przyspieszyło jednak jego prośbę o chrzest u misjonarza o. Lourdela. Mówił:

– Ochrzcij mnie! Kabaka (czyli król – przyp. red.) nas zabije!

Jeszcze nie poznałeś dobrze religii i jesteś zbyt młody – odpowiadał duchowny.

Nie jestem zbył młody, by umrzeć! Król nieustannie nam powtarza: zabiję wszystkich, którzy nie przestaną się modlić. Zabije nawet dzieci, zabije wszystkich, jeśli nadal będą się modlili! Chcesz zatem, bym umarł, nie będąc dzieckiem Bożym?

– Przecież już nim jesteś przez chrzest pragnienia! – tłumaczył duchowny.

Kizito niekiedy zostawał całą noc w misji, prosząc duchownego, by podał mu datę chrztu. Wreszcie pewnego razu misjonarz nie mogąc przekonać go, by sobie poszedł, powiedział:

– Sprawuj się tak, jak dotąd. Módl się, poznawaj religię i za miesiąc zostaniesz ochrzczony.

Kizito mu odpowiedział:

– Ale król nie pozwoli mi przyjść do misji!

– Dam ci pewien środek – odpowiedział misjonarz – który sprawi, że będziesz się wydawał chory. W ten sposób spędzisz parę dni w Rubaga, przygotowując się do tego wielkiego wydarzenia.

 

Kizito przyjął wreszcie upragniony chrzest z rąk Karola Lwangi 26 maja 1886 roku. Chłopiec początkowo obawiał się męczeńskiej śmierci. Ale tuż przed nią Bóg okazał mu wielką łaskę. Kizito przed śmiercią i w czasie egzekucji zachował radość, która promieniowała na zewnątrz. Na jego twarzy – jak później zeznawali świadkowie – nie było oznak smutku, a jedynie wielka radość. Kiedy rozpalono stos, zawołał do swoich towarzyszy, że szybko ujrzą Boga. Mówił:

– Przyjaciele, powinniśmy iść do Nieba, modląc się ze złączonymi rękoma, aby Pan dał nam wszystkim łaskę bycia wiernymi.


Chłopiec polecił jednemu z trzech uwolnionych chrześcijan przekazać ojcu Lourdelowi pozdrowienia oraz zapewnienie, że jego radość na myśl o męczeńskiej śmierci była bez miary, gdyż umierał z miłości do Jezusa i Maryi. Z rękoma przywiązanymi do pleców, okręcony słomą spłonął 3 czerwca 1886 roku, mając zaledwie czternaście lub piętnaście lat.


Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza z Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
Witaj, Światłości Świata!
Zbliżamy się do końca roku 2018. Dodajmy – roku dla naszego Narodu szczególnego. Setna rocznica odzyskania niepodległości skłania do zadawania pytań o Polskę. O sens i cel istnienia naszej Ojczyzny… W tych rozważaniach warto pomyśleć o roli Kościoła i chrześcijaństwa w kształtowaniu naszej państwowości, tożsamości narodowej. Śmiało możemy powiedzieć, że Polskę otrzymaliśmy od Kościoła w prezencie. Chrzest Mieszka I wprowadził nas do europejskiej rodziny państw chrześcijańskich. Bez Mistycznego Ciała Chrystusa być może z czasem wykształciłaby się jakaś większa wspólnota, ale nie byłaby to ta Polska, którą znamy.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Z wizytą u naszej Matki
Michał Wałach

Istnieją na świecie miejsca, gdzie Bożą obecność czuje się wyjątkowo mocno, których niezwykły charakter można wyjaśnić niedowiarkom bez słów. Jednym z nich jest Fatima, do której w drugiej połowie października udała się prawie 40-osobowa pielgrzymka Apostolatu Fatimy.

 

 

Zmęczenie długą podróżą nie stanowiło dla naszej pielgrzymującej grupy przeszkody nie do pokonania, skoro niemal na wyciągnięcie ręki mieliśmy miejsce uświęcone objawieniami Najświętszej Maryi Panny oraz modlitwą milionów katolików z całego świata. Jeszcze przed świtem pierwszego dnia po przyjeździe, pielgrzymujący z nami ksiądz Józef Aszkiełowicz z Wileńszczyzny odprawił Mszę Świętą tuż przy Kaplicy Objawień – a więc tam, gdzie trójce portugalskich dzieci objawiła się Królowa Nieba i Ziemi.

 

Następnie ów niezwykły kapłan poprowadził dla nas trafiające do serca i duszy Nabożeństwo Drogi Krzyżowej na tzw. Drodze Węgierskiej. W trakcie modlitwy odwiedziliśmy Valinhos – miejsce, gdzie Matka Boża ukazała się w sierpniu roku 1917, gdy pastuszkowie 13 dnia miesiąca przebywali w portugalskim więzieniu, oraz miejsce nieopodal Cabeço – tam dzieci ujrzały Anioła Portugalii. Innym miejscem spotkania z Bożym Posłańcem były okolice studni w ogrodzie rodziny Santos – trójka dzieci często bawiła się w tym miejscu i to również tam Anioł przygotowywał je na przyjęcie Maryjnego Orędzia.

 

Odwiedzając Aljustrel – rodzinną miejscowość Łucji dos Santos oraz świętych Franciszka i Hiacynty Marto – zobaczyliśmy świat, w jakim wychowywały się dzieci, które do przekazania ludzkości Orędzia wybrała Maryja. Zobaczyliśmy te same drzewa, w których cieniu spędzały czas, domy, w których żyły, uliczki i ogrody, po których spacerowały. Po powrocie do Fatimy odwiedziliśmy Bazylikę Matki Bożej Różańcowej – miejsce, gdzie spoczywają Służebnica Boża siostra Łucja oraz święci Franciszek i Hiacynta.

 

Niezwykłym duchowym przeżyciem dla naszej grupy był udział w wieczornym nabożeństwie różańcowym ze świecami, które zakończyła procesja za figurą Fatimskiej Pani oraz – kolejnego dnia – za Najświętszym Sakramentem. Mogliśmy wręcz poczuć, jak dzięki modlitwie różańcowej Niebo łączy się z ziemią.

 

W trakcie pielgrzymki zobaczyliśmy również materialne dowody niegdysiejszej świetności cywilizacji łacińskiej – piękno, które razem z prawdą i dobrem stanowiły fundament dawnej Europy. Zarówno dawny dominikański klasztor Matki Bożej Zwycięskiej w Batalha, jak i cysterskie niegdyś opactwo w Alcobaça stanowią również świadectwo trudnej historii Portugalii – zostały odebrane zgromadzeniom w pierwszej połowie XIX wieku, w ramach kasaty zakonów. Odwiedziliśmy również Nazaré, gdzie nad Atlantykiem kult odbiera Matka Boża czczona pod postacią figury przyniesionej z palestyńskiego Nazaretu – zgodnie z tradycją – już w IV wieku. Obserwując wzburzony, ale zarazem powalająco piękny ocean, mogliśmy oddać się kontemplacji piękna świata stworzonego przez Pana Boga.

 

Pielgrzymka do miejsca objawień Maryi – co potwierdzali uczestniczący w niej Apostołowie Fatimy – była głębokim przeżyciem duchowym. W jej trakcie część osób skorzystała z możliwości przejścia kilkuset metrów na kolanach do Kaplicy Objawień, ofiarując swój trud i cierpienie Najświętszej Maryi Pannie oraz prosząc Ją o wstawiennictwo w intencjach, z jakimi przyjechali do portugalskiego Sanktuarium. Uczestnicy pielgrzymki nie zapomnieli również o innych Apostołach i przyjaciołach Instytutu – tuż przy miejscu objawień wspólnie zapaliliśmy, w ramach akcji „Twoje Światło w Fatimie”, świece, zaś przy Kaplicy złożyliśmy intencje nadesłane w związku z tą kampanią.

 

Podczas całego pobytu na ziemi portugalskiej można było wyczuć modlitewne uniesienie, o które doskonale dbał prowadzący modlitwy różańcowe, litanie oraz intonujący maryjne pieśni ksiądz Józef. Niezwykle pobożny kapłan z Wileńszczyzny zachęcał do odpowiedzi na wezwania Matki Bożej i codziennego odmawiania Różańca, na przykład w ramach nowenny pompejańskiej. Niezwykła duchowa atmosfera panująca w grupie sprawiła, że pielgrzymka Apostołów Fatimy do miejsca Objawień naszej Matki i Królowej na zawsze zostanie w pamięci uczestników. Wielu z nich nie ma wątpliwości – o udziale w wyjeździe nie zdecydował „ślepy los”. Wyjazd nastąpił w chwili, gdy w życiu potrzebowali wizyty u Niebiańskiej Matki. Niezbadane są wyroki Bożej Opatrzności…

 

Michał Wałach


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pragnę bardzo serdecznie podziękować za wszystkie przesyłki, które otrzymuję od Państwa – za „Przymierze z Maryją”, przepięknie wydane książki, publikacje, dewocjonalia, przede wszystkim za krzyżyk z wizerunkiem Pana Jezusa, który noszę na sercu. Jestem szczęśliwa, że kilka lat temu natrafiłam na broszurę przedstawiającą książkę „Świadectwo Bożego Miłosierdzia” i właśnie od tego się wszystko zaczęło. Zamówiłam, przeczytałam z ogromnym wzruszeniem zwłaszcza zamieszczone w niej świadectwa osób, które doświadczyły Bożego Miłosierdzia. Sama codziennie odmawiam Koronkę do Bożego Miłosierdzia – ta modlitwa ma bardzo ogromną moc. Bardzo chętnie w miarę moich możliwości wspieram wszystkie Państwa kampanie, ponieważ uważam, że są bardzo potrzebne w pogłębianiu wiary chrześcijańskiej. Serdecznie pozdrawiam wszystkich członków redakcji, życzę cierpliwości i wytrwałości w prowadzeniu tego Bożego ­dzieła.

 

Beata z Zielonej Góry

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowni Państwo!

Pragnę się z Państwem podzielić moją radością, która jest też świadectwem. Otóż, dzięki Wam podjąłem pracę nad sobą i… zmieniam się, żeby z każdym dniem być bliżej Bożych spraw. Dziękuję Wam za wspaniałą wyprawę do Ziemi Świętej z aktami tylu zawierzeń (znalazły się tam też moje i moich bliskich). Bogu dziękuję, że także dostąpiłem tej łaski bycia z moją Rodziną w Ziemi tak obficie zroszonej Krwią Zbawiciela. Przez Wasze wspomnienia ponownie odnalazłem się i kolejny raz z większą mocą i zapałem mogę apostołować wśród tych, którzy szukają w swoim życiu Pana Boga. Pozdrawiam Was serdecznie!

 

Bolesław

 

 

Szanowni Państwo!

Jestem pełen podziwu i dziękuję za cały trud, jaki wkładacie w swoje działania. Doceniam Państwa pracę i starania. Bardzo chętnie korzystam ze stron internetowych, które prowadzi Wasz Instytut. Mam Państwa cały czas w pamięci. I jak tylko będę miał możliwość, będę Was wspierał. Nigdy jednak nie chciałbym tego robić, by przechwalać się tym przed ludźmi. Takie działania nie są po to, by się z nimi obnosić.

Z wyrazami szacunku

 

Przemysław

 

 

Szanowna Redakcjo!

Z całego serca dziękuję za przesłanie mi „Przymierza z Maryją”. Bardzo cieszy mnie to, bo znów będę mogła poczytać ciekawe artykuły, a później przekażę rodzinie do czytania. Polecam Redakcję opiece Matki Bożej i też dziękuję serdecznie Panu Prezesowi, że zawsze o mnie pamięta.

Z Panem Bogiem

 

Barbara z Poznania

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Bóg Wam zapłać za pamięć o mnie i przepiękną korespondencję, wzbogaconą pięknie wydaną katolicką literaturą oraz obrazkami, które są balsamem dla mojej duszy. Przesłany ostatnio obrazek ze św. Ojcem Pio oraz folder dał mi impuls do napisania tego listu. Otóż przypomniana przez Was 50. rocznica śmierci tego Świętego zaznaczyła się również w moim życiu. Już wcześniej wiedziałam, że żył we Włoszech wielki święty Ojciec Pio, ale jakoś nigdy nie prosiłam o jego wstawiennictwo. Aż do czasu…

3 lata temu leżałam w szpitalu na sali pooperacyjnej po bardzo ciężkiej operacji (endoproteza kolana z przeszczepem kości). Ból – mimo znieczuleń – był straszny. Cierpiąc i jęcząc cały czas z bólu, modliłam się do Matki Bożej Bolesnej, prosząc o wytrwanie w cierpieniu. Tego dnia, tuż pod wieczór, zauważyłam stojącego przy oknie mojej sali księdza w ciemnym habicie, przepasanym sznurem, z kapturem na plecach. Powiedziałam wówczas z ulgą: jak dobrze, że ksiądz tutaj jest i… zapadłam w sen, który uwolnił mnie od świadomości bólu.

W czerwcu 2018 roku znalazłam obrazek św. Ojca Pio. To był ten ksiądz, którego zobaczyłam wtedy przy oknie szpitalnym. Dopiero po trzech latach, patrząc na obrazek, który otrzymałam od Was, zrozumiałam, że to Matka Boża przysłała mi wówczas pomoc przez św. Ojca Pio. Teraz żyję, chodzę na tej nodze i codziennie modlę się do Ukochanej Matuchny – Królowej Wszystkich Świętych, która przysyła z pomocą „Wysłanników Niebios” tym, którzy o tę pomoc błagają.

Bogu Najwyższemu dziękuję, że poprzez korespondencję z Wami, mogę pogłębiać swą wiarę.

Dziękuję za Waszą cenną pracę Apostolską, w którą wkładacie tyle serca. Dwumiesięcznik „Przymierze z Maryją” jest moim ukochanym pismem, moją perełką. Tworzycie i twórzcie dalej Wielką Rodzinę Katolicką. Rozjaśniajcie umysły maluczkich. Niech Wam Bóg błogosławi i pomaga św. Ojciec Pio.

Pozostaję w modlitwie za Was i pracę jakże mi Drogiego Instytutu Ks. Piotra Skargi. Szczęść Wam Boże!

 

Zofia

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pragnę zaświadczyć o cudzie, którego doświadczyła moja córka, Olimpia, dzięki Waszej akcji „Maryja Uzdrowienie Chorych”. Córka, w trakcie badań okresowych, dowiedziała się, że ma dużego guza na tarczycy. Podczas wizyty u lekarza dowiedziała się, że musi wyciąć całą tarczycę. Został wyznaczony termin operacji. Po operacji przyszedł do niej lekarz i powiedział, że mamy do czynienia z cudem. Powiedział jej, że każdy, kto przychodzi do szpitala z guzem na tarczycy, wychodzi bez tarczycy. U mojej córki było inaczej – wyszła ze szpitala z tym gruczołem, ponieważ lekarzom udało się wyciąć samego guza. Lekarz powiedział: „To jest cud – pierwszy w naszym szpitalu!”.

Dziękuję Maryi Uzdrowieniu Chorych za wstawiennictwo za moją córką, a Wam dziękuję za tę akcję i za wszystkie skarby, które od Was otrzymuję. Niech Wam błogosławi Pan Bóg i Najświętsza Maryja Panna.

 

Emilia