Cudowne wydarzenia
 
Święta, która cierpiała, by wybawić innych
Agnieszka Stelmach
Dla zrównoważenia ciężaru złego, mnożyć się będą ofiary wynagradzające. Na całym świecie wiele sióstr zakonnych, zakonników, księży i świeckich przyjmować będzie na siebie krzyż zadośćuczynienia za bezmiar zła, który nas otacza – tymi słowami biograf św. Ludwiny z Schiedam, Joris-Karl Huysmans wyjaśnił krótko istotę cierpienia, które dotyka dobrych i sprawiedliwych ludzi.
 
Święta Ludwina z Schiedam żyła na przełomie XIV i XV wieku w Holandii. Był to w Kościele czas szerzenia się herezji i ogromnego zepsucia tak wśród duchownych, jak i wiernych.
 
Ludwina należy do grona tych świętych, którzy podobnie jak Barbara od św. Dominka, Ludwika Lateau, Elżbieta Canori Mora, czy wiele innych cierpiała za dusze czyśćcowe, za prześladowców Kościoła i za różnego rodzaju grzechy bliźnich.
 
Jedna z najurodziwszych panien w miasteczku Schiedam w krótkim czasie straciła cały swój ziemski urok. Dotknięta strasznymi chorobami, w wyniku których jej ciało pokryło się ohydnymi wrzodami, początkowo nie chciała pogodzić się z cierpieniem. Dopiero dzięki uważnemu rozważaniu Męki Pańskiej, zmieniła swój sposób patrzenia na świat. Tłumaczyła później, że cierpimy nie tylko za grzechy, które popełniamy sami, ale także za grzechy innych. Wcześnie owdowiała żona może np. znosić ciężary życia tu na ziemi po to, by wymodlić niebo dla duszy przedwcześnie zmarłego męża, trawionego ogniem czyśćca.
 
Dzieciństwo
 
Ludwina przyszła na świat w holenderskim miasteczku Schiedam, w zubożałej rodzinie (co znamienne, w Niedzielę Palmową 1380 r., w chwili gdy w miejscowej świątyni czytano Mękę Pańską) – jako jedyna córka Piotra i Petronelli. Miała ośmiu braci.
 
Podobnie jak inne dziewczynki z okolic pomagała matce w obowiązkach domowych. Gdy była starsza, chodziła po sprawunki, ale często zdarzało się, że spóźniała się do domu, ponieważ wstępowała do miejscowego kościoła pomodlić się przed figurą Matki Bożej. Twierdziła nawet, że Maryja się do niej uśmiechała. W porównaniu z innymi nastoletnimi dziewczętami niechętnie brała udział w zabawach, tańcach czy spacerach. Dwunastolatka częściej wybierała samotność.

Jej piękno znikło…
 
Piękna blondynka o wdzięcznym uśmiechu podobała się wielu młodzianom z okolicy. Przychodzili prosić ją o rękę, ale za każdym razem dziewczyna odmawiała. Ślubowała bowiem Jezusowi zachować czystość.
Mimo że ojciec pod wpływem swojej żony przestał na nią naciskać, by wyszła za mąż za bogatego kandydata i przez to ulżyła rodzinie – niepokoiła się swoją niezwykłą urodą. Gdy miała 15 lat, Chrystus naznaczył ją swym piętnem. Dziewczyna zapadła na nieznaną chorobę, która ją bardzo osłabiła. Zaczęła chudnąć. Wdzięk rysów zaginął. Twarz, która dawniej była biało-różowa, teraz przybrała kolor ziemisty. Życzenie Ludwiny spełniło się. Jej piękno znikło zupełnie. Chłopcy, pragnący ją niegdyś poślubić, cieszyli się, że odrzuciła ich zaloty…
 
Pewnego razu święta pod naporem nieustępliwych przyjaciółek wyszła, by poślizgać się po zamarzniętym tuż za domem kanale. Ludwina ledwie zdążyła włożyć łyżwy i wstać, gdy nagle jakaś rozpędzona dziewczyna wjechała w nią. Święta, upadłszy, złamała prawe żebro. Ten wypadek przykuł ją do łóżka. Ludwina cierpiała prawdziwe katusze. W końcu zjawił się u jej łoża pobożny medyk Godfryd z Hagi. Zbadawszy chorą, powiedział: – Ta choroba nie wchodzi w nasz zakres kompetencji. Wszyscy Hipokratesi świata zostawiliby tu swą chwałę. Ręka Boża jest w tym dziecku. Wielkie dziwy Pan w niej działać będzie. Jeżeliby ona moją córką była, chętnie oddałbym wagę złota, równą jej głowie, aby zapłacić za taką łaskę. To rzekłszy odszedł, nie zapisując żadnego lekarstwa…
 
Dziwna choroba wzmagała się. Dziewczyna nie mogła stać, leżeć, chodzić ani siedzieć. Obawiając się odleżyn, prosiła innych, by ją przenosili od czasu do czasu z jednego łóżka na drugie.
 
Przez jakiś czas jeszcze próbowała czołgać się. Po trzech latach takiej męki została całkowicie przykuta do łóżka i już się z niego nie ruszyła.
Zadośćuczyniła za grzechy innych

Na początku choroby Ludwina myślała, że spotyka ją taka udręka z powodu grzechów, które być może popełniła. Święta prosiła Pana, by ulżył jej cierpieniom. Potem, w miarę jak coraz bardziej rozczulała się nad swoim stanem, rzadziej zaczęła się zwracać o pomoc do Boga. Dopiero wiele lat później zrozumiała, że jest duszą wybraną, która ma zadośćuczynić za grzechy innych.
 
Pan Jezus przygotowywał Ludwinę do wyzwolenia się z wszystkiego, co nie pozwalałoby świętej służyć Mu w sposób doskonały. Poza cierpieniami fizycznymi, dziewczynę nękały utrapienia duszy. W stanie wewnętrznego opuszczenia, połączonego z nieustającymi cierpieniami fizycznymi, przeżyła Ludwina całe lata i uważała się za przeklętą przez Boga. Jezus niewidzialnie wspierał ją w owym czasie „oczyszczenia”, ale też odebrał wszelkie namacalne pociechy. Odmówił jej nawet – przez pewien czas – dostępu do sakramentów świętych.
 
Ludwina, przykuta do łoża, po kilku latach udręki początkowo otrzymywała Najświętszy Sakrament dwa razy do roku, a potem sześć razy. Przełomowe dla niej stało się spotkanie z jednym ze spowiedników, ks. Janem Potem, który pewnego razu stwierdził: – Moja córko za mało rozmyślasz nad Męką Pańską. Zacznij rozważać Mękę Chrystusową, a zobaczysz, że jarzmo Pana będzie lekkim. Ludwina wysłuchała rad i nawet próbowała pójść za nimi, lecz ból, którego doświadczała na co dzień był tak dojmujący, iż nie potrafiła przenieść się myślami do Ogrodu Oliwnego, ani tym bardziej na Kalwarię, by towarzyszyć Panu Jezusowi. Później wyjaśniła kapłanowi, że zamiast rozpamiętywać Mękę Chrystusową, myśli o swoich cierpieniach. I mimo starań nie jest w stanie skupić się na tej modlitwie. Wówczas duchowny przekonywał ją, że modlitwa niejako wymuszona, jest miła Bogu, bo dużo ją kosztuje. Dodał, że gdyby Pan Jezus zawsze dawał tyko pociechy, stałyby się one szkodliwe, rozmiękczając dusze i tracąc wskutek tego swe znaczenie.
 
Ks. Pot mówił, że każdy do pewnego stopnia jest odpowiedzialny za błędy innych i powinien też do pewnego stopnia za nie zadośćuczynić. Możemy więc za pozwoleniem Bożym przekazywać część swych zasług innym, którzy ich nie mają i nie zamierzają się nawet o nie starać. Tak, jak zrobił to Pan Jezus, który wziął na siebie spłacenie długu zaciągniętego przez innych, by zadośćuczynić Bogu Ojcu za nieprawości grzeszników, których odkupił. – Syn Boży pierwszy dał przykład przelewania zasług z niewinnego na winnego i żąda w dalszym ciągu od wielu dusz, by idąc w Jego ślady, cierpiały za drugich – mówił kapłan.
 
– Gdyby nie było takich dusz – kontynuował ks. Pot – przyjmujących na swe barki kary za grzechy, których nie popełniły, stałoby się ze światem całym to, co z Holandią, gdyby jej nie ochraniały wały: pogrążyłby się on w falach grzechu, jak kraj nasz w falach morza. Dusze więc takie są dobrodziejkami nieba i ziemi. Dalej duchowny tłumaczył, że gdy dusza dochodzi do wyżyn cierpienia, ból fizyczny przechodzi w rozkosz niebiańską. Ksiądz Pot przekonywał Ludwinę, że ona nie może zaznać tej rozkoszy, ponieważ wzbrania się przed cierpieniem i nie pozwala oczyścić się Panu do końca. – Przyjmij te przygniatające cię krzyże, a zobaczysz, że ci już dolegać nie będą – dodał.
 
Ludwina za radą duchownego walczyła ze swoimi słabościami byle tylko móc skupić się na rozważaniu Męki Jezusa. W Wielkanoc poczciwy ksiądz przyniósł jej Komunię Świętą i rzekł: – Droga córko. Do dnia dzisiejszego opowiadałem Ci o męce Pana Jezusa. Odtąd zamilknę, gdyż On sam zapuka do serca Twego. Po Komunii dusza Ludwiny rozgorzała miłością Bożą. Wycieńczona chora oderwać się nie mogła od męki Pana, która ją dawniej tak bardzo męczyła. Widok ukrzyżowanego Jezusa odrywał ją zupełnie od siebie samej i rzucał do stóp Ukochanego.
 
Cierpienia fizyczne kobiety wzmagały się z każdym rokiem. Ciało świętej trawiła gangrena. Gdy chciano jej zmienić posłanie, trzeba było związywać członki, aby ciało się nie rozpadło. Święta przez 30 lat zjadła tyle, co zdrowa osoba przez 3 dni spożywać powinna. Przez jakiś czas podawano jej jedynie plasterek pieczonego jabłka. Potem tylko wodę z winem. W końcu cały jej pokarm stanowiła Eucharystia. Chora nie tylko nie mogła jeść, ale także spać. Urzędnicy z Schiedam wskutek szerzących się plotek o niezwykłym cudzie, jakim było życie Ludwiny, postanowili sprawdzić, czy faktycznie był w tym palec Boży… Przez cały miesiąc święta znajdowała się pod ścisłym nadzorem bogobojnych strażników, którzy dzień i noc ją obserwowali. W 1421 roku w specjalnych protokołach potwierdzono, że kobieta żyła bez pożywienia i snu, a jej ciało rozpadało się. Napisano, że Ludwina pozbawiona była jednej części wnętrzności, podczas gdy druga, pokryta robactwem, wydawała miły zapach. Dodano, że rodzice Ludwiny zachowywali na pamiątkę odrywające się części ciała w specjalnym naczyniu i wydawały one nadzwyczaj miłą woń.
 
Gdy Ludwina wyzwoliła się ze wszystkiego, co tylko mogło odwracać jej uwagę od Boga, przyszedł czas na drobne pociechy. Pan Jezus sam ją odwiedził kilka razy. Po raz pierwszy, gdy otrzymała stygmaty… Święta często też widywała aniołów, a w towarzystwie swojego Anioła Stróża przemierzała czyściec, by wyzwolić zeń dusze.

Cierpiała za złych księży
 
Kobieta cierpiała głównie za złych księży. Jeden z nich o imieniu Piotr nie miał czasu odpokutować na ziemi za swe grzechy, a święta, której zawdzięczał nawrócenie, modliła się za niego, nic nie wiedząc o jego losie. Dwanaście lat po śmierci tego duchownego, gdy błagała jeszcze o miłosierdzie Boże nad nim, anioł zaprowadził ją do czyśćca. Tam usłyszała płaczliwy głos wołającego o pomoc z głębi studni. – To dusza tego księdza, za którego zaniosłaś tyle modlitw do Odkupiciela – rzekł anioł. Święta zmartwiła się bardzo, widząc go jeszcze pogrążonego w ogniu czyśćcowym, lecz niebieski towarzysz zapytał: – Czy chcesz cierpieć, aby tę duszę wybawić? O tak – zawołała. Wtenczas anioł zaprowadził Ludwinę przed potok, wpadający z hukiem do przepaści, i kazał jej go przejść. Cofnęła się ogłuszona hałasem i przerażona głębokością przepaści. W końcu wskoczyła w próżnię i rzuciła się w fale. Czepiając się skał, dotarła wycieńczona do brzegu. Dusza zaś biała uleciała do nieba. Ludwina wyzwoliła też z czyśćca duszę nieszczęśliwego zakonnika Jana Angeli, zmarłego w Schiedam, który wyznał swe grzechy świętej i odszedł pełen dobrych postanowień. Pchany jednak popędami zmysłowymi, uległ pokusie. Wreszcie usłuchał rad Ludwiny i oddalił od siebie okazje pobudzające do grzechu. Osiem tygodni później zapadł na dżumę i umarł.
 
Dar bilokacji
 
Święta, chociaż była przykuta do łóżka, miała dar bilokacji. Gdy pewnego razu odwiedził ją przeor klasztoru św. Elżbiety położonego na wyspie Woorne, święta dała tak wyraźny opis każdej z sal, iż zakonnik zdumiony zdołał jedynie wykrzyknąć: – Wszak u nas nigdy nie byłaś! – Mój ojcze – odpowiedziała święta – przebiegałam duchem Twój klasztor i poznałam tam wszystkich aniołów, strzegących twoich zakonników.
 
Ludwina miała też dar uspokajania ludzi skrupulatnych i wzmacniania nieszczęśliwców atakowanych przez szatana. Przykładem jest tutaj pewien dręczony przez diabła urzędnik, który chciał się powiesić. Ksiądz, wyczerpawszy wszystkie sposoby, aby zapobiec samobójstwu, poszedł po radę do Ludwiny. Ta powiedziała, że to pokusa szatańska i doradziła: – Wyspowiadaj tego człowieka i każ mu za pokutę… powiesić się.
 
Ksiądz zdumiony spytał: – A jeśli to zrobi? Na to Ludwina odrzekła: – Nie bój się. Szatan, który go trapi czarnymi myślami, nie da mu nigdy zabić się przez nadnaturalne posłuszeństwo. Zanadto nienawidzi sakramentów świętych. Ksiądz Jan Pot – chociaż miał wielkie zaufanie do Ludwiny – wyszedł strapiony, nie wiedząc co czynić. Ale, gdy nieszczęśnik trwał przy swoim zamiarze odebrania sobie życia, ksiądz doprowadzony do ostateczności rzekł: – Powiesisz się za pokutę. Uradowany urzędnik wrócił do siebie. Czym prędzej przywiązał sznur do belki sufitu. Już zaciągnął go na szyję, gdy nagle czarci zawołali: – Nie zabijaj się nieszczęśniku! W tej samej chwili jeden z nich zerwał powróz, a drugi, porwawszy biedaka, rzucił nim o ścianę. Mężczyzna zemdlał i dopiero po kilku godzinach krewni go odnaleźli. Nigdy więcej nie przyszło mu do głowy, by odbierać sobie życie.

Chora na ciele, leczyła chorych na duszy
 
Stygmatyczka i mistyczka przykuta do łoża nie mogła zaznać spokoju. Ta chora na ciele Święta, leczyła chorych na duszy. Przychodzili do niej po radę zarówno księża i zakonnicy, jak i książęta, mieszczanie, patrycjusze i plebejusze.
 
Tuż przed śmiercią miała widzenie. Jezus ukazał jej obraz ówczesnych czasów. Ujrzała ukoronowanych szaleńców, żądny krwi lud mordujący się nawzajem. Widziała zepsutych mnichów handlujących Ciałem Chrystusa. Zobaczyła straszne gusła i „czarne msze” odprawiane po lasach. Byłaby umarła z rozpaczy na ten widok, ale Pan ją pocieszył, ukazując zastępy świętych przemierzających ziemię, którzy reformowali opactwa, niszczyli kult szatana, nawracali lud, karcili królów, szli naprzód, nie zważając na żadne zniewagi.
 
Na ten widok Ludwina błagała Boga, by mogła wynagrodzić Mu za niezmierzoną ilość zbrodni. Wiedziała, że godzina śmierci zbliża się i wydawało jej się, że nie dość dobrze spełniła swoje posłannictwo. W końcu nadeszła Wielkanoc 1433 roku. Ludwina przytuliła się do Serca Jezusowego i szepnęła: – O jakże jestem zmęczona życiem. Weź mnie stąd, mój Panie. Chrystus w towarzystwie chórów anielskich, apostołów i Maryi oraz licznych świętych osobiście ją namaścił. Anioł Stróż włożył do jej rąk świecę i postawił krzyż. Ludwina poprosiła jeszcze o straszliwe tortury, by móc uratować jak najwięcej dusz i od razu pójść do Nieba. Jezus spełnił jej życzenie. Umarła dwa dni później w ogromnych męczarniach…
 


NAJNOWSZE WYDANIE:
Znak, któremu sprzeciwiać się będą
Pamiętajmy jednak, że cierpieć dla Chrystusa, to nie tylko przelać za niego krew, ale również zaprzeć się siebie i poświęcić swoje życie dla służby Bogu i bliźniemu. To dokładne i z miłością wykonywanie obowiązków, zwłaszcza tych przykrych; to pokorne przyjmowanie wszelkich osobistych dramatów, trudów i przeciwności – tak jak nas tego nauczył nasz Pan: Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Warto wierzyć!

Pani Renata należy do parafii pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Suchej Beskidzkiej. Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi wspiera już od 2005 roku, a w 2013 roku przystąpiła do Apostolatu Fatimy.

 

Pani Renata urodziła się w Poznaniu, skąd po kilku latach wraz z rodzicami wyjechała do Opola, gdzie jej tata pracował jako zawiadowca stacji kolejowej. W Opolu spędziła lata szkoły podstawowej i średniej. Po ukończeniu edukacji wyszła za mąż i zamieszkała w Sosnowcu. – Tam było wówczas ciężkie powietrze przy kopalniach i nasz syn zachorował na astmę. Wtedy mąż dostał przeniesienie służbowe z pracy właśnie do Suchej Beskidzkiej i tu przywędrowaliśmy, gdy syn miał dwa latka. Tak że mieszkamy tutaj już od 50 lat – opowiada.


Stowarzyszenie i Apostolat


– O istnieniu Stowarzyszenia dowiedziałam się chyba, jeśli się nie mylę, w 2005 roku. Właśnie gdzieś wyczytałam, być może, że to była ulotka albo coś takiego, i się zapisałam, a po pewnym czasie przystąpiłam do Apostolatu Fatimy.


– Lubię te wszystkie wizerunki Matki Bożej, jakie mam w kalendarzu „365 dni z Maryją”, który otrzymuję ze Stowarzyszenia. Zresztą kalendarz zamawiam też dla rodziny i dla koleżanki. Z kolei „Przymierze z Maryją” zbieram, a jak jest jakiś artykuł, który może zainteresować moją przyjaciółkę, to jej zanoszę. Mnie najbardziej ciekawią świadectwa Apostołów Fatimy.

Jest ktoś, kto nad nami czuwa


– Myślę, że warto wierzyć, warto modlić się na różańcu, bo zawsze Ktoś jednak nad nami czuwa, tam gdzieś z góry i te modlitwy prędzej czy później zawsze zostają wysłuchane. Staram się odmawiać Różaniec codziennie, a poza tym bardzo lubię śpiewać pieśni Maryjne.


– W swojej parafii chodzę od niedawna na nabożeństwo do św. Charbela, a 22 dnia każdego miesiąca jeżdżę z koleżanką do Sanktuarium Matki Bożej Opiekunki i Królowej Rodzin w Makowie Podhalańskim na nabożeństwo do św. Rity. Święta Rita pomogła mi w pewnej sprawie. Jeździłam co miesiąc przez rok i po prostu ta moja prośba została wysłuchana.


Pani Renata darzy zaufaniem i szacunkiem osoby duchowne, co wynika między innymi z jej osobistego doświadczenia: – Gdy miałam trudny okres w życiu, udałam się do jednego z naszych księży i on bardzo mi pomógł – wspomina.


– Kiedyś byłam nad morzem, w Kołobrzegu. Tam jest zupełnie inaczej. Nie ma takich pełnych kościołów jak w Suchej
– zauważa różnice w pobożności różnych regionów Polski. To rodzice wychowali mnie w takiej, a nie innej wierze. Pamiętam, jak mama nas budziła rano i na szóstą chodziliśmy na Roraty. Wspólnie udawaliśmy się też na majówki.

Miłośniczka pielgrzymek autokarowych


Teraz ze względów zdrowotnych nie mogę dużo chodzić, ale za to chętnie jeżdżę na pielgrzymki autokarowe. Zawsze raz w roku jadę ze swojej parafii na całonocne czuwanie do Matki Bożej, do Częstochowy. Z parafii towarzyszą nam dwaj, czasem trzej księża; jadą trzy, a nawet cztery autobusy. Wszystko zaczyna się o dziewiątej wieczorem i trwa do piątej rano. Specjalnie dla nas jest przygotowane miejsce blisko ołtarza, gdzie śpiewamy pieśni, modlimy się i odprawiana jest Msza. Towarzyszy nam nasza parafialna schola. Czasami do naszej modlitwy dołączają się również inne grupy – opowiada pani Renata.


Dużo bliżej miejsca zamieszkania pani Renaty znajduje się Sanktuarium Pasyjno-Maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej. – Do Kalwarii jeżdżę z rodziną. Zwłaszcza w okresie bożonarodzeniowym, jak jest tam taka piękna, żywa szopka ze zwierzętami. Ostatnio zabrałam ze sobą prawnuczkę, żeby jej to pokazać.


– Jak tylko mam okazję, to jeżdżę z przyjaciółką do Lichenia, do sanktuarium Matki Bożej. W Licheniu jest przepięknie.
Wyjazd trwa dwa dni i organizuje go prywatna osoba z sąsiedniej Białki.


– W 2000 roku, który był Rokiem Jubileuszowym, byłam w Rzymie, żeby przejść przez wszystkie Drzwi Święte –
wspomina pani Renata. I dodaje: – Byłam też w Ziemi Świętej, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jednak być tam na miejscu i widzieć jak ludzie są chrzczeni w Jordanie, czy być pod ścianą płaczu, to jest coś niesamowitego.


Oprac. Janusz Komenda

 


Listy od Przyjaciół
 
Listy

Szczęść Boże!

Cieszę się z każdej kampanii przeprowadzanej przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi. Myślę, że spotkania z wykładami dotyczącymi historii Polski pomogłyby wielu osobom, szczególnie młodym, zapoznać się z naszymi historycznymi dziejami. Życzę powodzenia w realizacji Waszej misji!

Ewa z Warszawy

 

 

Szanowni Państwo!

Uczestniczyć w Waszych kampaniach to tak, jakby komuś spadającemu podać rękę i zatrzymać go. Wasza działalność jest potrzebna wszystkim. Dlatego z radością pragnę udzielać Wam wsparcia!

Janina

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Ogromnie się cieszę, że Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi podjęło się opublikowania książki pt. „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski”. Ta książka jest mi ogromnie bliska, ponieważ w niej zawarte są bardzo ważne chwytające za serce przekazy dotyczące przyszłości Polski – naszej Ojczyzny. Narodowi jest to bardzo potrzebne. To święta prawda, że jest to głośne wołanie o przebudzenie Polaków oraz refleksję nad przyszłością naszego kraju i całego świata. Skoro w taki sposób wyrażają Państwo swoje przywiązanie do naszej Ojczyzny, to jakże ja bym miała nie poprzeć tej inicjatywy? Przepięknie wybrzmiały te słowa Pana Prezesa prosto z serca. Serdecznie dziękuję za te budujące szczere słowa oraz za pakiet zawierający broszurę, a także piękny poświęcony przez kapłana obrazek z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej – naszej Hetmanki! Przesyłam pozdrowienia całemu Zespołowi Redaktorskiemu, który włożył tyle trudu w przygotowanie tej książki. Kieruję również pozdrowienia dla obecnych i przyszłych czytelników. Książka ta jest dla mnie bardzo pouczająca. I jestem przekonana, że dla katolików będzie jak balsam na zranione serce. Wierzę, że rozejdzie się, jak przysłowiowe „świeże bułeczki”. Pod warunkiem jednak, że trafi na prawdziwych katolików, a nie takich, którzy tylko takich udają – czyli „farbowańców”. Prawdziwy katolik jest gotowy poświęcić nawet życie dla swojej katolickiej Ojczyzny. Kończąc ten list życzę Panu Prezesowi i całemu Stowarzyszeniu powodzenia w tej jakże potrzebnej i wartościowej kampanii. Szczęść Wam Boże!

Apostołka Fatimy Janina z Łukowa

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Jestem wdzięczna za to, co robicie dla wszystkich Polaków. Dzięki Waszym kampaniom rośnie świadomość ludzi i ich refleksja nad swoim życiem, pogłębia się też wiara w Pana Boga. Dlatego wspieram Wasze akcje. Szczęść Boże!

Małgorzata z Zielonej Góry

 

 

Szczęść Boże!

Bogu dzięki, że jest Stowarzyszenie, które dba o dobro Polaków i Polski. Dziękuję osobiście i cieszę się, że jestem Waszym Przyjacielem.

Jan z Ustronia

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Zdecydowałem się być odbiorcą Waszego czasopisma Maryjnego. Muszę przyznać, że jest w nim wiele tekstów bardzo pożytecznych i mocno złączonych z tradycją Kościoła Katolickiego. Dla kapłana także jest wiele materiałów ubogacających. Piszę ten list, bo w 146. numerze „Przymierza z Maryją” (dział Strony Maryjne) na końcu pisma w ramach Sanktuariów Maryjnych został opublikowany tekst o Matce Bożej Skoszewskiej z mojego dekanatu brzezińskiego. Bardzo się ucieszyłem z publikacji tego artykułu. Serdecznie pozdrawiam całą Redakcję, życząc błogosławieństwa Bożego.

Ks. Krzysztof

 

 

Szanowny Panie Prezesie!

Bardzo dziękuję za to, że od roku 2018 miałam możliwość i zaszczyt uczestniczenia w Apostolacie Fatimy. Bardzo dziękuję za życzenia urodzinowe, za kalendarze, za wszelkie przesyłki i za Wasze wartościowe pisma. Dziękuję także za miłe i krzepiące słowa. Za Was wszystkich gorąco się modlę. Życzę błogosławieństwa Bożego i opieki Matuchny Fatimskiej. Bóg Wam zapłać!

Elżbieta

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowna Redakcjo, pragnę podzielić się moim świadectwem dotyczącym łask, jakie nasza kochana Matka Maryja wyjednała dla mojej cioci u swojego Syna. Moja ciocia cierpi na depresję. Lekarze nie potrafili jej pomóc, choroba trzymała ją w swoim uścisku bardzo mocno. Wtem przypomniałem sobie, że jest modlitwa „nie do odparcia”, czyli Nowenna Pompejańska. Chwyciłem się więc tej nowenny jako ostatniej deski ratunku, gdyż bardzo chciałem pomóc cioci. Zacząłem się modlić mając nadzieję na pomoc. Gdy kończyłem część dziękczynną, nie było żadnych rezultatów poprawy u cioci, jednak ostatniego dnia nowenny stał się cud. Odebrałem telefon, że ciocia już o wiele lepiej się czuje, a depresja przeszła jak ręką odjął. Wiem, że to nasza Najświętsza Matka wyjednała u swojego Syna tę łaskę zdrowia dla niej. Dodatkowo podczas nowenny uzyskałem niespodziewane łaski dla siebie, abym mógł bardziej uczciwie spojrzeć na swoje życie. Zapoczątkowałem proces zmian w moim życiu, które pozwoliłyby mi przybliżyć się bardziej do Pana Boga. Mam nadzieję, że nie zawrócę z tej drogi. (…) Dzięki Nowennie Pompejańskiej zobaczyłem, że można żyć inaczej oraz inaczej przeżywać swoją wiarę!

Właśnie zacząłem kolejną, trzecią nowennę w intencji rodziny mojego brata stryjecznego, która jest w rozsypce, a węzeł zła jest tak mocno zaciśnięty, że tylko Boża interwencja może tutaj pomóc. Wierzę jednak, że nasza kochana Matka wyjedna odpowiednie łaski dla tej rodziny. Nawet jeżeli od razu nie doświadczymy namacalnych cudów tej modlitwy, to Jezus Chrystus wie, jakie łaski na daną chwilę nam zsyła i możliwe, że poznamy je dopiero po tamtej stronie. Dlatego warto odmawiać święty Różaniec, o czym sam się przekonałem. Z Panem Bogiem!

Paweł