Temat numeru
 
Cuda - znak Bożego działania
Bogusław Bajor

cuda znak bożego działaniaKtóż z nas nie chciałby doznać cudu? Cudowne wydarzenia intrygują, bo utwierdzają nas w przekonaniu, że istnieje świat nadprzyrodzony. Po ludzku – choćby podświadomie – chcemy potwierdzenia, że życie to coś więcej niż materia, więcej niż to, co postrzegają nasze zmysły. Cuda dodają nam otuchy, przymnażają wiary, ponieważ mówią nam, że nie jesteśmy na tym świecie sami. Poprzez te niezwykłe zdarzenia, mamy dowód, że Bóg istnieje i interesuje się nami, bo wkracza w nasze życie, czasami zawieszając nawet prawa ustanowione przez Siebie.

Kiedy mówimy o cudach, zazwyczaj myślimy o uzdrowieniach – z nieuleczalnej choroby, usprawnieniu członków ciała. Musimy jednak pamiętać, że największymi cudami są nawrócenia, ponieważ przez powrót człowieka do Boga dokonuje się radykalna przemiana ludzkiego ducha.

Według leksykonu Katolicyzm A-Z cud to znak Boga wyrażony w empirycznej (poznanej przez doświadczenie) rzeczywistości świata, poprzez który Bóg manifestuje swą obecność i działa, objawiając swą Miłość w celu nawiązania dialogu z człowiekiem. Innymi słowy cud, to niezwykły znak, który dzieje się poza wszelkim porządkiem stworzenia (św. Tomasz z Akwinu), a dzięki któremu Bóg objawia swą moc, a zarazem troskę o człowieka.

By cuda mogły zaistnieć, konieczna jest czysta intencja, nasza ufność i prawdziwa wiara. Słowa Pana Jezusa są tutaj jednoznaczne: Wstań, idź, Twoja wiara Cię uzdrowiła (Łk 17, 19), Bo zaprawdę, powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: Przesuń się stąd tam!, a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was (Mt 17, 20).


Zbawiciel potwierdza swą naukę cudami
 
Nasz Zbawiciel nie przyszedł na świat po to, by go potępić, lecz żeby go zbawić (por. J 12,47). Oddał swoje życie dla naszego zbawienia, a wcześniej wezwał do naśladowania Siebie. On – Droga, Prawda, Życie i Miłość w najczystszej postaci chce wiecznego szczęścia wszystkich ludzi.

Bóg-Człowiek potwierdzał Swą naukę cudami. Co warte podkreślenia, nawet Jego wrogowie, faryzeusze, nie kwestionowali Jego cudów, tylko moc, jaką je czyni (fałszywie zarzucając inspirację diabelską).

W Ewangeliach znajduje się 36 opisów cudów Jezusa Chrystusa i 12 wzmianek o Jego cudotwórczej działalności. Wiemy ponadto z Ewangelii św. Jana, że jest wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które, gdyby je szczegółowo opisać, to cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać. (J 21,25). 

Największym cudem Jezusa Chrystusa jest oczywiście jego Zmartwychwstanie. Na powstaniu Zbawiciela z martwych opiera się nasza wiara, bo jak pisze św. Paweł: Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara… Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli. (por. 1 Kor 15, 14-20).

Pan Jezus dokonywał cudów nad naturą fizyczną (np. uciszenie gwałtownej burzy, rozmnożenie chleba), uwalniał opętanych od złych duchów, uzdrawiał fizycznie i wskrzeszał. Najsłynniejszym było przywrócenie do życia swego przyjaciela, Łazarza: Jezus przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. Jezus rzekł: „Usuńcie kamień”. Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: „Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie”. Jezus rzekł do niej: „Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?” Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: „Ojcze, dziękuję Ci, żeś Mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że Mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał”. To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!” I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: „Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić”. Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego (por. J 11, 38-45).

Cuda Jezusa są manifestacją obecności i władzy Bożej, ale też poprzez to, że Zbawiciel pokonuje zło, upostaciowane w chorobie, w złych duchach, w siłach przyrody, mamy niezbity dowód, że jest On wybawcą ludzi. Te cuda pokazują, że Bóg, najlepszy Ojciec,  interesuje się losem swych dzieci i w każdej chwili gotów jest nam spieszyć na ratunek.

W imię moje…
 
Po chwalebnym zmartwychwstaniu Chrystus Pan nakazał swym uczniom głoszenie Ewangelii po całym świecie i udzielanie poganom chrztu. Zapowiedział też, że tym, którzy będą świadczyć o Nim, da szczególną moc: W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać do rąk będą, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16, 17-18). Cała historia chrześcijaństwa pełna jest przykładów świętych, którzy w imię Pańskie czynili cudowne znaki. Cuda za pośrednictwem św. Judy Tadeusza, św. Antoniego z Padwy, św. Józefa z Kupertynu, św. Patryka, św. Rity czy św. Stanisława ze Szczepanowa, to zaledwie ułamek procenta ponadnaturalnej działalności tych, którzy poszli za Chrystusem.

Cuda za przyczyną św. Ojca Pio
 
W XX stuleciu, epoce tak bardzo rozpowszechnionego racjonalizmu i kultu cielesności, Pan Bóg postanowił w specyficzny sposób „zadrwić” sobie z ludzkiej pychy, zsyłając Ojca Pio z Pietrelciny, świętego w stylu „średniowiecznym”, pokornego kapucyna, stygmatyka i cudotwórcę.

By opowiedzieć o wszystkich cudownych wydarzeniach, związanych ze św. Ojcem Pio, trzeba by zapisać grubą księgę. Ograniczmy się zatem w tym miejscu tylko do kilku szczególnych darów, jakie otrzymał od Boga. Krew z jego stygmatów wydzielała piękny zapach kwiatów; Ojciec Pio posiadał zdolność bilokacji, czyli przebywania równocześnie w dwóch różnych miejscach; świadkowie mówili też, że potrafił przenikać przez zamknięte drzwi, a cudowne uzdrowienia, przypisywane jego modlitwom trudno zliczyć. Wspomnijmy tutaj choćby uzdrowienie z choroby nowotworowej znanej obrończyni życia, prof. Wandy Półtawskiej. Wielkimi cudami za przyczyną św. Ojca Pio były też głośne nawrócenia – m.in. komediopisarza Luigiego Antonellego czy prof. Mario Spallone (słynnego lekarza Palmiro Togliattiego, współzałożyciela komunistycznej partii Włoch).

Trudno przejść obojętnie obok takich wydarzeń, jak to, gdy Gemma Di Giorgi, która urodziła się niewidoma (ba, nie posiadała źrenic!), zaczęła widzieć i to w dniu swojej pierwszej Komunii Świętej, udzielanej przez Padre Pio (18 czerwca 1947 roku). Lekarze nie dawali żadnej nadziei, by kiedykolwiek mogła oglądać świat. A jednak! Dziewczynkę zaprowadzono do słynnego okulisty, który musiał przyznać – choć z medycznego punktu widzenia było to nieprawdopodobne, bo oczom dziewczynki nadal brakowało źrenic – że dziecko rzeczywiście widzi! Dla Boga jednak nie ma nic niemożliwego. By uczynić cud, posłużył się świętym stygmatykiem…

Św. Charbel – „Boży chirurg”
 
Ojciec Charbel Makhlouf to niezwykły pustelnik libański, który żył w XIX wieku. Świadectwa cudów za jego przyczyną napływają każdego dnia do klasztoru maronitów w Annaya, w którym mieszkał. Kanonizowany w 1977 roku przez papieża Pawła VI, ogromny rozgłos zyskał po swej śmierci w 1898 roku. 

Już dzień po jego pogrzebie okoliczni mieszkańcy zauważyli jasną smugę światła unoszącą się i opadającą nad mogiłą. To nieziemskie zjawisko powtarzało się przez 45 nocy. W tym czasie, w ciągu zaledwie trzech pierwszych miesięcy od śmierci, zanotowano aż 350 uzdrowień – niewidomi odzyskali wzrok, głusi – słuch, sparaliżowani i nieuleczalnie chorzy stawali się zdrowi. Dzięki rozwojowi jego kultu pogłębiło się życie religijne bliskowschodnich chrześcijan.

Podczas kilkukrotnych ekshumacji ciała pustelnika (które miały miejsce w przeciągu 52 lat po jego śmierci!) nie tylko okazywało się, że pozostało ono nienaruszone, ale także wydzielało krew i pot oraz zachowywało temperaturę ciała żywego człowieka…

W 1993 roku za sprawą św. Charbela doszło do niesamowitego uzdrowienia pięćdziesięcioletniej kobiety, matki 12 dzieci – Nouhad Al-Chami, cierpiącej na częściowy paraliż i obstrukcję arterii szyjnej. Lekarze nie dawali jej szans na wyzdrowienie. Najstarszy syn chorej udał się więc do klasztoru w Annaya, by tam zawierzyć los matki świętemu zakonnikowi.

Po tej pielgrzymce kobieta miała sen. Cudowny sen… Widziała w nim dwóch mnichów – św. Charbela oraz syryjskiego męczennika, św. Marona. Nouhad relacjonowała: – Dwóch mnichów podeszło do mojego łóżka. Jeden z nich, św. Charbel, podszedł bliżej, odkrył szyję, położył rękę na niej i powiedział: „Przyszedłem cię zoperować”. Odwróciłam głowę, aby zobaczyć jego twarz, ale nie mogłam, bo światło, które biło od jego ciała i oczu było zbyt oślepiające i potężne. Byłam zmieszana i zapytałam go: „Ojcze, dlaczego chcesz mnie operować? Lekarze nie mówili, że potrzebuję operacji”. Ale św. Charbel odparł, że na pewno jest potrzebna.

Kobieta opowiadała, że poczuła straszny ból, gdy św. Charbel zaczął dotykać jej szyi. Kiedy święty zakończył „operację”, drugi mnich pomógł jej usiąść, poprawił poduszkę za plecami i podał wodę do picia. Nouhad mówiła mu, że nie może pić bez słomki, a wtedy on odparł, że jest już zdrowa, może sama pić, jeść, wstać i chodzić, a nawet pracować.

Gdy się obudziła, czuła ból. Jednak ku swojemu zdziwieniu o własnych siłach poszła do łazienki. Spojrzała w lustro i ujrzała dwie rany na 12 cm długości po obu stronach szyi, z których zwisały czarne szwy. Natychmiast poszła do pokoju, gdzie spał mąż. Jej szyja i nocna koszula były całe zakrwawione. Kiedy małżonek się przebudził, zaczął krzyczeć z przerażenia. Nouhad uspokoiła go i w szczegółach opowiedziała o „nocnej wizycie” św. Charbela, o przebytej „operacji” oraz o swoim całkowitym uzdrowieniu.

Następnego dnia Nouhad Al-Chami pojechała do szpitala w Bejrucie. Wszyscy lekarze byli zszokowani tym, co zobaczyli i usłyszeli. Medycy po dokładnym badaniu i usunięciu szwów stwierdzili, że z medycznego punktu widzenia nie da się wytłumaczyć jej całkowitego powrotu do zdrowia. Dodali, że tak perfekcyjnie założonych szwów jeszcze nigdy nie widzieli!

„Cud cudów” Maryi
 
Niezliczona ilość cudów dokonała się za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny. Przypomnijmy, że już pierwszy cud Pana Jezusa – zamiana wody w wino podczas wesela w Kanie Galilejskiej – wydarzył się za przyczyną Bożej Rodzicielki. Wydaje się rzeczą niewykonalną spisanie wszystkich cudownych wydarzeń związanych z Matką Bożą – uzdrowień duszy i ciała wiernych, objawień etc. Zatrzymajmy się na jednym, które miało miejsce w XVII wieku w Hiszpanii. Było to jedno z najbardziej spektakularnych wydarzeń w historii Kościoła, które do dziś szokuje nawet niektórych ateistów. Hiszpanie nazwali je „cudem cudów”. Oto co się wydarzyło…

W 1640 roku w małym hiszpańskim miasteczku Calanda w Aragonii (100 km od Saragossy) młodemu wieśniakowi Miguelowi Juanowi Pellicerowi koło wozu pogruchotało prawą nogę. Zmiażdżoną kończynę zaatakowała gangrena. Trzeba było ją więc amputować. Operację przeprowadzono w szpitalu w Saragossie pod koniec października 1637 r. Chirurdzy dokonali wówczas amputacji i kauteryzacji, czyli zabiegu przyżegania kikuta gorącym żelazem, by zamknąć otwarte naczynia krwionośne i zapobiec ewentualnemu zakażeniu. Odciętą tuż pod kolanem nogę zakopano na szpitalnym cmentarzu.

Miguel Juan Pellicer, który wyszedł ze szpitala z drewnianą nogą i dwiema kulami – jako żebrak z oficjalnymi uprawnieniami – przebywał od tej pory na terenie sanktuarium Matki Bożej na Kolumnie (El Pilar) w Saragossie, prosząc przechodniów i pielgrzymów o jałmużnę. Maryję królującą w tej świątyni czcił od lat, powierzał jej swoje życie, a kiedy został kaleką, jeszcze ściślej związał z Nią swe losy. Od chwili opuszczenia szpitala codziennie namaszczał swój kikut oliwą z lamp palących się przed świętą figurą.

29 marca 1640 roku 23-letni mężczyzna przebywał u swoich rodziców w Calandzie. Była godzina 22.00, kiedy poszedł spać. O 22.30 został obudzony przez rodziców. Wstał i oniemiał… Miał dwie zdrowe nogi! Odcięta kończyna w cudowny sposób została mu przywrócona i nie różniła się – poza tym, że była cała i zdrowa – od tej, która została zakopana dwa lata wcześniej na szpitalnym cmentarzu.

Cud był niebywały i ewidentny. Badano go w sposób szczegółowy (także sądownie) przez wiele miesięcy. Nie znaleziono żadnych argumentów, które mogłyby podważać prawdziwość tego, co się stało. Po zakończonym pozytywnym rezultatem dochodzeniu sam król Hiszpanii Filip IV wezwał Miguela Juana Pellicera do swojego pałacu w Madrycie i klękając przed nim, ucałował jego cudownie przywróconą nogę.

Oto jak wspaniałe jest wstawiennictwo Matki Najświętszej!

Lanciano, Santarem, Sokółka…
 
Osobną kategorią niezwykłych wydarzeń są cuda eucharystyczne… Najświętszy Sakrament, który od początku istnienia Kościoła otaczany jest (a na pewno powinien być!) największą czcią przez wiernych, był też przez wieki celem częstych, szatańskich ataków. Nieraz błądzący lub wrogowie Kościoła podawali w wątpliwość realną obecność Pana Jezusa w Eucharystii. Zdarzały się i zdarzają nadal pośród niekatolików, ale też  niektórych katolików przypadki lekceważenia, zaniedbywania lub niegodnego przyjmowania Ciała Pańskiego, które sprawiają ból i cierpienie Zbawicielowi. Dochodziło i dochodzi do zbezczeszczeń i świętokradczych ataków na Najświętsze Ciało i Krew Zbawiciela.

W odpowiedzi na te wszystkie zdrady, zwątpienia i profanacje Boża Opatrzność w swym niezmierzonym miłosierdziu wielokrotnie potwierdzała i przypominała prawdę o realnej obecności Pana Jezusa w Eucharystii poprzez liczne znaki i cuda eucharystyczne, gdzie hostia lub jej fragment zamieniły się zazwyczaj podczas Mszy Świętej we fragment krwawiącego ciała ludzkiego. Co ciekawe, badania przemienionych hostii wykazują, że stały się one fragmentem mięśnia sercowego, a badana grupa krwi jest taka sama, jak ta, którą znaleziono na Całunie Turyńskim.

Do najbardziej znanych cudów eucharystycznych doszło we włoskim Lanciano – VIII w., niemieckim Augsburgu – XI w., portugalskim Santarem – XIII w., włoskiej Sienie – XIV w., we francuskim Bordeaux – XIX wiek, niemieckim Stich – XX w. i w naszej Sokółce na Podlasiu – w 2008 roku.  

Dla niedowiarków litościwy Pan Bóg wciąż zsyła cuda eucharystyczne, których dotąd Kościół uznał na całym świecie aż 130!

„Największy szpital świata”
 
Żyjąc wiarą, otwieramy się także na łaskę Bożą i w naszym życiu codziennie mogą zdarzać się mniejsze lub większe cuda. Świadkami niezwykłych wydarzeń są choćby sanktuaria maryjne – m.in. w Lourdes, La Salette, Fatimie, Częstochowie, Kalwarii Zebrzydowskiej albo sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach. Dość powiedzieć, że Lourdes nazywane jest „największym szpitalem świata”. Ale, co warte podkreślenia, spośród kilku tysięcy trudnych do wytłumaczenia uzdrowień w tym miejscu, Kościół – po starannych badaniach – uznał tylko 69 przypadków za autentyczne.

Życie jest cudem!
 
W tym artykule mówiliśmy o cudach, jako niezwykłych znakach, ale na zakończenie warto zadać pytanie: czyż samo życie nie jest cudem? Czy piękno przyrody nie jest cudem? Czy czymś cudownym nie jest funkcjonowanie ludzkiego organizmu? Człowiek został wyposażony przez Boga we wszystko, co potrzebne, by móc sobie czynić ziemię poddaną – nogi do przemieszczania się, ręce do pracy, zmysły, by móc orientować się w tym świecie, umysł, by odróżniać dobro od zła i jednocześnie podziwiać Boże dzieło stworzenia.

A perfekcyjnie zaprojektowany układ trawienny czy kostny? To wszystko jest cud, za który powinniśmy nieustannie dziękować Stwórcy. Tylko niestety, przytłoczeni codziennymi problemami albo w pogoni za czymś niezwykłym, rzadko się nad tym zastanawiamy i nieczęsto okazujemy Bogu wdzięczność za te dary.

Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza z Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
Piękno życia zakonnego
Historia Kościoła katolickiego pokazuje, że publiczne wyznawanie Wiary oraz przenikanie nią wszystkich sfer życia przyniosło owoc w postaci wspaniałej cywilizacji chrześcijańskiej. Wiara była i jest uznawana przez wielu za tak wielki skarb, że poświęcają dla niej i dla Pana Boga całe swe życie, wstępując do przeróżnych wspólnot zakonnych. Historia Kościoła pokazuje też, że to właśnie zakonnicy byli tą siłą, dzięki której dokonywał się w świecie prawdziwy postęp zarówno duchowy, jak i materialny.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Apostolat Pogłębił Moją Wiarę
oprac. BB

Wielka duchowa rodzina Apostołów Fatimy przekroczyła już liczbę 60 tysięcy członków. W tym numerze publikujemy piękne świadectwo Pani Jadwigi Łabudy z Krasnegostawu.

 

Moja przygoda z Apostolatem zaczęła się ponad 11 lat temu. Będąc w supermarkecie, zauważyłam leżącą na podłodze ulotkę z wizerunkiem Matki Bożej Fatimskiej. Podniosłam ją, włożyłam do torebki, w domu przeczytałam, a później postanowiłam napisać do Instytutu Ks. Piotra Skargi. Poprosiłam o przysłanie Cudownego Medalika i zadeklarowałam chęć uczestnictwa w Apostolacie Fatimy.

Przesyłkę otrzymałam szybko, z radością zawiesiłam poświęcony Medalik na szyi. Niedługo po tym wydarzeniu w moim życiu zaczęły dziać się same pozytywne rzeczy z „przerywnikiem” w lutym 2015 roku.

Wtedy właśnie ja, okaz zdrowia, pełna wigoru, z ogromną energią, z bagażem pomysłów i planów na dalsze życie, nagle i niespodziewanie „wylądowałam” w szpitalu na oddziale neurologicznym. Badanie rezonansem magnetycznym wykazało, że mój stan jest bardzo poważny, zagrażający życiu! Pierwsze 4 dni pobytu na oddziale miały być decydujące… Byłam świadoma, więc wiedziałam, co to oznacza. Przez miesiąc leżałam w jednej pozycji, nie wolno było mi wykonywać absolutnie żadnych ruchów! Podłączona aparatura, kroplówki i leki zwiotczające mięśnie. Byłam przerażona całą tą sytuacją i zadawałam sobie pytanie, czy ja to wszystko wytrzymam?

W pracy i w rodzinie – zaskoczenie, a nawet szok. Zaczęły się odwiedziny. Lekarze byli z tego niezadowoleni. Było mi miło, że mam tak dużo życzliwych mi osób i to dawało mi impuls do walki z chorobą. Rozumiałam też lekarzy, ponieważ dbali o mój stan zdrowia, a ja potrzebowałam ciszy i spokoju.

Chorobę przyjęłam z pokorą, a całe swoje dalsze życie zawierzyłam Panu Bogu i Matce Bożej. Po kilku dniach stałam się bardzo spokojna. Dużo się modliłam – różaniec trzymałam prawie przez cały czas w dłoni. Dwa razy w tygodniu przychodził kapelan z Komunią Świętą. Wierzyłam, że będzie dobrze. Każdy kolejny dzień i drobiazgi sprawiały mi dużą radość.

Ze szpitalnego łóżka zaczęłam postrzegać życie inaczej niż do tej pory. W tym czasie w moim zakładzie pracy została odprawiona w mej intencji Msza Święta, w której uczestniczył cały personel (mamy własną kaplicę i kapelana). O tym fakcie dowiedziałam się dopiero po wyjściu ze szpitala.

Pewnego dnia powiadomiono mnie, że będę przetransportowana do Lublina na neurochirurgię, na operację. Byłam zaskoczona. Nie odczuwałam żadnego bólu, czułam się w miarę ­dobrze.

Intuicja podpowiadała mi, żebym wypisała się ze szpitala na własne żądanie, tak też – ku niezadowoleniu lekarzy – zrobiłam.

Córka z zięciem załatwili mi wizytę w Warszawie w Centrum Gamma Knife. Okazało się, że moja intuicja mnie nie zawiodła, decyzja co do wypisu była słuszna, operacja została wykluczona, nastąpiła remisja.

Co by było, gdybym wówczas wyraziła zgodę i poddała się operacji? Kto to wie? Od tamtego wydarzenia minęły 3 lata, czuję się dobrze, ale nadal jestem pod stałą kontrolą lekarza w Warszawie.

W związku z powyższym, pragnę podzielić się refleksją, że uczestnictwo w Apostolacie Fatimy jeszcze bardziej pogłębiło moją wiarę. Jestem absolutnie przekonana, że wymodliłam i wyprosiłam u Matki Bożej wstawiennictwo do Pana Boga w mojej sprawie.

To wiara i modlitwa spowodowały, że wyszłam z tej choroby bez uszczerbku na zdrowiu. Codziennie dziękuję Panu Bogu i Maryi za otrzymaną łaskę zdrowia i… drugiego ­życia.

Mój przypadek zakrawa raczej na cud – tak powiedzieli lekarze specjaliści w Warszawie, ponieważ z tej choroby raczej się nie wychodzi, a jeśli już, to z poważnymi powikłaniami.

Czasami myślę sobie, że to może był też dla mnie znak, abym przystopowała z pracą, ponieważ moja wieloletnia praca z osobami chorymi psychicznie i somatycznie oraz niepełnosprawnymi intelektualnie wymagała olbrzymiej odporności psychicznej, ciepła, zrozumienia, cierpliwości, empatii, a to nie pozostaje bez wpływu na zdrowie. Zawsze jednak uważałam, że to nie tyle jest praca, co raczej posługa, w której się spełniałam.

Chcę nadmienić, że Apostolat wniósł w moje życie wiele pozytywnych zmian, przede wszystkim umocnił mnie jeszcze bardziej w niezachwianej wierze i przekierował moje życie na nowe tory. Otrzymałam o wiele więcej, niż ofiarowałam.

Dzień, w którym znalazłam ulotkę i zadeklarowałam chęć pozostania Apostołem Fatimy, to jeden z najlepszych w moim życiu, a przynależność do tej duchowej Rodziny utwierdza mnie w przekonaniu, że ta działalność jest sensowna i bardzo pot­rzebna.

Dlatego pozostanę z Wami. Moim pragnieniem jest, abym mogła pielgrzymować do Fatimy i podziękować Matce Bożej Fatimskiej za opiekę i dar życia, który ponownie otrzymałam. Może stanie się kiedyś kolejny cud, bo wiem, że wiara czyni cuda!


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Szczęść Boże!

Jestem stałą czytelniczką „Przymierza z Maryją”, cieszę się również z każdej przesyłki kierowanej do mnie w ramach różnych, prowadzonych przez Was, akcji. Dziękuję bardzo za kalendarz „365 dni z Maryją” na rok 2019. Jakiś czas temu otrzymałam od Instytutu drewnianą koronkę zakończoną medalikiem z wizerunkiem świętej Siostry Faustyny Kowalskiej. Modliłam się na tej koronce szczególnie podczas codziennych spacerów. Wiele tych moich modlitw zostało wysłuchanych. Dziękuję Wam za wszystko i zapewniam o swej dalszej modlitwie w Waszych intencjach.

Danuta z Rybnika

 

 

Szczęść Boże!

Umiłowani! Cieszę się, że zaufaliście mi, przysyłając „Przymierze z Maryją”, które chętnie czytam. W tym piśmie jest wiele interesujących wiadomości. Chwała Wam za to. Uważam, że „Przymierze” powinno być propagowane szczególnie wśród młodych ludzi.

Zmagam się z bardzo poważną chorobą. Pozostaje mi tylko modlitwa życzliwych ludzi. Często siadając przy komputerze, patrzę na Naszą Panią – Matkę Bożą Fatimską, której Wizerunek spogląda na mnie z przesłanego przez Was kalendarza. Jej Oblicze – pełne łaski i dobroci, dłonie – złożone do modlitwy. To jest cudowne! Otrzymałem od Was także obrazki Najświętszej Panienki, różaniec i wiele innych drogocennych prezentów. Dziękuję Wam za to wszystko. Gdy jeszcze byłem zdrowy, z żoną podjęliśmy postanowienie, aby – będąc na emeryturze – odwiedzać miejsca święte dla naszej religii. Udało nam się odwiedzić Ziemię Świętą. To była najcudowniejsza pielgrzymka i wspaniała przygoda. Niestety, później życie potoczyło się inaczej. Zaczęła się moja choroba…

Pragnę życzyć całemu Instytutowi dalszych owocnych działań na niwie szerzenia religii katolickiej. Wierzę, że – mimo różnych przeszkód – Święty Kościół dzięki Naszej Najukochańszej Matce – Pannie Maryi stanie silniej na nogi w szerzeniu wiary.

Zbigniew z Katowic

 

 

Niech Będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziękuję bardzo za otrzymany egzemplarz „Przymierza z Maryją” oraz życzenia świąteczne. Pragnę stale otrzymywać Wasze pismo, które uważam za bardzo dobre i które pomaga poszerzać nam naszą wiedzę religijną oraz pomaga umocnić naszą wiarę. Chciałbym także obdarowywać nim moich bliskich. Bóg zapłać za wszystko. Szczęść Wam Boże.

Stanisław z Ustronia

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Droga Redakcjo! Piszę do Was ten list, ponieważ pragnę wraz z Wami dziękować Bogu za to, że jestem członkiem Apostolatu Fatimy, a stało się to za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny.

20 grudnia 2017 roku zmarł mój mąż. Kiedy odchodził, oddałam mu mój ulubiony różaniec. Przez moment ciężko było mi się z nim rozstać, lecz szybko pomyślałam, że na ostatnią drogę nie pożałuję przecież mężowi tego świętego przedmiotu. Po dwóch albo trzech tygodniach wpadła mi w ręce ulotka informująca o możliwości zamówienia Waszej książki o Fatimie. Wypełniłam ją i po niedługim czasie otrzymałam książkę wraz z dołączonym do niej różańcem. To ostatecznie sprawiło, że jestem w Apostolacie Fatimy.

Odkąd czytam „Przymierze z Maryją”, zauważyłam, że moja modlitwa staje się bardziej rozważna i głębsza.

W marcu 2018 roku robiłam badanie piersi. Okazało się, że na jednej z nich mam guza. Po dwóch tygodniach otrzymałam skierowanie na dalsze badania. Odmówiłam lekarzom. Powiedziałam im, że najpierw muszę jechać odwiedzić moje dzieci, mieszkające za granicą – córki w Norwegii i Niemczech, a syn – w Holandii. Musiałam też pojechać do Rzymu. W tym czasie piłam napój z imbirem i każdego dnia prosiłam Matkę Bożą o zdrowie. Obecnie – proszę sobie wyobrazić – jestem po ponownych badaniach i po guzie nie ma śladu! Dziękując Bogu i Matce Najświętszej za odzyskane zdrowie, proszę Was o wspólną modlitwę.

Zofia

 

 

Szczęść Boże!

Szanowni Państwo! Dziękuję za przesłanie mi Waszego pisma i poświęconego obrazka z modlitwą do św. Ojca Pio. Zapewniam, że będę się codziennie modlić tą modlitwą. Zresztą muszę przyznać, że ten Święty nie jest mi osobą obcą – od dłuższego czasu regularnie modlę się za wstawiennictwem tego wspaniałego świętego Stygmatyka i dziękuję Mu za pomoc uzyskaną w ubiegłym roku. Mam na myśli szczególnie jedną taką sytuację. Byłam na pewnym wyjeździe i nie miałam przy sobie specjalnego aparatu, który mi pomagał w moich zdrowotnych dolegliwościach. Byłam zdenerwowana. Pomyślałam: „co ja teraz zrobię?”. Ale wtedy natychmiast przyszedł mi na myśl właśnie Stygmatyk z Pietrelciny. Przecież on jest doskonałym orędownikiem u Pana Boga. Wyprasza nam tyle łask! I rzeczywiście, po krótkim westchnieniu i słowach do Ojca Pio: „bez Ciebie sama sobie nie poradzę” nagle – potocznie mówiąc – zadziałało! Od tego czasu nie jest mi potrzebne urządzenie (bez którego wcześniej nie mogłam się obejść) i go już nie używam. Moje dolegliwości – jak dotąd – się nie powtórzyły.

Życzę Wam wszystkiego najlepszego w roku 2019 i modlę się gorąco o błogosławieństwo dla Waszej wielkiej pracy.

Niech Was błogosławi Pan Jezus, a Swoją opieką niech Was otacza Maryja z Józefem i Ojcem Pio.

Maria z Krakowa

 

 

Szczęść Boże!

Serdecznie dziękuję Wam za wszelkie materiały, jakie mi przysyłacie. Dzięki nim mogę między innymi praktykować nabożeństwo do św. Ojca Pio oraz Koronkę do Bożego Miłosierdzia. I właśnie w związku z tym pragnę w tym miejscu wspomnieć o moim wyzdrowieniu z udaru mózgu. Uzdrowił mnie Miłosierny Chrystus. Wymodliłem to, odmawiając wytrwale Koronkę do Bożego Miłosierdzia. A było ze mną już bardzo źle. Lekarze dawali mi nikłe szanse nie tylko na wyzdrowienie, ale w ogóle na to, że przeżyję. Lecz ja – dzięki Panu Jezusowi – nie tylko żyję, ale też nadal pracuję. Neurolodzy aż nie dowierzają. To prawdziwy cud! Pozdrawiam Was serdecznie.

Sylwester