Temat numeru
 
Brakująca figurka
Agnieszka Stelmach

Tydzień przed Bożym Narodzeniem mama kupiła nową szopkę. Kiedy rozpakowała pudełko, okazało się że w środku były dwie figurki Dzieciątka Jezus.

- Ktoś musiał się pomylić – skwitowała i zaczęła liczyć pozostałe figurki. – Mamy jednego Józefa, jedną Maryję, trzech mędrców, trzech pasterzy, dwa baranki, osła, krowę, anioła i dwoje dzieci... Och, kochanie! – zwróciła się do taty. – Zdaje mi się, że komuś zabraknie figurki Dzieciątka Jezus, bo my mamy aż dwie. I kazała mu wrócić do sklepu.

- Powiedz kierownikowi, że mamy dodatkową figurkę Jezusa i niech umieści na drzwiach karteczkę z informacją, że jeśli komuś zabrakło Dzieciątka, to niech dzwoni pod nasz numer domowy.

Kierownik napisał informację, aby skontaktować się z nami. Cały tydzień czekaliśmy na telefon, ale nikt nie zadzwonił. Jednak za każdym razem, gdy rozbrzmiewał dźwięk telefonu, matka mówiła: – Założę się, że to w sprawie figurki Dzieciątka. Tymczasem było inaczej.

Ojciec starał się wytłumaczyć mamie, że istnieje tysiące takich szopek sprzedawanych w całym kraju, a figurki mogło zabraknąć w szopce sprzedanej w Krakowie, Gdańsku czy w Warszawie. Mówił też, że takie błędy przy pakowaniu często się zdarzają. Sugerował, aby zostawić dodatkową figurkę w pudełku i zapomnieć o całej sprawie. – Włożyć Dzieciątko do pudełka?! Cóż to za straszna rzecz! – skwitowała oburzona mama. – Na pewno ktoś zadzwoni. A tymczasem zostawmy obie figurki w żłóbku, do czasu aż ktoś się zjawi po jedną z nich.

Kiedy jednak nikt nie zadzwonił aż do czasu wigilijnej wieczerzy, zaraz po kolacji matka poprosiła ojca, by poszedł do sklepu i zobaczył przez szybę, czy wszystkie szopki zostały już sprzedane.

- Jeśli tak – stwierdziła – to wiem na pewno, że jeszcze ktoś zadzwoni.

- Na zewnątrz jest 12 stopni mrozu! – oburzył się tata, ale my zawołaliśmy: – Tato, pójdziemy z tobą!

Zaczęliśmy zakładać płaszcze. Ojciec tylko głośno westchnął, bo pomysł wydawał mu się idiotyczny, ale z drugiej strony widział, jak ważne jest to dla matki, która nie potrafiła o niczym innym myśleć.

- Nie mogę uwierzyć, że się na to godzę – mamrotał pod nosem.

Po chwili ojciec, ja i mój brat byliśmy już w drodze. Pierwszy do sklepu dobiegł mój brat. Przycisnął nos do szyby i zawołał: – Tato, wszystkie zestawy zostały sprzedane. Hura! Sprawa wyjaśni się jeszcze dziś.

Ojciec, znajdujący się trochę dalej od sklepu, odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę domu. Po powrocie zauważyliśmy, że mama wyszła, zniknęła też dodatkowa figurka.

- Ktoś musiał zadzwonić i postanowiła mu zanieść figurkę – stwierdził tata i zaczął ściągać buty. Kazał też nam przygotować się do spania. Wtedy zadzwonił telefon...  - Odbierz i powiedz, że znaleźliśmy już dom dla Dzieciątka Jezus – poprosił mnie tata. Tymczasem okazało się, że to dzwoniła mama, która kazała nam natychmiast przyjść do pewnego domu, znajdującego się przy ulicy Zamkowej, i przynieść trzy koce, świąteczne wypieki i mleko.

- W co ona nas znowu pakuje? – krzywił się poirytowany tata. – Żeby dotrzeć na ulicę Zamkową, trzeba przejść przez całe miasto. Mleko nam zamarznie, zanim tam dojdziemy. Dlaczego nie możemy po prostu zostać w domu. Na zewnątrz jest prawdopodobnie 15 stopni poniżej zera i wieje coraz mocniej. To szalony pomysł. Jeszcze w taką noc jak ta – zdenerwował się nie na żarty.

Kiedy doszliśmy do tego domu przy ulicy Zamkowej, zauważyliśmy, że w środku panował półmrok. Tylko jedno, blade światło paliło się w salonie. W chwili, gdy tata postawił stopę na ganku, matka otworzyła drzwi i krzyknęła: – Już są! O, dzięki Bogu. Masz to Marku? – zapytała i dodała: – Dzieci, zanieście te koce do salonu i okryjcie nimi maluchy skulone na kanapie. Ja wezmę mleko i ciasta.

- Czy byłabyś tak miła Elu i powiedziała wreszcie, o co w tym wszystkim chodzi? – odezwał się ojciec. – Musieliśmy iść tutaj w siarczystym mrozie, na wietrze dotkliwie dającym się nam we znaki, i po co to wszystko?

- Nie przejmuj się tym – odrzekła mama. – W tym domu zepsuło się ogrzewanie, a ta młoda matka jest tak zdenerwowana, że nie wie, co robić. Jej mąż ją zostawił. Te biedne dzieci będą miały bardzo zimne i posępne święta Bożego Narodzenia, więc nie narzekaj. Obiecałam jej, że naprawisz zepsuty piec.

Po tych wyjaśnieniach mama wyszła do kuchni podgrzać mleko, podczas gdy ja i mój brat owinęliśmy kocami pięcioro małych dzieci skulonych na kanapie. Matka wytłumaczyła ojcu, że kobietę porzucił mąż i odchodząc zabrał pościel, ubrania i prawie wszystkie meble. Mimo to, kobieta dawała sobie radę do czasu aż popsuł się piec. Zarabiała na utrzymanie sprzątając i prasując. Kiedy zepsuł się jej piec, nie wiedziała do kogo się zwrócić o pomoc. Zapamiętała jednak numer naszego telefonu widniejącego na kartce wywieszonej w sklepie w sprawie dodatkowej figurki Dzieciątka Jezus. Pomyślała, że jesteśmy dobrymi katolikami i zadzwoniła do nas. Powiedziała, że nie jest osobą poszukującą figurki Pana Jezusa, lecz że brakuje jej ciepła, bo zepsuł się piec w domu... – Dobrze, dobrze – przerwał ojciec. – Trafiłaś w odpowiednie miejsce. A teraz rozejrzyjmy się, co my tutaj mamy. I tata zaczął oglądać instalację grzewczą. Stwierdził, że nie będzie miał dużo roboty. Prawdopodobnie zatkały się otwory spalinowe.

Po chwili matka weszła do pokoju niosąc ciasta i ciepłe mleko. Ja położyłem kubki na stole, na którym leżała na środku figurka Dzieciątka Jezus. To był jedyny symbol Bożego Narodzenia obecny w tym domu. Dzieci patrzyły z szeroko otwartymi oczami ze zdziwienia na talerz wypieków mojej mamy postawiony przed nimi.

Ojciec w końcu naprawił piec. Stwierdził też, że potrzeba więcej oleju. – Zadzwonię w kilka miejsc, by go dostarczyć – odezwał się do kobiety, po czym, uśmiechając się szeroko, zwrócił się do swojej żony: – Przyszłaś do właściwego miejsca.

W drodze do domu ojciec nie narzekał ani trochę. Ledwo przestąpił próg, zaraz zaczął wydzwaniać. Słyszeliśmy jak mówił: – Witaj Janku. Jak się masz. Wesołych świąt. Słuchaj, jest taka sprawa... Czy masz trochę oleju?...Naprawdę?... I tak dalej... My w tym czasie wyciągaliśmy ubrania z szaf i zabawki z pudeł. Popakowaliśmy je i już mieliśmy się położyć spać, gdy przyjechał pan Janek swoim dostawczym samochodem, a na nim były krzesła, trzy lampy, koce i prezenty. Chociaż na zewnątrz był już osiemnastostopniowy mróz, ojciec pozwolił nam jechać na tylnym siedzeniu.

Nikt nigdy nie zadzwonił w sprawie brakującej figurki, ale w miarę upływu czasu, zdaję sobie sprawę, że wcale nie było pomyłki przy pakowaniu. Pan Jezus po prostu opiekuje się potrzebującymi i pomaga zbawić się ludziom. To właśnie się stało w to niezwykłe dla mojej rodziny Boże Narodzenie.


Opowieść na podstawie historii nieznanego autora z deoomnisgloria.com.


Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza z Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
Kościół wobec zarazy
Panika związana z tzw. pandemią koronawirusa ogarnęła cały świat. Groza miesza się z ironią. Grozę wywoływały i chyba jeszcze ciągle wywołują informacje o śmierci zakażonych, zdjęcia trumien masowo wywożonych z prosektoriów przez ciężarówki… Ironię zaś wzbudzają: brak konsekwencji rządzących w podejmowanych działaniach prewencyjnych, zalew sprzecznych informacji i spiskowych teorii. Łatwo się w tym wszystkim zagubić. Zresztą ojcu kłamstwa zależy na tym, byśmy czuli się pogubieni, opuszczeni i osamotnieni – bez żadnej nadziei…

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Szczęść Boże!

Chciałbym przekazać Państwu krótkie świadectwo. Jesteśmy z żoną w sakramentalnym związku małżeńskim już od 37 lat. Mamy dwie córki i 3-letniego wnuczka. Starsza córka mieszka za granicą, młodsza – tutaj z mężem i dzieckiem. Moja żona jest niepełnosprawna i niewidoma. Porusza się na wózku inwalidzkim. Ja jestem po trzech poważnych wypadkach. W roku 2006 spadły na mnie 24 palety. Miałem złamaną miednicę w pięciu miejscach i uszkodzone biodro. Leżałem w szpitalu dwa tygodnie. Później przywieźli mnie do domu, gdzie miałem spędzić w łóżku kolejne tygodnie. Po siedmiu dniach uratował mnie jednak bł. ks. Wincenty Frelichowski. Jego relikwie mamy w domu. Po wytrwałej modlitwie za wstawiennictwem błogosławionego Wincentego nagle udało mi się po kilku dniach wstać z łóżka. Lekarze nie dawali mi wcześniej szansy na pełne wyzdrowienie, ale jednak stało się inaczej. Po prostu pewnego dnia ks. Wincenty powiedział do mnie: „Wstań i chodź”. I chodzę do dziś i opiekuję się żoną, choć nieraz jest bardzo ciężko. Cieszę się jednak, że wraz z żoną możemy wspierać Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi. Prosimy o modlitwę za całą naszą rodzinę. Szczególnie za nasze zdrowie. Zostańcie z Bogiem.

Wacław z żoną Marią

 

 

Szanowna Redakcjo!

Jestem niesamowicie zbudowana Waszą działalnością. Przesyłane materiały bardzo sobie cenię. Czytam „Przymierze z Maryją”. Treściami dzielę się z najbliższymi. Moja rodzina jest wierna przykazaniom Bożym i kościelnym. Taka postawa jest budująca – dodaje siły i wiary do niesienia krzyża dnia codziennego.

W ostatnim czasie, pod koniec roku 2019, przeżywaliśmy trudne chwile, zresztą to trwa nadal. U mojego męża Jana wykryto raka jelita grubego. Badania, operacja, pobyt w szpitalu…

Można było to wszystko przyjąć, wytrzymać i działać tylko dzięki modlitwie do Boga, o którą prosiliśmy i nadal prosimy naszych znajomych i bliskich. Uczestnictwo we Mszy Świętej, odmawianie Koronki do Bożego Miłosierdzia w kaplicy szpitala zakonu bonifratrów przed cudownym obrazem Matki Bożej Uzdrowienia Chorych pomagały w tych trudnych chwilach. Pisząc o tym, pragnę podkreślić, że dzięki modlitwie, zaufaniu Opatrzności i Miłosierdziu Bożemu, mogliśmy przyjmować te wszystkie bolesne wydarzenia ze spokojem, powierzając również lekarzy opiece Ducha Świętego.

Teraz jesteśmy z mężem już razem, wspieramy się nawzajem i ufamy Bogu, że udźwigniemy ten krzyż. Prosimy o modlitwę.

Janina

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowni Państwo

Pragnę podziękować za wszystkie pamiątki i upominki, które od Was otrzymuję. Chciałabym też podzielić się z Państwem świadectwem wyjścia z nałogu alkoholowego mojego syna Mariusza, który zmagał się z tym problemem przez trzy lata. Żona odeszła od niego, wyprowadzając się z dwojgiem dzieci do swojej matki. A ja codziennie modliłam się na różańcu o jego nawrócenie. Prosiłam Matkę Bożą i św. Ojca Pio o wstawiennictwo. Prosiłam Pana Jezusa o dar nawrócenia mojego syna. I stał się cud. Syn zachorował. Miał poważną operację głowy – usunięcia guza i krwiaka pod czaszką. Operacja się udała. A syn, gdy wychodził ze szpitala, powiedział: „Mamo, już nigdy nie zobaczysz mnie pijanego”. I dotrzymuje obietnicy. Od tego czasu minęło sześć lat i przez ten okres nie pił żadnego alkoholu. Założył firmę transportową, żona z dziećmi wróciła do domu. Obecnie mieszkają razem.

Dziękowałam i nadal dziękuję Panu Jezusowi, jak również Matce Najświętszej i św. Ojcu Pio, że mnie wysłuchali i uzdrowili mojego syna z tej choroby.

Napisałam te słowa, bo chcę podzielić się świadectwem, że dzięki mocnej wierze i modlitwie możemy otrzymać łaskę o którą prosimy. Szczęść Wam Boże. Życzę zdrowia i wszelkich łask.

Krystyna z Łódzkiego

 

 

Szczęść Boże!

Szanowna Redakcjo

Pragnę podzielić się z Państwem świadectwem. Urodziłam się w wielodzietnej, katolickiej, robotniczej rodzinie na wsi. Gdy miałam 6 lat, zostałam osierocona wraz z siedmiorgiem rodzeństwa, ponieważ zmarła nam mama. Tatuś dawał nam bardzo dobry przykład, wychowywał nas bardzo religijnie: prowadził do kościoła i uczył codziennej modlitwy.

Młodo wyszłam za mąż i urodziłam troje dzieci. Moje małżeństwo nie było jednak szczęśliwe, ponieważ mąż nadużywał alkoholu i znęcał się nade mną i nad dziećmi. Pomimo tego nigdy nie straciłam wiary w Boga. Wierzyłam, że zawsze jest ze mną i pozwala mi wytrwać. Każdego wieczoru klękaliśmy razem z dziećmi i modliliśmy się gorąco. Gdy dzieci usamodzielniły się i założyły własne rodziny, postanowiłam wyjechać do Grecji. W tym czasie mieszkał tam i pracował mój syn. Przez jakiś czas mieszkaliśmy razem, ale syn zachorował i zmarł.

Od znajomych dowiedziałam się, że w naszej parafii organizowane są spotkania ewangelizacyjne. Zdecydowałam, że i ja będę na nie uczęszczać. Tutaj bardzo uspokoiłam się wewnętrznie i doświadczyłam ogromnej duchowej radości. Brałam udział w rekolekcjach. Przez dwa lata, przed tym wspaniałym duchowym doświadczeniem, cierpiałam bardzo na ból prawej ręki, która mi drętwiała i traciłam w niej czucie. Wiele razy jeździłam do lekarzy, ale pomimo iż brałam leki, ból nie ustępował. Tego dnia modliliśmy się przed Najświętszym Sakramentem i w pewnym momencie odczułam drganie tej chorej ręki. Uświadomiłam sobie, że ból ustąpił. Od tego czasu upłynęło już 6 lat, a moja ręka jest zdrowa.

Dziękuję Ci, Panie Jezu, za to uzdrowienie. Dziękuję Ci też za to, że dałeś mi łaskę wytrwania i cierpliwości w czasie, gdy zmarł mój syn. Za wiarę i siłę w ciężkich chwilach mojego życia, dziękuję Panie Jezu. Wierzę w Ciebie, Boże żywy!

Anna z Żywca

 

 

Szanowny Panie Prezesie

Z całego serca dziękuję za modlitwę oraz wszystkie życzenia i upominki, Niech Pan Bóg i Matka Najświętsza mają w Swojej opiece Pana i wszystkich pracowników Stowarzyszenia. Niech obdarzą Was zdrowiem i wszelkimi łaskami. Bóg zapłać za wszystko i Szczęść Boże!

Janina