Temat numeru
 
Witaj Krzyżu jedyna nadziejo!

To co odróżniało pierwszych chrześcijan od pogan to sposób życia, który możemy streścić w trzech cechach: stosunek do bliźniego – „miłuj bliźniego swego jak siebie samego”, specyficzna moralność – „bądźcie naśladowcami moimi” oraz stosunek do cierpienia – „weź krzyż swój i chodź za mną”. To wszystko budziło u pogan zdumienie, a zarazem przyciągało. W tym miejscu rozważmy jednak trzecią cechę, najtrudniejszą do zrozumienia tak w rozpustnym cesarstwie rzymskim, jak i w hedonistycznym XXI wieku.

Mam wciąż żywo przed oczami zdarzenie z dzieciństwa, kiedy razem z braćmi ofiarowaliśmy naszej babci pięknie wykonany krzyż z wizerunkiem Pana Jezusa. Ku naszemu zdziwieniu babcia rozpłakała się i miała do nas ogromną pretensję, bo według niej krzyż to zwiastun nieszczęścia, więc życzyliśmy jej bólu i cierpienia, a przecież powinniśmy życzyć jej zdrowia, bo rzekomo to „zdrowie jest najważniejsze”. Pomijając zabobonne podejście, trudno wyobrazić sobie coś bardziej odległego od myślenia chrześcijańskiego.

Czy tego chcemy, czy nie, w nasze życie wpisane jest cierpienie i wyrzeczenie, które może przybrać formy bardzo różne: od bólu fizycznego po ból duszy. Dla nas chrześcijan to nic dziwnego, że tego doświadczamy, bo nasz Pan Jezus Chrystus cierpiał dając nam najdoskonalszy przykład męstwa. Syn Boga wzywa nawet do tego wprost: Jeśli kto chce iść za mną niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Łk 9, 23). Wniosek, który nasuwa się z tych słów, jest jasny: nie można być chrześcijaninem, jeśli się nie bierze swego krzyża na ramiona. To jest prawda chrześcijańska, przeciwko której dzisiejszy świat szczególnie występuje.

Świat, a z nim „jego pożądliwość” jest ukierunkowany na to, aby oddalać nas od teologii krzyża, od cierpienia i wszelkiego wyrzeczenia, a czyni to poprzez maksymalne skupianie naszej uwagi na przyjemnościach i „używaniu życia”. „Światowcy” zagrzewają do trwania w swym pozbawionym skrupułów złu, codziennie wołając: – Życie, życie! Pokój, pokój! Radość, radość! Jedzmy, pijmy, śpiewajmy, tańczmy, bawmy się! Bóg jest dobry, Bóg nie stworzył nas po to, żeby nas potępić! Nie miejmy żadnych skrupułów! Problem jednak jest w tym, że kiedy cierpienie przychodzi, a przyjść musi, bo jest wpisane w ludzką egzystencję, to „świat” rozkłada ręce i mówi: „radź sobie sam”, nie dając odpowiedzi na pytanie o sens krzyża, bo to nie jest logika tego świata.

Nie każde cierpienie ma wartość


- Jak wielu na skutek pychy i niepanowania nad wyobraźnią wstępuje na kalwarie, które nie są Chrystusowe! Krzyż, który masz dźwigać, to Krzyż Boży. Odrzucaj zdecydowanie każdy krzyż tylko ludzki
– powiedział św. Josemaria Escriva. Cierpienie, które jest wywołane sprzeciwem wobec Boga, pójściem za fałszywymi ideami i duchem tego świata jest owocem grzechu. Takie cierpienie nie ma żadnej wartości w oczach Bożych.

Wyobraźmy sobie człowieka, którego powaliła ciężka choroba i umiera w męczarniach. Jeśli nie mogąc pogodzić się ze swoim stanem (zawinionym lub nie) buntuje się przeciw Bogu, to jego cierpienie nie przynosi żadnej zasługi i cierpi na marne. Samo cierpienie nie wystarczy nam do zbawienia. Potępieńcy w piekle też cierpią, a przecież nigdy z niego nie wyjdą. Jakże smutny jest stan tych, którzy cierpiąc nie znają Jezusowej logiki krzyża. Poza nim samym nie znajdą oni nigdzie pocieszenia.

Od cierpienia i bólu nie uciekniemy po tej stronie świata, ale prawdziwy chrześcijanin odpowie jego przyjęciem i będzie ono w nim owocować, stając się źródłem wielu łask i paradoksalnie znajdzie on pocieszenie, bo sam Jezus nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga. Jak bowiem obfitują w nas cierpienia Chrystusa, tak też wielkiej doznajemy przez Chrystusa pociechy (2Kor 1,4n).

Człowiek tego świata odpowie buntem i w konsekwencji tylko pomnoży swoje udręki, chyba że z pomocą łaski Bożej będą one dla niego „przebudzeniem”.

Skoro cierpienie ma tak wielką wartość, to czy należy pragnąć cierpienia? Nie brakuje świętych, którzy wzywają do ochoczego podejmowania cierpień, ale zwykle nasza ludzka natura buntuje się przeciw temu i reaguje strachem, nawet sam Jezus lękał się i prosił Ojca, aby „oddalił od niego ten kielich”. Jednak Syn Boży okazał posłuszeństwo woli Ojca i tak samo powinno być z nami. Nie trzeba pragnąć cierpienia, ale gdy ono przyjdzie, trzeba umieć okazać męstwo i powiedzieć: Cierpiałeś Ty, będę cierpiał i ja, jeśli taka jest Twoja wola.

Ekspiacyjne działanie cierpienia


Stosunkowo łatwo jest przyjąć prawdę o zadość czyniącym działaniu cierpienia, czyli takim, które jest rozumiane jako pokuta. Pokuta za własne grzechy jako ponoszenie konsekwencji swoich błędów. Św. Piotr mówi: Co bowiem za chwała, jeżeli przetrzymacie chłostę jako grzesznicy? – Ale to się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia (1P 2,20).

Najtrudniej jest ofiarować własne cierpienia, zwłaszcza niezawinione, za grzechy innych ludzi. Wtedy bowiem bierzemy dopiero cząstkę męki Chrystusa na siebie i ją „dopełniamy”, jak mówi św. Paweł: Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1,24). Takie cierpienie ma rzeczywistą i zbawienną wartość. Uszlachetnia naszą duszę i zdobywa łaski w niebie. Tylko takie cierpienie, złączone z Męką Jezusa Chrystusa, można ofiarować w dowolnej intencji, a w połączeniu z naszą modlitwą nabiera ono zbawiennej skuteczności. Najdoskonalsza zaś ofiara to taka, która jest ofiarowana za Kościół. Dlatego życie choćby chwalebne i szlachetne, ale wolne od cierpienia, ma jednak brak, bo jest niedoskonałym naśladowaniem Chrystusa.

Kiedy cierpienie nie nadchodzi


Nie należy zapominać o tych słowach Boga: Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę (Ap 3,19). Może jednak być tak, że cierpienie rozumiane w tym najogólniejszym i potocznym sensie jednak nas nie dotyka. Mamy uporządkowane życie, rodzinę, pracę – wszystko po myśli Bożej. Cieszymy się zdrowiem i przychylnością Bożego oblicza. Czy mamy więc zapomnieć o cierpieniu do czasu aż ono przyjdzie? Nic bardziej błędnego! Aby nie zapomnieć o tym, za jaką cenę zostaliśmy odkupieni, winniśmy stosować różne praktyki ascetyczne w postaci umartwienia ciała. Mogą one być bardzo różne, wywodzące się przede wszystkim z trzech podstawowych: modlitwy, postu i jałmużny. Ich zadaniem jest branie w karby naszej grzesznej natury i zmuszenie jej do posłuszeństwa, bo ma ona skłonność do ulegania pożądliwości.

Każde zmierzenie się z cierpieniem jest szczególnym rodzajem walki, która rozgrywa się najpierw na płaszczyźnie ducha. Do walki duchowej, jak do każdej wojny trzeba być odpowiednio wyćwiczonym. Nasze przygotowanie powinno polegać na uprawianiu ascezy. Samo słowo „asceza” jest pochodzenia greckiego i znaczy tyle co „ćwiczenie”. Musimy więc ćwiczyć! Święty Paweł porównuje życie człowieka do zawodów sportowych. Zawodnicy aby wygrać odmawiają sobie wielu rzeczy i ćwiczą – podejmują wielki wysiłek treningów, aby gdy przyjdzie czas biegu, stoczyć walkę i wygrać. Ci, którzy zwyciężą, otrzymają „niewiędnący wieniec chwały”.

Pan Jezus przez całe życie uprawiał ascezę. Swoją działalność rozpoczął od czterdziestodniowego postu, także potem wiele nocy spędzał na modlitwach. Wszystkie te ćwiczenia pomagały Mu w znoszeniu trudów głoszenia Dobrej Nowiny, ale przede wszystkim przygotowywały do podjęcia ostatniej walki – agonii na krzyżu. Słowo „agonia” po grecku oznacza „walkę”. Kościół Święty naucza, że każdy chrześcijanin wzorem naszego Pana winien praktykować ascezę, czyli brać na siebie pewne wyrzeczenia i umartwienia, aby ćwiczyć duszę i ciało. Ćwiczenie to ma za zadanie wyrobić w nas potrzebne cnoty do tego, aby móc dźwigać swój krzyż, gdy przyjdzie czas, aby go wziąć.

Asceza w Wielkim Poście


Uprawiać ascezę powinniśmy zawsze. Paradoksalnie, im wygodniejsze jest nasze życie i wyższy status materialny, tym bardziej powinniśmy o niej pamiętać. Jednak w Wielkim Poście asceza przyjmuje szczególnie pokutny wymiar. Ten okres ma za zadanie przygotować naszą duszę do przeżycia Triduum Paschalnego. Dlatego w tym czasie bierzemy na siebie więcej różnych dodatkowych umartwień, aby choć trochę „odczuć” to ogromne cierpienie, które wziął na siebie Chrystus. Ponieważ człowiek jest istotą cielesno-duchową, dlatego podejmowana pokuta powinna być zewnętrzna i umartwiać nasze ciało i zmysły, aby tym lepiej przysposobić naszą duszę do otwarcia się na misterium męki Chrystusa. Nie ma umartwienia wewnętrznego tam, gdzie nie stosuje się umartwień zewnętrznych głosi klasyczna zasada ascetyki chrześcijańskiej, o której często się zapomina, zwłaszcza kiedy dzisiejsza kościelna dyscyplina pokutna w Wielkim Poście już praktycznie niczego nie nakazuje, a jedynie zachęca.

Dusza ma otwierać się na tajemnicę płynącą z odkupienia na krzyżu, a ciało ma choć w drobnym stopniu odczuć ciężar tej agonii. Tylko wtedy, gdy przychodzi święty czas Wielkiego Tygodnia i bierzemy udział w liturgicznych obrzędach, odnosimy prawdziwe duchowe dobro i mamy pełniejszy udział w radości Zmartwychwstania.

Skandal Krzyża


Jest jeszcze jeden aspekt „logiki krzyża”, a mianowicie kontekst społeczny. Dzięki łasce Bożej i ogromnemu poświęceniu naszych przodków był czas, kiedy filozofia Ewangelii sterowała państwami, kiedy Boża moc chrześcijańskiej mądrości przenikała ustrój, prawa, instytucje, obyczaje ludów, wszystkie warstwy i sprawy państwa; kiedy religia przez Chrystusa ustanowiona, należne sobie zajmując stanowisko, cieszyła się wszędzie przychylnością panujących i władz opieką, kiedy między kapłańską a świecką zwierzchnością kwitła zgoda i przyjazna usług wymiana – pisał Leon XIII w encyklice Immortale Dei. Był to czas kiedy krzyżowi oddawano należną publiczną cześć, ale dziś jest inaczej. Pyszni grzesznicy nie chcą zgiąć hardych karków przed znakiem Odkupienia i jakby tego było mało, domagają się usunięcia go z miejsc publicznych, jakby wołając: Nie chcemy, aby panował nad nami! Od dawna nikt tak mocno nie występował przeciwko symbolom chrześcijańskim, jak to ma miejsce obecnie.

Słowa św. Pawła okazują się znowu szczególnie aktualne: Głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan (1Kor 1,23). Wyrok trybunału w Strasburgu nakazujący zdjąć krzyże w szkołach, coraz większa propaganda liberalnych mediów zmierzająca do usuwania krzyży z miejsc publicznych to tylko zapowiedź tego, co powoli zaczyna ogarniać postchrześcijańską Europę. Antychrześcijańskie nastroje będą stawać się coraz silniejsze pośród współczesnych pogan.

Czy to jest zapowiedź kolejnych prześladowań? Znak Jezusa Chrystusa, podstawowy symbol chrześcijaństwa jest usuwany z miejsc publicznych – nie chcemy go tu! Ten okrzyk może przekształcić się jutro w: nie chcemy was tu!

Jak mamy zareagować? Czy mamy czekać i nie reagować? Chrześcijańska postawa to nie tylko afirmacja i dźwiganie swego krzyża, ale także jego obrona. To odwaga przeciwstawienia się próbie usunięcia go z miejsca pracy czy nauki – bierność byłaby zdradą Ukrzyżowanego.

Gdy w Brazylii przeprowadzano rozdział Kościoła od państwa, zewnętrzne oznaki religii musiały zniknąć między innymi z gmachów użyteczności publicznej. Katolicy protestowali i żądali przede wszystkim przywrócenia krucyfiksów do sal sądowych. W narodzie powstało ogromne poruszenie i rząd się ugiął! Nadszedł dzień przywrócenia krucyfiksów. Tego dnia napłynęło do Sao Paulo 20 tysięcy ludzi. Burmistrz ujął krzyż w dłonie, podawał do ucałowania wielu zacnym damom i panom i niósł go przez ulice miasta. Wszyscy gdy tylko ujrzeli krzyż, zdejmowali czapki z głów, a z tysięcy gardeł rozległ się okrzyk: Niech żyje Chrystus Ukrzyżowany! Rozpoczęła się procesja – tryumfalny pochód. Poruszeni ludzie klęczeli na ulicy, szlochając. Żołnierze salutowali z czcią. Dwanaście orkiestr przygrywało. Z okien popłynął na wizerunek Ukrzyżowanego istny deszcz kwiatów. Bezpośrednio za krzyżem podążała flaga narodowa. Entuzjazm sięgnął zenitu, gdy pochód doszedł pod gmach sądu, gdzie na balkonie oczekiwali duchowni i świeccy dygnitarze. Krucyfiks uroczyście wniesiono do wnętrza budynku. Towarzyszył temu ogromny aplauz tłumu. Na koniec lud wszedł na salę i uczcił wizerunek Zbawcy.

Czy Stara Europa, będzie jeszcze choćby raz świadkiem takiej wzniosłej manifestacji? Czy znajdzie się młodzież, która przywróci tryumfalnie krzyże w parlamentach, szkołach, sądach i miejscach publicznych? A gdy nadejdzie dzień nowego Podwyższenia Krzyża św., to czy będziecie przy tym? O to toczy się walka. Im szerzej rozlewa się zaraza grzechu, tym wyraźniej widać, że polityczno-społeczno-religijna wojna staje się walką o triumf diabła, Bogu mówiąc precz!

Nie można siedzieć cicho i odrzucać wszelką myśl o możliwym cierpieniu związanym z obroną publicznych praw Boga. Jezus umarł na krzyżu, bo nie słuchał Apostołów, którzy strofowali Go, by nie szedł do Jerozolimy i nie drażnił uczonych w Piśmie. Publicznie wyraził sprzeciw wobec profanowania świątyni i wyrzucił kupców i bankierów i w ogóle – można by rzec – „nie skorzystał z okazji, aby siedzieć cicho”, przez co „ranił uczucia” faryzeuszy. A potem Apostołowie poszli ze znakiem krzyża i bardzo nim „drażnili” ówczesnych władców, za co ponieśli męczeńską śmierć. Oni nie nieśli Ewangelii i Krzyża w ustronne miejsca, gdzie nikomu miał nie przeszkadzać, ale przeciwnie, nieśli go właśnie tam, gdzie rozpalał ogień, tak pożądany przez Jezusa: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął (Łk 12,49). U jednych ogień ten rozpalił nienawiść, u drugich miłość. Nie stawia się światła krzyża pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Jednym na zgubę, drugim na chwałę...

Ks. Grzegorz Śniadoch


NAJNOWSZE WYDANIE:
Uczmy i wychowujmy po katolicku!
W tym numerze „Przymierza z Maryją” postanowiliśmy podjąć tematykę edukacji młodych pokoleń Polaków. Pokładamy nadzieję w chrześcijańskim, czy też ściślej – katolickim kształceniu i wychowaniu. Pamiętamy bowiem, że katolicyzm jest nie tylko doktryną, dogmatem czy też zbiorem modlitw i obrzędów, lecz nade wszystko żywą relacją z Bogiem i powinien oddziaływać na całe państwo i całe społeczeństwo.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
W odwiedzinach u Fatimskiej Pani
Roman Motoła

Pomiędzy 25 a 29 maja wraz z grupą Apostołów Fatimy pielgrzymowaliśmy do miejsca, w którym 109 lat temu trojgu portugalskim pastuszkom ukazywała się Matka Boża, niosąc światu przesłanie pokuty i nadziei.

 

Fatima, choć jest odwiedzana przez bardzo licznych wiernych oraz turystów, zdołała jednak zachować atmosferę ciszy. Wyjąwszy największe uroczystości gromadzące wielotysięczne rzesze uczestników, można tam zarówno modlić się, jak i słuchać w skupieniu. Każdego dnia chętnie korzystaliśmy z tej możliwości tym bardziej, że nasz hotel położony był w bezpośredniej bliskości bazyliki oraz miejsca Maryjnych objawień.


Codziennie uczestniczyliśmy też w tradycyjnych nabożeństwach i procesjach na olbrzymim placu przed sanktuarium. W trakcie trzeciego wieczoru przedstawiciele naszej grupy mieli zaszczytną okazję prowadzić fragment modlitwy. W pamięci uczestników pozostanie z pewnością atmosfera towarzysząca tym różańcowym spotkaniom. Wypowiadane przez setki pielgrzymów w różnych językach wezwania Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… podkreślały zarówno jedność jak i różnorodność Kościoła. Z drugiej strony jednak – zamiast harmonii rodziły szum, utrudniając modlitewne skupienie. Może gospodarze tego cudownego miejsca zechcą kiedyś „odkryć” na nowo łacinę?


Niespokojny duch współczesności daje też w Fatimie znać o sobie w sposób widoczny gołym okiem. Niby w trosce o prostotę i skromność stara się on jak może zasłonić sanktuarium, wznosząc wokół betonowe bryły, z których niektóre nawet zostały poświęcone jako miejsca katolickiego kultu. Tylko co wspólnego z żywą, autentyczną wiarą mogą mieć płaskie, szare bunkry albo kaplice, w których Tabernakulum przypomina bardziej skrzynkę na narzędzia? Albo co powiedzieć o ustawionym tuż przy nowej bazylice wielkim krzyżu, na którym zamiast Chrystusa umieszczono dziwaczną postać jakby wyjętą ze starożytnych hieroglifów? W kulturowym kontekście naszych czasów to raczej karykatura niż godny wizerunek Zbawiciela…

Zatem nawet w bezpośrednim otoczeniu sanktuarium naocznie przekonaliśmy się, że wewnątrz Kościoła toczy się ogromna walka o kształt katolicyzmu i o serca wierzących. Do czego to zmaganie może prowadzić, widzieliśmy w urokliwym, niewielkim mieście Obidos, gdzie w miejscu dawnego kościoła działa dzisiaj… księgarnia.


Nasze pielgrzymkowe wyprawy, których celem były wspaniałe klasztory w miasteczku Alcobaça czy w Batalhi, przeniosły nas do czasów, gdy świątynie bez wątpienia wznoszono na chwałę Bożą, na przykład – w podzięce za Opatrznościową pomoc w wygranej bitwie o niepodległość kraju. Zachwyt budziła potężna, a zarazem misterna architektura tych monumentalnych dzieł, wspaniałe zdobienia, dbałość ich twórców o detale, połączenie talentów z wytrwałością i pracowitością budowniczych.


Podążyliśmy też śladami fatimskich wizjonerów – Łucji dos Santos oraz świętych Hiacynty i Franciszka Marto. Modliliśmy się przy ich grobach. Odprawiliśmy Drogę Krzyżową w ich rodzinnych stronach, odwiedziliśmy domy, w których żyli.


W miejscu objawień Matki Bożej zapaliliśmy świece przywiezione wraz z intencjami powierzonymi nam przez Darczyńców w ramach akcji „Twoje światło w Fatimie”.

Podczas tej kilkudniowej wyprawy na każdym kroku spotykaliśmy się z serdeczną otwartością Portugalczyków. Podziwialiśmy ich ludową sztukę i zwyczaje. Mimo że nasze kraje są od siebie bardzo oddalone, w żaden sposób nie czuliśmy się obco. Sprawiła to oczywiście sama Matka Boża, ale też kulturowa bliskość biorąca swój początek w naszej wspólnej wierze. Podczas wyjazdów do historycznych miejsc, które znalazły się na trasie naszej pielgrzymki, mieliśmy okazję przekonać się, że Maryja swoją opieką otacza nie tylko nasz naród, lecz wszystkie nacje, które się Jej ufnie oddają, a także każdą osobę, która zawierza Jej siebie oraz swych bliskich.


Dzieje Portugalii to również historia wierności Bogu i odstępstw, także w życiu władców. Trudne momenty w wymiarze tak osobistym, jak i zbiorowym, przypominają o konieczności ciągłego zabiegania o własną duszę i o łaskę Opatrzności. Wierność przynosi pomyślność – przynajmniej w życiu duchowym. Odstępstwo owocuje nieszczęściem i śmiercią. Te uniwersalne prawdy przychodziły na myśl, gdy słuchaliśmy opowieści przewodników o portugalskich monarchach i wodzach, zwycięskich bitwach i nieszczęśliwych losach grzesznych kochanków.


Byli tym razem pośród Apostołów Fatimy reprezentanci każdego spośród żyjących pokoleń. Najmłodszy uczestnik liczył sobie 13 lat, zaś senior, pan Zdzisław – już 94. – Całe życie marzyłem, by tu przyjechać – przyznał w rozmowie.


Nasza pielgrzymka nie byłaby tak bogata w duchową treść bez obecności duszpasterza – księdza Krzysztofa. Oprócz zapewnienia nam możliwości codziennego wysłuchania Mszy Świętej, dawał on wyrazy swej niezwykłej czci dla Matki Bożej śpiewem Godzinek i pięknych pieśni.


Każdy z nas przywiózł Matce Bożej bagaż własnych intencji, od tych najbardziej osobistych po zbiorowe – dotyczące Kościoła i Ojczyzny. Każdy też otrzymał w duchowym wymiarze to, czego najbardziej potrzebował. To doświadczenie znają wszyscy pielgrzymujący ze szczerą intencją w miejsca szczególnie wybrane przez Pana Boga i przez Maryję.

Wśród tych niezwykłych miejsc jest też Fatima, niosąca do Nieba już od ponad wieku nieprzerwany strumień ludzkiej modlitwy.


Listy od Przyjaciół
 
Listy

Szanowni Państwo!

Jesteście wspaniali! Wasze wydawnictwa oraz gazetki, broszury i ulotki wzmacniają naszą duchowość i informują o wielu faktach oraz miejscach objawień Maryjnych. Artykuły czytam z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę bardzo cenię informacje o Jezusie i Maryi, które w nieskończoność otwierają serca. Pamiętamy w modlitwie o Waszej pracy. Pozdrawiam gorąco Pana Prezesa i cały zespół redakcyjny!

Anna ze Zgierza

 

 

Szczęść Boże!

Kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniała. Popieram ją i bardzo się cieszę, że jesteście i stoicie na straży wiary. Musimy dziękować i wspierać naszą Królową za Jej miłość do naszego Narodu.

Zbigniew z Katowic

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowny Panie Prezesie, dziękuję bardzo serdecznie za przesłane mi pozdrowienia urodzinowe. Ucieszyłam się z bardzo ładnej kartki. Jestem dumna z działalności apostolskiej, jaką Państwo prowadzą. Podobają mi się bardzo czasopisma „Przymierze z Maryją” i „Apostoł Fatimy”. Cieszę się z tego, że mogę w nich znaleźć wiele bardzo ciekawych artykułów poruszających interesujące mnie tematy. Cieszę się z tego, że wiele osób może korzystać z tych czasopism. Pragnęłabym bardzo, aby wielu Polaków mogło zapoznać się z tymi ciekawymi gazetami.

Bardzo serdecznie dziękuję za otrzymane ostatnio „Przymierze z Maryją” i „Apostoła Fatimy”. Znalazłam w tych numerach wiele interesujących mnie zagadnień. Cieszę się z tego, że te czasopisma mogą trafić do wielu rodzin w Polsce. Pragnęłabym dalej otrzymywać te pisma.

Pozdrawiam Maryję Naszą Królową. Życzę Panu i współpracownikom dużo zdrowia i wielu łask Bożych w Jezusie i Maryi.

Wdzięczna Czytelniczka

Krystyna z Pruszkowa

 

 

Szczęść Boże!

Bardzo dziękuję za przysyłanie mi „Przymierza z Maryją”. Jest to pismo, które bardzo sobie cenię i szanuję. Redagujecie ciekawe artykuły. Zawsze czekam na nowe numery i pragnę poinformować, że zawsze będę Was wspierać. Niech Pan Bóg nas prowadzi!

Barbara

 

 

Szanowny Panie Prezesie!

Bardzo dziękuję Panu za życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego oraz fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły i ducha wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla naszej duchowości chrześcijańskiej. Dziękuję bardzo za wszystkie dewocjonalia, materiały, które od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi otrzymałam – są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę całej Redakcji i Panu Prezesowi obfitych łask Bożych. Szczęść Wam Boże na długie lata!

Danuta z Krakowa

 

 

Szanowni Państwo!

Dziękuję za wszystkie numery „Przymierza…”, bo to ciekawe czasopismo. Warto je prenumerować. Dużo opisujecie i dużo się dowiadujemy, co się dzieje teraz i kiedyś – jak to było na świecie dawno temu, w tamtych wiekach. Życzę Wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują zniszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg! Pozdrawiam Was serdecznie,

Maria

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziękuję z całego serca za cudowne „Przymierze z Maryją”. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję to pismo. Jest tam dużo pięknych, cudownych tekstów o Maryi i Jezusie Chrystusie, a także dużo o wierze katolickiej i o naszej kulturze. Są tam piękne tematy i bardzo dobre dla naszego życia wiadomości. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję „Przymierze z Maryją”. Dziękuję, modlę się za cały Apostolat Fatimy i za Pana Prezesa.

Janina z Włocławka

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Panie Sławomirze, w liście zadał mi Pan pytanie, czy jestem dumna z otrzymywanego pisma „Przymierze z Maryją”. Jestem dumna! A dlaczego? Bo jest to pismo jedyne w swoim rodzaju. To ogromna wiedza. Każdy artykuł bogaty w wydarzenia, emanuje częścią historii o naszej wierze katolickiej. Bardzo dużo przeczytałam dobrych książek (bo lubię czytać), ale pismo „Przymierze z Maryją” stawiam na pierwszym miejscu, bo porusza serce, ubogaca duszę i umysł. O wielu sprawach opisanych w artykułach wcześniej nie miałam wiedzy. Ale teraz mając 86 lat jestem poniekąd uczennicą „Przymierza z Maryją”. Mówi się, że człowiek uczy się do końca życia, prawda? Bóg zapłać za tę wiedzę. Z szacunkiem chylę czoło przed wszystkimi osobami za pracę i trud w tworzeniu pisma. A Matka Boża, nasza Królowa, niech Was błogosławi. Przy okazji „Bóg zapłać” za wszystko co dostaję od Stowarzyszenia Księdza Piotra Skargi: za życzenia urodzinowe, za listy Pana Sławomira i wszystkie pamiątki, a szczególnie za koronę Matki Bożej Fatimskiej. Jak stawałam przed Fatimską Panią, mówiłam w duchu: „Jesteś taka skromniutka, skromniutka bez korony”… A teraz moja Dostojna Pani ma koronę! Serdecznie dziękuję, bardzo się cieszę.

A jeszcze kilka słów o mnie… Jestem schorowaną osobą, chodzę o lasce. Nie mam już nawet siły iść sama do kościoła – to około 1 kilometra, ale mój sąsiad zawozi mnie co niedzielę na Mszę. Mam też problemy ze słuchem. Aparat słuchowy nie wszędzie zdaje egzamin, szczególnie w kościele, jak kapłan mówi dalej od mikrofonu, to robi się pogłos, ale jakoś daję sobie radę. Nie narzekam, bo mam dużą rodzinę i opiekuje się mną córka. Praktycznie przejęła wszystkie moje obowiązki. Przepraszam, że nie nadążam za waszymi propozycjami, ale w miarę możliwości będę wspomagać Stowarzyszenie. Życzę Wam wszystkim zdrowia i błogosławieństwa.

Z Panem Bogiem!

Genowefa