
Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody – nakazał Swym uczniom Pan Jezus. Wierny temu przesłaniu Kościół od wieków wysyła swych najlepszych synów, by głosili Ewangelię wśród pogan. Niejeden oddał w tej misji życie. Do grona misjonarzy-męczenników należy między innymi św. Jan Gabriel Perboyre.
W uroczystość Objawienia Pańskiego, 6 stycznia 1802 roku, w niewielkiej miejscowości Puech, na południu Francji, przyszedł na świat Jan Gabriel Perboyre (czyt. perbłar). Jego rodzice, Piotr i Maria Rigal, gospodarowali na roli. Bóg pobłogosławił im ośmiorgiem dzieci. Sami głęboko wierzący, swoje ideały zaszczepili potomstwu. Trzech synów wstąpiło do Zgromadzenia Misjonarzy św. Wincentego a Paulo (zwanych we Francji lazarystami), a dwie córki zostały siostrami miłosierdzia.
Już od szóstego roku życia Jan Gabriel pomagał rodzicom w gospodarstwie – pasł owce. Dwa lata później rozpoczął naukę w szkole ludowej w Montgesty. Zajęcia odbywały się tylko w sezonie zimowym, by nie kolidowały z obowiązkami domowymi. Chłopiec bardzo dobrze się uczył i był nad swój wiek dojrzały. W związku z tym miejscowy proboszcz dopuścił go do Pierwszej Komunii Świętej na rok przed rówieśnikami.
Rodzina Perboyre co wieczór gromadziła się na wspólnej modlitwie. Zadaniem Jana Gabriela było wtedy czytanie na głos tekstów religijnych, przede wszystkim żywotów świętych. Bywało, że podczas zabaw głosił w gronie rówieśników „kazanie” zasłyszane w kościele.
Początkowo wszystko wskazywało, że zgodnie z planami ojca, Jan Gabriel zostanie rolnikiem i przejmie rodzinne gospodarstwo. Bóg miał jednak wobec chłopca inne plany.
Droga do kapłaństwa
W 1817 roku państwo Perboyre postanowili wysłać młodszego, 9-letniego syna Ludwika do szkoły. Było to małe seminarium prowadzone przez księży misjonarzy w Montauban. Mimo że pracował w nim brat ojca, ks. Jakub, chłopiec ciężko znosił rozłąkę z rodziną. By temu zaradzić, Piotr Perboyre zawiózł do niego na kilka miesięcy starszego brata. Jan Gabriel, który również uczestniczył w zajęciach, zrobił na wychowawcach bardzo dobre wrażenie. Zauważyli u niego oznaki powołania. Gdy więc w maju ojciec przyjechał po starszego syna, przekonali go, by zostawił chłopca w szkole.
Przewidywania stryja i jego współpracowników okazały się słuszne. Pod koniec 1818 roku Jan Gabriel złożył prośbę o przyjęcie do Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Nowicjat odbył na miejscu, w Montauban, po czym 28 grudnia 1820 roku złożył pierwsze śluby.
Na studia teologiczne wyjechał do Paryża. Po ukończeniu w ciągu niespełna trzech lat kursu teologii, przełożeni powierzyli mu obowiązki wykładowcy filozofii i wychowawcy młodszych roczników w prowadzonej przez zgromadzenie szkole z internatem w Montdidier (diecezja Amiens). Wszyscy byli pod wrażeniem jego mądrości i dobroci, a także ogromnego zapału do pracy.
Pierwszy okres życia ukoronowały święcenia kapłańskie, które otrzymał 23 września 1826 roku w paryskiej kaplicy Sióstr Miłosierdzia przy ulicy du Bac1 z rąk biskupa Ludwika Dubourga. Wówczas znajdowały się tam jeszcze relikwie św. Wincentego a Paulo.
Wychowawca
Wielkim marzeniem Jana Gabriela był wyjazd na misje do Chin. Podziwiał starszych współbraci, którzy pracowali w Kraju Środka. Ogromne wrażenie wywarła na nim męczeńska śmierć św. Franciszka Regis Cleta. Niestety, prośba jaką w tej sprawie wystosował do przełożonych, została odrzucona ze względu na słabe zdrowie młodego kapłana. Zamiast do Azji, pojechał więc do Saint Flour. Objął tam obowiązki wykładowcy w prowadzonym przez misjonarzy seminarium diecezjalnym. Alumnom wpajał zasadę, że nie ma nic bardziej wstydliwego od tego, kiedy innym wskazuje się drogi doskonałości, a samemu po nich się nie kroczy.
Świetna opinia jaką sobie wypracował, skłoniła przełożonych do powierzenia mu opieki nad internatem dla chłopców pragnących wstąpić do seminarium duchownego. Pod jego zarządem konwikt rozwinął się, potrajając liczbę wychowanków. Gdy po pięciu latach zwierzchnicy przenieśli go do Paryża, wszyscy żegnali go z żalem.
W stolicy Francji miał wspomagać sędziwego dyrektora nowicjatu Zgromadzenia Księży Misjonarzy. I tu nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Taktowny, całym sercem oddany swemu posłannictwu, pobożny, stanowił dla podopiecznych wzór do naśladowania. Już wtedy wielu uważało go za świętego.
W listopadzie 1830 roku ks. Ludwik Perboyre, który także wstąpił do Zgromadzenia Księży Misjonarzy, wyjechał na misje do Chin. Niestety, w drodze rozchorował się i zmarł. Jan Gabriel ze wzruszeniem przyjął smutną wiadomość o śmierci brata i z jeszcze większą determinacją kontynuował zabiegi, by wyjechać do Państwa Środka. Wreszcie marzenia gorliwego kapłana spełniły się. Opierając się na pozytywnej opinii lekarza, przełożeni wyrazili zgodę na jego wyjazd do Azji.
W Chinach
21 marca 1835 roku port Le Havre opuścił statek „Edmond”, na którego pokładzie rozpoczął swą męczeńską misję ks. Jan Gabriel Perboyre. 29 sierpnia znalazł się na terenie portugalskiej kolonii Makao. Tam rozpoczął naukę języka chińskiego. Już 19 grudnia 1835 roku wyruszył do miejsca przeznaczenia – chińskiej prowincji Ho‑Nan (rozciągającej się na południe od Żółtej Rzeki).
Chiny w XIX wieku były krajem pogańskim, separującym się od świata zewnętrznego. Prawo nie pozwalało na wyznawanie, a tym bardziej propagowanie religii chrześcijańskiej. Co pewien czas wybuchały krwawe prześladowania. Z tego powodu ks. Jan Gabriel Perboyre musiał wędrować w przebraniu Chińczyka.
Gdy przybył na miejsce posługi, okazało się, że panuje tam epidemia grypy. Misjonarz zaraził się i ciężko zachorował. Po powrocie do zdrowia kontynuował naukę języka chińskiego. Pod koniec 1836 roku był już w stanie głosić kazania i spowiadać wiernych. Wraz z młodym chińskim misjonarzem ks. Janem Pe rozpoczął wędrówkę po wioskach regionu, by nieść posługę duchową tamtejszym wspólnotom. Dodajmy, że misjonarz przywiózł ze sobą z Francji i z ogromnym zapałem rozpowszechniał Cudowny Medalik, objawiony św. Katarzynie niespełna dekadę wcześniej.
W 1838 roku ks. Jan Gabriel przechodził noc duchową – próbę, poprzez którą Bóg doskonali świątobliwe osoby. W wielkiej udręce ukojenie znajdował w kontemplacji Pana Jezusa ukrzyżowanego.
Śladami Jezusa umęczonego
We wrześniu następnego roku misjonarz został aresztowany. Wymowne są okoliczności tego wydarzenia. Stało się to trzy lata po rozpoczęciu posługi wśród Chińczyków. Wydał go syn jednego z katechistów za cenę 30 srebrnych monet. Towarzyszący kapłanowi chrześcijanin posiadał przy sobie broń. Na prośbę zakonnika poniechał jednak walki.
Skutego kapłana zaprowadzono do wioski Kouaning Tang. Tam odbyło się pierwsze przesłuchanie. Bity przez strażników, obciążony wbijającymi się w ciało kajdanami ks. Perboyre cierpiał w milczeniu. Ujęty jego postawą, wpływowy Chińczyk na własny koszt przetransportował go do stolicy prowincji, by w ten sposób oszczędzić mu cierpień związanych z podróżą w okowach.
W Kou‑Tcheng misjonarz stanął przed dwoma sądami: wojskowym i cywilnym. Potem trafił do oddalonego o dwa dni drogi Siang‑Yang‑Fou. Skuty kajdanami, bity skórzanym pejczem po twarzy i innych partiach ciała, wieszany na słupie, zmuszany do klęczenia na łańcuchach, cierpliwie słuchał niedorzecznych oskarżeń o szpiegostwo na rzecz państw zachodnich, spiskowanie przeciwko cesarzowi, itp.
Pod koniec listopada 1839 roku misjonarza wraz z innymi aresztowanymi chrześcijanami przetransportowano do miasta Wuchang – stolicy prowincji Hubei. Podróż odbywała się w nieludzkich warunkach na pokładzie statku. Stłoczeni pod pokładem więźniowie cierpieli głód. Ks. Jan Gabriel oddawał się medytacji i niósł pociechę duchową towarzyszom niedoli.
Po przybyciu na miejsce wtrącono ich do więzienia Sądu Karnego, w którym panowały straszliwe warunki higieniczne. Po cuchnącej ziemi biegały skorpiony. Więźniowie skuci byli ze sobą w taki sposób, by nawzajem ranili się pętami. Postawionego przed sądem kapłana zmuszono do uklęknięcia i trzymania nad sobą ciężkiej belki, która co pewien czas opadała mu na głowę, raniąc ją. Jeszcze kilkakrotnie prowadzono go na przesłuchanie, co łączyło się z kolejnymi torturami. Wreszcie sprawą zajął się inicjator prześladowań wicekról Tchow‑Thien‑Tsio.
Ten próbował odwieść ks. Perboyre od wiary i zmusić do podeptania rzuconego na ziemię krzyża. Męczennik ukląkł jednak przy Znaku Zbawienia i ucałował go ze czcią. Wobec tego poddano go kolejnym torturom, m.in. klęczeniu na potłuczonej porcelanie, biczowaniu, przypiekaniu gorącym żelazem, rzucaniu z wysokości na ziemię itd. Wszystko na darmo. Ks. Jan Gabriel pozostał wierny Chrystusowi. W związku z tym wicekról skazał go na śmierć przez uduszenie.
Chwalebna śmierć
Nim nadeszło zatwierdzenie wyroku przez cesarza, kontakt ze skazańcem nawiązali współwyznawcy. Przekupili strażników, dzięki czemu męczennik mógł przystąpić do sakramentu spowiedzi. Dostarczono mu także ubranie i trochę jedzenia. Na prośbę wikariusza apostolskiego ks. Józefa Rizzolatiego misjonarz skreślił list, w którym zrelacjonował w kilku zdaniach swoje przeżycia w śledztwie.
W piątek 11 września 1840 roku, natychmiast po nadejściu potwierdzającego wyrok dekretu cesarskiego, strażnicy wyprowadzili ks. Perboyre za miasto. Za skrępowane na plecach ręce zatknęli kij z powiewającą jak sztandar informacją o wyroku. Wraz z męczennikiem na egzekucję popędzono pięciu złoczyńców. Ks. Jan Gabriel umierał jako ostatni. Gdy przyszła jego kolej, ukląkł i modlił się gorąco. Następnie oprawcy przywiązali mu ręce do poziomej belki szubienicy, która kształtem przypominała krzyż, a na szyję założyli pętlę. Zgodnie z wyrokiem kaźń przebiegała powoli. Dwukrotnie kat za pomocą bambusowego kija zaciskał i rozluźniał pętlę, nim za trzecim razem docisnął ją ostatecznie. Drgające ciało świętego jeden z żołnierzy kopnął w brzuch, by się upewnić, że jest ono martwe. Było południe…
Ciało zakonnika udało się Kościołowi wykupić. Zaledwie kilkanaście lat później, tzn. w 1843 roku, rozpoczął się proces beatyfikacyjny. Uroczystego wyniesienia ks. Jana Gabriela Perboyre na ołtarze dokonał papież Leon XIII. Stało się to 10 października 1889 roku. Ponad wiek później, 2 czerwca 1996 roku, Ojciec Święty Jan Paweł II ogłosił go świętym.
Adam Kowalik
1 To słynna kaplica Cudownego Medalika, miejsce objawień NMP.
W tym numerze „Przymierza z Maryją” postanowiliśmy podjąć tematykę edukacji młodych pokoleń Polaków. Pokładamy nadzieję w chrześcijańskim, czy też ściślej – katolickim kształceniu i wychowaniu. Pamiętamy bowiem, że katolicyzm jest nie tylko doktryną, dogmatem czy też zbiorem modlitw i obrzędów, lecz nade wszystko żywą relacją z Bogiem i powinien oddziaływać na całe państwo i całe społeczeństwo.
Pomiędzy 25 a 29 maja wraz z grupą Apostołów Fatimy pielgrzymowaliśmy do miejsca, w którym 109 lat temu trojgu portugalskim pastuszkom ukazywała się Matka Boża, niosąc światu przesłanie pokuty i nadziei.
Fatima, choć jest odwiedzana przez bardzo licznych wiernych oraz turystów, zdołała jednak zachować atmosferę ciszy. Wyjąwszy największe uroczystości gromadzące wielotysięczne rzesze uczestników, można tam zarówno modlić się, jak i słuchać w skupieniu. Każdego dnia chętnie korzystaliśmy z tej możliwości tym bardziej, że nasz hotel położony był w bezpośredniej bliskości bazyliki oraz miejsca Maryjnych objawień.
Codziennie uczestniczyliśmy też w tradycyjnych nabożeństwach i procesjach na olbrzymim placu przed sanktuarium. W trakcie trzeciego wieczoru przedstawiciele naszej grupy mieli zaszczytną okazję prowadzić fragment modlitwy. W pamięci uczestników pozostanie z pewnością atmosfera towarzysząca tym różańcowym spotkaniom. Wypowiadane przez setki pielgrzymów w różnych językach wezwania Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… podkreślały zarówno jedność jak i różnorodność Kościoła. Z drugiej strony jednak – zamiast harmonii rodziły szum, utrudniając modlitewne skupienie. Może gospodarze tego cudownego miejsca zechcą kiedyś „odkryć” na nowo łacinę?
Niespokojny duch współczesności daje też w Fatimie znać o sobie w sposób widoczny gołym okiem. Niby w trosce o prostotę i skromność stara się on jak może zasłonić sanktuarium, wznosząc wokół betonowe bryły, z których niektóre nawet zostały poświęcone jako miejsca katolickiego kultu. Tylko co wspólnego z żywą, autentyczną wiarą mogą mieć płaskie, szare bunkry albo kaplice, w których Tabernakulum przypomina bardziej skrzynkę na narzędzia? Albo co powiedzieć o ustawionym tuż przy nowej bazylice wielkim krzyżu, na którym zamiast Chrystusa umieszczono dziwaczną postać jakby wyjętą ze starożytnych hieroglifów? W kulturowym kontekście naszych czasów to raczej karykatura niż godny wizerunek Zbawiciela…
Zatem nawet w bezpośrednim otoczeniu sanktuarium naocznie przekonaliśmy się, że wewnątrz Kościoła toczy się ogromna walka o kształt katolicyzmu i o serca wierzących. Do czego to zmaganie może prowadzić, widzieliśmy w urokliwym, niewielkim mieście Obidos, gdzie w miejscu dawnego kościoła działa dzisiaj… księgarnia.
Nasze pielgrzymkowe wyprawy, których celem były wspaniałe klasztory w miasteczku Alcobaça czy w Batalhi, przeniosły nas do czasów, gdy świątynie bez wątpienia wznoszono na chwałę Bożą, na przykład – w podzięce za Opatrznościową pomoc w wygranej bitwie o niepodległość kraju. Zachwyt budziła potężna, a zarazem misterna architektura tych monumentalnych dzieł, wspaniałe zdobienia, dbałość ich twórców o detale, połączenie talentów z wytrwałością i pracowitością budowniczych.
Podążyliśmy też śladami fatimskich wizjonerów – Łucji dos Santos oraz świętych Hiacynty i Franciszka Marto. Modliliśmy się przy ich grobach. Odprawiliśmy Drogę Krzyżową w ich rodzinnych stronach, odwiedziliśmy domy, w których żyli.
W miejscu objawień Matki Bożej zapaliliśmy świece przywiezione wraz z intencjami powierzonymi nam przez Darczyńców w ramach akcji „Twoje światło w Fatimie”.
Podczas tej kilkudniowej wyprawy na każdym kroku spotykaliśmy się z serdeczną otwartością Portugalczyków. Podziwialiśmy ich ludową sztukę i zwyczaje. Mimo że nasze kraje są od siebie bardzo oddalone, w żaden sposób nie czuliśmy się obco. Sprawiła to oczywiście sama Matka Boża, ale też kulturowa bliskość biorąca swój początek w naszej wspólnej wierze. Podczas wyjazdów do historycznych miejsc, które znalazły się na trasie naszej pielgrzymki, mieliśmy okazję przekonać się, że Maryja swoją opieką otacza nie tylko nasz naród, lecz wszystkie nacje, które się Jej ufnie oddają, a także każdą osobę, która zawierza Jej siebie oraz swych bliskich.
Dzieje Portugalii to również historia wierności Bogu i odstępstw, także w życiu władców. Trudne momenty w wymiarze tak osobistym, jak i zbiorowym, przypominają o konieczności ciągłego zabiegania o własną duszę i o łaskę Opatrzności. Wierność przynosi pomyślność – przynajmniej w życiu duchowym. Odstępstwo owocuje nieszczęściem i śmiercią. Te uniwersalne prawdy przychodziły na myśl, gdy słuchaliśmy opowieści przewodników o portugalskich monarchach i wodzach, zwycięskich bitwach i nieszczęśliwych losach grzesznych kochanków.
Byli tym razem pośród Apostołów Fatimy reprezentanci każdego spośród żyjących pokoleń. Najmłodszy uczestnik liczył sobie 13 lat, zaś senior, pan Zdzisław – już 94. – Całe życie marzyłem, by tu przyjechać – przyznał w rozmowie.
Nasza pielgrzymka nie byłaby tak bogata w duchową treść bez obecności duszpasterza – księdza Krzysztofa. Oprócz zapewnienia nam możliwości codziennego wysłuchania Mszy Świętej, dawał on wyrazy swej niezwykłej czci dla Matki Bożej śpiewem Godzinek i pięknych pieśni.
Każdy z nas przywiózł Matce Bożej bagaż własnych intencji, od tych najbardziej osobistych po zbiorowe – dotyczące Kościoła i Ojczyzny. Każdy też otrzymał w duchowym wymiarze to, czego najbardziej potrzebował. To doświadczenie znają wszyscy pielgrzymujący ze szczerą intencją w miejsca szczególnie wybrane przez Pana Boga i przez Maryję.
Wśród tych niezwykłych miejsc jest też Fatima, niosąca do Nieba już od ponad wieku nieprzerwany strumień ludzkiej modlitwy.
Szanowni Państwo!
Jesteście wspaniali! Wasze wydawnictwa oraz gazetki, broszury i ulotki wzmacniają naszą duchowość i informują o wielu faktach oraz miejscach objawień Maryjnych. Artykuły czytam z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę bardzo cenię informacje o Jezusie i Maryi, które w nieskończoność otwierają serca. Pamiętamy w modlitwie o Waszej pracy. Pozdrawiam gorąco Pana Prezesa i cały zespół redakcyjny!
Anna ze Zgierza
Szczęść Boże!
Kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniała. Popieram ją i bardzo się cieszę, że jesteście i stoicie na straży wiary. Musimy dziękować i wspierać naszą Królową za Jej miłość do naszego Narodu.
Zbigniew z Katowic
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szanowny Panie Prezesie, dziękuję bardzo serdecznie za przesłane mi pozdrowienia urodzinowe. Ucieszyłam się z bardzo ładnej kartki. Jestem dumna z działalności apostolskiej, jaką Państwo prowadzą. Podobają mi się bardzo czasopisma „Przymierze z Maryją” i „Apostoł Fatimy”. Cieszę się z tego, że mogę w nich znaleźć wiele bardzo ciekawych artykułów poruszających interesujące mnie tematy. Cieszę się z tego, że wiele osób może korzystać z tych czasopism. Pragnęłabym bardzo, aby wielu Polaków mogło zapoznać się z tymi ciekawymi gazetami.
Bardzo serdecznie dziękuję za otrzymane ostatnio „Przymierze z Maryją” i „Apostoła Fatimy”. Znalazłam w tych numerach wiele interesujących mnie zagadnień. Cieszę się z tego, że te czasopisma mogą trafić do wielu rodzin w Polsce. Pragnęłabym dalej otrzymywać te pisma.
Pozdrawiam Maryję Naszą Królową. Życzę Panu i współpracownikom dużo zdrowia i wielu łask Bożych w Jezusie i Maryi.
Wdzięczna Czytelniczka
Krystyna z Pruszkowa
Szczęść Boże!
Bardzo dziękuję za przysyłanie mi „Przymierza z Maryją”. Jest to pismo, które bardzo sobie cenię i szanuję. Redagujecie ciekawe artykuły. Zawsze czekam na nowe numery i pragnę poinformować, że zawsze będę Was wspierać. Niech Pan Bóg nas prowadzi!
Barbara
Szanowny Panie Prezesie!
Bardzo dziękuję Panu za życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego oraz fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły i ducha wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla naszej duchowości chrześcijańskiej. Dziękuję bardzo za wszystkie dewocjonalia, materiały, które od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi otrzymałam – są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę całej Redakcji i Panu Prezesowi obfitych łask Bożych. Szczęść Wam Boże na długie lata!
Danuta z Krakowa
Szanowni Państwo!
Dziękuję za wszystkie numery „Przymierza…”, bo to ciekawe czasopismo. Warto je prenumerować. Dużo opisujecie i dużo się dowiadujemy, co się dzieje teraz i kiedyś – jak to było na świecie dawno temu, w tamtych wiekach. Życzę Wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują zniszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg! Pozdrawiam Was serdecznie,
Maria
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Dziękuję z całego serca za cudowne „Przymierze z Maryją”. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję to pismo. Jest tam dużo pięknych, cudownych tekstów o Maryi i Jezusie Chrystusie, a także dużo o wierze katolickiej i o naszej kulturze. Są tam piękne tematy i bardzo dobre dla naszego życia wiadomości. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję „Przymierze z Maryją”. Dziękuję, modlę się za cały Apostolat Fatimy i za Pana Prezesa.
Janina z Włocławka
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Panie Sławomirze, w liście zadał mi Pan pytanie, czy jestem dumna z otrzymywanego pisma „Przymierze z Maryją”. Jestem dumna! A dlaczego? Bo jest to pismo jedyne w swoim rodzaju. To ogromna wiedza. Każdy artykuł bogaty w wydarzenia, emanuje częścią historii o naszej wierze katolickiej. Bardzo dużo przeczytałam dobrych książek (bo lubię czytać), ale pismo „Przymierze z Maryją” stawiam na pierwszym miejscu, bo porusza serce, ubogaca duszę i umysł. O wielu sprawach opisanych w artykułach wcześniej nie miałam wiedzy. Ale teraz mając 86 lat jestem poniekąd uczennicą „Przymierza z Maryją”. Mówi się, że człowiek uczy się do końca życia, prawda? Bóg zapłać za tę wiedzę. Z szacunkiem chylę czoło przed wszystkimi osobami za pracę i trud w tworzeniu pisma. A Matka Boża, nasza Królowa, niech Was błogosławi. Przy okazji „Bóg zapłać” za wszystko co dostaję od Stowarzyszenia Księdza Piotra Skargi: za życzenia urodzinowe, za listy Pana Sławomira i wszystkie pamiątki, a szczególnie za koronę Matki Bożej Fatimskiej. Jak stawałam przed Fatimską Panią, mówiłam w duchu: „Jesteś taka skromniutka, skromniutka bez korony”… A teraz moja Dostojna Pani ma koronę! Serdecznie dziękuję, bardzo się cieszę.
A jeszcze kilka słów o mnie… Jestem schorowaną osobą, chodzę o lasce. Nie mam już nawet siły iść sama do kościoła – to około 1 kilometra, ale mój sąsiad zawozi mnie co niedzielę na Mszę. Mam też problemy ze słuchem. Aparat słuchowy nie wszędzie zdaje egzamin, szczególnie w kościele, jak kapłan mówi dalej od mikrofonu, to robi się pogłos, ale jakoś daję sobie radę. Nie narzekam, bo mam dużą rodzinę i opiekuje się mną córka. Praktycznie przejęła wszystkie moje obowiązki. Przepraszam, że nie nadążam za waszymi propozycjami, ale w miarę możliwości będę wspomagać Stowarzyszenie. Życzę Wam wszystkim zdrowia i błogosławieństwa.
Z Panem Bogiem!
Genowefa