Historia
 
Do końca wierni Księża z Katynia
Marcin Więckowski

Ten las z pozoru nie różni się niczym od wszystkich innych. Brzozy o śnieżnobiałych pniach pną się wysoko do góry, jedna obok drugiej. Spokój tego miejsca ginie jednak na zawsze, kiedy do lasu wjeżdżają pierwsze spychacze, by wykopać głębokie, podłużne rowy. Potem ciężarówki przywożą więźniów, wszystkich w polskich mundurach. Wyprowadzani są pojedynczo z dźwiękoszczelnej kabiny, przekonani, że mają zostać przeniesieni do innego obozu. Dopiero w ostatnim momencie dociera do nich, co się dzieje, ale wtedy jest już za późno na walkę lub ucieczkę. Jeden enkawudzista przytrzymuje za kołnierz, drugi wiąże ręce sznurem. Kilka wymuszonych kroków do przodu. Pierwszy kat trzymający więźnia uchyla się, aby nie zostać zbryzganym krwią. Drugi strzela w tył głowy. Ciało pada bezwładnie do rowu. To już trzecia warstwa…

 

Kiedy Polacy bili się dzielnie z niemieckim wrogiem, który napadł na nasz kraj od zachodu, północy i południa, na dotychczas spokojnych wschodnich rubieżach państwa polskiego trwało odtwarzanie jednostek i mobilizacja rezerw.

 

Dnia 17 września…

Jednak ostatnie nadzieje na skuteczną obronę przed agresorem prysły w chwili przekroczenia granicy wschodniej przez oddziały Armii Czerwonej. Wkraczający zaraz za nią funkcjonariusze sowieckiej tajnej policji, NKWD, wprowadzili na podbitych ziemiach terror niczym nieróżniący się od tego, jaki rozpętało gestapo na terenach znajdujących się pod okupacją niemiecką. Wiosną 1940 roku ofiarą enkawudzistów miały paść 22 tysiące obywateli polskich, których jedyną „winą” było przywiązanie do niepodległej Rzeczypospolitej. W tym roku obchodzimy 80. rocznicę zbrodni katyńskiej.

Słowo „Katyń” w naszej powszechnej świadomości kojarzy się przede wszystkim z wojskiem. Słusznie, bo głównym celem oprawców był korpus oficerski Wojska Polskiego, znienawidzony przez Sowietów za zadaną im klęskę w 1920 roku i jego rzekomą „klasowość”. Jest to jednak również duże uproszczenie. Ofiarą zbrodni padli przede wszystkim żołnierze rezerwy, którzy na co dzień byli naukowcami, nauczycielami, prawnikami, lekarzami i duchownymi. Krótko mówiąc – elitą narodu. Szczególną grupę pośród nich stanowili księża.

 

Służba w niewoli

Według oficjalnych statystyk NKWD z 1 kwietnia 1940 roku (sporządzonych na dwa dni przed rozpoczęciem egzekucji) w obozie jenieckim w Kozielsku przebywało ośmiu duchownych, w Starobielsku dziewięciu, a w „policyjnym” obozie w Ostaszkowie (gdzie przetrzymywano głównie funkcjonariuszy Policji Państwowej, Straży Granicznej i Służby Więziennej) – pięciu. Dziś wiemy jednak, że te dane są niepełne, bo wielu kapłanów ukrywało swój status, nie z obawy o życie, ale przed tym, że zarejestrowani jako duchowni mogliby zostać oddzieleni od swoich podopiecznych. Stowarzyszenie Pamięci Kapelanów Katyńskich we współpracy z Episkopatem Polski ustaliło w 2018 r., że we wszystkich miejscach straceń zginęło co najmniej 33 duszpasterzy Wojska Polskiego, z których 20 było żołnierzami zawodowymi, 11 rezerwistami, a dwóch klerykami, których powołano do służby we wrześniu 1939 r. jako sanitariuszy. Pod kątem wyznaniowym na grupę 33 katyńskich kapelanów składało się 26 rzymskich katolików, jeden grekokatolik, trzech prawosławnych, dwóch ewangelików oraz jeden żydowski rabin. Możliwe jednak, że i te informacje są niekompletne, a wszystkich nazwisk katyńskich duchownych nie poznamy nigdy.

 

Kapelani prowadzili opiekę duszpasterską nad żołnierzami, dzieląc z nimi wszystkie trudy życia w niewoli: głód, zimno, tęsknotę za domem i rodziną, strach przed rysującą się w ciemnych barwach przyszłością, szykany i zniewagi ze strony strażników. Spowiadali na spacerach, organizowali życie religijnie w obozach, odprawiali Msze św. na więziennych pryczach ze zwykłym chlebem zamiast komunikatów, których nie mieli. W grudniu 1939 r. postarali się o choinkę do każdego baraku i jakieś skromne ozdoby, inicjowali wspólne śpiewanie kolęd. Kiedy sowieckie władze zorientowały się, jaki wpływ wywierają duszpasterze na swoich podopiecznych, usiłowali oddzielić ich od reszty więźniów, umieszczając w izolatkach, więzieniach specjalnych lub przenosząc z obozu do obozu. Kapelani pozostali jednak ze swoimi żołnierzami do samego końca, tak jak przysięgali, spowiadając jeszcze niczego nieświadomych nawet w drodze na miejsce kaźni, a tuż przed własną śmiercią udzielając wszystkim absolucji.

Pozostali z nimi na zawsze w braterskich mogiłach w Katyniu, Miednoje, Kuropatach i Bykowni, a także innych, wciąż nieznanych nam miejscach.

 

Twarze bohaterów

Dokładne opisanie życia i dokonań każdego ze znanych nam katyńskich kapelanów to temat na książkę. Tutaj tylko więc nakreślę biografie kilku z nich. Za klasyczny życiorys katyńskiego kapelana może posłużyć historia ks. mjr. Jana Leona Ziółkowskiego (pośmiertnie awansowanego do stopnia podpułkownika w roku 2007), możliwe, że obecnie najbardzieh znanej postaci z grona katyńskich księży. Urodził się w 1889 roku w Woli Wieruszyckiej pod Bochnią w diecezji krakowskiej. Ukończył diecezjalne seminarium duchowne w Krakowie i studiował teologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1913 roku przyjął święcenia kapłańskie i został wikariuszem w parafii w Babicach. Jednak kiedy wezwała go ojczyzna, w 1919 roku na ochotnika poszedł walczyć z bolszewikami. Tak rozpoczęła się, trwająca 21 lat, wspaniała służba kapelana. Swój szlak bojowy w wojnie polsko-bolszewickiej ksiądz Ziółkowski rozpoczął od bitwy pod Dyneburgiem w styczniu 1920 roku, w której polskie wojsko uratowało zaprzyjaźnioną Łotwę, tak jak Polska zaatakowaną przez bolszewicką Rosję. Później przeszedł ze swoją jednostką całą wyprawę kijowską wiosną 1920 roku oraz wyczerpujący i bardzo niebezpieczny odwrót z Ukrainy latem. Uczestniczył w odparciu wroga spod bram Warszawy w sierpniu i w ostatecznym rozgromieniu armii bolszewickiej nad Niemnem we wrześniu 1920 roku. Zdobył Krzyż Walecznych za ratowanie rannych i spowiadanie umierających żołnierzy pod ostrzałem. Otrzymał także kilka niższych odznaczeń polskich i łotewskich. Przez całe dwudziestolecie międzywojenne był kapelanem dużych jednostek wojskowych. We wrześniu 1939 roku w nieznanych okolicznościach dostał się do niewoli sowieckiej i przebywał ze swoimi żołnierzami w obozie w Kozielsku. Został zamordowany w kwietniu 1940 roku w Katyniu.

 

Co nie powinno dziwić, wielu katyńskich kapelanów pochodziło z Kresów wschodnich, bo to właśnie te ziemie dostały się pod sowiecką okupację w 1939 roku. Za przykłady mogą tu posłużyć dwaj inni majorzy pośmiertnie awansowani na podpułkowników – ks. Antoni Aleksandrowicz i ks. Edward Choma. Pierwszy z nich pochodził z terenów dzisiejszej Białorusi, urodził się jako potomek powstańca styczniowego w typowo polskiej wsi pod Mińskiem. Wstąpił do rzymskokatolickiego seminarium w Petersburgu i przyjął święcenia kapłańskie w 1917 roku, tuż przed rewolucją bolszewicką. Dwa lata później wstąpił do Wojska Polskiego i służył na froncie do końca wojny polsko-bolszewickiej. Po demobilizacji kierował kilkoma parafiami wojskowymi w różnych garnizonach. Po dostaniu się do sowieckiej niewoli przebywał w Starobielsku, w specjalnym więzieniu na Butyrkach w Moskwie, a w końcu w Kozielsku. Zginął wywieziony do Katynia. Ksiądz Choma również był Kresowiakiem, pochodził ze Złoczowa w województwie lwowskim. Został księdzem i kapelanem jeszcze w czasach zaborów, opiekując się polskimi żołnierzami armii austriackiej na froncie włoskim. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości uczestniczył w wojnie polsko-ukraińskiej i obronie Lwowa, a także wojnie polsko-bolszewickiej, za co dosłużył się Krzyża Walecznych i Medalu Niepodległości. Później przez dwadzieścia lat był proboszczem kolejnych wojskowych parafii. Jego losy od września 1939 aż do śmierci w Katyniu wiosną 1940 roku są identyczne jak ks. Aleksandrowicza.

 

Bardzo interesującym przykładem jest jedyny w gronie katyńskich kapelanów grekokatolik, ks. mjr Mikołaj Ilków. Urodził się w ukraińskiej rodzinie pod Kałuszem na terenie greckokatolickiej diecezji stanisławowskiej. Studiował teologię na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i przyjął święcenia kapłańskie w 1919 roku. Był nie tylko sprawnym administratorem wielu parafii, ale także posłem na Sejm RP z ramienia Partii Ukraińsko-Włościańskiej. W 1935 roku został zawodowym kapelanem Wojska Polskiego. W niewoli opiekował się przede wszystkim żołnierzami pochodzenia ukraińskiego, znając ich modlitwy, obrządek i język. Zginął w Katyniu jako Ukrainiec do końca lojalny wobec Polski.

 

Wśród katyńskich duchownych nie zabrakło także zakonnika. Najmłodszym z całego opisywanego grona był urodzony w roku 1916 kleryk kpt. Ignacy Drabczyński, który przyjął imię brata Dominika w zgromadzeniu franciszkanów reformatów. Pochodził z Kęt w archidiecezji krakowskiej. Kształcił się w Krakowie i Wieliczce, gdzie w 1938 roku złożył śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. Wypełniając je, na polecenie swoich przełożonych, po wybuchu wojny z Niemcami wraz z grupą zakonników wyruszył na wschód, do Chełma, gdzie służył jako sanitariusz w szpitalu polowym. Po zajęciu tego miasta przez Armię Czerwoną dostał się do niewoli. W rezerwie Wojska Polskiego nosił stopień porucznika (pośmiertnie został awansowany na kapitana). Nie było mu dane ukończyć studiów kapłańskich. Zginął jako franciszkański kleryk w Katyniu, rozstrzelany w maju 1940 roku wraz z jedną z ostatnich grup więźniów przeznaczonych do likwidacji.

 

Historia zatacza krąg

10 kwietnia 2010 roku polski samolot z państwową delegacją zmierzającą do Smoleńska na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej rozbił się przy lądowaniu. Na pokładzie znajdowało się ośmiu księży katolickich, jeden prawosławny oraz jeden duchowny ewangelicki: kapelani Wojska Polskiego, kapelan prezydenta, kapelani rodzin katyńskich oraz rektor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W ten tragiczny sposób historia katyńskich kapelanów dopisała krwawymi literami kolejny rozdział. Miejmy nadzieję, że już ostatni…

 

Marcin Więckowski



NAJNOWSZE WYDANIE:
Uczmy i wychowujmy po katolicku!
W tym numerze „Przymierza z Maryją” postanowiliśmy podjąć tematykę edukacji młodych pokoleń Polaków. Pokładamy nadzieję w chrześcijańskim, czy też ściślej – katolickim kształceniu i wychowaniu. Pamiętamy bowiem, że katolicyzm jest nie tylko doktryną, dogmatem czy też zbiorem modlitw i obrzędów, lecz nade wszystko żywą relacją z Bogiem i powinien oddziaływać na całe państwo i całe społeczeństwo.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
W odwiedzinach u Fatimskiej Pani
Roman Motoła

Pomiędzy 25 a 29 maja wraz z grupą Apostołów Fatimy pielgrzymowaliśmy do miejsca, w którym 109 lat temu trojgu portugalskim pastuszkom ukazywała się Matka Boża, niosąc światu przesłanie pokuty i nadziei.

 

Fatima, choć jest odwiedzana przez bardzo licznych wiernych oraz turystów, zdołała jednak zachować atmosferę ciszy. Wyjąwszy największe uroczystości gromadzące wielotysięczne rzesze uczestników, można tam zarówno modlić się, jak i słuchać w skupieniu. Każdego dnia chętnie korzystaliśmy z tej możliwości tym bardziej, że nasz hotel położony był w bezpośredniej bliskości bazyliki oraz miejsca Maryjnych objawień.


Codziennie uczestniczyliśmy też w tradycyjnych nabożeństwach i procesjach na olbrzymim placu przed sanktuarium. W trakcie trzeciego wieczoru przedstawiciele naszej grupy mieli zaszczytną okazję prowadzić fragment modlitwy. W pamięci uczestników pozostanie z pewnością atmosfera towarzysząca tym różańcowym spotkaniom. Wypowiadane przez setki pielgrzymów w różnych językach wezwania Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… podkreślały zarówno jedność jak i różnorodność Kościoła. Z drugiej strony jednak – zamiast harmonii rodziły szum, utrudniając modlitewne skupienie. Może gospodarze tego cudownego miejsca zechcą kiedyś „odkryć” na nowo łacinę?


Niespokojny duch współczesności daje też w Fatimie znać o sobie w sposób widoczny gołym okiem. Niby w trosce o prostotę i skromność stara się on jak może zasłonić sanktuarium, wznosząc wokół betonowe bryły, z których niektóre nawet zostały poświęcone jako miejsca katolickiego kultu. Tylko co wspólnego z żywą, autentyczną wiarą mogą mieć płaskie, szare bunkry albo kaplice, w których Tabernakulum przypomina bardziej skrzynkę na narzędzia? Albo co powiedzieć o ustawionym tuż przy nowej bazylice wielkim krzyżu, na którym zamiast Chrystusa umieszczono dziwaczną postać jakby wyjętą ze starożytnych hieroglifów? W kulturowym kontekście naszych czasów to raczej karykatura niż godny wizerunek Zbawiciela…

Zatem nawet w bezpośrednim otoczeniu sanktuarium naocznie przekonaliśmy się, że wewnątrz Kościoła toczy się ogromna walka o kształt katolicyzmu i o serca wierzących. Do czego to zmaganie może prowadzić, widzieliśmy w urokliwym, niewielkim mieście Obidos, gdzie w miejscu dawnego kościoła działa dzisiaj… księgarnia.


Nasze pielgrzymkowe wyprawy, których celem były wspaniałe klasztory w miasteczku Alcobaça czy w Batalhi, przeniosły nas do czasów, gdy świątynie bez wątpienia wznoszono na chwałę Bożą, na przykład – w podzięce za Opatrznościową pomoc w wygranej bitwie o niepodległość kraju. Zachwyt budziła potężna, a zarazem misterna architektura tych monumentalnych dzieł, wspaniałe zdobienia, dbałość ich twórców o detale, połączenie talentów z wytrwałością i pracowitością budowniczych.


Podążyliśmy też śladami fatimskich wizjonerów – Łucji dos Santos oraz świętych Hiacynty i Franciszka Marto. Modliliśmy się przy ich grobach. Odprawiliśmy Drogę Krzyżową w ich rodzinnych stronach, odwiedziliśmy domy, w których żyli.


W miejscu objawień Matki Bożej zapaliliśmy świece przywiezione wraz z intencjami powierzonymi nam przez Darczyńców w ramach akcji „Twoje światło w Fatimie”.

Podczas tej kilkudniowej wyprawy na każdym kroku spotykaliśmy się z serdeczną otwartością Portugalczyków. Podziwialiśmy ich ludową sztukę i zwyczaje. Mimo że nasze kraje są od siebie bardzo oddalone, w żaden sposób nie czuliśmy się obco. Sprawiła to oczywiście sama Matka Boża, ale też kulturowa bliskość biorąca swój początek w naszej wspólnej wierze. Podczas wyjazdów do historycznych miejsc, które znalazły się na trasie naszej pielgrzymki, mieliśmy okazję przekonać się, że Maryja swoją opieką otacza nie tylko nasz naród, lecz wszystkie nacje, które się Jej ufnie oddają, a także każdą osobę, która zawierza Jej siebie oraz swych bliskich.


Dzieje Portugalii to również historia wierności Bogu i odstępstw, także w życiu władców. Trudne momenty w wymiarze tak osobistym, jak i zbiorowym, przypominają o konieczności ciągłego zabiegania o własną duszę i o łaskę Opatrzności. Wierność przynosi pomyślność – przynajmniej w życiu duchowym. Odstępstwo owocuje nieszczęściem i śmiercią. Te uniwersalne prawdy przychodziły na myśl, gdy słuchaliśmy opowieści przewodników o portugalskich monarchach i wodzach, zwycięskich bitwach i nieszczęśliwych losach grzesznych kochanków.


Byli tym razem pośród Apostołów Fatimy reprezentanci każdego spośród żyjących pokoleń. Najmłodszy uczestnik liczył sobie 13 lat, zaś senior, pan Zdzisław – już 94. – Całe życie marzyłem, by tu przyjechać – przyznał w rozmowie.


Nasza pielgrzymka nie byłaby tak bogata w duchową treść bez obecności duszpasterza – księdza Krzysztofa. Oprócz zapewnienia nam możliwości codziennego wysłuchania Mszy Świętej, dawał on wyrazy swej niezwykłej czci dla Matki Bożej śpiewem Godzinek i pięknych pieśni.


Każdy z nas przywiózł Matce Bożej bagaż własnych intencji, od tych najbardziej osobistych po zbiorowe – dotyczące Kościoła i Ojczyzny. Każdy też otrzymał w duchowym wymiarze to, czego najbardziej potrzebował. To doświadczenie znają wszyscy pielgrzymujący ze szczerą intencją w miejsca szczególnie wybrane przez Pana Boga i przez Maryję.

Wśród tych niezwykłych miejsc jest też Fatima, niosąca do Nieba już od ponad wieku nieprzerwany strumień ludzkiej modlitwy.


Listy od Przyjaciół
 
Listy

Szanowni Państwo!

Jesteście wspaniali! Wasze wydawnictwa oraz gazetki, broszury i ulotki wzmacniają naszą duchowość i informują o wielu faktach oraz miejscach objawień Maryjnych. Artykuły czytam z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę bardzo cenię informacje o Jezusie i Maryi, które w nieskończoność otwierają serca. Pamiętamy w modlitwie o Waszej pracy. Pozdrawiam gorąco Pana Prezesa i cały zespół redakcyjny!

Anna ze Zgierza

 

 

Szczęść Boże!

Kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniała. Popieram ją i bardzo się cieszę, że jesteście i stoicie na straży wiary. Musimy dziękować i wspierać naszą Królową za Jej miłość do naszego Narodu.

Zbigniew z Katowic

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowny Panie Prezesie, dziękuję bardzo serdecznie za przesłane mi pozdrowienia urodzinowe. Ucieszyłam się z bardzo ładnej kartki. Jestem dumna z działalności apostolskiej, jaką Państwo prowadzą. Podobają mi się bardzo czasopisma „Przymierze z Maryją” i „Apostoł Fatimy”. Cieszę się z tego, że mogę w nich znaleźć wiele bardzo ciekawych artykułów poruszających interesujące mnie tematy. Cieszę się z tego, że wiele osób może korzystać z tych czasopism. Pragnęłabym bardzo, aby wielu Polaków mogło zapoznać się z tymi ciekawymi gazetami.

Bardzo serdecznie dziękuję za otrzymane ostatnio „Przymierze z Maryją” i „Apostoła Fatimy”. Znalazłam w tych numerach wiele interesujących mnie zagadnień. Cieszę się z tego, że te czasopisma mogą trafić do wielu rodzin w Polsce. Pragnęłabym dalej otrzymywać te pisma.

Pozdrawiam Maryję Naszą Królową. Życzę Panu i współpracownikom dużo zdrowia i wielu łask Bożych w Jezusie i Maryi.

Wdzięczna Czytelniczka

Krystyna z Pruszkowa

 

 

Szczęść Boże!

Bardzo dziękuję za przysyłanie mi „Przymierza z Maryją”. Jest to pismo, które bardzo sobie cenię i szanuję. Redagujecie ciekawe artykuły. Zawsze czekam na nowe numery i pragnę poinformować, że zawsze będę Was wspierać. Niech Pan Bóg nas prowadzi!

Barbara

 

 

Szanowny Panie Prezesie!

Bardzo dziękuję Panu za życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego oraz fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły i ducha wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla naszej duchowości chrześcijańskiej. Dziękuję bardzo za wszystkie dewocjonalia, materiały, które od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi otrzymałam – są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę całej Redakcji i Panu Prezesowi obfitych łask Bożych. Szczęść Wam Boże na długie lata!

Danuta z Krakowa

 

 

Szanowni Państwo!

Dziękuję za wszystkie numery „Przymierza…”, bo to ciekawe czasopismo. Warto je prenumerować. Dużo opisujecie i dużo się dowiadujemy, co się dzieje teraz i kiedyś – jak to było na świecie dawno temu, w tamtych wiekach. Życzę Wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują zniszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg! Pozdrawiam Was serdecznie,

Maria

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziękuję z całego serca za cudowne „Przymierze z Maryją”. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję to pismo. Jest tam dużo pięknych, cudownych tekstów o Maryi i Jezusie Chrystusie, a także dużo o wierze katolickiej i o naszej kulturze. Są tam piękne tematy i bardzo dobre dla naszego życia wiadomości. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję „Przymierze z Maryją”. Dziękuję, modlę się za cały Apostolat Fatimy i za Pana Prezesa.

Janina z Włocławka

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Panie Sławomirze, w liście zadał mi Pan pytanie, czy jestem dumna z otrzymywanego pisma „Przymierze z Maryją”. Jestem dumna! A dlaczego? Bo jest to pismo jedyne w swoim rodzaju. To ogromna wiedza. Każdy artykuł bogaty w wydarzenia, emanuje częścią historii o naszej wierze katolickiej. Bardzo dużo przeczytałam dobrych książek (bo lubię czytać), ale pismo „Przymierze z Maryją” stawiam na pierwszym miejscu, bo porusza serce, ubogaca duszę i umysł. O wielu sprawach opisanych w artykułach wcześniej nie miałam wiedzy. Ale teraz mając 86 lat jestem poniekąd uczennicą „Przymierza z Maryją”. Mówi się, że człowiek uczy się do końca życia, prawda? Bóg zapłać za tę wiedzę. Z szacunkiem chylę czoło przed wszystkimi osobami za pracę i trud w tworzeniu pisma. A Matka Boża, nasza Królowa, niech Was błogosławi. Przy okazji „Bóg zapłać” za wszystko co dostaję od Stowarzyszenia Księdza Piotra Skargi: za życzenia urodzinowe, za listy Pana Sławomira i wszystkie pamiątki, a szczególnie za koronę Matki Bożej Fatimskiej. Jak stawałam przed Fatimską Panią, mówiłam w duchu: „Jesteś taka skromniutka, skromniutka bez korony”… A teraz moja Dostojna Pani ma koronę! Serdecznie dziękuję, bardzo się cieszę.

A jeszcze kilka słów o mnie… Jestem schorowaną osobą, chodzę o lasce. Nie mam już nawet siły iść sama do kościoła – to około 1 kilometra, ale mój sąsiad zawozi mnie co niedzielę na Mszę. Mam też problemy ze słuchem. Aparat słuchowy nie wszędzie zdaje egzamin, szczególnie w kościele, jak kapłan mówi dalej od mikrofonu, to robi się pogłos, ale jakoś daję sobie radę. Nie narzekam, bo mam dużą rodzinę i opiekuje się mną córka. Praktycznie przejęła wszystkie moje obowiązki. Przepraszam, że nie nadążam za waszymi propozycjami, ale w miarę możliwości będę wspomagać Stowarzyszenie. Życzę Wam wszystkim zdrowia i błogosławieństwa.

Z Panem Bogiem!

Genowefa