Z dziecięcej biblioteczki
 
Ciężar Krzyża Świętego
W jednym ze słonecznych miast Andaluzji trwały przygotowania do wojny. Don Mancio, władca zamku, wiódł swoich rycerzy na wojnę z Maurami. W słońcu błyszczały hełmy wojowników hiszpańskich sunących naprzód, do walki w obronie wiary katolickiej. Na wietrze kołysały się zdobne pióropusze, a wspaniałe arabskie rumaki kręciły się niespokojnie, przeczuwając bitwę. Wszystko to stanowiło scenę zapierającą dech w piersiach.

Rozstanie

Kiedy zamek był już ledwie widoczny zza drzew i krzewów gaju oliwnego, Don Mancio pomyślał o żonie i dziecku, których dopiero co opuścił. Minęły cztery lata, od kiedy przyprowadził swoją szlachetną małżonkę do tego domu. Ich syn miał już trzy lata. Teraz, kiedy wybiła godzina bólu, godzina próby, dzielnie ją wytrzymali.
Don Mancio odziany w zbrojną kolczugę i białą tunikę z czerwonym krzyżem, jaką zwykli nosić krzyżowcy, pomachał ręką do żony i synka po raz ostatni. Po chwili odjechał, by walczyć z niewiernymi Maurami dla swojego Pana Jezusa i ukochanej Hiszpanii!
- To dobrze - powiedziała w duchu jego młoda żona, z trudem powstrzymując łzy. - Mój rycerz pojechał walczyć z powodu Krzyża, nie zaś na marną, książęcą wojnę. Niech cię Bóg błogosławi Mancio, niech cię zachowa w swojej opiece, a nawet jeśli polegniesz w walce za słuszną sprawę, Jezus będzie przy tobie.
- Biada mi - pomyślał. - Być może już nigdy ich nie zobaczę! Dobry Boże, zachowaj ich w swojej opiece - modlił się rycerz.
W końcu dotarł do miejsca przeznaczenia. Kiedy nad polem bitwy wstał dzień, w żyłach rycerza, na widok powiewającego sztandaru z półksiężycem, zagotowała się krew. Jego czerwony krzyż na piersiach płonął, a miecz wzniósł się w powietrzu. Był gotów do zderzenia z zakrzywionym ostrzem muzułmańskiej szabli. Słychać jak stal uderza o stal. Chrześcijanin i Maur starli się w krwawym boju.

Walka i niewola

Walka była zaciekła. Do zmierzchu wielu wojowników chrześcijańskich spotkało się z Bogiem twarzą w twarz. Wielu innych, pośród których znalazł się także Don Mancio, wziętych zostało do niewoli przez muzułmanów.

* * *

Gdy wypełniony niewolnikami okręt płynął w stronę pustynnej Afryki, Don Mancio patrzył na znikające wybrzeże Hiszpanii, myśląc z trwogą o tym, co się stanie z żoną i dzieckiem.
W Afryce uwięziony rycerz dzień za dniem, w upalnym słońcu i pod okiem bezlitosnych Maurów, ciężko pracował. Znosił to wszystko mężnie i cierpliwie. Było to możliwe, gdyż posiadł tajemniczą, dostępną tylko nielicznym wiedzę o tym, że cierpliwe znoszenie niedoli przyniesie kiedyś pociechę. Tylko nieliczni o tym wiedzą, gdyż tylko niewielu jest w stanie ochoczo znosić ogromne męczarnie dla Tego, który umarł i wskazał drogę wiodącą do wielkiej radości poprzez ciernisty szlak cierpienia.
Przez dziesięć lat niewoli Don Mancio znosił chłosty i ciężar łańcuchów. Przez cały ten czas nie miał żadnych wieści z domu. Codzienny trud, uderzenia biczem, głodowe racje jedzenia oraz inne okropności były o wiele łatwiejsze do zniesienia, aniżeli brak jakichkolwiek wiadomości od najbliższych.... Czy żyją? Czy jeszcze są w Hiszpanii? Czy myślą, że on poległ? Czy dowiedzieli się o jego losie? - te pytania dręczyły jego umysł.


Ukrzyżowany przyjaciel

Samotny, w niewoli znalazł tylko jednego Przyjaciela i nauczył się go kochać w cierpieniu. Owego Przyjaciela widywał codziennie, kiedy mijał bramę miasta i wychodził na pola ciężkiej pracy. Powyżej głównej bramy miejskiej był umieszczony Krzyż, na którym wisiał naturalnej wielkości Zbawiciel. Ten krucyfiks został wykradziony przez Maurów z jakiegoś pięknego kościoła hiszpańskiego. Wisiał tam w pogardzie, tylko po to, by go kalać plwocinami, kamieniami i obelgami, które ciskali niewierzący, przechodząc przez bramę. Znów Syn Człowieczy był krzyżowany...
W żyłach Don Mancio gotowała się krew. - Ach gdybym tylko nie miał łańcuchów na rękach, a u mego boku wisiałby miecz, pomściłbym honor mojego Zbawcy.
Lecz niestety, nic nie mógł zrobić. W sercu złożył uroczystą przysięgę. Jeżeli z woli Bożej zostanie uwolniony, to nie spocznie dopóty, dopóki nie ocali tego krucyfiksu i umieści go w jakimś sanktuarium, w którym miłość i cześć starłyby hańbę tych wszystkich lat zniewag i wzgardy. Śnił o tym po nocach, myślał za dnia, podczas gdy smutne rysy twarzy Ukrzyżowanego wrastały w jego serce i odciskały się tak, jak kiedyś na chuście św. Weroniki.
W końcu minęło dziesięć długich lat niewoli. Don Mancio nie wiedział, że świt był bliski. Jednak zanim miał ujrzeć światło, nadeszła próba ognia.

Nadzieja i...

Czasami zza morza przybywali dzielni misjonarze hiszpańscy, którzy gorliwie służyli biednym skazańcom, stawiając czoła śmierci i niebezpieczeństwom. Niektórzy przywozili ze sobą złoto, wysyłane przez rodziny uwięzionych, na wykup z niewoli. Ale ze złotem czy bez, misjonarze zawsze przynosili otuchę płynącą z wiary oraz radość w sakramentach świętych, którymi służyli wygłodniałym duszom.
Wreszcie pewnego razu przybył pewien zakonnik, który zaczął wypytywać o Don Mancio. A oto historia, którą opowiedział. Aż do tej pory nie docierały do żony wieści o jego losie. Czasami myślała, że mąż poległ na polu walki. Jednak stale trudziła się i dowiadywała, a przede wszystkim cierpiała. Wraz z synem odmawiali sobie wszystkiego, po to, aby zgromadzić środki potrzebne na wykup w razie, gdyby okazało się, że żyje i przebywa w niewoli. I oto traf sprawił, że odnaleziono jego ciemnicę, a oto okup, dzięki któremu wyjdzie na wolność.
Tak więc, jeszcze tylko jedną noc miał spędzić w niewoli...

Wielka próba

Tej nocy Don Mancio ułożył swoją głowę na pryczy i wcale nie odczuwał niewygody. Za kilka godzin, pomyślał, jego okup zostanie położony na wadze i zapewni mu powrót do domu! Serce Don Mancio zaczęło bić szybciej, a oczy rozweseliły się; widzi żonę, syna, słyszy słowa przywitania, czuje ich objęcia. Czy to sen? Ile razy miewał takie sny, które drwiły z jego osamotnienia, roztaczając przed nim wizje domu? Ale tym razem to nie był sen. Przecież widział franciszkańskiego mnicha, który przywiózł okup. O tak! Jutro będzie wolny... Wtem, jak grom z jasnego nieba, jego umysł przeszyła pewna myśl. Krucyfiks! W swojej wyobraźni widzi to święte ciało, wiszące na żelaznym krzyżu ponad haniebną bramą. Widzi to święte oblicze, spoglądające na niego. Widzi twarz, która odcisnęła się w jego sercu do tego stopnia, jakby została tam wyryta. Obraz Chrystusa ukrzyżowanego tylko na chwilę został przyćmiony nową radością, jaka zapanowała w nim na myśl o uwolnieniu. Jednak głęboko w sercu pozostał Pan i Władca świata. Wydawało mu się, że słyszy majestatyczny i słodki głos: - Mancio, zapomniałeś o Mnie w swojej radości? Powrócisz i zostawisz Mnie? - Mój Boże! Cóż mogę uczynić? Nie mam żadnych pieniędzy! Jak tylko wyjdę z niewoli, moim pierwszym zajęciem będzie gromadzenie środków potrzebnych na wykupienie Ciebie. - Jak wyjdę! Ale, czy naprawdę możesz wyjść i Mnie zostawić? - przemknęła mu myśl, która jak miecz przeszyła serce. - Mój okup! Za to wykupię krzyż! Lecz czyż był na tyle silny, aby znowu stawić czoła temu strasznemu życiu w uwięzieniu i czy mógł pozbawić szczęścia dziecko i żonę?
- Ach, Mój Boże! Nie możesz wymagać ode mnie takiej ofiary!
Ale głos znowu pytał: - Wyjedziesz stąd i Mnie zostawisz?

Don Mancio nie zasnął tej nocy. Pełna bólu walka rozdzierała jego duszę. Dwie miłości spotkały się twarzą w twarz: miłość do najbliższych mu osób oraz miłość do Ukrzyżowanego.
- Jezu - łkał - nie chcę swego ocalenia dla samego siebie. Dla Twojej bolesnej męki, na Twój krzyż, ulituj się nade mną. Oddal ten kielich goryczy.
Lecz głos - tak bardzo błagający - jeszcze raz powtórzył w głębi jego duszy: - Wyjedziesz stąd i zostawisz Mnie tu samego?
A w sercu Don Mancio głośniejszy głos odpowiedział:
- Czy jesteś w stanie zostać i posłać zamiast siebie ten ciężki, żelazny krzyż? Czy możesz zranić serce, które oczekuje na ciebie, które odlicza dni i godziny? Pomyśl o swojej tęskniącej małżonce, o dniach i nocach, które przepłakała? Czy chcesz sprawić, aby ponownie to wszystko zaczęło się dziać? Przynajmniej żałuj jej, jeśli nie siebie.
Jeszcze raz ten sam głos, słabszy, ledwie słyszalny, lecz dostojny powiedział: - Ten, kto kocha ojca czy matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien.
- O Boże - zapłakał Mancio, - Miej litość, ocal mnie, oddal ten kielich goryczy.
Potem w tej samej strasznej godzinie jego udręczona dusza dostrzegła ustronny ogród, a w nim Boga Człowieka pocącego się krwią. On także znał cenę, straszną cenę, mającego nadejść żalu wszystkich tych, którzy go kochali. On także zniósł ten rozdzierający ból serca i także się przed nim wzdragał. Umartwienie Mancio spokojnie narastało na tle mistycznej agonii Boga. - Boże Mój! Boże Mój! Nie mogę. Nie wyjadę. Nie pozostawię Cię samego w Twoim wstydzie. Wstał pokrzepiony. Walka się skończyła. Wstał jak tylko wyłonił się świt. Dzisiaj okup będzie zapłacony, ale nie za niego. On wciąż pozostanie niewolnikiem, ale już nie jest smutny z tego powodu. Jest zadziwiająco spokojny. Czyż Jezus Chrystus nie zapowiedział, że Jego śmierć na krzyżu przyniesie wieczną radość? Jest to radość znana tylko mężnym duszom, takim jak dusza Don Mancia. - Ten, który straci swoje życie dla Mnie, zyska je. Czasami nawet tu, na ziemi.

Odkupiony i odkupiciel

Rynek był zatłoczony. Maur i chrześcijanin, pan i niewolnik, wszyscy gromadzili się, aby być świadkami dziwnej sceny. Szybko rozeszła się wiadomość o tym, że jeden z uwięzionych, którego okup przybył wczoraj z Hiszpanii, zrezygnował z nadziei na wolność i zamierza go przeznaczyć na wykupienie starego krucyfiksu, który tak długo wisiał nad bramą. - On z pewnością musi być szalony - mówili i chrześcijanie, i Maurowie. - Ten chrześcijański szlachcic zamiast siebie pośle żonie bezwartościowy kawałek żelastwa, podczas gdy sam pozostanie w niewoli aż do śmierci. - Ktoś inny powiedział: - Mówi się, że Maur żąda za ogromny żelazny krzyż tyle srebrnych dukatów, ile on waży, i nie przyjmie mniej. Masywny krzyż jest cały wykuty z żelaza, podobnie figura Pana Jezusa.
- Spójrzcie! Właśnie idą ważyć okup. - Chrześcijanie i Maurowie tłoczyli się wkoło, aby zobaczyć, co się stanie. Maurowie z szyderstwem, chrześcijanie ze zdziwieniem, podnosząc na duchu niewolnika i modląc się. Cóż to za człowiek, który poświęca siebie dla krzyża świętego?! - dziwili się zgromadzeni wkoło ludzie.
- Dobrze się zastanowiłeś synu? - spytał franciszkanin w momencie, gdy silni mężczyźni kładli na wagę krzyż. - Dobrze się zastanów. Ta ogromna suma pieniędzy, którą przywiozłem, by cię wykupić, będzie musiała nieznacznie przeważyć szalę, na której jest ten ogromny krzyż. Twoja żona wiele lat poświęciła na zebranie takiej kwoty, i nie wiadomo, czy zdoła kiedykolwiek jeszcze uzbierać?! Czy zatem dobrze znasz koszty?
Przez jedną krótką chwilę gęsta mgła pojawiła się przed oczyma Don Mancio, ale zaraz stanowczo odpowiedział - Ojcze, dobrze się zastanowiłem i jestem gotów.
- Niech tak będzie.
Na jednej szali położony został ciężki krzyż, a na drugą spadały srebrne monety. Mężczyźni wstrzymywali oddech, licząc dukaty, których brzęk rozchodził się w powietrzu. Jednak szala z ciężkim krzyżem nie przeważała się. - Jeden, dwa, trzy, dwanaście, dwadzieścia... - liczył ojciec modląc się przy tym przez cały ten czas o to, aby wystarczyło monet.
Ale czyż nie było powiedziane, że nasz Pan nie odda stokroć więcej za każdy akt miłości? Zaledwie trzydzieści srebrnych dukatów spadło na wagę, kiedy nagle szala na której leżał krucyfiks uniosła się wysoko, podczas gdy druga z monetami opadła. Cud! Wystarczyło zaledwie trzydzieści srebrnych dukatów! Ten, który dawno temu został sprzedany za trzydzieści srebrników, teraz pragnął być odkupionym za tę samą sumę, aby reszta wystarczyła na uwolnienie wiernego sługi.
Ukrzyżowany, który przez te wszystkie lata był jedynym przyjacielem rycerza, nie odszedł sam i nie pozostawił Don Mancia w niewoli. Obaj odkupiony i Odkupiciel zostali uwolnieni.

Tłum. Agnieszka Stelmach
The Weight of the Holy Cross,
„Crusade Magazine", May-June, 1995


NAJNOWSZE WYDANIE:
Uczmy i wychowujmy po katolicku!
W tym numerze „Przymierza z Maryją” postanowiliśmy podjąć tematykę edukacji młodych pokoleń Polaków. Pokładamy nadzieję w chrześcijańskim, czy też ściślej – katolickim kształceniu i wychowaniu. Pamiętamy bowiem, że katolicyzm jest nie tylko doktryną, dogmatem czy też zbiorem modlitw i obrzędów, lecz nade wszystko żywą relacją z Bogiem i powinien oddziaływać na całe państwo i całe społeczeństwo.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
W odwiedzinach u Fatimskiej Pani
Roman Motoła

Pomiędzy 25 a 29 maja wraz z grupą Apostołów Fatimy pielgrzymowaliśmy do miejsca, w którym 109 lat temu trojgu portugalskim pastuszkom ukazywała się Matka Boża, niosąc światu przesłanie pokuty i nadziei.

 

Fatima, choć jest odwiedzana przez bardzo licznych wiernych oraz turystów, zdołała jednak zachować atmosferę ciszy. Wyjąwszy największe uroczystości gromadzące wielotysięczne rzesze uczestników, można tam zarówno modlić się, jak i słuchać w skupieniu. Każdego dnia chętnie korzystaliśmy z tej możliwości tym bardziej, że nasz hotel położony był w bezpośredniej bliskości bazyliki oraz miejsca Maryjnych objawień.


Codziennie uczestniczyliśmy też w tradycyjnych nabożeństwach i procesjach na olbrzymim placu przed sanktuarium. W trakcie trzeciego wieczoru przedstawiciele naszej grupy mieli zaszczytną okazję prowadzić fragment modlitwy. W pamięci uczestników pozostanie z pewnością atmosfera towarzysząca tym różańcowym spotkaniom. Wypowiadane przez setki pielgrzymów w różnych językach wezwania Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… podkreślały zarówno jedność jak i różnorodność Kościoła. Z drugiej strony jednak – zamiast harmonii rodziły szum, utrudniając modlitewne skupienie. Może gospodarze tego cudownego miejsca zechcą kiedyś „odkryć” na nowo łacinę?


Niespokojny duch współczesności daje też w Fatimie znać o sobie w sposób widoczny gołym okiem. Niby w trosce o prostotę i skromność stara się on jak może zasłonić sanktuarium, wznosząc wokół betonowe bryły, z których niektóre nawet zostały poświęcone jako miejsca katolickiego kultu. Tylko co wspólnego z żywą, autentyczną wiarą mogą mieć płaskie, szare bunkry albo kaplice, w których Tabernakulum przypomina bardziej skrzynkę na narzędzia? Albo co powiedzieć o ustawionym tuż przy nowej bazylice wielkim krzyżu, na którym zamiast Chrystusa umieszczono dziwaczną postać jakby wyjętą ze starożytnych hieroglifów? W kulturowym kontekście naszych czasów to raczej karykatura niż godny wizerunek Zbawiciela…

Zatem nawet w bezpośrednim otoczeniu sanktuarium naocznie przekonaliśmy się, że wewnątrz Kościoła toczy się ogromna walka o kształt katolicyzmu i o serca wierzących. Do czego to zmaganie może prowadzić, widzieliśmy w urokliwym, niewielkim mieście Obidos, gdzie w miejscu dawnego kościoła działa dzisiaj… księgarnia.


Nasze pielgrzymkowe wyprawy, których celem były wspaniałe klasztory w miasteczku Alcobaça czy w Batalhi, przeniosły nas do czasów, gdy świątynie bez wątpienia wznoszono na chwałę Bożą, na przykład – w podzięce za Opatrznościową pomoc w wygranej bitwie o niepodległość kraju. Zachwyt budziła potężna, a zarazem misterna architektura tych monumentalnych dzieł, wspaniałe zdobienia, dbałość ich twórców o detale, połączenie talentów z wytrwałością i pracowitością budowniczych.


Podążyliśmy też śladami fatimskich wizjonerów – Łucji dos Santos oraz świętych Hiacynty i Franciszka Marto. Modliliśmy się przy ich grobach. Odprawiliśmy Drogę Krzyżową w ich rodzinnych stronach, odwiedziliśmy domy, w których żyli.


W miejscu objawień Matki Bożej zapaliliśmy świece przywiezione wraz z intencjami powierzonymi nam przez Darczyńców w ramach akcji „Twoje światło w Fatimie”.

Podczas tej kilkudniowej wyprawy na każdym kroku spotykaliśmy się z serdeczną otwartością Portugalczyków. Podziwialiśmy ich ludową sztukę i zwyczaje. Mimo że nasze kraje są od siebie bardzo oddalone, w żaden sposób nie czuliśmy się obco. Sprawiła to oczywiście sama Matka Boża, ale też kulturowa bliskość biorąca swój początek w naszej wspólnej wierze. Podczas wyjazdów do historycznych miejsc, które znalazły się na trasie naszej pielgrzymki, mieliśmy okazję przekonać się, że Maryja swoją opieką otacza nie tylko nasz naród, lecz wszystkie nacje, które się Jej ufnie oddają, a także każdą osobę, która zawierza Jej siebie oraz swych bliskich.


Dzieje Portugalii to również historia wierności Bogu i odstępstw, także w życiu władców. Trudne momenty w wymiarze tak osobistym, jak i zbiorowym, przypominają o konieczności ciągłego zabiegania o własną duszę i o łaskę Opatrzności. Wierność przynosi pomyślność – przynajmniej w życiu duchowym. Odstępstwo owocuje nieszczęściem i śmiercią. Te uniwersalne prawdy przychodziły na myśl, gdy słuchaliśmy opowieści przewodników o portugalskich monarchach i wodzach, zwycięskich bitwach i nieszczęśliwych losach grzesznych kochanków.


Byli tym razem pośród Apostołów Fatimy reprezentanci każdego spośród żyjących pokoleń. Najmłodszy uczestnik liczył sobie 13 lat, zaś senior, pan Zdzisław – już 94. – Całe życie marzyłem, by tu przyjechać – przyznał w rozmowie.


Nasza pielgrzymka nie byłaby tak bogata w duchową treść bez obecności duszpasterza – księdza Krzysztofa. Oprócz zapewnienia nam możliwości codziennego wysłuchania Mszy Świętej, dawał on wyrazy swej niezwykłej czci dla Matki Bożej śpiewem Godzinek i pięknych pieśni.


Każdy z nas przywiózł Matce Bożej bagaż własnych intencji, od tych najbardziej osobistych po zbiorowe – dotyczące Kościoła i Ojczyzny. Każdy też otrzymał w duchowym wymiarze to, czego najbardziej potrzebował. To doświadczenie znają wszyscy pielgrzymujący ze szczerą intencją w miejsca szczególnie wybrane przez Pana Boga i przez Maryję.

Wśród tych niezwykłych miejsc jest też Fatima, niosąca do Nieba już od ponad wieku nieprzerwany strumień ludzkiej modlitwy.


Listy od Przyjaciół
 
Listy

Szanowni Państwo!

Jesteście wspaniali! Wasze wydawnictwa oraz gazetki, broszury i ulotki wzmacniają naszą duchowość i informują o wielu faktach oraz miejscach objawień Maryjnych. Artykuły czytam z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę bardzo cenię informacje o Jezusie i Maryi, które w nieskończoność otwierają serca. Pamiętamy w modlitwie o Waszej pracy. Pozdrawiam gorąco Pana Prezesa i cały zespół redakcyjny!

Anna ze Zgierza

 

 

Szczęść Boże!

Kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniała. Popieram ją i bardzo się cieszę, że jesteście i stoicie na straży wiary. Musimy dziękować i wspierać naszą Królową za Jej miłość do naszego Narodu.

Zbigniew z Katowic

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowny Panie Prezesie, dziękuję bardzo serdecznie za przesłane mi pozdrowienia urodzinowe. Ucieszyłam się z bardzo ładnej kartki. Jestem dumna z działalności apostolskiej, jaką Państwo prowadzą. Podobają mi się bardzo czasopisma „Przymierze z Maryją” i „Apostoł Fatimy”. Cieszę się z tego, że mogę w nich znaleźć wiele bardzo ciekawych artykułów poruszających interesujące mnie tematy. Cieszę się z tego, że wiele osób może korzystać z tych czasopism. Pragnęłabym bardzo, aby wielu Polaków mogło zapoznać się z tymi ciekawymi gazetami.

Bardzo serdecznie dziękuję za otrzymane ostatnio „Przymierze z Maryją” i „Apostoła Fatimy”. Znalazłam w tych numerach wiele interesujących mnie zagadnień. Cieszę się z tego, że te czasopisma mogą trafić do wielu rodzin w Polsce. Pragnęłabym dalej otrzymywać te pisma.

Pozdrawiam Maryję Naszą Królową. Życzę Panu i współpracownikom dużo zdrowia i wielu łask Bożych w Jezusie i Maryi.

Wdzięczna Czytelniczka

Krystyna z Pruszkowa

 

 

Szczęść Boże!

Bardzo dziękuję za przysyłanie mi „Przymierza z Maryją”. Jest to pismo, które bardzo sobie cenię i szanuję. Redagujecie ciekawe artykuły. Zawsze czekam na nowe numery i pragnę poinformować, że zawsze będę Was wspierać. Niech Pan Bóg nas prowadzi!

Barbara

 

 

Szanowny Panie Prezesie!

Bardzo dziękuję Panu za życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego oraz fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły i ducha wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla naszej duchowości chrześcijańskiej. Dziękuję bardzo za wszystkie dewocjonalia, materiały, które od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi otrzymałam – są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę całej Redakcji i Panu Prezesowi obfitych łask Bożych. Szczęść Wam Boże na długie lata!

Danuta z Krakowa

 

 

Szanowni Państwo!

Dziękuję za wszystkie numery „Przymierza…”, bo to ciekawe czasopismo. Warto je prenumerować. Dużo opisujecie i dużo się dowiadujemy, co się dzieje teraz i kiedyś – jak to było na świecie dawno temu, w tamtych wiekach. Życzę Wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują zniszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg! Pozdrawiam Was serdecznie,

Maria

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziękuję z całego serca za cudowne „Przymierze z Maryją”. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję to pismo. Jest tam dużo pięknych, cudownych tekstów o Maryi i Jezusie Chrystusie, a także dużo o wierze katolickiej i o naszej kulturze. Są tam piękne tematy i bardzo dobre dla naszego życia wiadomości. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję „Przymierze z Maryją”. Dziękuję, modlę się za cały Apostolat Fatimy i za Pana Prezesa.

Janina z Włocławka

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Panie Sławomirze, w liście zadał mi Pan pytanie, czy jestem dumna z otrzymywanego pisma „Przymierze z Maryją”. Jestem dumna! A dlaczego? Bo jest to pismo jedyne w swoim rodzaju. To ogromna wiedza. Każdy artykuł bogaty w wydarzenia, emanuje częścią historii o naszej wierze katolickiej. Bardzo dużo przeczytałam dobrych książek (bo lubię czytać), ale pismo „Przymierze z Maryją” stawiam na pierwszym miejscu, bo porusza serce, ubogaca duszę i umysł. O wielu sprawach opisanych w artykułach wcześniej nie miałam wiedzy. Ale teraz mając 86 lat jestem poniekąd uczennicą „Przymierza z Maryją”. Mówi się, że człowiek uczy się do końca życia, prawda? Bóg zapłać za tę wiedzę. Z szacunkiem chylę czoło przed wszystkimi osobami za pracę i trud w tworzeniu pisma. A Matka Boża, nasza Królowa, niech Was błogosławi. Przy okazji „Bóg zapłać” za wszystko co dostaję od Stowarzyszenia Księdza Piotra Skargi: za życzenia urodzinowe, za listy Pana Sławomira i wszystkie pamiątki, a szczególnie za koronę Matki Bożej Fatimskiej. Jak stawałam przed Fatimską Panią, mówiłam w duchu: „Jesteś taka skromniutka, skromniutka bez korony”… A teraz moja Dostojna Pani ma koronę! Serdecznie dziękuję, bardzo się cieszę.

A jeszcze kilka słów o mnie… Jestem schorowaną osobą, chodzę o lasce. Nie mam już nawet siły iść sama do kościoła – to około 1 kilometra, ale mój sąsiad zawozi mnie co niedzielę na Mszę. Mam też problemy ze słuchem. Aparat słuchowy nie wszędzie zdaje egzamin, szczególnie w kościele, jak kapłan mówi dalej od mikrofonu, to robi się pogłos, ale jakoś daję sobie radę. Nie narzekam, bo mam dużą rodzinę i opiekuje się mną córka. Praktycznie przejęła wszystkie moje obowiązki. Przepraszam, że nie nadążam za waszymi propozycjami, ale w miarę możliwości będę wspomagać Stowarzyszenie. Życzę Wam wszystkim zdrowia i błogosławieństwa.

Z Panem Bogiem!

Genowefa