Temat numeru
 
Pamiętne święta Petera McFaddena


Amerykanin Peter McFadden, założyciel Central Europe Institute, który w latach dziewięćdziesiątych XX stulecia pomagał drobnym przedsiębiorcom prowadzić działalność biznesową w krajach byłego bloku sowieckiego, tak wspomina święta Bożego Narodzenia 1992 roku.

To był jeden z najgorszych okresów mojego życia. Organizacja non-profit, którą założyłem trzy lata wcześniej – Central Europe Institute (Instytut Europy Środkowej) była bliska bankructwa. Miałem przed sobą perspektywę zwolnienia pracowników, wśród których było wielu moich przyjaciół: Czechów, Słowaków i Amerykanów, którzy – w Pradze i Bratysławie – doradzali ludziom, jak zacząć pracę na własny rachunek. Praca, którą wykonywaliśmy, była także testem dla nas samych – młodych ludzi, szukających swojego miejsca w życiu. Teraz jednak, po trzech latach działalności, przyszło załamanie. Środki, którymi dysponowałem ledwo starczały mi na własne utrzymanie. Jakby tego było mało, nagle problemy zaczęły się mnożyć. I to tuż przed samym Bożym Narodzeniem. Byłem na skraju wyczerpania. Prawie w ogóle nie spałem...

Perspektywa bankructwa firmy i konieczność zwolnienia przyjaciół była bardzo bolesna. Rozpaczliwie poszukiwałem nowych darczyńców. Postanowiłem wyjechać na pewien czas do Waszyngtonu, by tam spróbować pozyskać pieniądze niezbędne do dalszej działalności. Nie był to jednak najlepszy czas na poszukiwanie darczyńców. Biłem się z myślami, jak sprostać wyzwaniu, przed którym stałem. Na domiar złego, otrzymałem zawiadomienie z urzędu skarbowego, by się rozliczyć z darowizn z poprzednich lat. Bałem się... Rachunkowość to nie prosta matematyka. Przepisy podatkowe są często zawiłe. Co by się stało, gdybym nie rozliczył się z fiskusem poprawnie? Byłem młody, miałem mało doświadczenia i gdyby okazało się, że zrobiłem coś nie tak, to z pewnością wylądowałbym w więzieniu.

Co powiem moim bliskim?

Siedziałem w swoim waszyngtońskim biurze i wpatrywałem się w setki, jeśli nie tysiące stron publikacji podatkowych. Wokół mnie leżały stosy papierów i setki zagranicznych kwitów, potwierdzających wpłaty. Zmagałem się z tym bałaganem bardzo długo. Mieszkałem wtedy w swoim biurze. Znajdowało się w nim jedno duże biurko, jedna kanapa, na której mogłem spać, kilka półek i niewielka łazienka. Nie było kuchni i lodówki. Tam, od razu po przebudzeniu, przystępowałem do pracy. Kładłem się do łóżka bardzo późno. Ale nie mogłem spać. Czułem się okropnie. Mogłem przecież zawieść tych wszystkich, których zatrudniałem. Martwiłem się o własną przyszłość. Mógłbym dostać inną pracę, ale nie tak wspaniałą jak ta, którą wykonywałem i to na własny rachunek. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, ale wcale się z tego powodu nie cieszyłem. Wręcz przeciwnie, perspektywa tej radosnej atmosfery jeszcze bardziej mnie dobijała. Przerażało mnie to, co mogłem zobaczyć na ulicy.  Szczęśliwi ludzie, przyjemna muzyka dobiegająca zewsząd, dekoracje świąteczne, atrakcyjnie wyglądające pakunki przechodniów... Ich radość tylko przypominała mi o moich zmartwieniach. Nie miałem pieniędzy, aby kupić prezenty dla bliskich. Pochodziłem z licznej rodziny. - Co powiem moim bliskim, gdy wrócę do domu z pustymi rękami? – myślałem z przerażeniem. Do Bożego Narodzenia zostały tylko trzy dni, a ja nie miałem możliwości uciec przed świętami. Dużo pracowałem. Mój mózg stawał się coraz mniej zdolny do działania. Kładłem się coraz później i coraz gorzej spałem. Byłem wyczerpany. Traciłem kontakt z rzeczywistością. W akcie desperacji, przestałem pracować. Siedziałem na kanapie, tępo wpatrując się przed siebie. W końcu wyszedłem na spacer…

 

Bezdomny Robert

Było bardzo późno i bardzo zimno! Silny wiatr hulał po waszyngtońskich ulicach. Paradoksalnie uwielbiałem taką pogodę, kiedy musiałem zmagać się z problemami. Trudne warunki nie dają fałszywego poczucia komfortu. Postanowiłem więc, że odbędę długi spacer, by uporządkować myśli. Jednak, zrobiwszy zaledwie kilka kroków, zaintrygowała mnie postać skulonego z zimna staruszka, którego właśnie minąłem. Uszedłem jeszcze kilka kroków, po czym zdecydowałem się zawrócić. Podszedłem do niego i spytałem: 

Przepraszam Pana, czy ma Pan się gdzie zatrzymać na noc? 
On odpowiedział, że nie. 
– Czy chciałby Pan pójść do mnie? 
Starszy człowiek się zgodził. Gdy szliśmy do mojego biura, ten wynędzniały mężczyzna powiedział mi: 
– Dobrze, że przyszedłeś po mnie, bo już postanowiłem się po prostu zabić. 
Wyjaśnił, że zimno było tak dokuczliwe, iż był zdesperowany targnąć się na swoje życie, podobnie jak to zrobił ubiegłej nocy jego bezdomny przyjaciel. Byłem oszołomiony. Nagle zapomniałem o własnych problemach. Dzięki jednemu aktowi dobroci, uratowałem komuś życie… Wkrótce byliśmy w ciepłym biurze. Robert, bo tak miał na imię mój towarzysz, był wyczerpany. Użyczyłem mu swojej kanapy, dałem mu poduszkę i koc, aby mógł się ogrzać. Sam rozpaczliwie potrzebowałem snu. Owinąłem się więc w swój płaszcz i położyłem na zabrudzonej podłodze ze zwiniętym pod głową ręcznikiem. Obudziłem się następnego ranka. Nigdy nie spałem lepiej. Nigdy też nie czułem się tak bardzo zadowolony, jak wtedy. Robert wciąż nie wstawał. Po krótkim spacerze do pobliskiej restauracji na filiżankę kawy i śniadanie, usiadłem przy biurku, by zabrać się do pracy. Robert nadal spał. Panika, która ogarnęła mnie poprzedniego dnia, gdzieś znikła, chociaż moje problemy pozostały takie same. Jednak przestałem się już nimi zamartwiać. Po prostu przystąpiłem do pracy. Nie miałem żadnego pomysłu na to, jak sobie poradzić z problemami. Jedyne, co mogłem zrobić, to pracować dalej w nadziei, że jakoś ta sytuacja wkrótce zmieni się na lepsze. Robert obudził się dopiero o szóstej wieczorem. Spał osiemnaście godzin. Gdy wstał, był głodny i drżał na całym ciele. Nie kontrolował ruchu rąk. Kiedy szedł, bałem się, że straci równowagę i upadnie. Wziąłem go na obiad do pobliskiej restauracji. Weszliśmy do środka sali wypełnionej modnie ubranymi młodymi ludźmi. Usiedliśmy razem. Ja i ten niechlujny staruszek, który nie kąpał się i nie golił od dawna. Robert zamówił zupę, ale nie mógł utrzymać łyżki. Tak więc, pomagałem mu jeść. Byłem nawet dumny z siebie, że się nim zająłem. Nie zastanawiałem się nad tym, co robię. Po prostu czyniłem to, co wydawało mi się w tym momencie właściwe. Kiedy wróciliśmy do mojego biura, Robert natychmiast położył się na kanapie. Ja znowu spałem na podłodze. Następnego ranka Robert i ja obudziliśmy się o normalnej porze. Robert wyglądał na strasznie zaniedbanego. Duży zarost, rozczochrane siwe włosy nie robiły dobrego wrażenia. Ręce wciąż mu strasznie drżały. Postanowiłem zadbać o jego wygląd… Już wkrótce Robert wyglądał o wiele schludniej. Pomyślałem sobie: Co za dystyngowany pan! i zażartowałem: – Robert, wyglądasz jak milion dolarów – a on zaczął się śmiać. Później dałem mu kilka drobnych, żeby sobie kupił jakieś jedzenie. Po południu wrócił do biura. Zjedliśmy razem kolację.

Nie zostawię go samego!
Zbliżała się Wigilia, a ja wciąż nie podjąłem decyzji, co robić. Czy zostać w Waszyngtonie, czy też jechać do Nowego Jorku, gdzie zawsze na święta gromadziła się cała rodzina. Byłem zakłopotany, nie mając żadnych prezentów dla rodziny. Nie miałem też pieniędzy, by zapłacić za podróż do Nowego Jorku. I jeszcze było tyle do zrobienia… Martwiłem się też o Roberta. Jak mógłbym zostawić go samego? Nawet jeśli dałbym mu klucze do mojego biura, to schodząc po schodach, mógłby się przewrócić... Nie mogłem do tego dopuścić. Podjąłem więc decyzję, że nie jadę. Trzeba to było jednak powiedzieć mamie. A to nie lada problem. Boże Narodzenie było dla nas bardzo ważnym rodzinnym świętem. Jestem szóstym z siedmiorga dzieci, a moi rodzice – szczególnie mama – lubili mieć nas wszystkich w domu. Nigdy nie obchodziłem Bożego Narodzenia poza rodzinnym domem. Miałem nadzieję, że rodzice będą ze mnie dumni, iż zatroszczyłem się o człowieka, który był w wielkiej potrzebie. Powiedziałem więc im przez telefon, że zostałem, by zaopiekować się bezdomnym. Liczyłem, że zrozumieją moje postępowanie. W końcu Jezus Chrystus przyszedł na świat jako człowiek bezdomny. Nie było dla niego miejsca w gospodzie... Rodzice jednak bardzo się zmartwili. Stwierdzili, że osoby bezdomne często są gwałtowne. Niektóre z nich są przestępcami. Ubolewali nad tym, że jestem naiwny i niepotrzebnie narażam się na niebezpieczeństwo. Moje wyjaśnienie, że Robert jest nieszkodliwym staruszkiem, który urodził się w Irlandii i nie potrafił sobie poradzić w dzisiejszym świecie, na nic się zdały. W końcu oznajmiłem, że ktoś musi się nim zaopiekować w te święta i oznajmiłem, że zostaję w Waszyngtonie.

Istota Bożego Narodzenia

Ranek Bożego Narodzenia w domu rodzinnym zwykle był hałaśliwy. Nasz dom zawsze był tak zatłoczony, że wydawało się, iż pęka w szwach, a wiele dzieci biegało i ciągle wołało: Wesołych Świąt! Wesołych Świąt! Ale te święta były inne. W biurze nie było choinki, prezentów, muzyki i dzieci. Byliśmy tylko my dwaj: Robert i ja. Wszystko, co mieliśmy, to poranną ciszę. Piękną ciszę i „spartański” pokój, wypełniony duchem troski jednego człowieka o drugiego. Doświadczaliśmy istoty Bożego Narodzenia.Znów dałem Robertowi kilka dolarów, by kupił sobie coś do jedzenia. Mimo świąt, byłem zmuszony zasiąść do pracy. Było tyle do zrobienia… Ale już się nie martwiłem. W pewnym sensie byłem nawet szczęśliwy.

Tuż po świętach skończyły mi się pieniądze. Miałem mniej niż dziesięć dolarów. Chociaż chciałem dalej się opiekować Robertem, sam już nie mogłem nic dla niego zrobić. Na szczęście znalazłem przy kościele w Georgetown miejsce w schronisku. Dałem mu po raz kolejny parę dolarów, by tak jak zwykle poszedł na lunch i po południu wrócił do biura, skąd mieli go zabrać ludzie ze schroniska. Sam, mając w kieszeni pięć dolarów, wyszedłem, by coś przekąsić. Powiedziałem sobie: – Dziś będziesz jadł obiad, ale nie zjesz kolacji. Byłem zupełnie spokojny. Po prostu przyjąłem to z pokorą. Zastanawiałem się nad losami naszego Instytutu. Przypuszczałem, że jego koniec jest bliski. Zrobiłem wszystko, co mogłem. Pomyślałem sobie, że uratowanie życia Roberta było najlepszym lekarstwem na poczucie osobistej porażki… Tego dnia cieszyłem się z krótkiego spaceru do Cafe Blanca. Wydałem ostatniego dolara, kupując tę samą kanapkę z kurczakiem, którą jadłem codziennie. Kanapkę zrobioną przez mojego przyjaciela Jasona, właściciela kawiarni. On i ja rozmawialiśmy jak zwykle o sporcie. Jason nawet nie przeczuwał, że może to być mój „ostatni obiad”. Gdy wracałem do biura, mając zaledwie kilka monet w kieszeni, odczuwałem zadowolenie. Cieszyłem się z tego, że zrobiłem to, co należało. Uświadomiłem sobie, że lata nauki w katolickich szkołach nie zostały zmarnowane. Znalazłem się w bardzo kiepskiej kondycji. Ale wiedziałem, że jest ktoś, kto był w jeszcze gorszym położeniu. I podzieliłem się z nim, tym co miałem.

Niespodziewany list

Gdy wszedłem do budynku, w którym mieściło się moje biuro, pochyliłem się, aby podnieść listy. Przejrzałem koperty. Byłem zaskoczony, znajdując jedną z adresem Andrew W. Mellon Foundation w Nowym Jorku. Do tej fundacji składałem podanie z prośbą o darowiznę na działalność mojej organizacji, ale nie spodziewałem się tak szybkiej odpowiedzi. Myślałem, że wiadomość przyjdzie od nich najwcześniej za kilka miesięcy. Otworzyłem więc kopertę, a w środku znalazłem powiadomienie, iż przyznano mojemu Instytutowi dotację w wysokości 50 tysięcy dolarów. Oznaczało to, że nie musiałem zwalniać pracowników i że dzieło mogło być kontynuowane. Moje pierwsze doświadczenie głodu musiało jeszcze poczekać...

Robert nie wrócił tego popołudnia do biura. Domyślam się, że bał się życia w schronisku dla bezdomnych, które bywa niebezpieczne. Szukałem go wszędzie. Myślałem, że go znajdę, ale nie udało się. Mam nadzieję, że pewnego dnia spotkam go ponownie w Niebie... Ja zaś dziękuję Bogu za to wspaniałe doświadczenie życiowe!

Wydarzenia przedstawione w tej opowieści są prawdziwe i zostały wiernie opisane przez jej autora, Petera McFaddena, który do początku 1998 roku pełnił funkcję prezesa Central Europe Institute.

Na podstawie relacji autora opracowała Agnieszka Stelmach
  

Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza z Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
Maryja naszą Matką
Kościół od zawsze oddaje cześć Najświętszej Dziewicy Maryi, Bogurodzicy – naszej Matce, Orędowniczce i Wspomożycielce. Cześć ta przybierała na przestrzeni wieków różne formy i wyrazy, oddając poruszenia chrześcijańskich serc i charakter poszczególnych narodów.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Maryja nas wychowuje

Pani Monika Rypień z Raciborowic Górnych na Dolnym Śląsku jest Apostołem Fatimy od roku, ale jej wspólna droga z Maryją trwa już wiele lat. Jej piękne świadectwo jest dowodem na to, że trudności i życiowe zakręty przechodzone wspólnie z Bogiem i Maryją są zawsze możliwe do pokonania, a obecność Maki Bożej i zawierzenie Jej swoich spraw naprawdę zmienia ludzkie życie.

Maryja w moim życiu i w życiu mojej rodziny jest kimś szczególnym. Ona nas wychowuje, jeśli tylko damy się poprowadzić. Przyjaźń z Matką Bożą rozpoczęła się już od wczesnych lat mojego życia. Uwielbiałam pieśni do Matki Bożej, nabożeństwa majowe czy różańcowe, a w szczególności święta maryjne. W wieku nastoletnim poznałam historię Matki Bożej Fatimskiej: Matka Boża prosi o modlitwę dzieci, które dzięki niej mogą wyprosić nawrócenie ludzkości! Od tego momentu Fatima zajęła szczególne miejsce w moim sercu. Kiedy byłam studentką we Wrocławiu, miałam możliwość uczestniczenia w nabożeństwach fatimskich. Były one przepiękne… Różaniec – nieustanny Różaniec! – sprawił, że mimo różnych przeciwności i doświadczeń, jakie niesie życie, zawsze miałam siłę, takie poczucie, że jest Ktoś obok. Ktoś, kto czuwa, wspiera, niezależnie od wszystkiego, co się działo.

Punktem zwrotnym, początkiem niezwykłego doświadczenia Matki Bożej w moim życiu był czas, kiedy byłam w ciąży z pierwszym i drugim dzieckiem. Pierwsze dziecko poczęłam dzięki wstawiennictwu Matki Bożej. Razem z mężem modliliśmy się, bo bardzo chcieliśmy mieć dziecko, a tak długo go nie było… Ja powierzyłam tę intencję Maryi, zostawiłam to Jej działaniu. Pewnego dnia mąż przyszedł do mnie i dał mi obrazek Matki Bożej: Wiesz co, na Jasnej Górze są takie modlitwy w pierwszą sobotę miesiąca za małżeństwa, które nie mogą mieć dzieci. To było niesamowite, jak on wyraził chęć oddania się Matce Bożej! Jeszcze tego samego miesiąca okazało się, że będziemy mieli dziecko.

Urodził się syn. Wcześniak. Mieliśmy miesiąc leżeć w szpitalu, a okazało się, że po trzech dniach wypuszczono nas do domu. Było tak dobrze, że lekarz stwierdził, że daty zostały pomylone, bo to niemożliwe, on nie powinien sam oddychać, tylko leżeć pod respiratorem. Ale data nie mogła zostać w żaden sposób pomylona, bo to było dzieciątko tak wyczekane, że nie ma po prostu możliwości pomyłki! W ciąży z drugim dzieckiem miałam ogromne problemy zdrowotne. Lekarze powiedzieli, że dziecko urodzi się chore. Wada genetyczna… Jak by nie było, my z mężem jesteśmy za życiem i przyjęlibyśmy każde dziecko. Ale zadziałała potężna modlitwa, wsparcie mnóstwa osób i dziecko urodziło się zdrowe. I tutaj cały czas Matka Boża nam towarzyszyła! Może ktoś by powiedział, że to było szczęście, przypadek. Ale my z mężem cały czas uważamy, że jest to opieka Matki Bożej. Co by się nie działo, zawsze oddajemy wszystko Maryi, i rzeczywiście, wszystko się później układa.

Oboje z mężem nie pochodzimy z miejscowości, w której mieszkamy, przeprowadziliśmy się tu po ślubie. Tutejsza parafia jest piękną i rozmodloną wspólnotą. Ale poznając nową
wspólnotę, zauważyłam, że nie ma tu nabożeństwa fatimskiego, więc poszłam z prośbą do księdza proboszcza, żeby takie nabożeństwo się odbywało. Dzięki zgodzie i współpracy księdza nabożeństwa fatimskie odbywają się u nas już od 2016 roku. Wspólnie z parafianami przygotowywaliśmy się do stulecia Objawień wielką nowenną fatimską. Ludzie bardzo pozytywnie przyjęli to nabożeństwo. Gdy tylko zbliża się maj, dzwonią i pytają, czy i w tym roku się odbędzie!

Na Stowarzyszenie trafiłam tak zwanym przypadkiem, w internecie. Spodobały mi się inicjatywy propagowania kultu Matki Bożej Fatimskiej. Kiedy przeczytałam, że są ludzie, którzy się tego podjęli, też zapragnęłam pomóc. Jest jeszcze jedna szczególna historia związana z moim uczestnictwem w Apostolacie. Raz wypadło tak, że byłam na roratach w całkiem innej parafii, gdzie nie było ze mną moich dzieci, i tam ksiądz rozdawał dzieciom figurki Matki Bożej. Bardzo mi się to spodobało. Dziś w wielu domach, gdzie żyją młode rodziny, brakuje nawet krzyża na ścianie, obrazów Matki Bożej czy Jezusa. To jest niemodne… a te dzieci z radością przyjmowały figurkę Maryi. Pomyślałam sobie, że może przyjadę tu kiedyś z moimi dziećmi i one też wezmą udział w takim losowaniu? I na drugi dzień w skrzynce pocztowej znaleźliśmy figurkę Matki Bożej z Apostolatu! To była ogromna radość. W naszym domu przy wyjściowych drzwiach znajduje się też kropielnica, a obok niej zawiesiliśmy Akt poświęcenia naszego domu Matce Bożej, który często ponawiamy. Tak pięknych inicjatyw jest o wiele więcej. I do tego Apostołowie modlą się za siebie nawzajem! Dzięki temu nasza wspólnota wspiera się wzajemnie i czerpie swoje siły, służąc Maryi, która prowadzi nas ku Jezusowi.

Przyg. MW



Listy od Przyjaciół
 
Listy

Szczęść Boże!
Na wstępie pragnę podziękować za kalendarz „365 z Maryją” oraz pismo „Przymierze z Maryją”. Od wielu lat starałem się wspierać każdą akcję organizowaną przez Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi. Szczerze mówiąc, nie zawsze podchodziłem sumiennie do lektury, którą od Was otrzymywałem („Przymierze z Maryją”, „Polonia Christiana”). Wydawało mi się, że samo wspieranie finansowe w zupełności wystarczy. Myliłem się! Teraz, gdy znalazłem się w „jaskini zła”, tam, gdzie rządzi książę ciemności, zacząłem doceniać moc wiary i Bożego słowa, zawartych w Waszych artykułach. Modliłem się zawsze (…), ale wydaje mi się, że raczej z obowiązku niż z potrzeby. Teraz, będąc w zakładzie karnym, gdzie naprawdę ciężko znaleźć człowieczeństwo, współczucie, a co za tym idzie bliskość Bożego Miłosierdzia, pozostaje cicha modlitwa i rozmowa z Panem Bogiem (…). Jest jeszcze nasza ukochana Mateczka MARYJA, która przez całe moje życie okrywała mnie i moją rodzinę swym miłosiernym niewidzialnym płaszczem ochronnym. (…) Bóg naprawdę nas kocha! Pisząc to, mam na myśli dzieło, którego się podjęliście. Bóg zapłać!
Proszę o modlitwę w mojej intencji.
Jacek

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Pragnę Państwu podziękować za pracę na rzecz krzewienia Miłosierdzia Bożego. Serdecznie dziękuję za czasopismo „Przymierze z Maryją” oraz wszystkie piękne upominki, które od Was otrzymuję. Całej Redakcji życzę największych sukcesów. Modlę się codziennie, aby dobry Bóg i Jego Matka otaczali Was Swoją opieką i błogosławili w dalszej pracy. Jako Apostoł Fatimy pragnę wspierać Was skromnym datkiem, aby Wasza działalność rozszerzała się na całe nasze społeczeństwo. (…)
Bronisław ze Starogardu Gdańskiego

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Pragnę pozdrowić serdecznie całą Redakcję „Przymierza z Maryją” oraz podziękować za przysyłane mi egzemplarze Waszego pisma, które bardzo mi się podobają, są ciekawe i poruszające, a nawet wzruszające. Dziękuję za ciekawe artykuły, dziękuję za dział „Strony Maryjne”, gdzie znajdują się piękne opisy sanktuariów Matki Bożej. Ta lektura pisma katolickiego bardzo mnie wzbogaca i poucza. Dziękuję również za wszystkie przesyłane mi dewocjonalia, którymi obdarowuję moich najbliższych. Chcę, aby i oni cieszyli się i wzbogacali duchowo. Bóg zapłać za wszystkie modlitwy w mojej intencji i mojej rodziny. Wspieram Waszą redakcję duchowo, a jak tylko będę mogła, będę też wspierała ją finansowo.
Pozdrawiam serdecznie Pana Prezesa Stowarzyszenia Sławomira Olejniczaka i jego współpracowników oraz czytelników tego pięknego pisma. Szczęść Wam Boże!
Stała czytelniczka – Bernadetta

Szczęść Boże!
Szanowny Panie Prezesie! Serdecznie dziękuję Panu oraz Pana współpracownikom za wszystkie przesyłki skierowane do nas, a w szczególności za każdy kolejny egzemplarz czasopisma „Przymierze z Maryją”.
Można zauważyć, że od dłuższego czasu artykuły i szata graficzna jest coraz bogatsza i wzbogaca nas, Czytelników, w wiedzę katolicką. Wskazuje drogę do Boga za wstawiennictwem Maryi i świętego Józefa, prosząc o łaski uzdrowienia i wszelką pomoc. W natłoku codziennych obowiązków znajdujemy czas na modlitwę – Różaniec, Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Modlimy się o pomyślność naszych dzieci i wnucząt oraz osób nam najbliższych. Odczuwamy wtedy, że Bóg jest z nami i że nie jesteśmy sami. To podnosi nas na duchu, stanowiąc oparcie w rozwiązywaniu wszelkiego rodzaju spraw. Nadmieniamy jednocześnie, że przynależność do Apostolatu Fatimy jest dla nas czymś bardzo ważnym. Każdy człowiek żyjąc na tym świecie, winien starać się pozostawić ślad swojej egzystencji na ziemi, a ocenę pozostawić najbliższym, a przede wszystkim Bogu.
Edward wraz z Małżonką

Szanowni Państwo!
Dziękuję za przesłanie filmu „Via Dolorosa” z dołączonymi rozważaniami „Drogi Krzyżowej”. Chętnie czytam „Przymierze z Maryją”. Oddaję ten dwumiesięcznik także w inne ręce i zachęcam do włączenia się w jego czytanie i propagowanie wśród bliźnich. Zachwycona jestem tematyką Waszego pisma. Gratuluję doboru materiałów, które wzbogacają wiarę oraz wiadomości religijne i inne (ze świata), związane z chrześcijańską postawą człowieka. Bóg zapłać za wszystko! Z wyrazami szacunku.
Marianna z Mazowieckiego

Szczęść Boże!
Chciałbym podziękować całej Redakcji i przyjaciołom Apostolatu Fatimy oraz „Przymierza z Maryją” za wieloletnie wsparcie duchowe, modlitwy i Msze Święte w intencji nas wszystkich, a także piękne upominki dające wiele radości. Zawsze oczekuję i czytam od deski do deski Wasz (nasz) wspaniały dwumiesięcznik. Później przekazuję go innym, by był pocieszeniem w naszych trudnych czasach, także dla innych. Pozdrawiam serdecznie.
Mirosław

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Otrzymałem od Państwa piękne opracowanie „Via Dolorosa” z płytą i modlitwą do Krzyża Świętego, za które bardzo dziękuję. To piękna Państwa akcja, w której też chcę wziąć udział. (…) Staram się uczestniczyć we wszystkich Państwa kampaniach mających na celu przebudzić sumienia Polaków, ale też uczyć wiary i historii Kościoła. Mam już swoje lata, wiary uczyły mnie mama i babcia, teraz ją przekazuję swoim dzieciom i wnukom. Jednak najwięcej wiadomości z życia Kościoła, o życiu świętych, historii Kościoła czerpię z „Przymierza z Maryją”, które otrzymuję i czytam od pierwszej do ostatniej strony. Jako Polak, który wiele lat mieszkał w Niemczech, jestem dumny z Waszej pracy. Serdecznie pozdrawiam i życzę wielu łask Bożych dla całej redakcji „Przymierza z Maryją”.
Wojciech