Temat numeru
 
Pamiętne święta Petera McFaddena


Amerykanin Peter McFadden, założyciel Central Europe Institute, który w latach dziewięćdziesiątych XX stulecia pomagał drobnym przedsiębiorcom prowadzić działalność biznesową w krajach byłego bloku sowieckiego, tak wspomina święta Bożego Narodzenia 1992 roku.

To był jeden z najgorszych okresów mojego życia. Organizacja non-profit, którą założyłem trzy lata wcześniej – Central Europe Institute (Instytut Europy Środkowej) była bliska bankructwa. Miałem przed sobą perspektywę zwolnienia pracowników, wśród których było wielu moich przyjaciół: Czechów, Słowaków i Amerykanów, którzy – w Pradze i Bratysławie – doradzali ludziom, jak zacząć pracę na własny rachunek. Praca, którą wykonywaliśmy, była także testem dla nas samych – młodych ludzi, szukających swojego miejsca w życiu. Teraz jednak, po trzech latach działalności, przyszło załamanie. Środki, którymi dysponowałem ledwo starczały mi na własne utrzymanie. Jakby tego było mało, nagle problemy zaczęły się mnożyć. I to tuż przed samym Bożym Narodzeniem. Byłem na skraju wyczerpania. Prawie w ogóle nie spałem...

Perspektywa bankructwa firmy i konieczność zwolnienia przyjaciół była bardzo bolesna. Rozpaczliwie poszukiwałem nowych darczyńców. Postanowiłem wyjechać na pewien czas do Waszyngtonu, by tam spróbować pozyskać pieniądze niezbędne do dalszej działalności. Nie był to jednak najlepszy czas na poszukiwanie darczyńców. Biłem się z myślami, jak sprostać wyzwaniu, przed którym stałem. Na domiar złego, otrzymałem zawiadomienie z urzędu skarbowego, by się rozliczyć z darowizn z poprzednich lat. Bałem się... Rachunkowość to nie prosta matematyka. Przepisy podatkowe są często zawiłe. Co by się stało, gdybym nie rozliczył się z fiskusem poprawnie? Byłem młody, miałem mało doświadczenia i gdyby okazało się, że zrobiłem coś nie tak, to z pewnością wylądowałbym w więzieniu.

Co powiem moim bliskim?

Siedziałem w swoim waszyngtońskim biurze i wpatrywałem się w setki, jeśli nie tysiące stron publikacji podatkowych. Wokół mnie leżały stosy papierów i setki zagranicznych kwitów, potwierdzających wpłaty. Zmagałem się z tym bałaganem bardzo długo. Mieszkałem wtedy w swoim biurze. Znajdowało się w nim jedno duże biurko, jedna kanapa, na której mogłem spać, kilka półek i niewielka łazienka. Nie było kuchni i lodówki. Tam, od razu po przebudzeniu, przystępowałem do pracy. Kładłem się do łóżka bardzo późno. Ale nie mogłem spać. Czułem się okropnie. Mogłem przecież zawieść tych wszystkich, których zatrudniałem. Martwiłem się o własną przyszłość. Mógłbym dostać inną pracę, ale nie tak wspaniałą jak ta, którą wykonywałem i to na własny rachunek. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, ale wcale się z tego powodu nie cieszyłem. Wręcz przeciwnie, perspektywa tej radosnej atmosfery jeszcze bardziej mnie dobijała. Przerażało mnie to, co mogłem zobaczyć na ulicy.  Szczęśliwi ludzie, przyjemna muzyka dobiegająca zewsząd, dekoracje świąteczne, atrakcyjnie wyglądające pakunki przechodniów... Ich radość tylko przypominała mi o moich zmartwieniach. Nie miałem pieniędzy, aby kupić prezenty dla bliskich. Pochodziłem z licznej rodziny. - Co powiem moim bliskim, gdy wrócę do domu z pustymi rękami? – myślałem z przerażeniem. Do Bożego Narodzenia zostały tylko trzy dni, a ja nie miałem możliwości uciec przed świętami. Dużo pracowałem. Mój mózg stawał się coraz mniej zdolny do działania. Kładłem się coraz później i coraz gorzej spałem. Byłem wyczerpany. Traciłem kontakt z rzeczywistością. W akcie desperacji, przestałem pracować. Siedziałem na kanapie, tępo wpatrując się przed siebie. W końcu wyszedłem na spacer…

 

Bezdomny Robert

Było bardzo późno i bardzo zimno! Silny wiatr hulał po waszyngtońskich ulicach. Paradoksalnie uwielbiałem taką pogodę, kiedy musiałem zmagać się z problemami. Trudne warunki nie dają fałszywego poczucia komfortu. Postanowiłem więc, że odbędę długi spacer, by uporządkować myśli. Jednak, zrobiwszy zaledwie kilka kroków, zaintrygowała mnie postać skulonego z zimna staruszka, którego właśnie minąłem. Uszedłem jeszcze kilka kroków, po czym zdecydowałem się zawrócić. Podszedłem do niego i spytałem: 

Przepraszam Pana, czy ma Pan się gdzie zatrzymać na noc? 
On odpowiedział, że nie. 
– Czy chciałby Pan pójść do mnie? 
Starszy człowiek się zgodził. Gdy szliśmy do mojego biura, ten wynędzniały mężczyzna powiedział mi: 
– Dobrze, że przyszedłeś po mnie, bo już postanowiłem się po prostu zabić. 
Wyjaśnił, że zimno było tak dokuczliwe, iż był zdesperowany targnąć się na swoje życie, podobnie jak to zrobił ubiegłej nocy jego bezdomny przyjaciel. Byłem oszołomiony. Nagle zapomniałem o własnych problemach. Dzięki jednemu aktowi dobroci, uratowałem komuś życie… Wkrótce byliśmy w ciepłym biurze. Robert, bo tak miał na imię mój towarzysz, był wyczerpany. Użyczyłem mu swojej kanapy, dałem mu poduszkę i koc, aby mógł się ogrzać. Sam rozpaczliwie potrzebowałem snu. Owinąłem się więc w swój płaszcz i położyłem na zabrudzonej podłodze ze zwiniętym pod głową ręcznikiem. Obudziłem się następnego ranka. Nigdy nie spałem lepiej. Nigdy też nie czułem się tak bardzo zadowolony, jak wtedy. Robert wciąż nie wstawał. Po krótkim spacerze do pobliskiej restauracji na filiżankę kawy i śniadanie, usiadłem przy biurku, by zabrać się do pracy. Robert nadal spał. Panika, która ogarnęła mnie poprzedniego dnia, gdzieś znikła, chociaż moje problemy pozostały takie same. Jednak przestałem się już nimi zamartwiać. Po prostu przystąpiłem do pracy. Nie miałem żadnego pomysłu na to, jak sobie poradzić z problemami. Jedyne, co mogłem zrobić, to pracować dalej w nadziei, że jakoś ta sytuacja wkrótce zmieni się na lepsze. Robert obudził się dopiero o szóstej wieczorem. Spał osiemnaście godzin. Gdy wstał, był głodny i drżał na całym ciele. Nie kontrolował ruchu rąk. Kiedy szedł, bałem się, że straci równowagę i upadnie. Wziąłem go na obiad do pobliskiej restauracji. Weszliśmy do środka sali wypełnionej modnie ubranymi młodymi ludźmi. Usiedliśmy razem. Ja i ten niechlujny staruszek, który nie kąpał się i nie golił od dawna. Robert zamówił zupę, ale nie mógł utrzymać łyżki. Tak więc, pomagałem mu jeść. Byłem nawet dumny z siebie, że się nim zająłem. Nie zastanawiałem się nad tym, co robię. Po prostu czyniłem to, co wydawało mi się w tym momencie właściwe. Kiedy wróciliśmy do mojego biura, Robert natychmiast położył się na kanapie. Ja znowu spałem na podłodze. Następnego ranka Robert i ja obudziliśmy się o normalnej porze. Robert wyglądał na strasznie zaniedbanego. Duży zarost, rozczochrane siwe włosy nie robiły dobrego wrażenia. Ręce wciąż mu strasznie drżały. Postanowiłem zadbać o jego wygląd… Już wkrótce Robert wyglądał o wiele schludniej. Pomyślałem sobie: Co za dystyngowany pan! i zażartowałem: – Robert, wyglądasz jak milion dolarów – a on zaczął się śmiać. Później dałem mu kilka drobnych, żeby sobie kupił jakieś jedzenie. Po południu wrócił do biura. Zjedliśmy razem kolację.

Nie zostawię go samego!
Zbliżała się Wigilia, a ja wciąż nie podjąłem decyzji, co robić. Czy zostać w Waszyngtonie, czy też jechać do Nowego Jorku, gdzie zawsze na święta gromadziła się cała rodzina. Byłem zakłopotany, nie mając żadnych prezentów dla rodziny. Nie miałem też pieniędzy, by zapłacić za podróż do Nowego Jorku. I jeszcze było tyle do zrobienia… Martwiłem się też o Roberta. Jak mógłbym zostawić go samego? Nawet jeśli dałbym mu klucze do mojego biura, to schodząc po schodach, mógłby się przewrócić... Nie mogłem do tego dopuścić. Podjąłem więc decyzję, że nie jadę. Trzeba to było jednak powiedzieć mamie. A to nie lada problem. Boże Narodzenie było dla nas bardzo ważnym rodzinnym świętem. Jestem szóstym z siedmiorga dzieci, a moi rodzice – szczególnie mama – lubili mieć nas wszystkich w domu. Nigdy nie obchodziłem Bożego Narodzenia poza rodzinnym domem. Miałem nadzieję, że rodzice będą ze mnie dumni, iż zatroszczyłem się o człowieka, który był w wielkiej potrzebie. Powiedziałem więc im przez telefon, że zostałem, by zaopiekować się bezdomnym. Liczyłem, że zrozumieją moje postępowanie. W końcu Jezus Chrystus przyszedł na świat jako człowiek bezdomny. Nie było dla niego miejsca w gospodzie... Rodzice jednak bardzo się zmartwili. Stwierdzili, że osoby bezdomne często są gwałtowne. Niektóre z nich są przestępcami. Ubolewali nad tym, że jestem naiwny i niepotrzebnie narażam się na niebezpieczeństwo. Moje wyjaśnienie, że Robert jest nieszkodliwym staruszkiem, który urodził się w Irlandii i nie potrafił sobie poradzić w dzisiejszym świecie, na nic się zdały. W końcu oznajmiłem, że ktoś musi się nim zaopiekować w te święta i oznajmiłem, że zostaję w Waszyngtonie.

Istota Bożego Narodzenia

Ranek Bożego Narodzenia w domu rodzinnym zwykle był hałaśliwy. Nasz dom zawsze był tak zatłoczony, że wydawało się, iż pęka w szwach, a wiele dzieci biegało i ciągle wołało: Wesołych Świąt! Wesołych Świąt! Ale te święta były inne. W biurze nie było choinki, prezentów, muzyki i dzieci. Byliśmy tylko my dwaj: Robert i ja. Wszystko, co mieliśmy, to poranną ciszę. Piękną ciszę i „spartański” pokój, wypełniony duchem troski jednego człowieka o drugiego. Doświadczaliśmy istoty Bożego Narodzenia.Znów dałem Robertowi kilka dolarów, by kupił sobie coś do jedzenia. Mimo świąt, byłem zmuszony zasiąść do pracy. Było tyle do zrobienia… Ale już się nie martwiłem. W pewnym sensie byłem nawet szczęśliwy.

Tuż po świętach skończyły mi się pieniądze. Miałem mniej niż dziesięć dolarów. Chociaż chciałem dalej się opiekować Robertem, sam już nie mogłem nic dla niego zrobić. Na szczęście znalazłem przy kościele w Georgetown miejsce w schronisku. Dałem mu po raz kolejny parę dolarów, by tak jak zwykle poszedł na lunch i po południu wrócił do biura, skąd mieli go zabrać ludzie ze schroniska. Sam, mając w kieszeni pięć dolarów, wyszedłem, by coś przekąsić. Powiedziałem sobie: – Dziś będziesz jadł obiad, ale nie zjesz kolacji. Byłem zupełnie spokojny. Po prostu przyjąłem to z pokorą. Zastanawiałem się nad losami naszego Instytutu. Przypuszczałem, że jego koniec jest bliski. Zrobiłem wszystko, co mogłem. Pomyślałem sobie, że uratowanie życia Roberta było najlepszym lekarstwem na poczucie osobistej porażki… Tego dnia cieszyłem się z krótkiego spaceru do Cafe Blanca. Wydałem ostatniego dolara, kupując tę samą kanapkę z kurczakiem, którą jadłem codziennie. Kanapkę zrobioną przez mojego przyjaciela Jasona, właściciela kawiarni. On i ja rozmawialiśmy jak zwykle o sporcie. Jason nawet nie przeczuwał, że może to być mój „ostatni obiad”. Gdy wracałem do biura, mając zaledwie kilka monet w kieszeni, odczuwałem zadowolenie. Cieszyłem się z tego, że zrobiłem to, co należało. Uświadomiłem sobie, że lata nauki w katolickich szkołach nie zostały zmarnowane. Znalazłem się w bardzo kiepskiej kondycji. Ale wiedziałem, że jest ktoś, kto był w jeszcze gorszym położeniu. I podzieliłem się z nim, tym co miałem.

Niespodziewany list

Gdy wszedłem do budynku, w którym mieściło się moje biuro, pochyliłem się, aby podnieść listy. Przejrzałem koperty. Byłem zaskoczony, znajdując jedną z adresem Andrew W. Mellon Foundation w Nowym Jorku. Do tej fundacji składałem podanie z prośbą o darowiznę na działalność mojej organizacji, ale nie spodziewałem się tak szybkiej odpowiedzi. Myślałem, że wiadomość przyjdzie od nich najwcześniej za kilka miesięcy. Otworzyłem więc kopertę, a w środku znalazłem powiadomienie, iż przyznano mojemu Instytutowi dotację w wysokości 50 tysięcy dolarów. Oznaczało to, że nie musiałem zwalniać pracowników i że dzieło mogło być kontynuowane. Moje pierwsze doświadczenie głodu musiało jeszcze poczekać...

Robert nie wrócił tego popołudnia do biura. Domyślam się, że bał się życia w schronisku dla bezdomnych, które bywa niebezpieczne. Szukałem go wszędzie. Myślałem, że go znajdę, ale nie udało się. Mam nadzieję, że pewnego dnia spotkam go ponownie w Niebie... Ja zaś dziękuję Bogu za to wspaniałe doświadczenie życiowe!

Wydarzenia przedstawione w tej opowieści są prawdziwe i zostały wiernie opisane przez jej autora, Petera McFaddena, który do początku 1998 roku pełnił funkcję prezesa Central Europe Institute.

Na podstawie relacji autora opracowała Agnieszka Stelmach
  

Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza z Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
Matka Boża wzorem cnót
Oddając najnowszy, 120. numer „Przymierza z Maryją”, pragniemy podzielić się radością. Mija właśnie 20 lat od momentu, gdy nasze pismo po raz pierwszy trafiło do polskich domów. Nie świętowalibyśmy tej rocznicy, gdyby nie nieoceniona pomoc naszych drogich Przyjaciół i Darczyńców. I za to serdecznie dziękujemy każdemu, kto choć w najmniejszym stopniu przyczynił się do powstania i rozwoju pisma.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Boże wsparcie w zwyczajnym życiu

Barbara i Mariusz Colikowie są młodym małżeństwem z Chorzowa. Dają piękne świadectwo życia z Panem Bogiem na co dzień i wierności Jego Przykazaniom. Mówią też o tym, jak wiele korzyści duchowych daje im członkostwo w Apostolacie Fatimy i materiały, które otrzymują od Stowarzyszenia im. Księdza Skargi.

 

Chociaż wiele nosisz imion, jesteś tylko jedna, Twoje dobre oczy patrzą na świat… – to poruszające słowa jednej z piosenek religijnych. Znamy wiele pięknych wizerunków i tytułów Matki Bożej.


Dzisiaj jednak możemy z całą pewnością powiedzieć, że najbardziej szczególny i najbliższy naszym sercom wizerunek Maryi to ten z Fatimy…

Jesteśmy małżeństwem od dwóch lat. Oboje mamy za sobą historię nawrócenia i przylgnięcia do Boga dopiero w dorosłym życiu. Każde z nas ma swoją wyjątkową historię spotkania z Bogiem – spotkania, które całkowicie odmienia życie. Spotkania, po którym nic już nie jest takie samo. Nasza znajomość również ma swoje źródło w Kościele.


Od samego początku wiedzieliśmy, że naszą relację, a później związek małżeński, chcemy budować na fundamencie wiary, zgodnie z wartościami i nauczaniem Kościoła. Nie wyobrażaliśmy sobie, że moglibyśmy osiągnąć szczęście bez Boga, bez Jego błogosławieństwa, lekceważąc Jego Przykazania.


W zeszłym roku w okresie Wielkiego Postu (tak bardzo innego od wszystkich dotychczasowych) na kanale PCh24.tv usłyszeliśmy o możliwości zamówienia repliki Całunu Turyńskiego wraz z folderem informacyjnym przygotowanym przez Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi. Zamówiliśmy te materiały, a jakiś czas później otrzymaliśmy również broszurkę zachęcającą do przystąpienia do Apostolatu Fatimy. Zdecydowaliśmy, że chcemy dołączyć do grona jego członków. Poczuliśmy wtedy, że orędzie Maryi z Fatimy może być odpowiedzią na dzisiejsze czasy – odpowiedzią na naszą niepewność, na nasze troski i obawy. Odtąd czasopisma „Przymierze z Maryją” oraz „Polonia Christiana” stały się naszą regularną i wyczekiwaną lekturą, w której znajdujemy sporo wartościowych i pokrzepiających treści.


Apostolat Fatimy pogłębił naszą pobożność maryjną i przywiązanie do Matki Bożej. Przez wiele miesięcy codziennie odmawialiśmy wspólnie Różaniec. Odkryliśmy wtedy, że zbliżając się do Boga przez Maryję, równocześnie zbliżamy się do siebie nawzajem. Jesteśmy przekonani, że modlitwa małżeńska owocuje we wspólnym życiu. Cały czas staramy się w miarę możliwości odmawiać razem chociaż cząstkę Różańca. Poświęciliśmy naszą rodzinę i nasz dom Matce Bożej, Jej opiece. Mocno wierzymy w Jej wstawiennictwo. Zaczęliśmy również interesować się Objawieniami Fatimskimi, które dotąd znaliśmy jedynie pobieżnie.


Staramy się uczestniczyć jak najczęściej w Eucharystii i czerpać z Niej. Staramy się dostrzegać obecność Boga i Jego działanie w naszej codzienności, w naszych życiowych (czasem trudnych) doświadczeniach, które – jak wierzymy – nie są Mu obojętne. Staramy się widzieć Jego wszechmoc i piękno w dziele stworzenia – podczas spacerów, górskich wycieczek i wypraw rowerowych, które uwielbiamy…


Nasze życie z Bogiem jest raczej zwyczajne i prozaiczne, bez spektakularnych cudów, ale nie potrafimy i nie chcemy wyobrażać sobie życia bez Niego. Nie jest ono usłane różami i – zwłaszcza w ostatnim czasie – zmagamy się z wieloma trudnościami, ale wiemy, że na życiowej drodze mamy Bożą obecność i Jego wsparcie. Bóg nie obiecuje nam życia bez burz, ale obiecuje, że w czasie tych burz będzie z nami. Nieustannie doświadczamy tego, że z nami jest.

 

Przyg. MW


Listy od Przyjaciół
 
Korespondencja

Szczęść Boże!

Drodzy Przyjaciele, bardzo dziękuję za czasopismo „Przymierze z Maryją” i wszystkie upominki. Wiele to dla mnie znaczy. Zdarzyło mi się wątpić, zbaczać z drogi. Brakło sił, odwracałam się od Maryi i Jezusa. Dzięki nim jednak zdecydowałam się na rozmowę z zaufanym księdzem z mojej parafii i się wyspowiadałam.

Jaka wtedy ogarnęła mnie wielka radość, że mogłam zrzucić ogromny ciężar z serca. Teraz wiem, że mam wielkie wsparcie w Maryi i Jej Synu. Wiem, że zawsze mogę się zwrócić do nich o pomoc. Bóg zapłać!

Marta z Piaseczna

 

Szczęść Boże!

Jako głowa rodziny chciałbym się pochwalić łaskami, jakie wraz z żoną otrzymaliśmy. Pozwolą Państwo, że przedstawię relację żony: „Do cudu za pośrednictwem św. Rity doszło ponad 8 lat temu, kiedy będąc w trzeciej ciąży poproszono mnie o zjedzenie płatka róży. Było to dla mnie wielkie zaskoczenie i zdziwienie, ale spełniłam tę prośbę. Dlaczego? Przedstawię krótko.

W 2008 roku urodziłam swoje pierwsze dziecko – córeczkę. Gdy miała ponad roczek, zdiagnozowano u niej chorobę genetyczną SMA. Niestety kolejne ciąże wiążą się z ryzykiem narodzin chorego dziecka, ale zawsze z mężem marzyliśmy o dużej rodzinie. Już przed ślubem rozmawialiśmy o dzieciach i stwierdziliśmy, że jeśli Bóg pozwoli, to chcielibyśmy mieć szóstkę dzieci.

W roku 2011 przyszedł na świat nasz syn. W trakcie ciąży cała rodzina modliła się o narodziny w zupełnym zdrowiu, ponieważ na badaniach USG lekarz zauważył deformację kończyn dolnych i górnych. Po kilku tygodniach wykonano kolejne badania USG, które pokazały całkowity brak zdeformowań. Na szczęście dziecko urodziło się ­zdrowe.

W roku 2012/2013 byłam w trzeciej ciąży, a wraz z nią pojawiły się żylaki na lewej nodze. Nogi strasznie puchły i bolały, a do tego doszły obawy o zdrowie dziecka. Po raz kolejny obawy lekarza skierowały nas na szczegółowe badania, tym razem – echo serca dziecka. Każda negatywna informacja powodowała mobilizację całej rodziny i szturm modlitewny do Nieba. Po raz kolejny badania wyszły poprawnie. W około siódmym miesiącu ciąży moja teściowa, która cały czas, modliła się za wstawiennictwem św. Rity o zdrowie dla syna, poprosiła mnie o zaufanie i nielekceważenie tego, dając mi jednocześnie płatek róży. Nie mówiąc dokładnie co to jest i skąd pochodzi, powiedziała: „Karola, proszę Cię tylko o jedno. Zaufaj, pomódl się teraz z tym, co masz w sercu i zjedz ten płatek, mówiąc – św. Rito, módl się za nami! I powiedz mi jak się czujesz”. Wtedy ogarnęło mnie niesamowite zdziwienie, zaskoczenie słowami i postawą teściowej. Zrobiłam oczywiście, jak prosiła. Odpowiadając na jej pytanie, powiedziałam: „Nic specjalnego nie czuję, żeby się coś zmieniło”. Po pewnym czasie okazało się jednak, że się myliłam. Nogi przestały puchnąć i boleć, a ciąża zakończyła się narodzinami zdrowego syna bez jakichkolwiek komplikacji.

W 2016 roku miałam spotkanie z lekarzem w celu zrobienia porządku z żylakami na lewej nodze. Pan doktor był w szoku, widząc stan moich żył, powiedział: „Stan żył jest straszny, należy dokonać zabiegu usunięcia żył” i zapytał, czy wiem, że miałam zakrzepicę żylną. Odpowiedziałam: „Nie, a czym to się objawia?”. Lekarz wyjaśnił mi, że do zakrzepicy doszło już dawno temu, ale ślad po niej jest wyraźny, a objawy to między innymi puchnięcie i bóle nóg. Opowiedziałam wtedy o swoich problemach z bólem i puchnięciem nóg w czasie ciąży. Zdaniem lekarza to prawdziwy cud, że to przeżyłam. (…)

W sierpniu 2016 roku miałam zabieg usunięcia żył. Po pewnym czasie analizując całą sytuację, uświadomiłam sobie, że za stawiennictwem św. Rity dokonał się cud. Każdego dnia dziękuję za życie swoje i syna, a także kolejnych trzech córek, które przyszły na świat 2017, 2018 i 2019 roku. Każdego dnia dziękujemy Bogu za uzdrowienie, radość i miłość, jaką obdarował naszą rodzinę”.

Tyle relacja żony. Ja ze swej strony, jako głowa rodziny, pragnę podziękować św. Ricie za uzdrowienie żony, za szóstkę wspaniałych dzieci, miłość i radość, jaka panuje w naszym domu. Proszę również o dalszą opiekę i wstawiennictwo u kochanego Ojca w Niebie. Chwała Panu!

Robert

 

 

Szanowny Panie Redaktorze!

Z całego serca dziękuję za czasopisma i wszystkie wspaniałe prezenty. Pracuję w terenie jako pielęgniarka, więc „Przymierze z Maryją” przekazuję swoim podopiecznym. Pomagam pewnej bardzo ubogiej kobiecie, która ma upośledzone dziecko, a teraz spodziewa się kolejnego z zespołem Downa. Sama adoptowałam sierotę z Rwandy. Wspomagam też swoją parafię – sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Gdańsku-Żabiance.

Zgodnie z prośbą Fatimskiej Pani odprawiam nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca. Nie piszę tego, aby się chwalić, ale uważam, że można oddawać cześć Maryi Fatimskiej na różne sposoby.

Z poważaniem

Maria

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowna Redakcjo! Najgoręcej Was pozdrawiam. Dziękuję Wam z całego serca za regularne przysyłanie mi Waszego pisma „Przymierze z Maryją”, które jest bardzo wartościowe, cenne i interesujące. Szczególnie jestem Wam bardzo wdzięczna za ostatni numer Waszego czasopisma, w którym są umieszczone informacje o objawieniach św. Józefa. Najbardziej uderzyły mnie słowa: „Wszyscy, którzy będą mieli cześć do mojego serca, będą również czyści, prawi i święci przed Obliczem Pana”. (…) Mam też zamiar praktykować pierwsze środy miesiąca ku czci św. Józefa. Pozdrawiam jeszcze raz całą Redakcję! Z Panem Bogiem.

Małgorzata z Jaworzna

 

 

Szczęść Boże!

Pragnę podziękować Matce Bożej za wysłuchanie moich modlitw. Mój syn uległ groźnemu wypadkowi. Wydawało się, że nie da się go uratować. Przez dwa miesiące leżał nieprzytomny w szpitalu. Modliłam się gorąco, by Maryja – pośredniczka wszelkich łask, wyprosiła łaskę zdrowia dla syna. I syn – można tak powiedzieć – otrzymał drugie życie. Pozdrawiam serdecznie Redakcję!

Anna z Mazowieckiego