Bardzo współczuję naszemu Czytelnikowi. Serce zawsze najmocniej boli, kiedy człowiek obserwuje, jak jego najbliżsi robią sobie krzywdę, a taką krzywdą jest porzucenie wiary. Dokonuje się ono z różnych powodów. Czasem jest to jakiś moment w życiu, jakieś trudne doświadczenie, choćby śmierć kochanej osoby, gdy człowiek nie umie pogodzić się z sytuacją i szuka winnego w osobie Boga.
Innym razem powodem odejścia od Boga jest pogubienie się w życiu oraz wpływy zewnętrzne – przede wszystkim środowisko żyjące bez Boga, brak przykładu życia wiarą we własnej rodzinie, brak autorytetów. Ale najczęściej człowiek traci wiarę, gdy wcale o nią nie dba, gdy jej nie pogłębia, nie modli się, nie uczestniczy we Mszy Świętej i w życiu sakramentalnym. Gdy nie zadaje sobie pytań dotyczących wiary i nie szuka na nie odpowiedzi. Problemem jest także konsumpcyjne podejście człowieka do życia. Do tego dochodzi działanie złego ducha, który bazując na pysze człowieka, zaślepia go i odciąga od Boga.
Przy problemie utraty wiary można mówić o swoistej drodze odchodzenia od Boga. Są to często etapy rozłożone na wiele lat i następujące jeden po drugim, a czasem zachodzące na siebie. Trzeba pamiętać, że na każdym etapie odchodzenia od Boga budzi się sumienie, które przypomina człowiekowi drogę wiary i życie sakramentalne. Bóg nie odpuszcza tak łatwo w walce o człowieka i jego wiarę. Robi wszystko co możliwe, ale nie pozbawia człowieka wolnej woli. Dlatego człowiek chce się pozbyć wyrzutów sumienia. Zatem odchodzenie od wiary w Boga to odchodzenie od tego, co pierwotne, od natury człowieka zakorzenionej w Bogu i od własnego sumienia. Można wyszczególnić etapy tego duchowego dramatu:
• Oziębłość w wierze:
Powolna rezygnacja z modlitwy; coraz częstsze opuszczanie niedzielnej Mszy Świętej; niechęć do spowiedzi i życia sakramentalnego, czyli bycia znakiem, świadkiem Chrystusa, świadkiem wiary.
• Oschłość w wierze:
Powolne zamieranie poczucia bliskości Boga (nie widzi różnicy między sacrum i profanum; jest mu obojętna postawa na modlitwie, wszystko jedno, czy przed Bogiem się stoi, czy siedzi, czy klęczy; czy się jest na zewnątrz kościoła na Mszy, czy wewnątrz – nie mając ku temu obiektywnego powodu). Zamieranie uczucia miłości do Boga (odnoszenie się do Boga jak do kolegi).
Wytykanie wad, błędów, grzechów innym, okazywanie niezadowolenia z czegoś lub kogoś bez ukazywania sposobu poprawienia tych niedoskonałości i bez woli przyjęcia opinii, racji innych – nierzadko będąc tak samo grzesznym czy niedoskonałym; wytykanie grzechów Kościołowi; uznawanie nabożeństw za bezsensowne zgromadzenia ludzi, gdzie odbywa się „rewia mody”; wyśmiewanie pobożności osób starszych; zwracanie uwagi na sposób życia księdza i tłumaczenie własnej niechęci do modlitwy jego niedoskonałościami; zwracanie uwagi na rzekomo nudne kazania, homilie, a nie na głębię liturgii Mszy św.; lekceważenie znaczenia modlitwy indywidualnej, np. Różańca.
• Wątpliwości w wierze:
Stopniowe zanikanie poczucia bliskości Boga; brak sensu ponoszenia jakiejkolwiek ofiary z miłości dla Boga; powątpiewanie w istnienie Boga; chętne włączanie się w rozmowy negujące istnienie Boga; nieusuwanie wątpliwości przez czytanie Pisma Świętego, modlitwę i lekturę książek poruszających i wyjaśniających zasady i problematykę wiary; niepogłębianie wiedzy o wierze i jej zasadach, o liturgii, o modlitwie.
Poczucie zadowolenia z tego, że tak wielu ludzi nie wierzy w Boga; poszukiwanie dowodów na nieistnienie Boga; uznanie, że Bóg nie istnieje; uznanie wiary w Boga za wymysł człowieka.
Wyśmiewanie osób wierzących; poniżanie hierarchii Kościoła; bluźnierstwa przeciw Bogu; manifestowanie swojej niewiary; stawanie po stronie szatana – tylko dlatego, żeby „zrobić na złość” Panu Bogu.
Powyższy podział dramatu utraty wiary z grubsza pokazuje, że odejście od Boga dokonuje się zazwyczaj przez to, że człowiek nic nie robi dla wytrwania w wierze. Przecież jeśli nie pogłębia się swojej wiary, nie rozwija jej, tylko pozostaje na poziomie wiary dziecka, które przygotowywało się do Pierwszej Komunii Świętej, czy też zbuntowanego młodego człowieka przygotowującego się do bierzmowania, a przy tym nie modli się, nie przystępuje do sakramentów, to nie ma się co dziwić, że wiara w takim człowieku obumiera.
Czasem taki stan rzeczy jest spowodowany przez samych rodziców. Często brakuje ich przykładu wiary. Brakuje wspólnej modlitwy w rodzinie, wspólnego uczestniczenia we Mszy Świętej w niedziele i święta. Za to dużo krytykanctwa, wyśmiewania wiary i wszystkiego co z nią związane. Oczywiście nie twierdzę, że tak jest w przypadku osoby, która postawiła pytanie, na które próbujemy odpowiedzieć.
Utrata wiary u kogoś nam bliskiego zawsze boli, bo przecież nie chodzi tu o zwyczajną zmianę przekonań. Wiara jest to przecież wezwanie do życia wiecznego, a nawet więcej, jest ona zalążkiem życia wiecznego, którego udziela człowiekowi sam Bóg. Toteż tak jak dziecko zabite w wyniku aborcji nie odżyje, choćby rodzice bardzo tego chcieli, podobnie trudno mieć nadzieję na to, żeby odzyskał wiarę ktoś, kto ją utracił naprawdę i do końca. Bardzo ostro mówi o tym św. Paweł w Liście do Hebrajczyków: Niemożliwe jest bowiem tych, którzy raz zostali oświeceni, a nawet zakosztowali daru niebieskiego i stali się uczestnikami Ducha Świętego, zakosztowali również wspaniałości słowa Bożego i mocy przyszłego wieku, a [jednak] odpadli – odnowić ku nawróceniu (Hbr 6,4–6).
Instynktownie możemy czuć, że odejście od wiary to coś niezwykle poważnego, dlatego gorliwy chrześcijanin na wieść o tym, że ktoś ją utracił, doznaje swoistego bólu serca. I nie można się dziwić temu, że szczególnie ciężko przeżywa się utratę wiary przez osobę bardzo bliską. Wtedy człowiek próbuje – i słusznie! – wierzyć, że córka, syn, brat lub siostra nie utracili wiary do końca, i można ją uratować.
Czasem jednak próbujemy ratować kogoś dla wiary w sposób niemądry. Na przykład – wiedząc, że go tylko zdenerwujemy – powtarzając zachęty, by poszedł do kościoła. Albo w kółko powtarzamy te same, nieprzekonujące argumenty, które dla niego są tylko dowodem naszej bezsilności.
Wydaje się, że punktem zwrotnym w nawróceniu i przemianie człowieka, któremu chciałoby się pomóc wrócić do wiary, jest zobaczenie w jego odejściu szansy dla swojej własnej wiary. Trzeba spokojnie i z uwagą wsłuchiwać się w argumenty, które taka osoba podaje. Wówczas wielokrotnie człowiek przekonuje się, jak powierzchowna jest jego wiara i że w niejednym wymaga ona pogłębienia. Bo skoro w rozmowach z odstępcą nie umiem wyjść poza wciąż te same argumenty, to przecież nie dlatego, że nie da się głębiej spojrzeć na tematy, o których rozmawiamy, ale przede wszystkim dlatego, że ja tego zrobić nie potrafię. Niestety, również w rodzinach głęboko wierzących nieznajomość wiary jest niekiedy duża, co bardzo zmniejsza skuteczność naszych perswazji, kiedy jeden z nas odchodzi od wiary. Otóż, kiedy tak się dzieje, módlmy się za osobę odchodzącą od Boga najpotężniej, jak potrafimy, ale też starajmy się sprostać jej żądaniom uzasadnienia tej nadziei, która w nas jest (1 P 3,15). Nie tylko po to, by odchodzącego przekonać i na powrót przyciągnąć do Kościoła, ale przede wszystkim po to, żeby swoją własną wiarę pogłębić. Świadectwo płynące z wiary w ten sposób pogłębionej będzie z samej swojej natury bardziej przekonujące.
Trzeba na koniec pamiętać, żeby nie robić nic na siłę. Potrzeba dużo cierpliwości i wytrwałości, ale i czasu. Trzeba dużo modlitwy. O modlitwę należy także prosić inne osoby, ponieważ modlitwa we wspólnocie Kościoła ma swoją szczególną moc. Trzeba także osobie tracącej wiarę okazać dużo życzliwości i ciepła oraz wsparcia. Nie ma się co kłócić, sprzeczać czy namawiać i przekonywać na siłę. Jeśli chodzi o chrzest wnuków, to myślę że nie można tu także działać na siłę. Należy rozmawiać, zachęcać, ale nie zmuszać. Modlić się i czekać oraz próbować dotrzeć do serca. Potrzeba wytrwałości i wiary oraz zaufania do Boga, bo On nie poddaje się i nigdy nie przegrywa.
370 lat temu, 1 kwietnia 1656 roku we lwowskiej katedrze nasz monarcha, Jan II Kazimierz Waza, przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej oddał Rzeczpospolitą szczególnej opiece Najświętszej Maryi Panny, nazywając ją Królową Polski. Co jednak szczególnie interesujące, ten tytuł odnoszący się do Matki Zbawiciela został objawiony trzykrotnie przez samą Maryję na początku XVII wieku w dalekiej Italii.
Pani Cecylia Pajka pochodzi z Mazowsza. Urodziła się w miejscowości Lutobrok koło Pniewa, ale od prawie 50 lat mieszka w Makowie Mazowieckim, gdzie należy do parafii pod wezwaniem św. Józefa. W 2025 roku wraz z grupą Apostołów Fatimy udała się na pielgrzymkę do Sanktuarium Matki Bożej w Fatimie.
– W Fatimie było cudownie. Naprawdę jestem wdzięczna za to, że po 21. latach uczestnictwa w Apostolacie spotkało mnie takie szczęście – pojechałam do Fatimy, o której marzyłam od dawna – wspomina pielgrzymkę do portugalskiego sanktuarium pani Cecylia.
– To było niesamowite przeżycie, bo byłam tam po raz pierwszy. Dziękuję Bogu, że w Roku Jubileuszowym otrzymałam od Niego taką łaskę. Groby pastuszków: świętych Hiacynty i Franciszka oraz s. Łucji, to po prostu coś cudownego. Z wdzięcznością pokonałam na klęczkach tradycyjną drogę do Kaplicy Objawień, a wieczorami brałam udział w procesjach ze świecami – dodaje.
Zaczęło się od książki o Fatimie…
Wszystko to możliwe było dzięki temu, że pani Cecylia już od dawna wspiera Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi. Początki swojej przygody z naszą organizacją wspomina następująco: – Zaczęło się tak, że znalazłam ulotkę i zamówiłam książkę o Fatimie. Wypełniłam formularz Apostolatu i zaczęłam dostawać kalendarze, różańce oraz wiele różnych dewocjonaliów. Otrzymałam także oczywiście figurkę Matki Bożej Fatimskiej.
Jako Apostołka Fatimy pani Cecylia dostaje również systematycznie „Przymierze z Maryją”, którego jest wierną czytelniczką:
– W „Przymierzu…” jest dużo ciekawych artykułów, np. świadectwa członków Apostolatu czy opis pielgrzymek do Fatimy. Po przeczytaniu zanoszę „Przymierze z Maryją” do kościoła żeby ktoś inny poznał Stowarzyszenie, zapisał się do Apostolatu i żeby przyniosło to dobre owoce – mówi z przekonaniem.
Obecnie kościołem parafialnym pani Cecylii jest świątynia pod wezwaniem Bożego Ciała w Makowie Mazowieckim, ale nie zawsze tak było. – Chrzest przyjęłam w kościele pw. Najświętszej Maryi Panny – Królowej Świata w Zatorach, a do Pierwszej Komunii Świętej i bierzmowania przystępowałam w bazylice kolegiackiej Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Pułtusku – przytacza fakty ze swojej młodości. – Z dzieciństwa pamiętam, że moja babcia codziennie odmawiała Różaniec, a ja klęczałam obok i też się razem z nią modliłam.
Kurpie – ich kultura i zwyczaje
Pani Cecylia pochodzi z Kurpiów Białych, krainy etnograficznej leżącej na północny-wschód od Legionowa w województwie mazowieckim. Region ten słynie m.in. z charakterystycznej gwary, haftów, wycinanek i wyrobów tkackich. – Moja mama i ciocia zajmowały się haftem serwetek kurpiowskich na tiulu. Wykonywały też obrusy, bieżniki, serwetki na drutach i szydełku.
– Moja ciocia ma po babci cały strój kurpiowski. Składa się on z białej koszuli wyszywanej czarno-czerwonym wzorem kurpiowskim, kolorowej sukni w paski, fartucha zdobionego kolorowymi cekinami, czarnych, sznurowanych trzewików i czerwonej lub zielonej chusty w kwiaty. Babcia zawsze zakładała ten tradycyjny strój na specjalne uroczystości w kościele.
Żona, matka, babcia
– Skończyłam szkołę zawodową i 1,5 roku technikum rolniczego, ale moje główne zainteresowanie i zawód to kucharstwo. 28 lat pracowałam na kuchni, a przez prawie 38 lat pracy zawodowej miałam tylko siedem dni zwolnienia – opowiada pani Cecylia.
– W 1972 roku po zawarciu ślubu zamieszkałam u męża w miejscowości Pękowo. Tam też urodziła się nasza pierwsza córka. Do Makowa Mazowieckiego przeprowadziliśmy się w 1978 roku, gdy miała iść do pierwszej klasy szkoły podstawowej. W sumie urodziłam czworo dzieci, ale jeden syn zmarł po kilku dniach. Doczekałam się też czterech wnuków, dwóch wnuczek oraz dwóch prawnuków.
– Od ośmiu lat jestem wdową, ale w 2021 roku zaprzyjaźniłam się z Januszem, którego kuzynka wyszła za mojego wnuka. Razem byliśmy na pielgrzymce w Fatimie, a w tym roku wybieramy się do Sanktuarium Matki Bożej w Lourdes.
Swoją opinią na temat pielgrzymki Apostolatu do Fatimy podzielił się z nami też pan Janusz:
–Jestem zachwycony i bardzo zadowolony. Brak mi słów. Największe wrażenie wywarły na nas nabożeństwa, Droga Krzyżowa i nauki, które przy tej okazji głosił towarzyszący nam ksiądz. Chcemy też podziękować koordynatorowi Apostolatu Fatimy, panu Krzysztofowi Golcowi za organizację pielgrzymki.
Oprac. Janusz Komenda
Szczęść Boże!
Bardzo dziękuję za piękny kalendarz i za słowa wdzięczności. Wszystko co robicie, jest wielkie. Jestem wzruszona i proszę dalej pracować nad wszystkim, co jest związane z wiarą chrześcijańską.
Barbara z Pińczowa
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szanowna Redakcjo, pragnę podzielić się swoim świadectwem… W 1983 roku pracowałem na budowach w Poznańskim Kombinacie Budowlanym. Zostałem wysłany do Libii na kontrakt. Budowaliśmy tam domy parterowe. Nasz „camp” mieścił się w miejscowości Azzija. W każdą środę przyjeżdżał franciszkanin spowiadać i odprawiać Mszę Świętą. (…) Starałem się codziennie odmawiać Różaniec na „campie”. Pracownicy z różnych stron Polski zauważyli, że wierzę i kocham Boga, że nie wstydzę się Go… Po powrocie latem 1984 żona zauważyła, że Pan Jezus Miłosierny mnie otworzył na innych i odmienił mego ducha.
W kościele Wniebowstąpienia znajdowała się półka z cudownymi medalikami. Zapoznałem się z postacią św. Katarzyny Laboure, która otrzymała wzór na medaliki od Matki Bożej. I tak Jezus Miłosierny posłał mnie, abym rozdawał je na budowie i głosił Prawdę o dobroci Boga. Święta Katarzyna na każdym kroku mnie także towarzyszyła, w ogóle nie czułem jakiegoś zawstydzenia, wręcz przeciwnie: czułem radość z niesienia Bożego Miłosierdzia w codzienności, jakie Dobry Bóg daje nam przez ręce Maryi. To trwało wiele lat. Ewangelizowałem tam, gdzie chciano słuchać. Mówiłem, że o każdą sekundę zapyta nas Pan Bóg i że Boże Miłosierdzie jest jedynym ratunkiem dla każdego człowieka.
Żona zachorowała, kiedy jeszcze pracowałem. W sumie trwało to około 7 lat. To był dla nas trudny okres… Po przejściu na emeryturę żona pomału gasła. W pierwsze piątki miesiąca przychodził do nas ksiądz proboszcz z Panem Jezusem Eucharystycznym. Choć był to dla nas trudny czas, to był także pełen łaski mimo cierpienia. 9 listopada 2019 roku stał się dniem spotkania żony z Jezusem Miłosiernym.
Później zaopiekowałem się bezdomnym Michałem, miał 37 lat. (…) Słuchał tajemnic Różańca na dany dzień. Kolega z pracy zaproponował, aby w jego mieszkaniu odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego.
Drugi bezdomny, Piotr, był na wózku inwalidzkim. Mogąc jednak pomóc tylko doraźnie, zapragnąłem przyprowadzić go do tronu Miłosierdzia Bożego, aby i on doświadczył ogromu Miłości i dobroci Boga. Wszedłem nawet we współpracę z pewnym kapłanem i robiliśmy, co w naszej mocy, aby zdroje łaski wylewały się w życiu Piotra. Mój podopieczny żył z żebrania. Dzięki dobroci kolegów, którzy pomagali mu się przemieszczać i pchali wózek, starczało mu na przetrwanie, ale część przeznaczał na alkohol. To niestety bardzo mu przeszkadzało w dotarciu do spowiedzi. Z czasem jednak się rozchorował, trafił do szpitala i już nie wrócił…
I tak idę dalej w codzienność, aby nieść Miłość do każdego człowieka. Najlepiej mi to wychodzi, kiedy tłumaczę tajemnice Różańca świętego. Każde miejsce się nadaje. Patrzę, gdzie Pan mnie prowadzi, gdzie chce swoim Miłosierdziem dotknąć człowieka…
Dodatkowo ostatnio chodzę na fizykoterapię. Tam rozdaję medaliki Matki Bożej, które dostaję z karmelu żeńskiego, z którym weszliśmy w relację, kiedy żyła jeszcze moja żona. Kochane siostry wymadlały łaski i siły dla małżonki.
Ja sam wierząc i ufając Bożemu Miłosierdziu zamówiłem u salezjanów Msze gregoriańskie za moich bliskich. W tym kościele w drugi wtorek miesiąca modlimy się za konających i za dusze w czyśćcu cierpiące. Zwłaszcza te potrzebują Miłosierdzia. Dobry Pan prosi i pobudza serce do tego, aby się za nimi wstawiać.
Codziennie rano proszę Ducha Świętego, abym odczytywał dobrze Jego natchnienia i żył z nimi tego dnia. Na razie Duch Święty tak mnie prowadzi, że na kolejnych „gregoriankach” zaprosił mnie, aby razem z pobożnymi niewiastami wspólnie modlić się na Mszy Świętej i prosić o Miłosierdzie dla konających dusz czyścowych. Pozdrawiam Was serdecznie!
Z Panem Bogiem
Stanisław z Poznania
Szanowni Państwo!
Dobrze, że jesteście. Życzę wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują niszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg!
Dariusz z Marcinowic
Szczęść Boże!
Kampania promująca książkę „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest świetnym pomysłem, a sama publikacja jest znakomicie przygotowana i wydana. To w zasadzie jest książka historyczna i tak też mogłaby być reklamowana. Może w przyszłości warto przygotować również osobną kampanię marketingową dla tych, którzy w Kościele nie są jeszcze tak silnie osadzeni…
Z pozdrowieniami
Michał z Gdańska
Szanowna Redakcjo!
Życzę wszystkiego co najlepsze w roku 2026, niech Boża Opatrzność czuwa nad Waszą działalnością. Artykuły w czasopiśmie „Przymierze z Maryją” są wspaniałe, zawsze ciekawe i potrzebne. Czasami mam wątpliwości, że może ktoś inny bardziej by potrzebował takiej lektury, a ja zajmuję to miejsce. Komu tylko mogę, to podaję po przeczytaniu. Pozdrawiam serdecznie – szczęść Boże!
Stanisława z Rędzin
Szczęść Boże!
Dziękuję Panu Bogu i Matce Najświętszej za to, co robicie. To bardzo trudne, ważne sprawy. Proszę, nigdy nie ustawajcie w Waszych działaniach. Chylę czoło przed Wami za trud i Wasze poświęcenie w każdej akcji Stowarzyszenia – wychodzicie do ludzi, szerząc kult Maryjny w dzisiejszych trudnych czasach. Zasługujecie na wielki szacunek. Bóg zapłać!
Józefa z Dąbrowy Tarnowskiej
Szczęść Boże!
W moim przekonaniu Wasza kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniałą akcją. W lipcu tego roku ukończę, jeśli Pan Bóg pozwoli, 85 lat. Miałem w tym czasie wiele upadków, jak: depresja, rak złośliwy gruczołu krokowego, ale moja silna wiara wpojona mi przez rodziców uzdrowiła mnie. Pozdrawiam Was serdecznie!
Roman z Kujawsko-Pomorskiego