Stare opowieści
 
Dwie korony

Przełożonym ojca Maksymiliana Kolbe pewnie przez myśl nie przeszło, że ten niepozorny z wyglądu zakonnik założy kiedyś świetnie prosperującą misję w Japonii i ze swym apostolskim przesłaniem dotrze do milionów ludzi. Tymczasem człowiek ten okazał się gigantem o niespożytej energii i niezwykłych zdolnościach, który z miłości do Jezusa i Maryi wykonał tytaniczną pracę dla pozyskania dusz.


Zrezygnował z błyskotliwej kariery matematyka i wynalazcy... Zrezygnował ze światowej sławy, prestiżu i władzy. I choć założył największy na świecie w owym czasie klasztor oraz dobrze prosperujące wydawnictwa, znany jest przede wszystkim ze swej męczeńskiej śmierci, którą poniósł w obozie koncentracyjnym Auschwitz.

Miłość do Maryi


Już w dzieciństwie ojcu Kolbe miała ukazywać się Matka Boża. W miejscu, które służyło za domowy ołtarzyk, między dwoma szafami jednopokojowego mieszkania, stała prosta kapliczka z figurą Maryi. Tam mały Maksymilian często wchodził „na rozmowę” z Matką Bożą. Długo się modlił w skupieniu. Potem wstawał odmieniony. Nieraz ocierał łzy...

Na początku matka nie zwracała jeszcze na to uwagi, ale pewnego razu, gdy ujrzała wychodzącego z „kapliczki” wzruszonego chłopca, zaniepokoiła się zachowaniem syna i poprosiła, żeby jej wyjawił, co się stało. Maksymilian nie chciał, ale pod wpływem nalegań powiedział, że bardzo kocha Matkę Najświętszą i że Ona również jego kocha, i mu nawet powiedziała, że... Chłopiec nie dokończył.

Tymczasem matka dalej nalegała. Więc chłopiec kontynuował, że raz, gdy był w kościele i prosił Ją, by mu wyjawiła, co z nim będzie w przyszłości, ukazała mu się w takiej postaci, w jakiej przedstawiona była na obrazie i pokazała mu dwie korony. A potem powiedziała, że biała korona to korona czystości, a czerwona – męczeństwa. Potem jeszcze spytała go, którą koronę chce wybrać, a on odpowiedział, że obie.
Przez całe życie, gdy Maksymilian realizował – za pośrednictwem prasy, a później również radia – kolejne etapy pozyskiwania coraz większej liczby dusz dla dzieła Bożego, zawsze towarzyszyły mu rozważania o czerwonej koronie. Zastanawiał się, kiedy i w jakich okolicznościach przyjdzie mu ją przyjąć. Ale ta myśl nie przesłaniała pracy, którą miał do wykonania jako członek, a przede wszystkim założyciel Milicji Niepokalanej.

Nie wszystko było takie oczywiste w życiu tego świętego człowieka. Wahał się, którą drogą pójść. Szatan kusił go myślą o realizowaniu się w roli naukowca, przed którym cały świat stał otworem. Wszak wszyscy rozpływali się w zachwytach nad jego niezwykłymi umiejętnościami matematycznymi. Trzeba przyznać, że początkowo Maksymilianowi bardzo podobała się ta myśl o zaszczytach i prestiżu. Również bardzo podobała mu się myśl o służbie w wojsku. Dzięki jednak mądrym zakonnikom, którzy przeprowadzili go przez ten trudny okres i dzięki modlitwom kierowanym do Matki Bożej, Maksymilian zdał sobie sprawę, że jego powołanie jest inne.

Milicja Niepokalanej


Podczas pobytu na studiach w Rzymie założył Milicję Niepokalanej. Obserwując rozprzężenie obyczajów, szerzący się ateizm i triumfy masonerii, głoszącej, że – co prawda religii katolickiej nie zwycięży się rozumowaniem, lecz psuciem obyczajów – uznał wraz z kilkoma innymi zakonnikami, że będzie zwalczać bezbożnictwo poprzez naprawę tych obyczajów. W ten sposób narodziła się idea utworzenia Milicji. Mając w pamięci słowa z Księgi Rodzaju: „Ona zmiażdży mu głowę, a On (szatan) czyhać będzie na piętę Jej”, milicjanci pewni triumfu Maryi przystąpili do działania.

Koła Milicji Niepokalanej najpierw powstały wśród krakowskich kleryków, później wśród młodzieży i osób świeckich. Ojciec Maksymilian miał liczne odczyty na temat konieczności zwracania się o pomoc do Matki Bożej. Stworzył bibliotekę. Wreszcie postanowił wydawać miesięcznik, rozpowszechniający ideę Milicji Niepokalanej. Ojciec prowincjał wydał zgodę, zastrzegł jednak, żeby dzieło to realizowano bez konieczności obciążania jego i prowincji kosztami.

Wielu współbraci wyśmiewało się z ojca Kolbe. No bo kto w dobie kryzysu, bez grosza przy duszy chce otwierać pismo. Żartowali z niego: – Maksiu, Maksiu! Puknij się w czoło. Pisma ci się zachciało i własnej drukarni. Tylko jeden z pierwszych gorliwych członków Milicji, o. Wenanty Katarzyniec z seminarium lwowskiego obiecał swoją pomoc. Ale była to już pomoc z Nieba, bo umarł, zanim jeszcze ukazał się pierwszy numer „Rycerza Niepokalanej”.

„Dla Ciebie...!”


Skromny to był numer. Bez okładek, napisany prawie w całości przez założyciela, w nielicznej ilości egzemplarzy. Przechodnie nie chcieli przyjmować go nawet za darmo.

By pokryć dług związany z wydrukiem pisma, ojciec Kolbe wyszedł na ulice kwestować. Mimo zebranych ofiar, wciąż brakowało potrzebnej sumy. Wtedy to wszedł do kościoła, by wyżalić się przed Matką Bożą. Gdy wszystkie te troski Jej opowiedział, gdy wyżalił się do ostatka, wstał z klęcznika i dostrzegł na mensie ołtarza jakieś zawiniątko, a w zawiniątku karteczkę z napisem „Dla Ciebie, Niepokalana!”, a w zawiniątku tyle pieniędzy, że wystarczyło na zapłacenie długu za pierwszy numer miesięcznika.

Z czasem jednak wytrwała modlitwa i praca przyniosły efekt niezwykły. W całym kraju zaczęły powstawać koła Milicji Niepokalanej. Udawało się wydawać „Rycerza Niepokalanej” w coraz większej liczbie egzemplarzy. W pewnym momencie osiągał on ponad milion nakładu. Ojciec Kolbe rozbudowywał wydawnictwo w Niepokalanowie, organizując w nim po mistrzowsku pracę każdej z osób. Papież Pius XI udzielił swojego błogosławieństwa „Rycerzowi Niepokalanej”, a Milicję Niepokalanej obdarzył licznymi odpustami.

W Polsce ojcu Kolbe udało się jeszcze uruchomić gazetę codzienną. „Mały Dziennik” docierał w najodleglejsze zakamarki kraju.

W Kraju Kwitnącej Wiśni


Ojciec Kolbe, gdy już rozbudował w kraju dom zakonny i wydawnictwo, śmiało mógł myśleć o podbijaniu świata dla Królowej Nieba i Ziemi. W tym celu udał się do Nagasaki. Ciężko było polskiemu zakonnikowi w Japonii. Szybko musiał nauczyć się języka, by móc prowadzić zajęcia ze studentami w tamtejszym seminarium. Musiał także zjednać sobie przychylność Japończyków, którym chciał opowiedzieć o Niepokalanej. I tutaj wydawał po japońsku „Rycerza Niepokalanej” i obdarowywał nim napotkanych przechodniów. Z czasem udało mu się nabyć ziemię pod budowę domu dla współbraci oraz wydawnictwa.

Japoński Niepokalanów – osada Mugenzai no Sono rozrastała się. Maryja błogosławiła temu dziełu w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Chcę pójść za mojego kolegę...


Gdy wybuchła wojna, do Niepokalanowa udawali się uchodźcy, prosząc o jedzenie i wsparcie. Nikomu go nie zabrakło. Ojciec Kolbe osobiście opiekował się rannymi żołnierzami. Nigdy nie tracił spokoju ducha, nawet gdy Niemcy przeszukiwali klasztor. I choć wszystko plądrowano i niszczono, on powtarzał:

Jakie by to było szczęście bracia moi, gdybyśmy mogli krwią własną przypieczętować to, czego nauczamy. To byłoby największe szczęście na tym świecie. I by pocieszyć zmartwionych zakonników, stale powtarzał:
– Lecz wy się nie martwcie, gdy mnie zabraknie. Matka Najświętsza bowiem wszystkim pokieruje na większą chwałę Boga.

Zabrany z Niepokalanowa i później przewieziony do obozu koncentracyjnego, Maksymilian Kolbe dał najlepsze świadectwo tego, w co wierzy. Pocieszając w Auschwitz braci współwięźniów i nadając sens życiu obozowemu, wspiął się na wyżyny świętości. To, o czym marzył, miało się ziścić wtedy, gdy komendant wybierał spośród więźniów tych, którzy mieli zginąć śmiercią głodową w odwecie za ucieczkę jednego z nich.

Komendant wskazał od niechcenia mężczyznę stojącego obok Maksymiliana.

– O Jezusie Święty
– płakał mężczyzna. – Na śmierć głodową! A w domu czeka mnie żona i dzieci... Boże! Ja nie chcę umierać!

Ojciec Maksymilian bardzo przeżywał rozpacz swego sąsiada. Popatrzył mu w oczy i już postanowił. Uśmiechnął się do swego postanowienia, wystąpił z szeregu i zaczął zmierzać w kierunku komendanta Fritscha.

– Co się stało?
– krzyknął jeden z oficerów, chcąc zmusić go do powrotu.

Tymczasem ojciec zbliżył się do komendanta i powiedział spokojnym głosem:

Chcę pójść na śmierć za swego kolegę. Proszę mnie przeznaczyć na jego miejsce.
Zaskoczony komendant zamilkł na chwilę. Z niedowierzaniem mierzył Maksymiliana wzrokiem, a potem spytał:

– Zawód?


– Ksiądz katolicki
– odpowiedział Maksymilian.
– Dlaczego chcesz pójść za tamtego?


– On jest potrzebny swoim dzieciom i żonie. Ja już nikomu.


Komendant wciąż jeszcze nie dowierzał temu, czego był świadkiem. Przez chwilę się zastanawiał nad tym, co zaszło, bo nie mógł zrozumieć tego dziwnego człowieka. Po chwili coś w nim pękło... Opanował się.

– Zgadzam się!
– rzucił z wysiłkiem, ale i z ulgą.
 
* * *

W głodowym bunkrze mijały dni. Ojciec Maksymilian wraz ze swoimi towarzyszami modlił się głośno i śpiewał. Wtórowali mu więźniowie z sąsiednich bunkrów. Podziemie zamieniło się w katakumby, w których wierni chrześcijanie przygotowywali się na śmierć i wielbili Pana. Z każdym dniem ich głosy cichły, przemieniając się w szept, by wreszcie zamilknąć. Po trzech tygodniach zniecierpliwieni Niemcy czterem pozostałym przy życiu, w tym ojcu Maksymilianowi, postanowili wstrzyknąć fenol.

Ojciec Maksymilian umarł 14 sierpnia 1941 r. śmiercią męczeńską z miłości do bliźniego. W wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, którą tak ukochał.

Agnieszka Stelmach


Na podstawie „Dwie korony” Gustawa Morcinka.

"Przymierze z Maryją" dociera regularnie do ponad 430 tysięcy osób. Dołącz do grona naszych Przyjaciół i zostań stałym czytelnikiem czasopisma.

NAJNOWSZE WYDANIE:
Jestem Matką Prawdziwego Boga
Dzisiejszy świat, uciekający przed Bogiem jak diabeł przed wodą święconą, wszelkie oznaki Jego interwencji bagatelizuje, marginalizuje czy wręcz usuwa z naszego życia. „Ludzie tego świata” co i rusz wynajdują jakieś pseudoargumenty na rzecz swej niewiary, a jeśli już całkowicie czują się bezradni, atakują sensacjami. Raz promują „Ewangelię Judasza”, to znów odkrywają kolejny „prawdziwy grób Chrystusa” albo wskazują „dowody” na to, że Maryja miała ze św. Józefem „kilkoro dzieci”. Słowem – sprzedadzą każdą, największą nawet bzdurę, byle tylko wiernych odciągnąć od prawdziwego Pana i Zbawiciela.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Apostołowie u Fatimskiej Pani
Marcin Austyn

Wizyta u Fatimskiej Pani niewątpliwie dla każdego katolika jest wielkim wydarzeniem duchowym. Wydarzeniem – z różnych przyczyn – trudno osiągalnym. Tym bardziej już sama informacja o znalezieniu się w gronie osób, które zostały wylosowane spośród Apostołów Fatimy do udziału w pielgrzymce po portugalskiej ziemi, była wielkim przeżyciem. A uczta duchowa dopiero miała się zacząć!

 

To były szczególne dni! Od 7 do 11 października 2019 roku grupa Apostołów Fatimy wraz z osobami towarzyszącymi uczestniczyła w wyjątkowej pielgrzymce do miejsca objawień Matki Bożej – do Fatimy. Był to czas wypełniony modlitwą i wyrzeczeniami ofiarowanymi Najświętszej Maryi Pannie. Jako że każda godzina spędzona na portugalskiej ziemi była bezcenna, trzeba było dobrze zaplanować czas. Apostołowie wczesnym rankiem uczestniczyli we Mszach św. sprawowanych w Kaplicy Objawień na terenie fatimskiego sanktuarium. Wieczorem zaś, wraz z wiernymi z całego świata, modlili się w czasie nabożeństw fatimskich połączonych z procesją z Najświętszym Sakramentem lub z figurą Matki Bożej Fatimskiej. Ta wyjątkowa modlitwa przypominała, że Matka Boża nie domaga się kultu dla siebie, ale dla Jej Syna, że to w Nim jest zbawienie i że to Jego słów mamy słuchać. Obecność Najświętszego Sakramentu to poniekąd także nawiązanie do wydarzeń sprzed ponad stu lat – kiedy trójce pastuszków objawiał się Anioł, przygotowywał je do przyjęcia Komunii Świętej i prosił o wynagradzanie za znieważanie Jezusa Chrystusa: Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.

 

Sami często widzimy, jak dziś bardzo brakuje wiary w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, a co za tym idzie – czci. O tym wszystkim mogli przypomnieć sobie Apostołowie odwiedzający miejsca związane z objawieniami Matki Bożej i Anioła.

 

Z Notatnika Pielgrzyma

Po kolacji i noclegu w Fatimie, pierwszy pełny dzień pobytu w Portugalii rozpoczęła poranna Msza Święta. Po śniadaniu pielgrzymi mogli odwiedzić fatimskie muzeum i poznać historię sanktuarium. Nawiedzili też Bazylikę Matki Bożej Różańcowej z grobami Łucji oraz świętych Franciszka i Hiacynty, Kaplicę Objawień, a także Bazylikę Trójcy Świętej. Następnie udali się w rejon Aljustrel – miejsca, gdzie znajdują się domy dzieci, którym objawiła się Matka Boża. Droga nie była łatwa. Wiodła pod górę, którą trzeba było pokonać o własnych siłach. Ale przecież wędrowali szlakiem Drogi Krzyżowej Jezusa Chrystusa, rozważając Jego Bolesną Mękę. Pielgrzymi odwiedzili miejsce, w którym Anioł objawił się dzieciom fatimskim. Modlili się też przy kapliczce upamiętniającej objawienie Maryi z 19 sierpnia 1917 roku. Po dniu wypełnionym modlitwą był też czas na zakup pamiątek i dewocjonaliów. Wieczorem Apostołowie uczestniczyli w nabożeństwie różańcowym, zakończonym procesją z figurą Matki Bożej.

 

Nazajutrz, po porannej Mszy Świętej, pielgrzymi udali się do miejscowości Batalha. Znajduje się tam przepiękny, gotycki klasztor Santa Maria da Vitória (Matki Bożej Zwycięskiej). Odwiedzili też klasztor Santa Maria w Alcobaça oraz Nazaré. To niewielkie, urokliwe miasteczko położone jest malowniczo na wybrzeżu oceanu. Na wysokiej skale wybudowano sanktuarium maryjne, w którym znajduje się wyrzeźbiona ponoć przez samego św. Józefa, a pomalowana przez św. Łukasza, cudowna figurka Matki Najświętszej z Dzieciątkiem. Po całym dniu trudów Apostołowie wzięli udział w wieczornym nabożeństwie różańcowym z procesją z Najświętszym Sakramentem.

 

Niekoniecznie na Kolanach, Ale z Wiarą!

Fatimskie sanktuarium kojarzy nam się z pielgrzymami przemierzającymi na kolanach drogę wiodącą ku Kaplicy Objawień. Mają w sercach prośby i gorąco modlą się za wstawiennictwem Maryi o pomoc w uproszeniu łask. Ich wyrzeczenie, ból i zmęczenie niesione jest w ofierze, z wiarą w cud uzdrowienia, nawrócenia… Dla siebie, dla bliskich...

 

Także Apostołowie Fatimy przynieśli do Mateńki swoje intencje. Pan Witold na betonowej ścieżce spędził 1,5 godziny. Postanowił przejść ją pieszo, niosąc w ręku kule, z pomocą których na co dzień się porusza. Nie przeszedł jej na kolanach, choć tak – paradoksalnie – byłoby mu łatwiej.

 

Sanktuarium to też miejsce niezwykłych doświadczeń – jak choćby spotkanie dwóch małżeństw z różnych krajów, które – mimo odmiennych języków – świetnie się rozumiały. W każdym z nich jedno z małżonków poruszało się na wózku inwalidzkim. Dzielili się swoimi troskami, rozumieli je i tak samo z wielką wiarą spoglądali na Matkę Bożą – Pocieszycielkę Strapionych…

 

Twoje Światło w Fatimie

Wszystko to możliwe było dzięki Apostolatowi Fatimy. Prawda – niektórzy Apostołowie na pielgrzymkę czekali kilkanaście lat. I jak wspominali, trudno było im uwierzyć, kiedy usłyszeli, że pojadą do Fatimy. Inni przystąpili do Apostolatu całkiem niedawno i już dane im było udać się w podróż do Portugalii. Jednak bez względu na czas, dla wielu Apostołów pielgrzymka organizowana przez Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi była jedyną okazją, by stanąć u stóp Fatimskiej Pani.

 

Podczas pielgrzymki Apostołów odbył się też finał akcji „Twoje światło w Fatimie”. Pracownicy i wolontariusze SKCh zapalili 64 przetopione świece wotywne, a w Kaplicy Objawień złożyli ponad 900 próśb i podziękowań do Matki Bożej Fatimskiej i przeszło 340 aktów ofiarowania. W intencji uczestników akcji odprawiona została Msza Święta.

Marcin Austyn


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Szczęść Boże!

Na początku mojego listu przesyłam Wam bardzo serdeczne pozdrowienia. Pragnę też z całego serca podziękować za przesłanie mi modlitewnika. Z pewnością ubogaci on moją modlitwę. Jestem Wam ogromnie wdzięczny za to, że nigdy nie odmawiacie mi żadnych materiałów, a stały kontakt z Waszym Stowarzyszeniem jest dla mnie niezwykle pocieszający, tym bardziej, że jeszcze przebywam w zakładzie karnym. W przyszłości z pewnością zaangażuję się finansowo w Wasze dzieło. Pozdrawiam Was serdecznie.

Piotr

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pragnę Państwu podziękować za wszystkie przesyłki, które do mnie wysyłacie. Dziękuję za wszystkie upominki i obrazki, które od Was otrzymuję.

Pragnę się podzielić świadectwem. Na Mszę Świętą o uzdrowienie i uwolnienie chodzę do naszego kościoła od roku 2016. Prosiłam Matkę Bożą Fatimską, aby wstawiła się do swojego Syna Jezusa o dar łaski zdrowia i błogosławieństwa dla mnie. Zachorowałam bowiem na uchyłkowatość jelita. Męczyły mnie wymioty, biegunki i bóle brzucha. Leki, które przyjmowałam, pomagały na krótko, potem moje dolegliwości wracały.

18 kwietnia ubiegłego roku poszłam na Mszę Świętą o uzdrowienie, którą odprawiał ksiądz egzorcysta. W czasie tej Mszy, kapłan wspomniał między innymi o osobach, które cierpią na choroby żołądka i jelit. W pewnej chwili poczułam ból brzucha i… ciepło w całym ciele. Po Mszy ksiądz długo się modlił nade mną. Później przez kilka dni odczuwałam bóle brzucha, które w końcu ustąpiły.

Dziękuję Panu Jezusowi Miłosiernemu za moje uzdrowienie oraz za wszelkie łaski. Dziękuję także Matce Bożej Fatimskiej za Jej wstawiennictwo. Jestem pewna, że moje uzdrowienie nastąpiło za Jej przyczyną. Obecnie czuję się dużo lepiej, chociaż muszę stosować dietę. Chciałam jeszcze wspomnieć, że moja córka Agnieszka leczy w krakowskim Prokocimiu swojego synka, który ma chore nerki i kręgosłup. Proszę o modlitwę za niego.

Pozdrawiam serdecznie całą Redakcję i Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi.

Danuta z Kielc

 

 

Droga Redakcjo!

Pragnę podzielić się świadectwem. Jestem mężem, ojcem i dziadkiem. Chciałbym opowiedzieć o mojej drodze do wolności w sferze seksualnej…

Wstępując w związek małżeński nie myślałem, że możemy żyć wraz z żoną, rezygnując ze współżycia seksualnego. Korzystanie z rozkoszy seksualnej było jednym z głównych motywów zawarcia małżeństwa. Po kilku latach w związku, nastąpiło w moim życiu duchowe przebudzenie. W tym czasie Pan Bóg zaczął ukazywać moje zniewolenia, które utrudniały mi głębszą relację z Nim. Pierwszym nałogiem, z którego uwolnił mnie Pan Bóg, było palenie papierosów. Wcześniej palenie sprawiało mi ogromną przyjemność, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że Bóg chce, abym złożył je dla Niego w ofierze.

Następnym zniewoleniem był alkohol. Wprawdzie nie piłem nałogowo, ale podczas spotkań z rodziną czy znajomymi musiał być obecny alkohol. Wśród moich bliskich były osoby uzależnione od alkoholu, dlatego aby im pomóc wyjść z nałogu, postanowiłem całkowicie zrezygnować z picia napojów alkoholowych w każdej postaci. I znów przyszedł czas, że mogłem cieszyć się większą wolnością, bo alkohol ogranicza człowieka, a na polu duchowym znieczula na natchnienia Ducha Świętego.

W naszej rodzinie żywimy wielką miłość do Matki Bożej. Na każdym kroku czujemy Jej wstawiennictwo i opiekę. Jesteśmy przekonani, że wszelkie dobro, jakie nas spotyka, jest wyproszone przez Matkę Bożą. I pielgrzymując na Jasną Górę, w pewnym momencie zrozumiałem, że Maryja chce od nas czegoś więcej. Chce, aby nasza – tzn. moja i mojej żony – miłość była głębsza, czystsza i bardziej bezinteresowna. Zrozumiałem, że Maryja chce naszej wstrzemięźliwości. Postanowiliśmy więc zrezygnować z życia seksualnego. Najpierw na miesiąc. Potraktowaliśmy to jako pomoc ludziom żyjącym w grzechu nieczystości. Później przedłużyliśmy nasze postanowienie o rok. I tak dalej aż do siedmiu lat. Wreszcie po rekolekcjach i dłuższej rozmowie z kapłanem, w roku 2000, zdecydowaliśmy się na dożywotnią wstrzemięźliwość. Na początku było trudno, teraz jednak postrzegam to jako łaskę. I muszę podkreślić, że wstrzemięźliwość wcale nie przeszkadza nam w okazywaniu sobie miłości i czułości.

Dziękuję Panu Bogu za uleczenie mnie z pożądliwości, z nieczystych spojrzeń na kobiety. Tam gdzie jest pożądliwość, tam nie ma mowy o prawdziwej czystości. Prawda czasami jest trudna do przyjęcia, czasami boli, ale tylko ona może dać człowiekowi wolność i doprowadzić do pełni szczęścia.

Napisałem to świadectwo, by zachęcić małżonków do wejścia na drogę wolności. Szczęści Boże!

Krzysztof

 

 

Szanowni Państwo!

Wszystko zaczęło się od przesyłki pocztowej, którą znalazłam w skrzynce na listy… Jestem przekonana, że to było kierowane odgórną Ręką. I tak od lat jestem z Wami związana. I dziękuję Wam za wszelką korespondencję i ciepłe słowa. Niedawno przesłaliście mi Medalik św. Benedykta. Tak się złożyło, że w tym czasie mojego syna czekała bardzo poważna operacja onkologiczna. Oczywiście od razu „wypożyczyłam” medalik synowi do szpitala. Gdy lekarz w kolejne dni zmieniał choremu opatrunki, zdziwił się, że „tak duże cięcie w tak szybkim tempie tak pięknie się goi”. Przypadek? Nie. To efekt naszego zaufania do św. Benedykta, a nade wszystko naszej modlitwy pełnego zawierzenia Zbawicielowi: „Jezu Ty się tym zajmij!”.

Panu Prezesowi i wszystkim osobom związanym z pracą w Stowarzyszeniu serdecznie za wszystko dziękuję. Gratuluję jubileuszu 20-lecia.

Z wyrazami szacunku – w Chrystusie!

Halina z Wrześni