Stare opowieści
 
Niezwykłe losy zawadiaki
Agnieszka Stelmach

Święty Jan Boży, założyciel zakonu bonifratrów, był niezwykle impulsywnym dzieckiem. Pastuszek, księgarz, pielęgniarz, a nade wszystko zawadiaka marzył o życiu pełnym przygód. Wszak urodził się w czasach wielkich odkryć geograficznych. Sporo musiał wycierpieć i przejść prób, zanim zdał sobie sprawę, że Pan Bóg ma względem niego Swoje ­zamiary…

 

 

Nieraz spotyka się dzieci, które nie mogą usiedzieć na miejscu. Wszystko je interesuje. Wszędzie ich pełno. Wszystkiego chcą spróbować, samemu doświadczyć i niewiele myśląc, podejmują się wszelakich wyzwań. Taką właśnie osobowość miał Jan, który z czasem zyskał przydomek Boży.

W chwili narodzin chłopca w Montemayor El Nuevo w Portugalii w 1495 roku rozbrzmiały dzwony, a nad jego domem widziano niezwykłe niebieskie światło w postaci słupa ognia.

 

Żądny przygód

 

Jako ośmiolatek Jan pod wpływem opowieści kapłana, który odwiedził jego rodziców i prawił o wielkich odkryciach, o Nowym Świecie i możliwościach, jakie się otwierały dla Europejczyków żądnych dalekich wypraw, potajemnie opuścił dom. Podróżował z duchownym, ale po drodze zachorował i tylko dzięki pomocy zarządcy dużego majątku ziemskiego powrócił do zdrowia. Chłopiec pozostał u nowego gospodarza, gdzie przez wiele lat był pasterzem.

Jan miał silny charakter. Gdy raz już coś postanowił, nie wycofywał się z tego. Po osiągnieciu pełnoletności, zarządca zaproponował mu rękę swojej córki. Jan kochał ją jednak jak siostrę i nie o takiej przyszłości marzył.

Wkrótce więc opuścił swojego dobrodzieja i zaciągnął się do armii Karola V, by walczyć u boku Hiszpanów przeciw Francuzom. W wojsku prowadził życie, które bynajmniej święte nie było.

 

Droga do Boga

 

To wtedy Pan Jezus, Maryja i aniołowie interweniowali, by porzucił hulaszczy tryb życia. Pewnego razu został zrzucony z konia i tak ciężko ranny, że krew płynęła z jego ust i nosa, a on leżał nieprzytomny na ziemi przez dwie godziny w pobliżu obozowiska wroga. Potem podźwignął się i na wpół schylony przywoływał pomocy Królowej Nieba.

Jan wkrótce został przywrócony do doskonałego zdrowia. Obiecał, że porzuci dotychczasowy styl życia. Nie spodobało się to jego kompanom, którzy uknuli intrygę. Nasz bohater otrzymawszy rozkaz pilnowania łupów zdobytych na wrogiej armii, stracił je w nocy, wprowadzony w błąd przez kolegów twierdzących, że ktoś rzekomo potrzebuje pomocy. Za to skazano go na śmierć przez powieszenie. I tym razem jednak doszło do cudownej interwencji. W ostatniej chwili przybył dowódca pułku, który oszczędził życie Portugalczyka, ale polecił wygnać go z obozu.

 

Impulsywny młodzieniec po wszystkich tych upokorzeniach powrócił do swego byłego opiekuna, gdzie pasł owce. Jednak wkrótce znowu zaciągnął się do pułku, który zmierzał do Austrii na wojnę z Turkami. Gdy wrócił do kraju, postanowił odwiedzić swoich rodziców. Dowiedział się, że matka umarła z żalu, spowodowanego jego odejściem, a ojciec wstąpił do zakonu franciszkanów. Wkrótce zmarł też jego opiekun.

 

Ta wiadomość przeszyła duszę Jana, który postanowił spędzić resztę swoich dni, pokutując. Zdecydował się nawet wyjechać do Afryki, by przelać krew za Chrystusa, walcząc z Maurami i wykupując chrześcijańskich rycerzy. Dotarł do Ceuty, twierdzy na wybrzeżu Afryki, w towarzystwie wygnanego z kraju szlachcica. Wkrótce jednak arystokrata zachorował. Błagał Jana, by odłożył zaplanowaną podróż w głąb Afryki i pomógł mu utrzymać rodzinę. Przez kilka lat Portugalczyk zaprawiony w bojach pracował ciężko jako najemny robotnik. Zarabiał na utrzymanie nieszczęśliwej rodziny szlacheckiej wygnanej z Hiszpanii.

Ten okres, który spędził w Afryce, okazał się dla niego przełomowy. Krótko po wyzdrowieniu, szlachcic został odwołany z banicji, a Jan za radą swego spowiednika, udał się do Hiszpanii.

 

Tam spędzał całe dnie, rozładowując statki, a nocami odwiedzając kościoły i czytając duchowe księgi. Czytanie sprawiało mu tyle przyjemności, że zdecydował, iż powinien dzielić tę radość z innymi. Zrezygnował z pracy. Został handlarzem książek. Początkowo podróżował od miasta do miasta. W wieku 41 lat miał jednak wizję, która sprowadziła go do andaluzyjskiej Granady.

 

Prawdziwa pokuta

 

Pewnego dnia Jan spotkał na drodze biednego, bosonogiego chłopca z pokrwawionymi stopami. Wziął go na ramiona, by zabrać do miasta. Początkowo jego ciężar wydawał się lekki, ale stopniowo chłopiec zaczął mu ciążyć coraz bardziej. Musiał odpocząć. Wtedy okazało się, że niósł Dziecinę Bożą, która pokazując mu połówkę granatu i krzyż powiedziała: Janie Boży, Granada będzie dla ciebie krzyżem!. Po tych słowach dziecko zniknęło. Jan, poruszony wewnętrznym impulsem, udał się do Granady. Tam spotkał sławnego wówczas mistyka św. Jana z Avili, teologa i późniejszego Doktora Kościoła, który w święto św. Sebastiana głosił kazanie, wzywając do pokuty.

 

Po jego wysłuchaniu, Jan był tak przejęty myślą o swoich grzechach, że całe miasto uważało, iż księgarz oszalał. Jan bowiem po wysłuchaniu nauki mistyka, udał się pospieszenie do swojego sklepu, zniszczył wszystkie świeckie książki, a księgi religijne i pieniądze rozdał. Następnie podarł ubranie i zaczął się tarzać po ziemi. Wyrywał sobie włosy, głośno krzycząc i wyrażając żal z powodu całego dotychczasowego życia.

Ludzie, uważając, że zwariował, zaczęli ciskać w niego kamieniami, a w końcu pochwycili go i zaprowadzili do szpitala dla obłąkanych.

 

Od pacjenta do pielęgniarza i lekarza

 

Jan – zgodnie z ówczesnym sposobem „leczenia”, trafił do odosobnionej celi, gdzie został związany i był brutalnie bity przez 40 dni.

W końcu zjawił się u niego sam Jan z Avili. Mistyk oznajmił, że jego pokuta trwała wystarczająco długo – czterdzieści dni, tyle samo, ile pościł Pan Jezus na pustyni. Poradził mu, by zamiast tak spektakularnie żałować, po prostu zajął się bliźnimi, zwłaszcza chorymi, biedakami i szaleńcami. W ten sposób wypełni wolę Bożą.

 

Wkrótce Jana przeniesiono do lepszej części szpitala, gdzie pomagał innym chorym. Tak bardzo przejął się nową funkcją, że zadowoleni z jego posługi pielęgniarze nie chcieli go ­wypuścić, gdy ten ogłosił, że zamierza założyć własny szpital.

Z pieniędzy pozyskanych z jałmużny, a także ze sprzedaży drewna z lasu kupił mieszkanie i przygotował je na przyjęcie chorych. Zaczął z czasem do niego znosić na własnych ramionach różne osoby potrzebujące pomocy. Osobiście opatrywał je, mył i pocieszał w cierpieniach. Zachęcał do cierpliwości, a gdy istniało niebezpieczeństwo śmierci, napominał, by przyjęli sakrament ostatniego namaszczenia. Zawsze czuwał do ostatniej chwili przy łożu umierających. Swoją postawą pozyskał wsparcie innych towarzyszy, którzy podążali za jego przykładem z gorliwością i oddaniem. W ten sposób narodził się Zakon Braci Miłosierdzia, który potem rozprzestrzenił się na wiele krajów i przyczynił do zbawienia wielu dusz.

 

Objawinienia

 

Nasz Pan i Jego Błogosławiona Matka często ukazywali się przyszłemu świętemu. Maryja pokazała mu kiedyś koronę cierniową. Umieściła mu ją na głowie mówiąc: Przez ciernie i cierpienie mój Boski Syn pragnie, abyś zasłużył na koronę przygotowaną dla ciebie w Niebie. Ledwie te słowa zostały wypowiedziane, ostry ból przeszył ciało świętego, ale szczególnie odczuwalny był w głowie. Co zrobił wówczas Jan? Zaczął kontemplować Mękę Chrystusa i rozmyślać o wielkości przyszłej Nagrody, co wyraźnie zmniejszyło jego boleść.

 

Innym razem znalazł podróżnego leżącego na drodze, który wydawał się poważnie chory, i przetransportował go do szpitala. Umył mu nogi i położył na łóżku. Kiedy już – zgodnie ze swym zwyczajem – całował stopy biedaka, zauważył stygmaty i bardzo jasne światło. Sam Chrystus pod postacią ubogiego człowieka przemówił do niego, by dalej tak troszczył się o bliźnich cierpiących i będących w potrzebie.

Kiedy indziej upadł na ziemię pod ciężarem chorego mężczyzny, którego niósł. Pomógł mu wstać piękny młodzieniec. Zapytany, kim jest, odpowiedział: – Jestem Archaniołem Rafałem, posłanym przez Wszechmogącego, aby chronić i strzec Cię.

 

Cudownie ocalony z pożaru

 

Ta niezwykle barwna postać, która pragnęła wielkich przygód w swoim życiu, okazała się wybornym strażakiem. Razu pewnego w szpitalu w Granadzie prowadzonym przez Jana wybuchł wielki pożar. Gapie, zamiast pomóc wydostać się uwięzionym, biernie przypatrywali się gorejącemu budynkowi. Jan, zdumiony tym faktem, w ostatniej chwili wbiegł do płonącego pomieszczenia i przedzierając się przez płomienie, wynosił z każdej sali przerażonych chorych. Udało mu się wyprowadzić wszystkich i jeszcze uratować sienniki, a także inne sprzęty, które tak trudno było zgromadzić. Jan wspiął się na dach i tam próbował siekierą oddzielić palącą się część budynku od niepalącej, by zapobiec rozprzestrzenieniu się ognia, a także ocalić część szpitala. Święty widział, jak sprowadzono działo. Za jego pomocą planowano zniszczyć palącą się część budynku. W końcu Jan, usiłujący ochronić resztę dobytku, spadł z dachu w samo serce pożaru. Gdy już wszystkim wydawało się, że niezwykły bohater umarł, ku ich zdziwieniu Jan ukazał się na tle płonącego szpitala cały i zdrowy. Nieznacznie tylko osmolił sobie brwi.

 

Uznano to za wielki cud, bo Jan przez pół godziny był wystawiony na działanie płomieni, ale płomień Boskiej miłości, który płonął w jego sercu, przewyższył intensywność materialnego ognia – pisano później.

Ten impulsywny człowiek, który prowadził życie pełne przygód i cierpienia, umarł wskutek zapalenia płuc. Nabawił się go, usiłując ratować topielca. Wyprosiwszy wszystkich ze swojej komnaty, zmarł na podłodze z krucyfiksem przyciśniętym do ust. Wokół martwego ciała, pozostałego w pozycji klęczącej przez kilka godzin, unosiła się cudowna woń.

 

Patron księgarzy, drukarzy, strażaków i pielęgniarzy, a nawet chorych na serce, to przykład osoby, która mając impulsywny charakter i sporo nabroiwszy, ostatecznie radykalnie zmieniła swoje życie i zasłużyła na przydomek „Boży”.

 

Agnieszka Stelmach

ilustrował: Jacek Widor


"Przymierze z Maryją" dociera regularnie do ponad 430 tysięcy osób. Dołącz do grona naszych Przyjaciół i zostań stałym czytelnikiem czasopisma.

NAJNOWSZE WYDANIE:
Witaj, Światłości Świata!
Zbliżamy się do końca roku 2018. Dodajmy – roku dla naszego Narodu szczególnego. Setna rocznica odzyskania niepodległości skłania do zadawania pytań o Polskę. O sens i cel istnienia naszej Ojczyzny… W tych rozważaniach warto pomyśleć o roli Kościoła i chrześcijaństwa w kształtowaniu naszej państwowości, tożsamości narodowej. Śmiało możemy powiedzieć, że Polskę otrzymaliśmy od Kościoła w prezencie. Chrzest Mieszka I wprowadził nas do europejskiej rodziny państw chrześcijańskich. Bez Mistycznego Ciała Chrystusa być może z czasem wykształciłaby się jakaś większa wspólnota, ale nie byłaby to ta Polska, którą znamy.

UWAGA!
Przymierze
z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE
 
Z wizytą u naszej Matki
Michał Wałach

Istnieją na świecie miejsca, gdzie Bożą obecność czuje się wyjątkowo mocno, których niezwykły charakter można wyjaśnić niedowiarkom bez słów. Jednym z nich jest Fatima, do której w drugiej połowie października udała się prawie 40-osobowa pielgrzymka Apostolatu Fatimy.

 

 

Zmęczenie długą podróżą nie stanowiło dla naszej pielgrzymującej grupy przeszkody nie do pokonania, skoro niemal na wyciągnięcie ręki mieliśmy miejsce uświęcone objawieniami Najświętszej Maryi Panny oraz modlitwą milionów katolików z całego świata. Jeszcze przed świtem pierwszego dnia po przyjeździe, pielgrzymujący z nami ksiądz Józef Aszkiełowicz z Wileńszczyzny odprawił Mszę Świętą tuż przy Kaplicy Objawień – a więc tam, gdzie trójce portugalskich dzieci objawiła się Królowa Nieba i Ziemi.

 

Następnie ów niezwykły kapłan poprowadził dla nas trafiające do serca i duszy Nabożeństwo Drogi Krzyżowej na tzw. Drodze Węgierskiej. W trakcie modlitwy odwiedziliśmy Valinhos – miejsce, gdzie Matka Boża ukazała się w sierpniu roku 1917, gdy pastuszkowie 13 dnia miesiąca przebywali w portugalskim więzieniu, oraz miejsce nieopodal Cabeço – tam dzieci ujrzały Anioła Portugalii. Innym miejscem spotkania z Bożym Posłańcem były okolice studni w ogrodzie rodziny Santos – trójka dzieci często bawiła się w tym miejscu i to również tam Anioł przygotowywał je na przyjęcie Maryjnego Orędzia.

 

Odwiedzając Aljustrel – rodzinną miejscowość Łucji dos Santos oraz świętych Franciszka i Hiacynty Marto – zobaczyliśmy świat, w jakim wychowywały się dzieci, które do przekazania ludzkości Orędzia wybrała Maryja. Zobaczyliśmy te same drzewa, w których cieniu spędzały czas, domy, w których żyły, uliczki i ogrody, po których spacerowały. Po powrocie do Fatimy odwiedziliśmy Bazylikę Matki Bożej Różańcowej – miejsce, gdzie spoczywają Służebnica Boża siostra Łucja oraz święci Franciszek i Hiacynta.

 

Niezwykłym duchowym przeżyciem dla naszej grupy był udział w wieczornym nabożeństwie różańcowym ze świecami, które zakończyła procesja za figurą Fatimskiej Pani oraz – kolejnego dnia – za Najświętszym Sakramentem. Mogliśmy wręcz poczuć, jak dzięki modlitwie różańcowej Niebo łączy się z ziemią.

 

W trakcie pielgrzymki zobaczyliśmy również materialne dowody niegdysiejszej świetności cywilizacji łacińskiej – piękno, które razem z prawdą i dobrem stanowiły fundament dawnej Europy. Zarówno dawny dominikański klasztor Matki Bożej Zwycięskiej w Batalha, jak i cysterskie niegdyś opactwo w Alcobaça stanowią również świadectwo trudnej historii Portugalii – zostały odebrane zgromadzeniom w pierwszej połowie XIX wieku, w ramach kasaty zakonów. Odwiedziliśmy również Nazaré, gdzie nad Atlantykiem kult odbiera Matka Boża czczona pod postacią figury przyniesionej z palestyńskiego Nazaretu – zgodnie z tradycją – już w IV wieku. Obserwując wzburzony, ale zarazem powalająco piękny ocean, mogliśmy oddać się kontemplacji piękna świata stworzonego przez Pana Boga.

 

Pielgrzymka do miejsca objawień Maryi – co potwierdzali uczestniczący w niej Apostołowie Fatimy – była głębokim przeżyciem duchowym. W jej trakcie część osób skorzystała z możliwości przejścia kilkuset metrów na kolanach do Kaplicy Objawień, ofiarując swój trud i cierpienie Najświętszej Maryi Pannie oraz prosząc Ją o wstawiennictwo w intencjach, z jakimi przyjechali do portugalskiego Sanktuarium. Uczestnicy pielgrzymki nie zapomnieli również o innych Apostołach i przyjaciołach Instytutu – tuż przy miejscu objawień wspólnie zapaliliśmy, w ramach akcji „Twoje Światło w Fatimie”, świece, zaś przy Kaplicy złożyliśmy intencje nadesłane w związku z tą kampanią.

 

Podczas całego pobytu na ziemi portugalskiej można było wyczuć modlitewne uniesienie, o które doskonale dbał prowadzący modlitwy różańcowe, litanie oraz intonujący maryjne pieśni ksiądz Józef. Niezwykle pobożny kapłan z Wileńszczyzny zachęcał do odpowiedzi na wezwania Matki Bożej i codziennego odmawiania Różańca, na przykład w ramach nowenny pompejańskiej. Niezwykła duchowa atmosfera panująca w grupie sprawiła, że pielgrzymka Apostołów Fatimy do miejsca Objawień naszej Matki i Królowej na zawsze zostanie w pamięci uczestników. Wielu z nich nie ma wątpliwości – o udziale w wyjeździe nie zdecydował „ślepy los”. Wyjazd nastąpił w chwili, gdy w życiu potrzebowali wizyty u Niebiańskiej Matki. Niezbadane są wyroki Bożej Opatrzności…

 

Michał Wałach


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pragnę bardzo serdecznie podziękować za wszystkie przesyłki, które otrzymuję od Państwa – za „Przymierze z Maryją”, przepięknie wydane książki, publikacje, dewocjonalia, przede wszystkim za krzyżyk z wizerunkiem Pana Jezusa, który noszę na sercu. Jestem szczęśliwa, że kilka lat temu natrafiłam na broszurę przedstawiającą książkę „Świadectwo Bożego Miłosierdzia” i właśnie od tego się wszystko zaczęło. Zamówiłam, przeczytałam z ogromnym wzruszeniem zwłaszcza zamieszczone w niej świadectwa osób, które doświadczyły Bożego Miłosierdzia. Sama codziennie odmawiam Koronkę do Bożego Miłosierdzia – ta modlitwa ma bardzo ogromną moc. Bardzo chętnie w miarę moich możliwości wspieram wszystkie Państwa kampanie, ponieważ uważam, że są bardzo potrzebne w pogłębianiu wiary chrześcijańskiej. Serdecznie pozdrawiam wszystkich członków redakcji, życzę cierpliwości i wytrwałości w prowadzeniu tego Bożego ­dzieła.

 

Beata z Zielonej Góry

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowni Państwo!

Pragnę się z Państwem podzielić moją radością, która jest też świadectwem. Otóż, dzięki Wam podjąłem pracę nad sobą i… zmieniam się, żeby z każdym dniem być bliżej Bożych spraw. Dziękuję Wam za wspaniałą wyprawę do Ziemi Świętej z aktami tylu zawierzeń (znalazły się tam też moje i moich bliskich). Bogu dziękuję, że także dostąpiłem tej łaski bycia z moją Rodziną w Ziemi tak obficie zroszonej Krwią Zbawiciela. Przez Wasze wspomnienia ponownie odnalazłem się i kolejny raz z większą mocą i zapałem mogę apostołować wśród tych, którzy szukają w swoim życiu Pana Boga. Pozdrawiam Was serdecznie!

 

Bolesław

 

 

Szanowni Państwo!

Jestem pełen podziwu i dziękuję za cały trud, jaki wkładacie w swoje działania. Doceniam Państwa pracę i starania. Bardzo chętnie korzystam ze stron internetowych, które prowadzi Wasz Instytut. Mam Państwa cały czas w pamięci. I jak tylko będę miał możliwość, będę Was wspierał. Nigdy jednak nie chciałbym tego robić, by przechwalać się tym przed ludźmi. Takie działania nie są po to, by się z nimi obnosić.

Z wyrazami szacunku

 

Przemysław

 

 

Szanowna Redakcjo!

Z całego serca dziękuję za przesłanie mi „Przymierza z Maryją”. Bardzo cieszy mnie to, bo znów będę mogła poczytać ciekawe artykuły, a później przekażę rodzinie do czytania. Polecam Redakcję opiece Matki Bożej i też dziękuję serdecznie Panu Prezesowi, że zawsze o mnie pamięta.

Z Panem Bogiem

 

Barbara z Poznania

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Bóg Wam zapłać za pamięć o mnie i przepiękną korespondencję, wzbogaconą pięknie wydaną katolicką literaturą oraz obrazkami, które są balsamem dla mojej duszy. Przesłany ostatnio obrazek ze św. Ojcem Pio oraz folder dał mi impuls do napisania tego listu. Otóż przypomniana przez Was 50. rocznica śmierci tego Świętego zaznaczyła się również w moim życiu. Już wcześniej wiedziałam, że żył we Włoszech wielki święty Ojciec Pio, ale jakoś nigdy nie prosiłam o jego wstawiennictwo. Aż do czasu…

3 lata temu leżałam w szpitalu na sali pooperacyjnej po bardzo ciężkiej operacji (endoproteza kolana z przeszczepem kości). Ból – mimo znieczuleń – był straszny. Cierpiąc i jęcząc cały czas z bólu, modliłam się do Matki Bożej Bolesnej, prosząc o wytrwanie w cierpieniu. Tego dnia, tuż pod wieczór, zauważyłam stojącego przy oknie mojej sali księdza w ciemnym habicie, przepasanym sznurem, z kapturem na plecach. Powiedziałam wówczas z ulgą: jak dobrze, że ksiądz tutaj jest i… zapadłam w sen, który uwolnił mnie od świadomości bólu.

W czerwcu 2018 roku znalazłam obrazek św. Ojca Pio. To był ten ksiądz, którego zobaczyłam wtedy przy oknie szpitalnym. Dopiero po trzech latach, patrząc na obrazek, który otrzymałam od Was, zrozumiałam, że to Matka Boża przysłała mi wówczas pomoc przez św. Ojca Pio. Teraz żyję, chodzę na tej nodze i codziennie modlę się do Ukochanej Matuchny – Królowej Wszystkich Świętych, która przysyła z pomocą „Wysłanników Niebios” tym, którzy o tę pomoc błagają.

Bogu Najwyższemu dziękuję, że poprzez korespondencję z Wami, mogę pogłębiać swą wiarę.

Dziękuję za Waszą cenną pracę Apostolską, w którą wkładacie tyle serca. Dwumiesięcznik „Przymierze z Maryją” jest moim ukochanym pismem, moją perełką. Tworzycie i twórzcie dalej Wielką Rodzinę Katolicką. Rozjaśniajcie umysły maluczkich. Niech Wam Bóg błogosławi i pomaga św. Ojciec Pio.

Pozostaję w modlitwie za Was i pracę jakże mi Drogiego Instytutu Ks. Piotra Skargi. Szczęść Wam Boże!

 

Zofia

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pragnę zaświadczyć o cudzie, którego doświadczyła moja córka, Olimpia, dzięki Waszej akcji „Maryja Uzdrowienie Chorych”. Córka, w trakcie badań okresowych, dowiedziała się, że ma dużego guza na tarczycy. Podczas wizyty u lekarza dowiedziała się, że musi wyciąć całą tarczycę. Został wyznaczony termin operacji. Po operacji przyszedł do niej lekarz i powiedział, że mamy do czynienia z cudem. Powiedział jej, że każdy, kto przychodzi do szpitala z guzem na tarczycy, wychodzi bez tarczycy. U mojej córki było inaczej – wyszła ze szpitala z tym gruczołem, ponieważ lekarzom udało się wyciąć samego guza. Lekarz powiedział: „To jest cud – pierwszy w naszym szpitalu!”.

Dziękuję Maryi Uzdrowieniu Chorych za wstawiennictwo za moją córką, a Wam dziękuję za tę akcję i za wszystkie skarby, które od Was otrzymuję. Niech Wam błogosławi Pan Bóg i Najświętsza Maryja Panna.

 

Emilia