Stare opowieści
 
Niezwykłe losy zawadiaki
Agnieszka Stelmach

Święty Jan Boży, założyciel zakonu bonifratrów, był niezwykle impulsywnym dzieckiem. Pastuszek, księgarz, pielęgniarz, a nade wszystko zawadiaka marzył o życiu pełnym przygód. Wszak urodził się w czasach wielkich odkryć geograficznych. Sporo musiał wycierpieć i przejść prób, zanim zdał sobie sprawę, że Pan Bóg ma względem niego Swoje ­zamiary…

 

 

Nieraz spotyka się dzieci, które nie mogą usiedzieć na miejscu. Wszystko je interesuje. Wszędzie ich pełno. Wszystkiego chcą spróbować, samemu doświadczyć i niewiele myśląc, podejmują się wszelakich wyzwań. Taką właśnie osobowość miał Jan, który z czasem zyskał przydomek Boży.

W chwili narodzin chłopca w Montemayor El Nuevo w Portugalii w 1495 roku rozbrzmiały dzwony, a nad jego domem widziano niezwykłe niebieskie światło w postaci słupa ognia.

 

Żądny przygód

 

Jako ośmiolatek Jan pod wpływem opowieści kapłana, który odwiedził jego rodziców i prawił o wielkich odkryciach, o Nowym Świecie i możliwościach, jakie się otwierały dla Europejczyków żądnych dalekich wypraw, potajemnie opuścił dom. Podróżował z duchownym, ale po drodze zachorował i tylko dzięki pomocy zarządcy dużego majątku ziemskiego powrócił do zdrowia. Chłopiec pozostał u nowego gospodarza, gdzie przez wiele lat był pasterzem.

Jan miał silny charakter. Gdy raz już coś postanowił, nie wycofywał się z tego. Po osiągnieciu pełnoletności, zarządca zaproponował mu rękę swojej córki. Jan kochał ją jednak jak siostrę i nie o takiej przyszłości marzył.

Wkrótce więc opuścił swojego dobrodzieja i zaciągnął się do armii Karola V, by walczyć u boku Hiszpanów przeciw Francuzom. W wojsku prowadził życie, które bynajmniej święte nie było.

 

Droga do Boga

 

To wtedy Pan Jezus, Maryja i aniołowie interweniowali, by porzucił hulaszczy tryb życia. Pewnego razu został zrzucony z konia i tak ciężko ranny, że krew płynęła z jego ust i nosa, a on leżał nieprzytomny na ziemi przez dwie godziny w pobliżu obozowiska wroga. Potem podźwignął się i na wpół schylony przywoływał pomocy Królowej Nieba.

Jan wkrótce został przywrócony do doskonałego zdrowia. Obiecał, że porzuci dotychczasowy styl życia. Nie spodobało się to jego kompanom, którzy uknuli intrygę. Nasz bohater otrzymawszy rozkaz pilnowania łupów zdobytych na wrogiej armii, stracił je w nocy, wprowadzony w błąd przez kolegów twierdzących, że ktoś rzekomo potrzebuje pomocy. Za to skazano go na śmierć przez powieszenie. I tym razem jednak doszło do cudownej interwencji. W ostatniej chwili przybył dowódca pułku, który oszczędził życie Portugalczyka, ale polecił wygnać go z obozu.

 

Impulsywny młodzieniec po wszystkich tych upokorzeniach powrócił do swego byłego opiekuna, gdzie pasł owce. Jednak wkrótce znowu zaciągnął się do pułku, który zmierzał do Austrii na wojnę z Turkami. Gdy wrócił do kraju, postanowił odwiedzić swoich rodziców. Dowiedział się, że matka umarła z żalu, spowodowanego jego odejściem, a ojciec wstąpił do zakonu franciszkanów. Wkrótce zmarł też jego opiekun.

 

Ta wiadomość przeszyła duszę Jana, który postanowił spędzić resztę swoich dni, pokutując. Zdecydował się nawet wyjechać do Afryki, by przelać krew za Chrystusa, walcząc z Maurami i wykupując chrześcijańskich rycerzy. Dotarł do Ceuty, twierdzy na wybrzeżu Afryki, w towarzystwie wygnanego z kraju szlachcica. Wkrótce jednak arystokrata zachorował. Błagał Jana, by odłożył zaplanowaną podróż w głąb Afryki i pomógł mu utrzymać rodzinę. Przez kilka lat Portugalczyk zaprawiony w bojach pracował ciężko jako najemny robotnik. Zarabiał na utrzymanie nieszczęśliwej rodziny szlacheckiej wygnanej z Hiszpanii.

Ten okres, który spędził w Afryce, okazał się dla niego przełomowy. Krótko po wyzdrowieniu, szlachcic został odwołany z banicji, a Jan za radą swego spowiednika, udał się do Hiszpanii.

 

Tam spędzał całe dnie, rozładowując statki, a nocami odwiedzając kościoły i czytając duchowe księgi. Czytanie sprawiało mu tyle przyjemności, że zdecydował, iż powinien dzielić tę radość z innymi. Zrezygnował z pracy. Został handlarzem książek. Początkowo podróżował od miasta do miasta. W wieku 41 lat miał jednak wizję, która sprowadziła go do andaluzyjskiej Granady.

 

Prawdziwa pokuta

 

Pewnego dnia Jan spotkał na drodze biednego, bosonogiego chłopca z pokrwawionymi stopami. Wziął go na ramiona, by zabrać do miasta. Początkowo jego ciężar wydawał się lekki, ale stopniowo chłopiec zaczął mu ciążyć coraz bardziej. Musiał odpocząć. Wtedy okazało się, że niósł Dziecinę Bożą, która pokazując mu połówkę granatu i krzyż powiedziała: Janie Boży, Granada będzie dla ciebie krzyżem!. Po tych słowach dziecko zniknęło. Jan, poruszony wewnętrznym impulsem, udał się do Granady. Tam spotkał sławnego wówczas mistyka św. Jana z Avili, teologa i późniejszego Doktora Kościoła, który w święto św. Sebastiana głosił kazanie, wzywając do pokuty.

 

Po jego wysłuchaniu, Jan był tak przejęty myślą o swoich grzechach, że całe miasto uważało, iż księgarz oszalał. Jan bowiem po wysłuchaniu nauki mistyka, udał się pospieszenie do swojego sklepu, zniszczył wszystkie świeckie książki, a księgi religijne i pieniądze rozdał. Następnie podarł ubranie i zaczął się tarzać po ziemi. Wyrywał sobie włosy, głośno krzycząc i wyrażając żal z powodu całego dotychczasowego życia.

Ludzie, uważając, że zwariował, zaczęli ciskać w niego kamieniami, a w końcu pochwycili go i zaprowadzili do szpitala dla obłąkanych.

 

Od pacjenta do pielęgniarza i lekarza

 

Jan – zgodnie z ówczesnym sposobem „leczenia”, trafił do odosobnionej celi, gdzie został związany i był brutalnie bity przez 40 dni.

W końcu zjawił się u niego sam Jan z Avili. Mistyk oznajmił, że jego pokuta trwała wystarczająco długo – czterdzieści dni, tyle samo, ile pościł Pan Jezus na pustyni. Poradził mu, by zamiast tak spektakularnie żałować, po prostu zajął się bliźnimi, zwłaszcza chorymi, biedakami i szaleńcami. W ten sposób wypełni wolę Bożą.

 

Wkrótce Jana przeniesiono do lepszej części szpitala, gdzie pomagał innym chorym. Tak bardzo przejął się nową funkcją, że zadowoleni z jego posługi pielęgniarze nie chcieli go ­wypuścić, gdy ten ogłosił, że zamierza założyć własny szpital.

Z pieniędzy pozyskanych z jałmużny, a także ze sprzedaży drewna z lasu kupił mieszkanie i przygotował je na przyjęcie chorych. Zaczął z czasem do niego znosić na własnych ramionach różne osoby potrzebujące pomocy. Osobiście opatrywał je, mył i pocieszał w cierpieniach. Zachęcał do cierpliwości, a gdy istniało niebezpieczeństwo śmierci, napominał, by przyjęli sakrament ostatniego namaszczenia. Zawsze czuwał do ostatniej chwili przy łożu umierających. Swoją postawą pozyskał wsparcie innych towarzyszy, którzy podążali za jego przykładem z gorliwością i oddaniem. W ten sposób narodził się Zakon Braci Miłosierdzia, który potem rozprzestrzenił się na wiele krajów i przyczynił do zbawienia wielu dusz.

 

Objawinienia

 

Nasz Pan i Jego Błogosławiona Matka często ukazywali się przyszłemu świętemu. Maryja pokazała mu kiedyś koronę cierniową. Umieściła mu ją na głowie mówiąc: Przez ciernie i cierpienie mój Boski Syn pragnie, abyś zasłużył na koronę przygotowaną dla ciebie w Niebie. Ledwie te słowa zostały wypowiedziane, ostry ból przeszył ciało świętego, ale szczególnie odczuwalny był w głowie. Co zrobił wówczas Jan? Zaczął kontemplować Mękę Chrystusa i rozmyślać o wielkości przyszłej Nagrody, co wyraźnie zmniejszyło jego boleść.

 

Innym razem znalazł podróżnego leżącego na drodze, który wydawał się poważnie chory, i przetransportował go do szpitala. Umył mu nogi i położył na łóżku. Kiedy już – zgodnie ze swym zwyczajem – całował stopy biedaka, zauważył stygmaty i bardzo jasne światło. Sam Chrystus pod postacią ubogiego człowieka przemówił do niego, by dalej tak troszczył się o bliźnich cierpiących i będących w potrzebie.

Kiedy indziej upadł na ziemię pod ciężarem chorego mężczyzny, którego niósł. Pomógł mu wstać piękny młodzieniec. Zapytany, kim jest, odpowiedział: – Jestem Archaniołem Rafałem, posłanym przez Wszechmogącego, aby chronić i strzec Cię.

 

Cudownie ocalony z pożaru

 

Ta niezwykle barwna postać, która pragnęła wielkich przygód w swoim życiu, okazała się wybornym strażakiem. Razu pewnego w szpitalu w Granadzie prowadzonym przez Jana wybuchł wielki pożar. Gapie, zamiast pomóc wydostać się uwięzionym, biernie przypatrywali się gorejącemu budynkowi. Jan, zdumiony tym faktem, w ostatniej chwili wbiegł do płonącego pomieszczenia i przedzierając się przez płomienie, wynosił z każdej sali przerażonych chorych. Udało mu się wyprowadzić wszystkich i jeszcze uratować sienniki, a także inne sprzęty, które tak trudno było zgromadzić. Jan wspiął się na dach i tam próbował siekierą oddzielić palącą się część budynku od niepalącej, by zapobiec rozprzestrzenieniu się ognia, a także ocalić część szpitala. Święty widział, jak sprowadzono działo. Za jego pomocą planowano zniszczyć palącą się część budynku. W końcu Jan, usiłujący ochronić resztę dobytku, spadł z dachu w samo serce pożaru. Gdy już wszystkim wydawało się, że niezwykły bohater umarł, ku ich zdziwieniu Jan ukazał się na tle płonącego szpitala cały i zdrowy. Nieznacznie tylko osmolił sobie brwi.

 

Uznano to za wielki cud, bo Jan przez pół godziny był wystawiony na działanie płomieni, ale płomień Boskiej miłości, który płonął w jego sercu, przewyższył intensywność materialnego ognia – pisano później.

Ten impulsywny człowiek, który prowadził życie pełne przygód i cierpienia, umarł wskutek zapalenia płuc. Nabawił się go, usiłując ratować topielca. Wyprosiwszy wszystkich ze swojej komnaty, zmarł na podłodze z krucyfiksem przyciśniętym do ust. Wokół martwego ciała, pozostałego w pozycji klęczącej przez kilka godzin, unosiła się cudowna woń.

 

Patron księgarzy, drukarzy, strażaków i pielęgniarzy, a nawet chorych na serce, to przykład osoby, która mając impulsywny charakter i sporo nabroiwszy, ostatecznie radykalnie zmieniła swoje życie i zasłużyła na przydomek „Boży”.

 

Agnieszka Stelmach

ilustrował: Jacek Widor


"Przymierze z Maryją" dociera regularnie do ponad 430 tysięcy osób. Dołącz do grona naszych Przyjaciół i zostań stałym czytelnikiem czasopisma.

NAJNOWSZE WYDANIE:
Jestem Matką Prawdziwego Boga
Dzisiejszy świat, uciekający przed Bogiem jak diabeł przed wodą święconą, wszelkie oznaki Jego interwencji bagatelizuje, marginalizuje czy wręcz usuwa z naszego życia. „Ludzie tego świata” co i rusz wynajdują jakieś pseudoargumenty na rzecz swej niewiary, a jeśli już całkowicie czują się bezradni, atakują sensacjami. Raz promują „Ewangelię Judasza”, to znów odkrywają kolejny „prawdziwy grób Chrystusa” albo wskazują „dowody” na to, że Maryja miała ze św. Józefem „kilkoro dzieci”. Słowem – sprzedadzą każdą, największą nawet bzdurę, byle tylko wiernych odciągnąć od prawdziwego Pana i Zbawiciela.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Apostołowie u Fatimskiej Pani
Marcin Austyn

Wizyta u Fatimskiej Pani niewątpliwie dla każdego katolika jest wielkim wydarzeniem duchowym. Wydarzeniem – z różnych przyczyn – trudno osiągalnym. Tym bardziej już sama informacja o znalezieniu się w gronie osób, które zostały wylosowane spośród Apostołów Fatimy do udziału w pielgrzymce po portugalskiej ziemi, była wielkim przeżyciem. A uczta duchowa dopiero miała się zacząć!

 

To były szczególne dni! Od 7 do 11 października 2019 roku grupa Apostołów Fatimy wraz z osobami towarzyszącymi uczestniczyła w wyjątkowej pielgrzymce do miejsca objawień Matki Bożej – do Fatimy. Był to czas wypełniony modlitwą i wyrzeczeniami ofiarowanymi Najświętszej Maryi Pannie. Jako że każda godzina spędzona na portugalskiej ziemi była bezcenna, trzeba było dobrze zaplanować czas. Apostołowie wczesnym rankiem uczestniczyli we Mszach św. sprawowanych w Kaplicy Objawień na terenie fatimskiego sanktuarium. Wieczorem zaś, wraz z wiernymi z całego świata, modlili się w czasie nabożeństw fatimskich połączonych z procesją z Najświętszym Sakramentem lub z figurą Matki Bożej Fatimskiej. Ta wyjątkowa modlitwa przypominała, że Matka Boża nie domaga się kultu dla siebie, ale dla Jej Syna, że to w Nim jest zbawienie i że to Jego słów mamy słuchać. Obecność Najświętszego Sakramentu to poniekąd także nawiązanie do wydarzeń sprzed ponad stu lat – kiedy trójce pastuszków objawiał się Anioł, przygotowywał je do przyjęcia Komunii Świętej i prosił o wynagradzanie za znieważanie Jezusa Chrystusa: Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.

 

Sami często widzimy, jak dziś bardzo brakuje wiary w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, a co za tym idzie – czci. O tym wszystkim mogli przypomnieć sobie Apostołowie odwiedzający miejsca związane z objawieniami Matki Bożej i Anioła.

 

Z Notatnika Pielgrzyma

Po kolacji i noclegu w Fatimie, pierwszy pełny dzień pobytu w Portugalii rozpoczęła poranna Msza Święta. Po śniadaniu pielgrzymi mogli odwiedzić fatimskie muzeum i poznać historię sanktuarium. Nawiedzili też Bazylikę Matki Bożej Różańcowej z grobami Łucji oraz świętych Franciszka i Hiacynty, Kaplicę Objawień, a także Bazylikę Trójcy Świętej. Następnie udali się w rejon Aljustrel – miejsca, gdzie znajdują się domy dzieci, którym objawiła się Matka Boża. Droga nie była łatwa. Wiodła pod górę, którą trzeba było pokonać o własnych siłach. Ale przecież wędrowali szlakiem Drogi Krzyżowej Jezusa Chrystusa, rozważając Jego Bolesną Mękę. Pielgrzymi odwiedzili miejsce, w którym Anioł objawił się dzieciom fatimskim. Modlili się też przy kapliczce upamiętniającej objawienie Maryi z 19 sierpnia 1917 roku. Po dniu wypełnionym modlitwą był też czas na zakup pamiątek i dewocjonaliów. Wieczorem Apostołowie uczestniczyli w nabożeństwie różańcowym, zakończonym procesją z figurą Matki Bożej.

 

Nazajutrz, po porannej Mszy Świętej, pielgrzymi udali się do miejscowości Batalha. Znajduje się tam przepiękny, gotycki klasztor Santa Maria da Vitória (Matki Bożej Zwycięskiej). Odwiedzili też klasztor Santa Maria w Alcobaça oraz Nazaré. To niewielkie, urokliwe miasteczko położone jest malowniczo na wybrzeżu oceanu. Na wysokiej skale wybudowano sanktuarium maryjne, w którym znajduje się wyrzeźbiona ponoć przez samego św. Józefa, a pomalowana przez św. Łukasza, cudowna figurka Matki Najświętszej z Dzieciątkiem. Po całym dniu trudów Apostołowie wzięli udział w wieczornym nabożeństwie różańcowym z procesją z Najświętszym Sakramentem.

 

Niekoniecznie na Kolanach, Ale z Wiarą!

Fatimskie sanktuarium kojarzy nam się z pielgrzymami przemierzającymi na kolanach drogę wiodącą ku Kaplicy Objawień. Mają w sercach prośby i gorąco modlą się za wstawiennictwem Maryi o pomoc w uproszeniu łask. Ich wyrzeczenie, ból i zmęczenie niesione jest w ofierze, z wiarą w cud uzdrowienia, nawrócenia… Dla siebie, dla bliskich...

 

Także Apostołowie Fatimy przynieśli do Mateńki swoje intencje. Pan Witold na betonowej ścieżce spędził 1,5 godziny. Postanowił przejść ją pieszo, niosąc w ręku kule, z pomocą których na co dzień się porusza. Nie przeszedł jej na kolanach, choć tak – paradoksalnie – byłoby mu łatwiej.

 

Sanktuarium to też miejsce niezwykłych doświadczeń – jak choćby spotkanie dwóch małżeństw z różnych krajów, które – mimo odmiennych języków – świetnie się rozumiały. W każdym z nich jedno z małżonków poruszało się na wózku inwalidzkim. Dzielili się swoimi troskami, rozumieli je i tak samo z wielką wiarą spoglądali na Matkę Bożą – Pocieszycielkę Strapionych…

 

Twoje Światło w Fatimie

Wszystko to możliwe było dzięki Apostolatowi Fatimy. Prawda – niektórzy Apostołowie na pielgrzymkę czekali kilkanaście lat. I jak wspominali, trudno było im uwierzyć, kiedy usłyszeli, że pojadą do Fatimy. Inni przystąpili do Apostolatu całkiem niedawno i już dane im było udać się w podróż do Portugalii. Jednak bez względu na czas, dla wielu Apostołów pielgrzymka organizowana przez Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi była jedyną okazją, by stanąć u stóp Fatimskiej Pani.

 

Podczas pielgrzymki Apostołów odbył się też finał akcji „Twoje światło w Fatimie”. Pracownicy i wolontariusze SKCh zapalili 64 przetopione świece wotywne, a w Kaplicy Objawień złożyli ponad 900 próśb i podziękowań do Matki Bożej Fatimskiej i przeszło 340 aktów ofiarowania. W intencji uczestników akcji odprawiona została Msza Święta.

Marcin Austyn


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Szczęść Boże!

Na początku mojego listu przesyłam Wam bardzo serdeczne pozdrowienia. Pragnę też z całego serca podziękować za przesłanie mi modlitewnika. Z pewnością ubogaci on moją modlitwę. Jestem Wam ogromnie wdzięczny za to, że nigdy nie odmawiacie mi żadnych materiałów, a stały kontakt z Waszym Stowarzyszeniem jest dla mnie niezwykle pocieszający, tym bardziej, że jeszcze przebywam w zakładzie karnym. W przyszłości z pewnością zaangażuję się finansowo w Wasze dzieło. Pozdrawiam Was serdecznie.

Piotr

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pragnę Państwu podziękować za wszystkie przesyłki, które do mnie wysyłacie. Dziękuję za wszystkie upominki i obrazki, które od Was otrzymuję.

Pragnę się podzielić świadectwem. Na Mszę Świętą o uzdrowienie i uwolnienie chodzę do naszego kościoła od roku 2016. Prosiłam Matkę Bożą Fatimską, aby wstawiła się do swojego Syna Jezusa o dar łaski zdrowia i błogosławieństwa dla mnie. Zachorowałam bowiem na uchyłkowatość jelita. Męczyły mnie wymioty, biegunki i bóle brzucha. Leki, które przyjmowałam, pomagały na krótko, potem moje dolegliwości wracały.

18 kwietnia ubiegłego roku poszłam na Mszę Świętą o uzdrowienie, którą odprawiał ksiądz egzorcysta. W czasie tej Mszy, kapłan wspomniał między innymi o osobach, które cierpią na choroby żołądka i jelit. W pewnej chwili poczułam ból brzucha i… ciepło w całym ciele. Po Mszy ksiądz długo się modlił nade mną. Później przez kilka dni odczuwałam bóle brzucha, które w końcu ustąpiły.

Dziękuję Panu Jezusowi Miłosiernemu za moje uzdrowienie oraz za wszelkie łaski. Dziękuję także Matce Bożej Fatimskiej za Jej wstawiennictwo. Jestem pewna, że moje uzdrowienie nastąpiło za Jej przyczyną. Obecnie czuję się dużo lepiej, chociaż muszę stosować dietę. Chciałam jeszcze wspomnieć, że moja córka Agnieszka leczy w krakowskim Prokocimiu swojego synka, który ma chore nerki i kręgosłup. Proszę o modlitwę za niego.

Pozdrawiam serdecznie całą Redakcję i Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi.

Danuta z Kielc

 

 

Droga Redakcjo!

Pragnę podzielić się świadectwem. Jestem mężem, ojcem i dziadkiem. Chciałbym opowiedzieć o mojej drodze do wolności w sferze seksualnej…

Wstępując w związek małżeński nie myślałem, że możemy żyć wraz z żoną, rezygnując ze współżycia seksualnego. Korzystanie z rozkoszy seksualnej było jednym z głównych motywów zawarcia małżeństwa. Po kilku latach w związku, nastąpiło w moim życiu duchowe przebudzenie. W tym czasie Pan Bóg zaczął ukazywać moje zniewolenia, które utrudniały mi głębszą relację z Nim. Pierwszym nałogiem, z którego uwolnił mnie Pan Bóg, było palenie papierosów. Wcześniej palenie sprawiało mi ogromną przyjemność, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że Bóg chce, abym złożył je dla Niego w ofierze.

Następnym zniewoleniem był alkohol. Wprawdzie nie piłem nałogowo, ale podczas spotkań z rodziną czy znajomymi musiał być obecny alkohol. Wśród moich bliskich były osoby uzależnione od alkoholu, dlatego aby im pomóc wyjść z nałogu, postanowiłem całkowicie zrezygnować z picia napojów alkoholowych w każdej postaci. I znów przyszedł czas, że mogłem cieszyć się większą wolnością, bo alkohol ogranicza człowieka, a na polu duchowym znieczula na natchnienia Ducha Świętego.

W naszej rodzinie żywimy wielką miłość do Matki Bożej. Na każdym kroku czujemy Jej wstawiennictwo i opiekę. Jesteśmy przekonani, że wszelkie dobro, jakie nas spotyka, jest wyproszone przez Matkę Bożą. I pielgrzymując na Jasną Górę, w pewnym momencie zrozumiałem, że Maryja chce od nas czegoś więcej. Chce, aby nasza – tzn. moja i mojej żony – miłość była głębsza, czystsza i bardziej bezinteresowna. Zrozumiałem, że Maryja chce naszej wstrzemięźliwości. Postanowiliśmy więc zrezygnować z życia seksualnego. Najpierw na miesiąc. Potraktowaliśmy to jako pomoc ludziom żyjącym w grzechu nieczystości. Później przedłużyliśmy nasze postanowienie o rok. I tak dalej aż do siedmiu lat. Wreszcie po rekolekcjach i dłuższej rozmowie z kapłanem, w roku 2000, zdecydowaliśmy się na dożywotnią wstrzemięźliwość. Na początku było trudno, teraz jednak postrzegam to jako łaskę. I muszę podkreślić, że wstrzemięźliwość wcale nie przeszkadza nam w okazywaniu sobie miłości i czułości.

Dziękuję Panu Bogu za uleczenie mnie z pożądliwości, z nieczystych spojrzeń na kobiety. Tam gdzie jest pożądliwość, tam nie ma mowy o prawdziwej czystości. Prawda czasami jest trudna do przyjęcia, czasami boli, ale tylko ona może dać człowiekowi wolność i doprowadzić do pełni szczęścia.

Napisałem to świadectwo, by zachęcić małżonków do wejścia na drogę wolności. Szczęści Boże!

Krzysztof

 

 

Szanowni Państwo!

Wszystko zaczęło się od przesyłki pocztowej, którą znalazłam w skrzynce na listy… Jestem przekonana, że to było kierowane odgórną Ręką. I tak od lat jestem z Wami związana. I dziękuję Wam za wszelką korespondencję i ciepłe słowa. Niedawno przesłaliście mi Medalik św. Benedykta. Tak się złożyło, że w tym czasie mojego syna czekała bardzo poważna operacja onkologiczna. Oczywiście od razu „wypożyczyłam” medalik synowi do szpitala. Gdy lekarz w kolejne dni zmieniał choremu opatrunki, zdziwił się, że „tak duże cięcie w tak szybkim tempie tak pięknie się goi”. Przypadek? Nie. To efekt naszego zaufania do św. Benedykta, a nade wszystko naszej modlitwy pełnego zawierzenia Zbawicielowi: „Jezu Ty się tym zajmij!”.

Panu Prezesowi i wszystkim osobom związanym z pracą w Stowarzyszeniu serdecznie za wszystko dziękuję. Gratuluję jubileuszu 20-lecia.

Z wyrazami szacunku – w Chrystusie!

Halina z Wrześni