Z dziecięcej biblioteczki
 
Jak Boże Narodzenie ocaliło Szuana
Historia ta zdarzyła się w tej części francuskiej okolicy Fougeres, która w latach 1793-1800 była widownią największego zwycięstwa Szuanów1 i gdzie pamięć Rewolucji Francuskiej, czasów „Wielkiego Terroru" jest żywa do dziś.

Pewnego zimowego wieczoru roku 1795, skrajem lasu Fougeres, na drodze między Mortain i Avranches podążał niewielki oddział rewolucjonistów. Zmęczeni i znudzeni uginali się pod ciężarem plecaków i strzelb. Żołnierze prowadzili więźnia-wieśniaka, który o zmierzchu strzelał do nich zza krzaka. Pocisk przeszył kapelusz sierżanta i ugodził w fajkę, paloną przez jednego z „Niebieskich", jak nazywano rewolucjonistów. Żołnierze natychmiast rzucili się w pościg za intruzem. Złapali go i rozbroili. Teraz wiedli nieszczęśnika do swojej brygady, obozującej w Fougeres.

Więzień okryty był płaszczem z koziej skóry, spod którego wystawała bretońska marynarka i kamizelka z dużymi guzikami. Na nogach miał drewniane trepy, a na głowie pospolity kapelusz z filcu z dużym rondem i spływającymi z niego tasiemkami, które kryły rozczochrane włosy. Szuan miał związane przeguby sznurami, pewnie trzymanymi przez dwóch żołnierzy. Szedł za nimi z poważnym wyrazem twarzy, nie zdradzając ani cierpienia, ani bólu. Jego małe, jasne oczy dyskretnie badały drogę, którą go prowadzono.

Minąwszy Tondrais i przeprawiwszy się przez Zatokę Nanson, „Niebiescy" weszli do lasu, aby ominąć domostwa rozsiane wzdłuż drogi. Kiedy dotarli do skrzyżowania Servilles, sierżant zarządził postój. Wyczerpani zdjęli broń i zrzucili pakunki. Nazbierali drew i rozpalili ognisko. Więźnia przywiązali do drzewa. Szuan w napięciu obserwował straż. Wiedział dobrze, że śmierć jest blisko. Jego emocje nie uszły uwadze jednego ze strażników, który uwielbiał szydzić ze swych ofiar.

Kiedy ów młodzian ściskał mocno sznur, przywiązując więźnia zaśmiał mu się szyderczo w twarz: - Nie bój się moje dziecko. To się jeszcze nie stanie. Wciąż masz sześć godzin życia. Jazda! Stań prosto!
- Dobrze go zwiąż Pierrot. Nie możemy pozwolić, aby ten wieśniak opuścił nas bez małej ceremonii - szydził inny.
- Uspokój się, sierżancie Torquatus - odpowiedział Pierrot.
- Dostarczymy go generałowi nietkniętego. Wiesz, psie - kontynuował, zwracając się do więźnia - nie powinieneś mieć żadnych złudzeń. Nie spodziewaj się, że zostaniesz stracony tak jak arystokraci. Republika jest biedna. Brakuje nam gilotyn. Ciebie zabijemy ołowianymi kulami. Sześć w głowę, a sześć w pozostałe części ciała. A teraz, mój drogi, porozmyślaj sobie do rana!
Powiedziawszy to, Pierrot przyłączył się do swoich kamratów przy ognisku.

Wojna prowadzona przez rewolucjonistów z żołnierzami chłopskimi w Bretanii trwała trzy lata. Straszna walka republikańskiej armii z Szuanami przemieniła się w pełne nienawiści polowanie, które można porównać z pościgiem za dziką zwierzyną. Po obu stronach nie było miejsca na coś, co by chociaż przypominało wielkoduszność, która była przecież wspólną cechą wszystkich żołnierzy jeszcze przed wojną. Nie było też miejsca na współczucie dla więźniów, ani na litość dla pokonanych. Co więcej, wydaje się, że ludzie w tej straszliwej epoce stracili resztki uczuć wyższych. Zwyczaj zabijania, niepewność jutra, zmiana obyczajów i porządku w kraju uczyniły z tych ludzi prawdziwe bestie mające jeden cel: zabijać, aby żyć.

Po pewnym czasie Pierrot wyciągnął pocisk i trzymając go ostrożnie w dwóch palcach, wykrzyknął do jeńca: - Hej! Młody człowieku! To dla ciebie!
Wetknął pocisk do lufy karabinu, a następnie wypełnił go kawałkami papieru. Pozostali żołnierze wybuchli śmiechem, radując się z dodatkowej tortury zadanej nieszczęśnikowi.
- Mam jeszcze jedną dla ciebie. Możesz wybrać - wykrzyknął inny żołnierz.
- Ta zrobi ci tuzin dziur w ciele - szydził kolejny.
- Nie wspominając mojej, która będzie na dobicie - dodał wściekły sierżant.

Wieśniak pozostawał spokojny. Wydawało się jakby słuchał czegoś, co zagłuszało szyderstwa i śmiech żołnierzy. Nagle pochylił głowę i zrobił taką minę, jakby przypomniał sobie to "coś". Tej spokojnej nocy lekki wiaterek przyniósł z głębi lasu dźwięk dzwonu bijącego w oddali. Wkrótce potem słychać było drugi, donioślejszy. Zaraz też dołączył do nich trzeci dzwon bijący lekko, delikatnie i melancholijnie. „Niebiescy" zerwali się z miejsc.
- Co to? Dlaczego biją dzwony? Może to sygnał...? Ach, łajdaku! To dzwon ostrzegawczy! - krzyczeli.

Więzień podniósł głowę i spokojnie obserwując, co się dzieje, wyjaśnił krótko:
- Jest Boże Narodzenie.
- Co takiego?
- Boże Narodzenie... dzwony biją na pasterkę.

Zapadła cisza. Boże Narodzenie, pasterka, to zapomniane słowa, które bardzo zdziwiły żołnierzy. Ożyły mgliste wspomnienia szczęśliwych godzin łagodności i pokoju. Zwiesili głowy i wsłuchali się w cudowną melodię bijących dzwonów, która przemawiała do nich zapomnianym językiem. Sierżant Torquatus ponownie zapalił fajkę, podłożył ręce pod głowę i zamknął oczy. Wyglądał tak, jak meloman rozkoszujący się symfonią. Po chwili, zawstydzony swoją słabością, zerwał się i zwrócił do więźnia: - Jesteś tutejszy?
- Jestem z Cogles, niedaleko stąd.
- Czy w twoim rodzinnym mieście są ciągle księża?
- Są miejsca, gdzie rewolucjoniści jeszcze nie dotarli - odpowiedział Szuan. - Nie przekroczyli rzeki Cousnon. Po drugiej stronie jest jeden wolny duchowny. Posłuchaj... to mały dzwon z zamku Pana du Bois Guy'a. A tamten, to dzwon z Montours... Jeśli wiatr zawieje, będzie można usłyszeć bicie Rusande, dużego dzwonu z Landau.
- No, no, nikt cię o to wszystko nie pytał - przerwał Torquatus trochę niespokojny z powodu milczenia swoich ludzi.

W tym momencie rozległo się bicie dzwonów z okolicznych wsi. Była to słodka, harmonijna melodia. Cicha, to znów głośna, zależnie od prędkości wiatru. Żołnierze słuchali jej ze spuszczonymi głowami. Myśleli o rzeczach, o których zapomnieli przez lata wojny. Wyobrazili sobie kościółki z rodzinnych stron, migotające świece, rodzimą scenerię, którą tworzyły pokryte mchem skały, gdzie czerwone i niebieskie świece paliły się nocą. Wspomnienia poruszyły ich. Wydawało się, jakby znowu słyszeli kolędy, pieśni, które nuciło wiele pokoleń. Niewinne i tak stare jak Francja, śpiewane przez pasterzy, starców i młodzież. Pieśni, które mówią o harmonii, przebaczeniu i nadziei. Żołnierze czuli, jak ich serca topniały pod wpływem ciepła, jakie dawały słodkie wspomnienia świąteczne. Po pewnym czasie przestali rozmyślać, a Torquatus potrząsnął głową, tak jakby nad czymś się zastanawiał. Po chwili zapytał więźnia:
- Jak masz na imię?
- Branche d'Or - odpowiedział Szuan.

Odległe dzwony biły dalej. Stopniowo głos sierżanta łagodniał, jakby ten srogi człowiek obawiał się przerwać czar melodii, odpędzającej sen.
- Masz żonę? - spytał po chwili.
Branche d'Or zacisnął wargi, zmarszczył brwi i potrząsnął głową przytakując.
- A co z matką? - spytał Pierrot - Żyje?
Szuan nie odpowiedział.
- Masz dzieci? - zapytał inny żołnierz.

Wtedy jęk wydostał się z piersi więźnia. W migotającym świetle ogniska żołnierze ujrzeli łzy spływające po policzkach Branche d'Ora. Patrzyli na niego niespokojni i zawstydzeni.
- Czy mogę go rozwiązać na chwilę? - poprosił Pierrot wzruszony.
Sierżant zgodził się na ten gest.
- Człowieku, twoja rodzina będzie mieć okropne Boże Narodzenie! - zauważył Torquatus. - Co za nieszczęście! Jakim strasznym przekleństwem jest ta wojna. Sam widzisz chłopcze - kontynuował, zwracając się do swoich ludzi - każdy z nas w Boże Narodzenie przed wojną był szczęśliwy i wesoły. A dzisiaj...

Patrząc na dogasający ogień dodał rozmarzony:
- Ja także mam żonę i dzieci w Lornaine. To kraina, gdzie rośnie mnóstwo choinek. Kiedyś ścinałem je w lesie, a dzieciaki dekorowały je świeczkami i zabawkami. Jak się cieszyły, jak klaskały z radości!.. Muszą teraz być bardzo nieszczęśliwe.
- W mojej okolicy - powiedział inny żołnierz wciągnięty ciepłem bożonarodzeniowych wspomnień - zrobiliśmy dużą kołyskę dla Dzieciątka Jezus i przez całą noc dawaliśmy łakocie i srebrne monety małym chłopcom i dziewczynkom.
- Na północy, skąd pochodzę - relacjonował trzeci - św. Mikołaj chodził ulicami. Miał długą brodę i okryty był długim płaszczem przyprószonym mąką, niby śniegiem. Pukał do drzwi i pytał, czy dzieci już są w łóżku. Ach, jakże się go baliśmy, a jacy byliśmy szczęśliwi.

Po kolei żołnierze dzielili się swoimi wspomnieniami. Dawno zapomniane przeżycia z dzieciństwa na nowo ożywiły ich serca, jak krople rosy ożywiają suchą roślinę. Skruszeni umilkli. Niektórzy spuścili głowy i przenieśli się myślami do spokojnej i słodkiej przeszłości. Inni ze smutkiem wypisanym na twarzy patrzyli na więźnia. Nagle dzwony na nowo zaczęły bić, po krótkiej przerwie pewien rodzaj lęku zapanował wśród żołnierzy. Sierżant wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem. Czasami spozierał na swoich ludzi takim wzrokiem, jakby ich o coś pytał, czy też radził się. Po chwili zbliżył się do Branche d'Ora, klepnął go w plecy i powiedział:
- Uciekaj.
Szuan podniósł głowę i z niedowierzaniem patrzył na sierżanta, jakby nie rozumiał, co się dzieje. - Uciekaj!... No jazda! Biegnij!.. Jesteś wolny!
- Zmykaj! - krzyczeli „Niebiescy" - uciekaj, jak ci sierżant każe!

Branche d'Or wstał zdziwiony, nie całkiem dowierzając żołnierzom. Spojrzał na każdego z nich w przelocie i kiedy zrozumiał, co się właściwie stało, wydał okrzyk radości i rzucił się do lasu. Chwilę później oddział "Niebieskich" znowu maszerował. W lesie żołnierze usłyszeli jęk. To jeden z nich - Pierrot wypłakiwał swoje serce z tęsknoty za starymi, dobrymi czasami Bożego Narodzenia. Pewnie tęsknił za drewniakami wypełnionymi zabawkami i starą matką, która z pewnością w tym samym czasie modliła się do Dzieciątka Jezus, aby chroniło jej małego chłopca.

Tłum. Agnieszka Stelmach za pozwoleniem „Crusade Magazine" - pisma amerykańskiego Stowarzyszenia Obrony Tradycji, Rodziny i Własności.

(1) Szuani - wierni królowi Ludwikowi XVI i kościołowi katolickiemu partyzanci oddziałów walczących przeciwko Rewolucji Francuskiej na terenie Bretanii i Wandei.


NAJNOWSZE WYDANIE:
Uczmy i wychowujmy po katolicku!
W tym numerze „Przymierza z Maryją” postanowiliśmy podjąć tematykę edukacji młodych pokoleń Polaków. Pokładamy nadzieję w chrześcijańskim, czy też ściślej – katolickim kształceniu i wychowaniu. Pamiętamy bowiem, że katolicyzm jest nie tylko doktryną, dogmatem czy też zbiorem modlitw i obrzędów, lecz nade wszystko żywą relacją z Bogiem i powinien oddziaływać na całe państwo i całe społeczeństwo.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
W odwiedzinach u Fatimskiej Pani
Roman Motoła

Pomiędzy 25 a 29 maja wraz z grupą Apostołów Fatimy pielgrzymowaliśmy do miejsca, w którym 109 lat temu trojgu portugalskim pastuszkom ukazywała się Matka Boża, niosąc światu przesłanie pokuty i nadziei.

 

Fatima, choć jest odwiedzana przez bardzo licznych wiernych oraz turystów, zdołała jednak zachować atmosferę ciszy. Wyjąwszy największe uroczystości gromadzące wielotysięczne rzesze uczestników, można tam zarówno modlić się, jak i słuchać w skupieniu. Każdego dnia chętnie korzystaliśmy z tej możliwości tym bardziej, że nasz hotel położony był w bezpośredniej bliskości bazyliki oraz miejsca Maryjnych objawień.


Codziennie uczestniczyliśmy też w tradycyjnych nabożeństwach i procesjach na olbrzymim placu przed sanktuarium. W trakcie trzeciego wieczoru przedstawiciele naszej grupy mieli zaszczytną okazję prowadzić fragment modlitwy. W pamięci uczestników pozostanie z pewnością atmosfera towarzysząca tym różańcowym spotkaniom. Wypowiadane przez setki pielgrzymów w różnych językach wezwania Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… podkreślały zarówno jedność jak i różnorodność Kościoła. Z drugiej strony jednak – zamiast harmonii rodziły szum, utrudniając modlitewne skupienie. Może gospodarze tego cudownego miejsca zechcą kiedyś „odkryć” na nowo łacinę?


Niespokojny duch współczesności daje też w Fatimie znać o sobie w sposób widoczny gołym okiem. Niby w trosce o prostotę i skromność stara się on jak może zasłonić sanktuarium, wznosząc wokół betonowe bryły, z których niektóre nawet zostały poświęcone jako miejsca katolickiego kultu. Tylko co wspólnego z żywą, autentyczną wiarą mogą mieć płaskie, szare bunkry albo kaplice, w których Tabernakulum przypomina bardziej skrzynkę na narzędzia? Albo co powiedzieć o ustawionym tuż przy nowej bazylice wielkim krzyżu, na którym zamiast Chrystusa umieszczono dziwaczną postać jakby wyjętą ze starożytnych hieroglifów? W kulturowym kontekście naszych czasów to raczej karykatura niż godny wizerunek Zbawiciela…

Zatem nawet w bezpośrednim otoczeniu sanktuarium naocznie przekonaliśmy się, że wewnątrz Kościoła toczy się ogromna walka o kształt katolicyzmu i o serca wierzących. Do czego to zmaganie może prowadzić, widzieliśmy w urokliwym, niewielkim mieście Obidos, gdzie w miejscu dawnego kościoła działa dzisiaj… księgarnia.


Nasze pielgrzymkowe wyprawy, których celem były wspaniałe klasztory w miasteczku Alcobaça czy w Batalhi, przeniosły nas do czasów, gdy świątynie bez wątpienia wznoszono na chwałę Bożą, na przykład – w podzięce za Opatrznościową pomoc w wygranej bitwie o niepodległość kraju. Zachwyt budziła potężna, a zarazem misterna architektura tych monumentalnych dzieł, wspaniałe zdobienia, dbałość ich twórców o detale, połączenie talentów z wytrwałością i pracowitością budowniczych.


Podążyliśmy też śladami fatimskich wizjonerów – Łucji dos Santos oraz świętych Hiacynty i Franciszka Marto. Modliliśmy się przy ich grobach. Odprawiliśmy Drogę Krzyżową w ich rodzinnych stronach, odwiedziliśmy domy, w których żyli.


W miejscu objawień Matki Bożej zapaliliśmy świece przywiezione wraz z intencjami powierzonymi nam przez Darczyńców w ramach akcji „Twoje światło w Fatimie”.

Podczas tej kilkudniowej wyprawy na każdym kroku spotykaliśmy się z serdeczną otwartością Portugalczyków. Podziwialiśmy ich ludową sztukę i zwyczaje. Mimo że nasze kraje są od siebie bardzo oddalone, w żaden sposób nie czuliśmy się obco. Sprawiła to oczywiście sama Matka Boża, ale też kulturowa bliskość biorąca swój początek w naszej wspólnej wierze. Podczas wyjazdów do historycznych miejsc, które znalazły się na trasie naszej pielgrzymki, mieliśmy okazję przekonać się, że Maryja swoją opieką otacza nie tylko nasz naród, lecz wszystkie nacje, które się Jej ufnie oddają, a także każdą osobę, która zawierza Jej siebie oraz swych bliskich.


Dzieje Portugalii to również historia wierności Bogu i odstępstw, także w życiu władców. Trudne momenty w wymiarze tak osobistym, jak i zbiorowym, przypominają o konieczności ciągłego zabiegania o własną duszę i o łaskę Opatrzności. Wierność przynosi pomyślność – przynajmniej w życiu duchowym. Odstępstwo owocuje nieszczęściem i śmiercią. Te uniwersalne prawdy przychodziły na myśl, gdy słuchaliśmy opowieści przewodników o portugalskich monarchach i wodzach, zwycięskich bitwach i nieszczęśliwych losach grzesznych kochanków.


Byli tym razem pośród Apostołów Fatimy reprezentanci każdego spośród żyjących pokoleń. Najmłodszy uczestnik liczył sobie 13 lat, zaś senior, pan Zdzisław – już 94. – Całe życie marzyłem, by tu przyjechać – przyznał w rozmowie.


Nasza pielgrzymka nie byłaby tak bogata w duchową treść bez obecności duszpasterza – księdza Krzysztofa. Oprócz zapewnienia nam możliwości codziennego wysłuchania Mszy Świętej, dawał on wyrazy swej niezwykłej czci dla Matki Bożej śpiewem Godzinek i pięknych pieśni.


Każdy z nas przywiózł Matce Bożej bagaż własnych intencji, od tych najbardziej osobistych po zbiorowe – dotyczące Kościoła i Ojczyzny. Każdy też otrzymał w duchowym wymiarze to, czego najbardziej potrzebował. To doświadczenie znają wszyscy pielgrzymujący ze szczerą intencją w miejsca szczególnie wybrane przez Pana Boga i przez Maryję.

Wśród tych niezwykłych miejsc jest też Fatima, niosąca do Nieba już od ponad wieku nieprzerwany strumień ludzkiej modlitwy.


Listy od Przyjaciół
 
Listy

Szanowni Państwo!

Jesteście wspaniali! Wasze wydawnictwa oraz gazetki, broszury i ulotki wzmacniają naszą duchowość i informują o wielu faktach oraz miejscach objawień Maryjnych. Artykuły czytam z wielkim zainteresowaniem. Naprawdę bardzo cenię informacje o Jezusie i Maryi, które w nieskończoność otwierają serca. Pamiętamy w modlitwie o Waszej pracy. Pozdrawiam gorąco Pana Prezesa i cały zespół redakcyjny!

Anna ze Zgierza

 

 

Szczęść Boże!

Kampania „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski” jest wspaniała. Popieram ją i bardzo się cieszę, że jesteście i stoicie na straży wiary. Musimy dziękować i wspierać naszą Królową za Jej miłość do naszego Narodu.

Zbigniew z Katowic

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowny Panie Prezesie, dziękuję bardzo serdecznie za przesłane mi pozdrowienia urodzinowe. Ucieszyłam się z bardzo ładnej kartki. Jestem dumna z działalności apostolskiej, jaką Państwo prowadzą. Podobają mi się bardzo czasopisma „Przymierze z Maryją” i „Apostoł Fatimy”. Cieszę się z tego, że mogę w nich znaleźć wiele bardzo ciekawych artykułów poruszających interesujące mnie tematy. Cieszę się z tego, że wiele osób może korzystać z tych czasopism. Pragnęłabym bardzo, aby wielu Polaków mogło zapoznać się z tymi ciekawymi gazetami.

Bardzo serdecznie dziękuję za otrzymane ostatnio „Przymierze z Maryją” i „Apostoła Fatimy”. Znalazłam w tych numerach wiele interesujących mnie zagadnień. Cieszę się z tego, że te czasopisma mogą trafić do wielu rodzin w Polsce. Pragnęłabym dalej otrzymywać te pisma.

Pozdrawiam Maryję Naszą Królową. Życzę Panu i współpracownikom dużo zdrowia i wielu łask Bożych w Jezusie i Maryi.

Wdzięczna Czytelniczka

Krystyna z Pruszkowa

 

 

Szczęść Boże!

Bardzo dziękuję za przysyłanie mi „Przymierza z Maryją”. Jest to pismo, które bardzo sobie cenię i szanuję. Redagujecie ciekawe artykuły. Zawsze czekam na nowe numery i pragnę poinformować, że zawsze będę Was wspierać. Niech Pan Bóg nas prowadzi!

Barbara

 

 

Szanowny Panie Prezesie!

Bardzo dziękuję Panu za życzenia z piękną Matką Bożą Fatimską. Dziękuję także za wsparcie modlitewne, które jest podporą naszego życia duchowego oraz fizycznego. Ja także życzę Panu i Stowarzyszeniu siły i ducha wytrwałości w prowadzeniu tego niezwykle ważnego dzieła dla naszej duchowości chrześcijańskiej. Dziękuję bardzo za wszystkie dewocjonalia, materiały, które od Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi otrzymałam – są także narzędziem umocnienia w wierze. Życzę całej Redakcji i Panu Prezesowi obfitych łask Bożych. Szczęść Wam Boże na długie lata!

Danuta z Krakowa

 

 

Szanowni Państwo!

Dziękuję za wszystkie numery „Przymierza…”, bo to ciekawe czasopismo. Warto je prenumerować. Dużo opisujecie i dużo się dowiadujemy, co się dzieje teraz i kiedyś – jak to było na świecie dawno temu, w tamtych wiekach. Życzę Wam wielu łask Bożych i siły w dalszym działaniu. Nie poddawajcie się siłom zła, które próbują zniszczyć wszystko, co Boże. Któż jak Bóg! Pozdrawiam Was serdecznie,

Maria

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziękuję z całego serca za cudowne „Przymierze z Maryją”. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję to pismo. Jest tam dużo pięknych, cudownych tekstów o Maryi i Jezusie Chrystusie, a także dużo o wierze katolickiej i o naszej kulturze. Są tam piękne tematy i bardzo dobre dla naszego życia wiadomości. Jestem szczęśliwa, że otrzymuję „Przymierze z Maryją”. Dziękuję, modlę się za cały Apostolat Fatimy i za Pana Prezesa.

Janina z Włocławka

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Panie Sławomirze, w liście zadał mi Pan pytanie, czy jestem dumna z otrzymywanego pisma „Przymierze z Maryją”. Jestem dumna! A dlaczego? Bo jest to pismo jedyne w swoim rodzaju. To ogromna wiedza. Każdy artykuł bogaty w wydarzenia, emanuje częścią historii o naszej wierze katolickiej. Bardzo dużo przeczytałam dobrych książek (bo lubię czytać), ale pismo „Przymierze z Maryją” stawiam na pierwszym miejscu, bo porusza serce, ubogaca duszę i umysł. O wielu sprawach opisanych w artykułach wcześniej nie miałam wiedzy. Ale teraz mając 86 lat jestem poniekąd uczennicą „Przymierza z Maryją”. Mówi się, że człowiek uczy się do końca życia, prawda? Bóg zapłać za tę wiedzę. Z szacunkiem chylę czoło przed wszystkimi osobami za pracę i trud w tworzeniu pisma. A Matka Boża, nasza Królowa, niech Was błogosławi. Przy okazji „Bóg zapłać” za wszystko co dostaję od Stowarzyszenia Księdza Piotra Skargi: za życzenia urodzinowe, za listy Pana Sławomira i wszystkie pamiątki, a szczególnie za koronę Matki Bożej Fatimskiej. Jak stawałam przed Fatimską Panią, mówiłam w duchu: „Jesteś taka skromniutka, skromniutka bez korony”… A teraz moja Dostojna Pani ma koronę! Serdecznie dziękuję, bardzo się cieszę.

A jeszcze kilka słów o mnie… Jestem schorowaną osobą, chodzę o lasce. Nie mam już nawet siły iść sama do kościoła – to około 1 kilometra, ale mój sąsiad zawozi mnie co niedzielę na Mszę. Mam też problemy ze słuchem. Aparat słuchowy nie wszędzie zdaje egzamin, szczególnie w kościele, jak kapłan mówi dalej od mikrofonu, to robi się pogłos, ale jakoś daję sobie radę. Nie narzekam, bo mam dużą rodzinę i opiekuje się mną córka. Praktycznie przejęła wszystkie moje obowiązki. Przepraszam, że nie nadążam za waszymi propozycjami, ale w miarę możliwości będę wspomagać Stowarzyszenie. Życzę Wam wszystkim zdrowia i błogosławieństwa.

Z Panem Bogiem!

Genowefa