Z dziecięcej biblioteczki
 
Jak Boże Narodzenie ocaliło Szuana
Historia ta zdarzyła się w tej części francuskiej okolicy Fougeres, która w latach 1793-1800 była widownią największego zwycięstwa Szuanów1 i gdzie pamięć Rewolucji Francuskiej, czasów „Wielkiego Terroru" jest żywa do dziś.

Pewnego zimowego wieczoru roku 1795, skrajem lasu Fougeres, na drodze między Mortain i Avranches podążał niewielki oddział rewolucjonistów. Zmęczeni i znudzeni uginali się pod ciężarem plecaków i strzelb. Żołnierze prowadzili więźnia-wieśniaka, który o zmierzchu strzelał do nich zza krzaka. Pocisk przeszył kapelusz sierżanta i ugodził w fajkę, paloną przez jednego z „Niebieskich", jak nazywano rewolucjonistów. Żołnierze natychmiast rzucili się w pościg za intruzem. Złapali go i rozbroili. Teraz wiedli nieszczęśnika do swojej brygady, obozującej w Fougeres.

Więzień okryty był płaszczem z koziej skóry, spod którego wystawała bretońska marynarka i kamizelka z dużymi guzikami. Na nogach miał drewniane trepy, a na głowie pospolity kapelusz z filcu z dużym rondem i spływającymi z niego tasiemkami, które kryły rozczochrane włosy. Szuan miał związane przeguby sznurami, pewnie trzymanymi przez dwóch żołnierzy. Szedł za nimi z poważnym wyrazem twarzy, nie zdradzając ani cierpienia, ani bólu. Jego małe, jasne oczy dyskretnie badały drogę, którą go prowadzono.

Minąwszy Tondrais i przeprawiwszy się przez Zatokę Nanson, „Niebiescy" weszli do lasu, aby ominąć domostwa rozsiane wzdłuż drogi. Kiedy dotarli do skrzyżowania Servilles, sierżant zarządził postój. Wyczerpani zdjęli broń i zrzucili pakunki. Nazbierali drew i rozpalili ognisko. Więźnia przywiązali do drzewa. Szuan w napięciu obserwował straż. Wiedział dobrze, że śmierć jest blisko. Jego emocje nie uszły uwadze jednego ze strażników, który uwielbiał szydzić ze swych ofiar.

Kiedy ów młodzian ściskał mocno sznur, przywiązując więźnia zaśmiał mu się szyderczo w twarz: - Nie bój się moje dziecko. To się jeszcze nie stanie. Wciąż masz sześć godzin życia. Jazda! Stań prosto!
- Dobrze go zwiąż Pierrot. Nie możemy pozwolić, aby ten wieśniak opuścił nas bez małej ceremonii - szydził inny.
- Uspokój się, sierżancie Torquatus - odpowiedział Pierrot.
- Dostarczymy go generałowi nietkniętego. Wiesz, psie - kontynuował, zwracając się do więźnia - nie powinieneś mieć żadnych złudzeń. Nie spodziewaj się, że zostaniesz stracony tak jak arystokraci. Republika jest biedna. Brakuje nam gilotyn. Ciebie zabijemy ołowianymi kulami. Sześć w głowę, a sześć w pozostałe części ciała. A teraz, mój drogi, porozmyślaj sobie do rana!
Powiedziawszy to, Pierrot przyłączył się do swoich kamratów przy ognisku.

Wojna prowadzona przez rewolucjonistów z żołnierzami chłopskimi w Bretanii trwała trzy lata. Straszna walka republikańskiej armii z Szuanami przemieniła się w pełne nienawiści polowanie, które można porównać z pościgiem za dziką zwierzyną. Po obu stronach nie było miejsca na coś, co by chociaż przypominało wielkoduszność, która była przecież wspólną cechą wszystkich żołnierzy jeszcze przed wojną. Nie było też miejsca na współczucie dla więźniów, ani na litość dla pokonanych. Co więcej, wydaje się, że ludzie w tej straszliwej epoce stracili resztki uczuć wyższych. Zwyczaj zabijania, niepewność jutra, zmiana obyczajów i porządku w kraju uczyniły z tych ludzi prawdziwe bestie mające jeden cel: zabijać, aby żyć.

Po pewnym czasie Pierrot wyciągnął pocisk i trzymając go ostrożnie w dwóch palcach, wykrzyknął do jeńca: - Hej! Młody człowieku! To dla ciebie!
Wetknął pocisk do lufy karabinu, a następnie wypełnił go kawałkami papieru. Pozostali żołnierze wybuchli śmiechem, radując się z dodatkowej tortury zadanej nieszczęśnikowi.
- Mam jeszcze jedną dla ciebie. Możesz wybrać - wykrzyknął inny żołnierz.
- Ta zrobi ci tuzin dziur w ciele - szydził kolejny.
- Nie wspominając mojej, która będzie na dobicie - dodał wściekły sierżant.

Wieśniak pozostawał spokojny. Wydawało się jakby słuchał czegoś, co zagłuszało szyderstwa i śmiech żołnierzy. Nagle pochylił głowę i zrobił taką minę, jakby przypomniał sobie to "coś". Tej spokojnej nocy lekki wiaterek przyniósł z głębi lasu dźwięk dzwonu bijącego w oddali. Wkrótce potem słychać było drugi, donioślejszy. Zaraz też dołączył do nich trzeci dzwon bijący lekko, delikatnie i melancholijnie. „Niebiescy" zerwali się z miejsc.
- Co to? Dlaczego biją dzwony? Może to sygnał...? Ach, łajdaku! To dzwon ostrzegawczy! - krzyczeli.

Więzień podniósł głowę i spokojnie obserwując, co się dzieje, wyjaśnił krótko:
- Jest Boże Narodzenie.
- Co takiego?
- Boże Narodzenie... dzwony biją na pasterkę.

Zapadła cisza. Boże Narodzenie, pasterka, to zapomniane słowa, które bardzo zdziwiły żołnierzy. Ożyły mgliste wspomnienia szczęśliwych godzin łagodności i pokoju. Zwiesili głowy i wsłuchali się w cudowną melodię bijących dzwonów, która przemawiała do nich zapomnianym językiem. Sierżant Torquatus ponownie zapalił fajkę, podłożył ręce pod głowę i zamknął oczy. Wyglądał tak, jak meloman rozkoszujący się symfonią. Po chwili, zawstydzony swoją słabością, zerwał się i zwrócił do więźnia: - Jesteś tutejszy?
- Jestem z Cogles, niedaleko stąd.
- Czy w twoim rodzinnym mieście są ciągle księża?
- Są miejsca, gdzie rewolucjoniści jeszcze nie dotarli - odpowiedział Szuan. - Nie przekroczyli rzeki Cousnon. Po drugiej stronie jest jeden wolny duchowny. Posłuchaj... to mały dzwon z zamku Pana du Bois Guy'a. A tamten, to dzwon z Montours... Jeśli wiatr zawieje, będzie można usłyszeć bicie Rusande, dużego dzwonu z Landau.
- No, no, nikt cię o to wszystko nie pytał - przerwał Torquatus trochę niespokojny z powodu milczenia swoich ludzi.

W tym momencie rozległo się bicie dzwonów z okolicznych wsi. Była to słodka, harmonijna melodia. Cicha, to znów głośna, zależnie od prędkości wiatru. Żołnierze słuchali jej ze spuszczonymi głowami. Myśleli o rzeczach, o których zapomnieli przez lata wojny. Wyobrazili sobie kościółki z rodzinnych stron, migotające świece, rodzimą scenerię, którą tworzyły pokryte mchem skały, gdzie czerwone i niebieskie świece paliły się nocą. Wspomnienia poruszyły ich. Wydawało się, jakby znowu słyszeli kolędy, pieśni, które nuciło wiele pokoleń. Niewinne i tak stare jak Francja, śpiewane przez pasterzy, starców i młodzież. Pieśni, które mówią o harmonii, przebaczeniu i nadziei. Żołnierze czuli, jak ich serca topniały pod wpływem ciepła, jakie dawały słodkie wspomnienia świąteczne. Po pewnym czasie przestali rozmyślać, a Torquatus potrząsnął głową, tak jakby nad czymś się zastanawiał. Po chwili zapytał więźnia:
- Jak masz na imię?
- Branche d'Or - odpowiedział Szuan.

Odległe dzwony biły dalej. Stopniowo głos sierżanta łagodniał, jakby ten srogi człowiek obawiał się przerwać czar melodii, odpędzającej sen.
- Masz żonę? - spytał po chwili.
Branche d'Or zacisnął wargi, zmarszczył brwi i potrząsnął głową przytakując.
- A co z matką? - spytał Pierrot - Żyje?
Szuan nie odpowiedział.
- Masz dzieci? - zapytał inny żołnierz.

Wtedy jęk wydostał się z piersi więźnia. W migotającym świetle ogniska żołnierze ujrzeli łzy spływające po policzkach Branche d'Ora. Patrzyli na niego niespokojni i zawstydzeni.
- Czy mogę go rozwiązać na chwilę? - poprosił Pierrot wzruszony.
Sierżant zgodził się na ten gest.
- Człowieku, twoja rodzina będzie mieć okropne Boże Narodzenie! - zauważył Torquatus. - Co za nieszczęście! Jakim strasznym przekleństwem jest ta wojna. Sam widzisz chłopcze - kontynuował, zwracając się do swoich ludzi - każdy z nas w Boże Narodzenie przed wojną był szczęśliwy i wesoły. A dzisiaj...

Patrząc na dogasający ogień dodał rozmarzony:
- Ja także mam żonę i dzieci w Lornaine. To kraina, gdzie rośnie mnóstwo choinek. Kiedyś ścinałem je w lesie, a dzieciaki dekorowały je świeczkami i zabawkami. Jak się cieszyły, jak klaskały z radości!.. Muszą teraz być bardzo nieszczęśliwe.
- W mojej okolicy - powiedział inny żołnierz wciągnięty ciepłem bożonarodzeniowych wspomnień - zrobiliśmy dużą kołyskę dla Dzieciątka Jezus i przez całą noc dawaliśmy łakocie i srebrne monety małym chłopcom i dziewczynkom.
- Na północy, skąd pochodzę - relacjonował trzeci - św. Mikołaj chodził ulicami. Miał długą brodę i okryty był długim płaszczem przyprószonym mąką, niby śniegiem. Pukał do drzwi i pytał, czy dzieci już są w łóżku. Ach, jakże się go baliśmy, a jacy byliśmy szczęśliwi.

Po kolei żołnierze dzielili się swoimi wspomnieniami. Dawno zapomniane przeżycia z dzieciństwa na nowo ożywiły ich serca, jak krople rosy ożywiają suchą roślinę. Skruszeni umilkli. Niektórzy spuścili głowy i przenieśli się myślami do spokojnej i słodkiej przeszłości. Inni ze smutkiem wypisanym na twarzy patrzyli na więźnia. Nagle dzwony na nowo zaczęły bić, po krótkiej przerwie pewien rodzaj lęku zapanował wśród żołnierzy. Sierżant wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem. Czasami spozierał na swoich ludzi takim wzrokiem, jakby ich o coś pytał, czy też radził się. Po chwili zbliżył się do Branche d'Ora, klepnął go w plecy i powiedział:
- Uciekaj.
Szuan podniósł głowę i z niedowierzaniem patrzył na sierżanta, jakby nie rozumiał, co się dzieje. - Uciekaj!... No jazda! Biegnij!.. Jesteś wolny!
- Zmykaj! - krzyczeli „Niebiescy" - uciekaj, jak ci sierżant każe!

Branche d'Or wstał zdziwiony, nie całkiem dowierzając żołnierzom. Spojrzał na każdego z nich w przelocie i kiedy zrozumiał, co się właściwie stało, wydał okrzyk radości i rzucił się do lasu. Chwilę później oddział "Niebieskich" znowu maszerował. W lesie żołnierze usłyszeli jęk. To jeden z nich - Pierrot wypłakiwał swoje serce z tęsknoty za starymi, dobrymi czasami Bożego Narodzenia. Pewnie tęsknił za drewniakami wypełnionymi zabawkami i starą matką, która z pewnością w tym samym czasie modliła się do Dzieciątka Jezus, aby chroniło jej małego chłopca.

Tłum. Agnieszka Stelmach za pozwoleniem „Crusade Magazine" - pisma amerykańskiego Stowarzyszenia Obrony Tradycji, Rodziny i Własności.

(1) Szuani - wierni królowi Ludwikowi XVI i kościołowi katolickiemu partyzanci oddziałów walczących przeciwko Rewolucji Francuskiej na terenie Bretanii i Wandei.

Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza z Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
Św. Hiacynta Marto 1910-1920
Sto lat temu, 20 lutego 1920 roku odeszła do wieczności Hiacynta Marto. Święte dziecko. Jedno z trojga, którym w Fatimie dane było ujrzeć Matkę Bożą. Hiacynta była tą, która widziała i słyszała Maryję.

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Apostolat zmienia życie na lepsze
Marcin Austyn

– Ludzie łatwo popadają w zwątpienie, poddają się, rezygnują. Nie tędy droga! Trzeba być konsekwentnym w tym, czego się podejmuje w swoim życiu – mówi Teresa Majerowska, Apostoł Fatimy. Właśnie taka postawa przynosi efekty, a najcenniejszym owocem jest wzrost duchowy. Pozostawanie w Apostolacie z pewnością w tym pomaga.

 

Pani Danuta Janas jest w Apostolacie Fatimy niemal od samego początku. – Jestem bardzo zadowolona z rzeczy, które otrzymuję ze Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi. To różne broszury, zawsze bardzo ciekawe „Przymierze z Maryją”, różaniec, figurka Matki Bożej. Chętnie sięgam po te materiały, są one dla mnie bardzo pomocne – mówi.

 

Nowe, lepsze życie

 

Jak wspomina, kiedy dwa lata temu zmarł jej mąż, w przeżyciu tego trudnego czasu pomogły jej lektura duchowa oraz modlitwa. Pani Danuta wcześniej nie miała okazji spotkać się z innymi Apostołami. Udało się to jednak podczas pielgrzymki do Fatimy, którą do dziś wspomina bardzo dobrze. – Czułam się tam bardzo dobrze i do tej pory czuję tę obecność Matki Bożej. Ta pielgrzymka jakby tchnęła we mnie nowe, lepsze życie. Samo spotkanie z Maryją było dla mnie bardzo wyjątkowe. Wracam do tych chwil, oglądam zdjęcia i wspominam ten czas modlitwy – dodaje.

Apostolat Fatimy to także zadanie rozpowszechniania Orędzia Fatimskiego. Pani Danuta jest osobą niepełnosprawną, zatem jak sama przyznaje, nie jest to łatwy obowiązek, ale – jak się okazuje – wykonalny! Każda bowiem „okazja towarzyska” – jak choćby wizyta u znajomych, daje możliwość podzielenia się np. obrazkiem z wizerunkiem Matki Bożej Salus Infirmorum, czyli Uzdrowienia Chorych. Taki podarek dla osoby borykającej się z problemami zdrowotnymi może okazać się bardzo cenny.

 

To coś wzniosłego!

 

Pani Elżbieta Piórkowska także wciąż jest pod wrażeniem pielgrzymki Apostołów do Fatimy. – Samo to miejsce ma już swój niepowtarzalny urok. Ono daje poczucie czegoś innego, wyjątkowego. Natomiast Droga Krzyżowa, w której uczestniczyliśmy, była dla mnie budującym duchowo przeżyciem – wspomina.

 

Pani Elżbieta jest w Apostolacie od około 10 lat. Jak mówi, dzięki temu otrzymuje bardzo dużo wiadomości dotyczących Kościoła czy wskazówek odnoszących się do życia duchowego. – To bardzo ciekawe publikacje dotyczące np. modlitwy, to informacje o świętych, opisy objawień Matki Bożej. Wcześniej nie sięgałam po tego typu lektury, teraz je otrzymuję dzięki temu, że jestem Apostołem. I są one bardzo pouczające – mówi. Jak dodaje, odnosi wrażenie, że będąc w Apostolacie, modląc się, zyskuje lepsze życie.

 

Także spotkanie z Apostołami daje poczucie wspólnoty. – Widać w tych ludziach coś wyjątkowego, czuć, że ważne jest dla nich życie duchowe, że ich oczy skierowane są ku świętości. Jest w tym coś wzniosłego. I to się czuje nie tylko na modlitwie, ale i w czasie wspólnych rozmów – dodaje.

Pani Elżbieta chętnie obdarowuje bliskich i znajomych Cudownymi Medalikami. Ten z pozoru drobny gest, jest pięknym świadectwem wiary. I co ważne, obdarowani potrafią go docenić: zachowują medalik, broszurę, a to daje nadzieję na wzbogacanie ich życia duchowego. – Gazety, broszury, jakie otrzymuję od Stowarzyszenia, czytam i przekazuję dalej – nie przetrzymuję ich, ale też ich nie wyrzucam. Kiedyś zostawiałam je w kościele i szybko się rozchodziły. Cieszę się, że mogły komuś jeszcze pomóc – podkreśla.

 

Konsekwencja i wytrwałość

 

Historię uczestnictwa w Apostolacie Fatimy Pani Teresy Majerowskiej można streścić w słowach „od książeczki do pielgrzymki”. Wszystko zaczęło się nieco ponad rok temu od zainteresowania się publikacją przygotowaną przez SKCh na temat Fatimy. Tak została Apostołem. – Bardzo cieszyłam się z przesłanej mi figurki Matki Bożej Fatimskiej. Mam ją w sypialni. Maryja jest ze mną w czasie modlitwy. Muszę powiedzieć, że moim marzeniem była pielgrzymka do Fatimy, nie spodziewałam się, że tak szybko uda mi się tam pojechać. Byłam tym bardzo zaskoczona i szczęśliwa. Szczególnie, że mąż mógł wybrać się ze mną. Dziś oboje wspominamy ten niezwykły czas wizyty u Fatimskiej Pani – dodaje.

 

Pani Teresa zauważa, że w Apostolacie istotna jest konsekwencja i wytrwałość. Jak dodaje, nie należy się zniechęcać, trzeba ufać Matce Bożej i wspomagać – choćby właśnie zadeklarowanym datkiem – dzieło rozpowszechniania Orędzia Fatimskiego, które prowadzi Stowarzyszenie. – Ludzie łatwo popadają w zwątpienie, poddają się, rezygnują. Nie tędy droga. Trzeba być konsekwentnym w tym, czego się podejmuje w swoim życiu – mówi. Bowiem jedynie taka postawa może przynieść dobre owoce.

 

Jak dodaje, trzeba też pamiętać, że z Apostolatem wiąże się mocne wsparcie duchowe. To comiesięczna Msza Święta sprawowana w intencji Apostołów oraz modlitwa sióstr zakonnych. – To wsparcie jest bardzo pomocne w naszym życiu. Otrzymujemy też wiele cennych publikacji pomagających w kształtowaniu naszego ducha, w pogłębianiu modlitwy, swojej wiary – mówi. Jak dodaje, Apostolat daje tę gwarancję dostawy nowych i cennych materiałów, publikacji. To bardzo ważne, bo nakłania do lektury, przypomina w krzątaninie życia, że trzeba też zadbać o swój duchowy rozwój. Z pewnością bez przynależności do Apostolatu Fatimy byłoby to o wiele trudniejsze.

 

Marcin Austyn

 

 

Przywileje Apostołów Fatimy

 

1.
Codzienna modlitwa sióstr zakonnych w intencjach Apostołów Fatimy.

2.
13. dnia każdego miesiąca odprawiana jest w intencjach Apostołów Msza Święta.

3.
Każdy członek Apostolatu otrzymuje specjalny dyplom oraz naklejki z Matką Bożą Fatimską.

4.
W trzecim miesiącu członkostwa Apostoł otrzymuje kolorowy wizerunek Fatimskiej Pani.

5.
Każdy członek Apostolatu Fatimy dostaje dwumiesięcznik „Przymierze z Maryją”.

6.
Po sześciu miesiącach aktywności przesyłamy Apostołom figurkę Matki Bożej Fatimskiej.

7.
Każda osoba, która wspiera Apostolat Fatimy comiesięcznym datkiem w wysokości 30 zł, otrzymuje dwumiesięcznik „Polonia Christiana”.

8.
Po jedenastu miesiącach członkostwa – odznakę Apostoła Fatimy.

9.
Po roku uczestnictwa każdy Apostoł Fatimy bierze udział w losowaniach kilkudniowej pielgrzymki do Fatimy – dwa razy w roku, w maju i październiku. Apostołowie z osobami towarzyszącymi (ok. 30 osób) wyjeżdżają z kapłanem do miejsc Objawień w Portugalii. Dotychczas pielgrzymowało z nami już ponad 800 osób.


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Szczęść Boże!

Dziękuję za korespondencję i za wszelkie prezenty, jakie otrzymywałam od Państwa przez 20 lat. Szczególnie dziękuję za najnowsze wydanie „Przymierza z Maryją”. To jedyna ulubiona lektura, która mnie wzbogaca i jest bardzo dobrym lekarstwem na różne nieprzewidziane sytuacje. Jestem bardzo wdzięczna za modlitwy w moich intencjach i powierzanie mnie i moich bliskich opiece Matki Bożej Fatimskiej.

Ja, modląc się w intencjach Stowarzyszenia, proszę Pana Jezusa za wstawiennictwem Matki Bożej Fatimskiej o obfite łaski i błogosławieństwo Boże.

A teraz pragnę zapewnić, że mogą Państwo liczyć na moją życzliwość, szczerość, pomoc i współpracę – jest mi bardzo miło, że mogę z Wami współpracować.

Pragnę przełamać się z Wami opłatkiem, prosząc Nowonarodzonego Pana Jezusa o wszelkie łaski i błogosławieństwa oraz życząc Szczęśliwego Nowego Roku 2020.

Władysława

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Matka Jego!

Bóg Wam zapłać za przysyłanie mi „Przymierza z Maryją” w 2019 roku. Bardzo Was proszę o dalsze przysyłanie mi tego wspaniałego pisma. Jestem na rencie inwalidzkiej II grupy. W lutym 1980 roku miałem bardzo ciężki wypadek samochodowy, po którym byłem sześć tygodni nieprzytomny. Miałem też wiele urazów. Lekarz, który mnie prowadził, mówił, że jeśli uda mi się przeżyć, to na pewno będę musiał jeździć na wózku inwalidzkim do końca moich dni. Tymczasem nie potrzebuję żadnego wózka – i co bardzo ważne – daję sobie dość dobrze radę ze wszystkim. W lutym 1992 roku ożeniłem się. Mam dwóch synów, którzy są już dorośli (jeden się ożenił). Zaraz po moim ślubie wystawiłem koło swojego domu kapliczkę Matce Bożej i w ciężkich sytuacjach, jakie mnie czasem spotykają, szybko biegnę przed kapliczkę i proszę Matkę Boża o pomoc w rozwiązaniu mojego problemu. I zawsze problem po niedługim czasie się rozwiązuje bez większego wysiłku z mojej strony. Namacalnie odczuwam wtedy pomoc Matki Najświętszej. Szczęść Wam Panie Boże w całym 2020 roku!

Jan z Podkarpackiego

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Bardzo dziękuję za pamięć i troskę. Jeśli chodzi o obecność Maryi – zawsze była i jest bardzo ważna w moim życiu od najmłodszych lat. Uważam, że doświadczyłem w tym dosyć już długim życiu bardzo dużo dobrego ze strony Matki Bożej i Pana Jezusa. Dużo się modliłem i modlę w różnych sprawach i przy każdej okazji. Odmawiam prawie codziennie Koronkę w różnych intencjach. Dziesiątkę Różańca do Matki Bożej z Guadalupe. Zawsze w modlitwie tej polecam nienarodzone dzieci. Odmawiam też koronkę do św. Rity o rozwiązanie różnych trudnych problemów. I jakoś wszystko pozytywnie się rozwiązuje. Naprawdę codziennie odczuwam pomoc „z góry”. Z Bożą pomocą wszystko jest możliwe.

Zbigniew z Wielkopolskiego

 

 

Szczęść Boże!

Serdecznie dziękuję za przepiękny kalendarz „366 dni z Maryją”, zawierający ważne treści na każdy dzień roku.

Jestem wychowanką katolickiej szkoły niepokalańskiej, której założycielką jest bł. matka Marcelina Darowska z trzema innymi siostrami. Szkołę założyły przy wszystkich swoich klasztorach niepokalanek, by kształcić przyszłe Polki – matki według hasła: „Żeby świat przemienić, trzeba zacząć od przemiany kobiety”. Żyję tym hasłem przez 85 lat. Wiadomo, że takich nauczycieli państwo zniewolone sobie nie życzyło. Zwalniali mnie z kierownictwa, przeszkadzano w budowie szkoły, a największym moim grzechem było to, że nie pozwoliłam na zdjęcie krzyża ze szkolnych ścian. W dodatku zaczęłam uczyć religii. Komuniści nie mogli się doczekać mojego przejścia na emeryturę. Ponaglali mnie, wreszcie po 44 latach odeszłam i szkołę zamknięto. W parafii założyłam Akcję Katolicką i prowadziłam ją przez 17 lat. Za to moje długie i owocne życie dziękuję Bogu. Wam dziękuję za działalność. I za dawane świadectwo. Zostańcie z Bogiem!

Z wyrazami szacunku

Cecylia

 

 

Szczęść Boże!

Na wstępie pragnę serdecznie podziękować za wszelkie przesyłki oraz za przesłane życzenia urodzinowe. Było to dla mnie miłe zaskoczenie, że pomimo ogromu obowiązków, jakie macie, i wielkiej pracy, jaką wykonujecie, by propagować wartości chrześcijańskie, pomyśleliście także o mnie. Czuję się tym zaszczycona. Proszę mi wierzyć – czuję się tak, jakby sam Pan Jezus przystanął przy mnie i powiedział, że jestem dla Niego ważna.

W moim życiu tak się złożyło, że zawsze uważałam, że na miłość, której tak bardzo pragnęłam, muszę zapracować.

Tak się złożyło, że moja Mama pod koniec wojny została zgwałcona przez żołnierza radzieckiego. Potem była w obozie na Syberii. Tam zachorowała na tyfus – opiekowała się nią wspaniała pani doktor, dzięki której pod koniec ciąży wróciła do Polski i tu się urodziłam.

Mama wyszła za mąż za człowieka, który tak jak umiał, zapewnił mi swoją miłość. Choć wychowałam się w kochającej rodzinie, ciągle mi czegoś brakowało, ciągle miałam jakieś wyrzuty sumienia (uważałam, że swoim przyjściem na świat zmarnowałam mojej Mamie życie, bo nie wyszła za mąż z miłości, a z rozsądku, by dać mi nazwisko mojego opiekuna ziemskiego i żeby nie musiała się rodzina martwić, że mnie im odbiorą).

Teraz analizując moje życie, na wszystko patrzę jednak inaczej. To Bóg stawiał na mojej drodze ludzi, którzy przekazywali mi swoją miłość – a ja zawsze analizowałam, czy robią to szczerze.

Cieszę się, że udało mi się podziękować za wszystko mojej Mamie, mojemu ziemskiemu opiekunowi i mojej rodzinie, która przyjęła mnie z miłością – a za mojego biologicznego ojca mogę się modlić.

Cieszę się również, że mogłam to wszystko „wyrzucić” ze swojego serca i teraz cieszyć się każdym dniem. I sprawił to Pan Jezus za Waszym pośrednictwem. Jeszcze raz serdecznie dziękuję.

Z serdecznymi pozdrowieniami, pamiętająca w modlitwie

Janina z Pomorskiego