Św. Mikołaj czeka na naszą pomoc!
Pod koniec ziemskiego życia Pana Jezusa miało miejsce kilka konfrontacji pomiędzy Nim a uczonymi w Piśmie i faryzeuszami. Chrystus Pan konsekwentnie głosił, że On i Jego Ojciec są dwoma Osobami Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Ale uczeni żydzi nie uznali objawionej im prawdy i uknuli intrygę, w wyniku której Zbawiciel został stracony w najokrutniejszy sposób.
Chrystus znosił brutalne tortury, uderzenia i chłostę zadawaną Jego świętemu ciału, następnie zaś ukrzyżowanie i śmierć dla ratowania ludzkości od lawiny grzechów. Stan zepsucia był tak wielki, że tylko ogromne cierpienie Zbawiciela mogło pojednać ludzkość z Bogiem.
Józef z Arymatei i Nikodem zabrali ciało Pana Jezusa, owinęli w płótno i złożyli w grobie, dopiero co wykutym w skale. Rankiem w Niedzielę Wielkanocną uczniowie odkryli, że w grobowcu nie ma już ciała Zbawiciela, pozostało natomiast płótno z widocznymi śladami Jego strasznej męki.
Zarówno przed śmiercią na krzyżu, jak i po zmartwychwstaniu Chrystusa Jego nauczanie napotykało opór – nie dlatego, że brakowało Mu talentu do głoszenia Słowa, ale z powodu trudności, z jaką „światowy” człowiek zawsze przyjmował nadprzyrodzoną prawdę. Co więcej, w każdym społeczeństwie istnieją zwalczające ją wpływowe, przewrotne grupy, co dobrze widać na przykładzie uczonych w Piśmie i faryzeuszy.
Mimo to, Pan Jezus znajdował nowe sposoby, dzięki którym kontynuował nauczanie niedowierzających i zbytnio zajętych codziennymi troskami tłumów. Jednym z tych nowych sposobów, ciągle skutecznych pomimo upływu wieków, jest Całun Turyński.
Uczczony przez świętych i papieża
Chociaż dowody na istnienie Całunu można wykazywać, począwszy od pierwszych dni istnienia Kościoła, to jednak nie prowadził on badań historycznych płótna, dopóki nie znalazło się ono w posiadaniu Domu Sabaudzkiego w 1453 r. Książęta sabaudzcy przechowywali Całun w pięknej kaplicy wzniesionej obok ich zamku w Chambéry, wysoko w Alpach Francuskich. Tam, w 1532 r. wybuchł pożar, w wyniku którego stopieniu uległ srebrny relikwiarz. Chociaż znajdujący się w nim nadpalony Całun wyciągnięto i natychmiast polano wodą, niewielkie uszkodzenia płótna pozostały. Niemniej jednak, sam wizerunek Chrystusa przetrwał praktycznie nienaruszony.
Książę Emmanuel Philibert (1528-80), utalentowany dowódca, który godnie służył zarówno Karolowi V, jak i Filipowi II, przeniósł swoją siedzibę, a wraz z nią także Całun do Turynu – włoskiej siedziby książąt sabaudzkich. Tam też cudowna pamiątka Męki Pańskiej pozostaje do dziś.
Po przeniesieniu Całun zyskał wśród wierzących szeroki rozgłos jako święta relikwia, w którą owinięto umęczone ciało Mesjasza przed Jego Zmartwychwstaniem. Królowie i królowe, członkowie najznamienitszych chrześcijańskich rodzin szlacheckich, szacowni kapłani i pobożni wierni przybywali do Turynu, by uczcić zakrwawione płótno, które wymownie do nich przemawiało. Wśród pielgrzymów nie brakowało późniejszych świętych.
Wkrótce, po przeniesieniu relikwii św. Karol Boromeusz zorganizował pielgrzymkę ze swojej diecezji w Mediolanie, połączoną z wystawieniem na widok publiczny Całunu, który obejrzało 40 tysięcy osób. Na początku XVII w. Całun oglądał św. Franciszek Salezy, a kilka lat później – jego duchowa siostra, św. Joanna de Chantal, założycielka (według formuły św. Franciszka) zakonu Sióstr Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, czyli wizytek. Papież Pius VII uczcił Całun, kiedy odwiedził Turyn, udając się z Rzymu do Paryża, by na żądanie Napoleona koronować go na cesarza. Ostatecznie, aresztowany i przewieziony do Fontainebleau we Francji, gdzie spędził siedem miesięcy, powrócił do Włoch po klęsce francuskiego władcy. W drodze powrotnej ponownie uczcił relikwię. W następnym wieku dwukrotnie Całun nawiedził św. Jan Bosko, założyciel zgromadzenia salezjanów.
Całun zatem od wieków otaczany był czcią, jednak nie można twierdzić, że jest on jedynie przedmiotem podziwu pobożnych katolików. Począwszy od 1898 r., ujawniano naukowe i medyczne fakty, potwierdzające jego autentyczność.
Pierwsze fotografie
Niezwykły przełom naukowy nastąpił w 1898 r., kiedy Secondo Pia, włoski prawnik, który eksperymentował z niedawno odkrytą sztuką fotografii, wykonał zdjęcie Całunu. Gdy zanurzył kliszę w odpowiednich odczynnikach, żeby je wywołać, bardzo się zdziwił, bo zamiast zwykłego odbicia Całunu, ujrzał autentyczny wizerunek martwego ciała Chrystusa. Po porównaniu wizerunku ciała odbitego na płótnie z tym, które uzyskał z kliszy uświadomił sobie, że obraz jest widoczny znacznie wyraźniej na negatywie niż w rzeczywistości.
Dla każdego trzeźwego umysłu wykluczało to „średniowieczne” fałszerstwo. Było po prostu niemożliwe, by jakikolwiek artysta czy mistyfikator przewidział proces rozwoju fotografii, zanim została ona wynaleziona. Wielcy artyści tacy jak: Fra Angelico, Michał Anioł, Leonardo da Vinci przyznawali, że daremne jest usiłowanie przedstawienia bardzo zbliżonego podobieństwa Syna Bożego. Wizerunek na Całunie ukazuje spokój, szlachetność i siłę charakteru, widoczne nawet po oszpeceniu ciała w wyniku biczowania.
Dwóch młodych naukowców: katolik Paul Vignon i agnostyk Yves Delage, bronili nowego odkrycia, ale i tak spotkali się z murem przeciwności i sceptycyzmu. Pomimo miażdżących dowodów, grono francuskich naukowców po raz pierwszy odmówiło zaakceptowania ich wniosków. Ten motyw niedowierzania wiele razy odgrywał istotną rolę również później.
Chociaż obraz ciała Zbawiciela na negatywie był odwrócony, to ślady krwi – jak można było się spodziewać – widoczne były np. jako białe plamy. Fotografia ta dostarczyła wielu niezauważalnych na samym płótnie cennych informacji, które posłużyły do badań medycznych.
Co nam mówią plamy krwi?
Po sesji zdjęciowej zorganizowanej w 1898 r. i kolejnym sporze Całun leżał nieniepokojony w relikwiarzu aż do czasu publicznego wystawienia na początku lat 30. XX wieku. W tym czasie przeprowadzono kolejne badania, którymi kierował dr Pierre Barbet, chirurg i profesor anatomii, ordynator w jednym z wiodących paryskich szpitali.
Zestawiając obraz uwidoczniony na Całunie z chronologicznym porządkiem Męki Pańskiej, możemy zacząć analizę od badania ran głowy. Otarcia i obrzęki pokrywają całą głowę Chrystusa, zwłaszcza po prawej stronie twarzy, poniżej oka. Chrząstka w nosie została złamana w pobliżu miejsca, gdzie łączy kości. Obrażenia te zostały spowodowane przez ciężki kij o średnicy od 4 do 5 centymetrów, używany do bicia.
Chrystus był biczowany rzymskim flagrum, z umocowanymi na końcach dwiema ołowianymi kulami. Uderzenia musiały być mocne, na co wskazywały siniaki, które krwawiły i odbiły się na płótnie. Najprawdopodobniej Jezusowi wymierzono ponad sto uderzeń, głównie z tyłu. Krew spływająca z głowy wskazuje, że korona cierniowa miała długie i ostre kolce, które wbijały się w ciało przy każdym uderzeniu. Ślady po strużkach krwi są tak wyraźne, że wielu lekarzy jest w stanie odróżnić na nich krew tętniczą od żylnej.
Wreszcie, krew spływała także po rękach, a wybroczyny z ran wokół nadgarstków potwierdzają fakt straszliwej agonii, trwającej od trzech do pięciu godzin. Musimy pamiętać o tym, że Chrystus został przybity do krzyża jedynie trzema długimi gwoździami. Musiały one utrzymać ważące około 79 kilogramów ciało, zmuszane do ciągłej zmiany pozycji. Gdy człowiek wisi na krzyżu z rozpostartymi ramionami, w całym ciele pojawia się ostry ból, a skazaniec zaczyna się dusić. Aby choć trochę sobie ulżyć, zaczyna się odpychać od gwoździa przybitego do stóp, co tylko potęguje cierpienie. Ofiara tych okrutnych tortur wciąż stara się zmienić swoje położenie aż do utraty sił.
Nowoczesna technologia potwierdza autentyczność Całunu
Na początku lat 70. postęp technologiczny umożliwił zaobserwowanie wielu wciąż ukrytych cech Całunu. Na przykład, zwrócono uwagę, że wizerunek ciała odbił się jedynie na wierzchnich warstwach włókien i nie przeniknął głębiej, jak to ma miejsce w przypadku farb lub innych płynnych substancji.
Kolejne badanie przeprowadzono przy pomocy analizatora VP-8, który wykorzystuje fale świetlne do tworzenia trójwymiarowego obrazu. Intensywność cieni i światła wyobrażają odległość od płótna, w jakiej poszczególne części ciała leżały w momencie odbicia się na tkaninie. Po wprowadzeniu do komputera tych danych uzyskano trójwymiarowy obraz Całunu.
Analiza trójwymiarowego wizerunku ujawniła także, iż na przymkniętych powiekach postaci z Całunu położono dwie małe monety. Znajdująca się na nich inskrypcja pokazuje miejsce i datę ich wybicia: Palestyna, około 29 r. Niewielki rozmiar tych monet oraz sama inskrypcja pozostawia odrobinę miejsca na spór, ale stanowi też kolejny dowód na autentyczność Całunu Turyńskiego.
Informacje pozyskane z trójwymiarowego obrazu ciała odbitego na płótnie zainspirowały kilku naukowców – przede wszystkim patologów, chemików i fizyków – do powołania grupy znanej pod nazwą STURP (Shroud of Turin Research Project – Projekt Badawczy Całunu Turyńskiego), by przeprowadzić szczegółowe badania Całunu. Uczeni stworzyli warunki niezbędne do gruntownej analizy płótna, zaplanowanej na rok 1978. W grupie tej znaleźli się zarówno katolicy, protestanci, żydzi, jak i niewierzący oraz religijni sceptycy.
Lekarze zauważyli, że rany odbite na płótnie pokrywały się z budową anatomiczną człowieka i były autentyczne. Potwierdzili, że gwoździe przebijały nadgarstki, a nie dłonie, jak to przedstawiali artyści przed XX wiekiem. Chemicy ujawnili, że ślady po wybroczynach pochodziły od ludzkiej krwi. Ustalono, iż ofiara zmarła gwałtowną śmiercią po wcześniejszym pobiciu i biczowaniu. Dr John Heller, fizyk i biochemik z uniwersytetu Yale podsumował wyniki badań zespołu: Na podstawie fizycznego, matematycznego, medycznego i chemicznego badania oczywiste jest, że w Całun owinięte było ciało człowieka ukrzyżowanego.
Pułapki datowania radiowęglowego
To jednak nie koniec historii, bo ziemskie życie jest nieustanną walką pomiędzy przyjęciem a odrzuceniem nadprzyrodzonej Prawdy. Rankiem 14 października 1988 r. świat obiegła wiadomość, którą podały na swoich czołówkach gazety. Ogłoszono: Całun Turyński jest falsyfikatem. Te rewelacje były następstwem wyników trzech niewłaściwie przeprowadzonych badań datowania za pomocą węgla (C14). Ponieważ przeciętny, niezbyt uważny czytelnik uznał tego typu badania za naukowe w najściślejszym tego słowa znaczeniu, stwierdzono, że sprawa autentyczności Całunu jest zamknięta, tym bardziej, że ówczesny arcybiskup Turynu nie podjął się jego zdecydowanej obrony.
Tymczasem, sprawa nie tylko nie została wówczas zamknięta, ale z powodu nieprofesjonalnego podejścia autorów badania, jego wyniki można było stosunkowo łatwo podważyć. Zgodnie z nowymi procedurami, analizie poddano niewielki fragment płótna, stąd też rezultatów analizy nie sposób było zaakceptować. W jednym przypadku np. testery pomyliły się w datowaniu próbki materiału aż o 1000 lat!
Przed przystąpieniem do testów opracowano tzw. protokoły naukowe, mające zagwarantować rzetelność analiz. W myśl tych ustaleń, praca siedmiu laboratoriów podlegać winna nadzorowi trzech niezależnych instytucji. Wspominana wcześniej STURP, zaangażowana pierwotnie w badanie Całunu, miała wyznaczyć jego fragment, którego okres pochodzenia określić miało datowanie radiowęglowe. W następnej kolejności zaplanowano uzupełniające wyniki analizy z 1978 r.
W rzeczywistości żaden z powyższych warunków nie został spełniony. Wybrano trzy laboratoria niepodlegające żadnemu nadzorowi. Z kolei STURP, którego metodologia i rezultaty a także profesjonalizm badań pobudziły zainteresowanie badaniami nad Całunem, został w trakcie przyjętej ostatecznie procedury całkowicie pominięty.
Zasadniczy problem związany z tą próbą datowania wziął się z faktu pobrania próbki przez dwóch ekspertów (nigdy wcześniej niemających kontaktu z Całunem) z najgorszego możliwego miejsca. Wytypowany fragment płótna poddany był we wcześniejszych wiekach przynajmniej czterem naprawom (np. po pożarze w 1532 r.), ponadto został zanieczyszczony woskiem i skrobią, które zwykle zakłócają wyniki analizy.
Dr Alan Adler, chemik z STURP po stwierdzeniu, że próbka zawierała inną kompozycję chemiczną niż reszta Całunu, ostrzegał: To stawia pod znakiem zapytania dokładność badania radiowęglowego.
W latach 80., kiedy STURP prowadził przygotowania do wszechstronnych badań Całunu Turyńskiego, uaktywniło się środowisko chcące je uniemożliwić. Rozpętano medialną kampanię mającą podważyć autentyczność relikwii. Tę potwierdza jednak kilkanaście poważnych dowodów. Naprzeciw jest zaś efekt badania przeprowadzonego z rażącym naruszeniem przyjętych pierwotnie procedur. Dlaczego więc świat wierzy właśnie jemu?
Jeremias Wells
Tłum. Agnieszka Stelmach
Źródło: „Crusade Magazine”, kwiecień 2010
Rodzina chrześcijańska uratuje świat!
Jaka jest recepta na szczęśliwe małżeństwo i czy miłość w małżeństwie przemija? – na te pytania odpowiada Jacek Pulikowski, wykładowca Studium Rodziny przy Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, współautor niepublikowanego jeszcze poradnika dla chrześcijańskich małżeństw, którego fragmenty właśnie drukujemy. Całe opracowanie już wkrótce zostanie wydane przez Instytut im. Ks. Piotra Skargi.
Czy wypełnianie przysięgi małżeńskiej można nazwać receptą na szczęśliwe małżeństwo? Czego wyrazem powinno być to, co kobieta i mężczyzna ślubują sobie przy ołtarzu?
Jacek Pulikowski: Nie ulega wątpliwości, że każda para, która wypełniłaby w pełni słowa przysięgi małżeńskiej, byłaby niebotycznie szczęśliwa.
Jestem przekonany, że decyzja o ślubie w Kościele niekiedy podejmowana jest z pobudek zupełnie pozareligijnych. Bywa, że często nowożeńcy nie tylko nie doceniają świętości chwili, ale wręcz nie rozumieją, czego wyrazem są słowa wypowiadane w Kościele w chwili zawierania sakramentalnego związku małżeńskiego. Gdyby chociaż w dniu ślubu rozumieli, co znaczą wypowiadane słowa i deklaracje... Gdyby chociaż rozumieli, że ślubowana miłość nie jest chwilowym kaprysem spowodowanym uczuciami, a jest świadomym wyborem i decyzją, aktem ich wolnej woli i zobowiązaniem do dozgonnej troski o dobro (nie dobra) małżonka. Gdyby rozumieli głębię ślubu wierności i uczciwości. Gdyby chociaż zauważyli, że prosili o łaskę wsparcia do wypełnienia przysięgi samego Boga, aniołów i wszystkich świętych. Gdyby mieli poczucie odpowiedzialności za słowa i odrobinę choćby ludzkiej przyzwoitości... to losy małżeństw, przynajmniej tych zawartych w Kościele, byłyby diametralnie inne. Małżeństwa byłyby piękniejsze, lepsze i trwalsze. Po prostu szczęśliwsze.
Wielu jest przekonanych, że miłość to silne uczucie, które z czasem musi przeminąć. Czy można sobie zatem ślubować dozgonną miłość i jak ma się ona wyrażać w życiu codziennym?
Jacek Pulikowski: Miłość to nie uczucie. Uczucia są z natury zmienne. Zależą od wielu czynników zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, na które nie mamy wpływu. Uczucia i ich intensywność zmieniają się wraz z wiekiem i stanem zdrowia. Uczucia nie zależą bezpośrednio od woli, zatem nie można ich ślubować. Można natomiast troszczyć się o uczucia i utrzymać je w dobrej kondycji przez całe życie. Dobre uczucia to nie znaczy takie same jak w dniu ślubu. Uczucia mogą się rozwijać i dojrzewać. Wzruszające są uczucia staruszków, którzy wspólnie przeżyli całe życie. Są zupełnie inne niż te gorące młodzieńcze, ale z pewnością nie gorsze, ba, są bardziej dojrzałe... smakowite, bo „przyprawione” całym życiem. Zupełnie jak wino – młode „buzujące” i stare dobrze „przeleżakowane” dla znawców i koneserów.
Miłość jest funkcją woli. W tym sensie miłość można sobie narzucić. Miłość jest decyzją troszczenia się o dobro osoby ukochanej nawet do końca życia bez żadnych warunków wstępnych. Nawet pomimo wszystko. Tak więc miłość można ślubować, bo ślub ten można jednoosobowo, nawet przy odrzuceniu przez drugą stronę, wypełnić do końca. Do śmierci. W codzienności będzie się to wyrażać najprostszymi gestami. Zrobieniem herbaty, posprzątaniem, ale też zauważeniem wysiłku drugiego, pochwaleniem. Podziwem dla dokonań współmałżonka, ale też przeproszeniem i wybaczeniem. Jednego tylko miłość nie dopuszcza: zachęcania do zła moralnego czy przyzwalania na nie. Zło moralne niszczy miłość i niszczy człowieka, a więc oddala go od szczęścia, od zbawienia. Dla wierzącego najwyższym dobrem jest zbawienie i to powinno być pierwszym celem miłosnej troski o ukochanego człowieka. Piękną definicję miłości dał Jan Paweł II: Człowiek w pełni nie może się odnaleźć inaczej jak tylko przez bezinteresowny dar z siebie samego. Oprócz definicji miłości (bezinteresowny dar z siebie samego) Papież podkreślił, że miłość jest drogą odnalezienia siebie, swego przeznaczenia, jedyną drogą do szczęścia człowieka.
A jak się mają uczucia do miłości? Uczucia w miłości są ważne. Często dobre uczucia jakie wywołuje druga osoba, zwracają uwagę na nią i pozwalają dostrzec w niej dobro, wartość. Umiłowanie tej wartości może zrodzić gotowość do poświęcenia i mamy... początek miłości. Utrzymanie miłości w dobrej kondycji jest łatwe, gdy uczucia są dobre. Ze wszech miar warto dbać o dobre uczucia w małżeństwie, to bodaj najprostsza recepta na wygranie, przetrwanie i rozwój miłości do śmierci. Tam gdzie miłość małżeńska jest zagrożona, zawsze doradzam to samo: troskę o naprawę uczuć.
Pewien staruszek zapytany, czy nigdy nie zamierzał się rozwieść, odpowiedział: „Rozwieść nigdy! Ale zamordować żonę bardzo często!” Pojawiające się złe uczucia są alarmem, że trzeba natychmiast coś zrobić. Nie wolno jednak na tej podstawie stawiać absurdalnej diagnozy, że oto miłość „się” skończyła.
Jacek Pulikowski – mąż, ojciec trójki dzieci. Dr inż. wykładowca na Politechnice Poznańskiej, wykładowca Studium Rodziny przy Wydziale Teologicznym UAM w Poznaniu. Zaangażowany w działalność Duszpasterstwa Rodzin. Razem z żoną Jadwigą pomagają małżeństwom w kryzysie i prowadzą kursy przedmałżeńskie.
Nie zdejmę Krzyża...
Drodzy w Chrystusie Panu! Zdarza nam się czasem słyszeć słowa wątpliwości dotyczące Bożej sprawiedliwości. Wielu ciężko doświadczonych ludzi, po jakimś wielkim cierpieniu, ma niekiedy odwagę mówić: Dlaczego mnie to spotkało? Przecież Pan Bóg jest sprawiedliwy, za co zsyła na mnie takie cierpienie? Inni, rozczarowani czasowym powodzeniem ludzi bezbożnych i złych, mówią: Dlaczego temu człowiekowi wszystko się w życiu udaje? Przecież Pan Bóg jest sprawiedliwy. Dlaczego dopuszcza, że ludzie dobrzy cierpią, umierają młodo, a bezbożni cieszą się powodzeniem i długim życiem?
Pytanie o Bożą sprawiedliwość i odpłatę za czyny dobre i złe jest tak stare jak sama ludzkość. Już psalmista poucza w czasach przed narodzeniem Pana Jezusa: Nie unoś się gniewem z powodu złoczyńców ani nie zazdrość niesprawiedliwym, bo znikną tak prędko jak trawa i zwiędną jak świeża zieleń (Ps.37, 1-2). Próbą odpowiedzi na pytanie o odpłatę za dobro i zło jest cała księga Hioba. Zarówno teksty Starego, jak i Nowego Testamentu uczą nas zgodnie, że Bóg jest sprawiedliwy, a zatem wynagradza za dobro, a karze za zło. Prawda o Bożej sprawiedliwości i odpłacie jest jedną z sześciu głównych prawd naszej wiary. Jeżeli tak jest, to dlaczego często widzimy powodzenie złych i utrapienia dobrych?
Po pierwsze, musimy starać się zrozumieć, że powodzenie w tym życiu wcale nie jest ostateczną „wygraną”. Byłoby tak, gdyby istniało tylko to życie. Wiara jednak uczy nas, że po tym życiu ziemskim wchodzimy w życie bez końca i dopiero to wieczne życie będzie dla nas na zawsze wygrane lub stracone. Nie należy się zatem dziwić, że Pan Bóg nie mierzy naszą miarą i nie nagradza natychmiast po wykonaniu dobrego uczynku ani natychmiast nie strąca do piekła po uczynku złym.
Pan Bóg ma do dyspozycji całą wieczność, by wynagrodzić dobro, a ukarać zło. Swoją drogą, jeżeli grzesznik konsekwentnie i zuchwale odrzuca Pana Boga, a cieszy się tu, na ziemi, powodzeniem, to raczej należałoby mu współczuć, niż zazdrościć. Brak cierpienia utwierdza go jeszcze w jego grzesznej postawie. W tym kontekście dotkliwa kara w tym życiu może się przyczynić do „opamiętania się grzesznika”, do zasadniczej zmiany jego życia.
Po drugie, pojęcie sprawiedliwości zakłada zapłatę za każdy dobry czyn i karę za każdy zły czyn. Trudno sobie wyobrazić człowieka, który nigdy nie spełnił ani jednego dobrego czynu, tak jak nie ma człowieka, który nie miałby na sumieniu ani jednego czynu złego. Jeżeli grzesznik odbiera nagrodę za dobre czyny spełnione przez niego w tym życiu, to może oznaczać, że karę za zło otrzyma w życiu przyszłym... Tak samo, jeżeli sprawiedliwy człowiek, czyli dobry, starający się żyć swoją wiarą, doznaje tutaj cierpienia – to znaczy, że Pan Bóg tutaj, w tym krótkim życiu, chce go oczyścić z jego grzechów i niedoskonałości, aby obdarzyć go pełnią swojej nagrody w Niebie.
Pomyślmy, gdyby Pan Bóg wynagradzał i karał natychmiast, kto z nas dostałby się do Nieba, skoro za jeden i tylko jeden grzech ciężki Pan Bóg musiałby nas na wieki wtrącić do piekła natychmiast po upadku. To Boże Miłosierdzie, które jest nieskończenie wielkie, tak jak Boża sprawiedliwość, każe Panu Bogu dać nam szansę, nieraz setną, a może tysięczną, abyśmy się nawrócili, oczyścili w sakramencie pokuty, żeby grzech został nam wybaczony. Jeżeli zatem Pan Bóg odkłada na jakiś czas nagrodę za dobre czyny i karę za czyny złe, to tylko dla naszego dobra, by nam dać możliwość odpokutowania i okazać łaskę oraz cierpliwość tym, którzy Go lekceważą i obrażają. Możemy być pewni, że żaden nasz dobry czyn nie pójdzie przed Bogiem w zapomnienie. Pamiętamy przecież słowa Pana Jezusa, że nawet kubek wody podany spragnionemu nie będzie nam zapomniany, nie utracimy swojej nagrody. Jeżeli nie w tym życiu, to w przyszłym. Ale także każdy zły czyn, nawet myśl, nie może pozostać bez kary. Jeżeli nie w tym życiu, to w przyszłym. Tego domaga się sprawiedliwość.
Może się zdarzyć, ze ludzie żyjący w opinii świętości są doświadczani na tym świecie przez różne cierpienia duchowe i fizyczne. Takie cierpienia nie muszą być karą nawet za grzechy powszednie. Są one raczej tajemnicą miłości między Bogiem a człowiekiem zbliżającym się do osiągnięcia świętości. Pan Bóg oczyszcza ich w ten sposób z przywiązania do naturalnych przyjemności, dóbr, aby po śmierci natychmiast otoczyć ich chwałą. To jest ich własny udział w tajemnicy Chrystusowego krzyża, bez którego nie da się zdobyć świętości. Ale nawet tych wybranych nie doświadcza Bóg ponad ich możliwości. Miarą ich cierpień jest ich miłość do Boga.
Jest rzeczą pewną, bo objawioną przez samego Boga, iż Bóg wynagradza za dobro i karze za zło. On wszystko widzi, nawet kiedy my już zapominamy o naszych dobrych czy złych uczynkach, Boża sprawiedliwość czuwa, by żaden dobry czyn nie pozostał bez nagrody, a zły bez kary. Pan Bóg jednak ma do dyspozycji całą wieczność i nie musi działać natychmiast. On zna najlepiej najwłaściwszy moment na nagrodę i karę.
Żałujmy serdecznie za nasze grzechy, choćby najmniejsze i starajmy się za nie wynagradzać Bożej sprawiedliwości. Czyńmy, co możemy, by Bóg nie musiał nas karać za nasze błędy po naszej śmierci. Amen.
Ks. Adam Martyna
Św. Jan od Krzyża - mistrz życia duchowego
Bronił praw Kościoła, był zwolennikiem idei powrotu wschodniego chrześcijaństwa do jedności z Rzymem, niósł cywilizację zachodnią daleko na wschód nie zważając na pomówienia i groźby. Św. Jozafat Kuncewicz, związany ze wschodnią tradycją liturgiczną, oddał życie za wierność Stolicy Apostolskiej...
W XVI w. Cerkiew prawosławna przechodziła głęboki kryzys. Patriarchat Konstantynopolitański oraz ważniejsze stolice biskupie pozostawały pod panowaniem tureckim. Z drugiej strony car moskiewski, pragnący uczynić swe miasto „trzecim Rzymem”, czyli stolicą prawosławia, bardziej dbał o wykorzystanie Cerkwi do własnych celów politycznych niż o wsparcie jej działalności duszpasterskiej. To wszystko odbiło się także na stanie prawosławia na terenach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Widoczna była tu ignorancja teologiczna duchowieństwa i niemoralne prowadzenie się popów.
Aby uzdrowić sytuację, hierarchowie zwrócili się o pomoc do papieża. Pod koniec 1595 r. Ojciec Święty Klemens VIII przyjął episkopat i wiernych prawosławnych do jedności z Kościołem katolickim, oczywiście po wcześniejszym odrzuceniu przez ich przedstawicieli schizmatyckich błędów. Zawarta w Rzymie unia została w roku następnym przyjęta przez synod duchowieństwa prawosławnego w Brześciu. W ten sposób powstał Kościół greckokatolicki, zwany potocznie unickim, stanowiący część Kościoła powszechnego, a czczący Boga według wschodniej tradycji liturgicznej.
Ugodzony w serce…
Piętnaście lat wcześniej, w 1580 r., we Włodzimierzu Wołyńskim przyszedł na świat chłopiec, który w dziejach Kościoła unickiego miał odegrać wybitną rolę. Jan Kunczyc – bo takie było pierwsze imię i nazwisko św. Jozafata Kuncewicza – urodził się w rodzinie mieszczańskiej. Według planów rodziców miał w przyszłości zostać kupcem. Dlatego po ukończeniu szkoły cerkiewnej we Włodzimierzu wyjechał do Wilna, gdzie rozpoczął naukę handlu u tamtejszego kupca.
Chłopca jednak, bardziej niż handel, pociągały sprawy duchowe. Kiedyś wyznał, że jako pięciolatek przeżył dziwne zdarzenie. Gdy pewnego razu wpatrywał się w ikonę Ukrzyżowanego, od obrazu oderwała się złota iskra i ugodziła go w serce… Aż zabolało. Odtąd nabożeństwa cerkiewne były mu szczególnie miłe.
W habicie bazyliańskim
Ówczesne Wilno było jednym z ważniejszych centrów prawosławia. Nic dziwnego, że stało się areną sporów między unitami a prawosławnymi niezadowolonymi ze zjednoczenia Cerkwi z Kościołem katolickim. Jan Kunczyc nie miał jednak wątpliwości, że prawdę znajdzie jedynie w Kościele katolickim, którego częścią była jego ukochana Cerkiew unicka.
Żywo interesował się teologią. Wprawdzie nie znając łaciny nie mógł uczęszczać na wykłady akademickie, jednak starał się to nadrobić utrzymywaniem żywych kontaktów z wybitnymi teologami i duszpasterzami katolickimi oraz lekturą dzieł z zakresu duchowości. W 1604 r. zdecydował, że jego miejsce jest w klasztorze i poprosił unickiego metropolitę Kijowa Hipacego Pocieja o habit bazyliański. Dojrzałe powołanie i szeroka wiedza religijna przyszłego świętego spowodowały, że jednego dnia nastąpiły obłóczyny i złożenie profesji zakonnej, a parę miesięcy później otrzymał święcenia diakonatu. Zgodnie z tradycją mniszą przyjął też nowe imię – Jozafat.
„Duszochwat”
Jako bazylianin przyszły święty podjął studia teologiczne, ucząc się, jakbyśmy to dziś powiedzieli, „indywidualnym tokiem”. W tym czasie powstały jego pierwsze dzieła polemiczne. Przykład jaki dawał swoim życiem i słowem, przyciągał do zakonu wielu nowych kandydatów. Nic więc dziwnego, że po otrzymaniu święceń kapłańskich został kierownikiem nowicjatu. Z wielką gorliwością umartwiał ciało: pościł, biczował się, nosił włosiennicę… Wiele godzin spędzał pielęgnując w szpitalu chorych i niedołężnych. Dał się również poznać jako świetny kaznodzieja i spowiednik. Pozyskiwał dla Unii wielu nowych wiernych. Prawosławni przerażeni skalą konwersji dokonujących się za jego sprawą nazwali go „duszochwatem”, czyli łowcą dusz.
Na duszpasterskie sukcesy zwolenników Unii Brzeskiej, jej przeciwnicy odpowiedzieli przemocą. W 1608 r. napadli na wileński klasztor św. Trójcy i używając na przemian próśb, gróźb, a gdy to nie dało rezultatu, także policzkowania, próbowali przeciągnąć Kuncewicza na swoją stronę. Rok później posunęli się dalej, nasyłając na metropolitę Hipacego Pocieja zamachowca. Na szczęście skończyło się „tylko” na utracie przez hierarchę dwóch palców u dłoni, którą się zasłonił przed szablą niedoszłego zabójcy.
Nieustraszony ordynariusz połocki
W 1614 r. Jozafat został archimandrytą, czyli zwierzchnikiem klasztoru św. Trójcy. Z czasem swoją opieką objął kilka innych domów mniszych. Spod jego ręki wyszło całe nowe pokolenie pobożnych zakonników przedkładających służbę Bogu i Kościołowi nad wszystko inne.
Świętość Kuncewicza zdawały się dostrzegać swym instynktem nawet zwierzęta. Istnieje kilka opowieści na ten temat. Przytoczmy tu jedną z nich. Pewna kobieta rozzłoszczona zabiegami św. Jozafata, który chciał ją nawrócić, poszczuła go potężnymi brytanami. Nieoczekiwanie znane ze swej agresywności psy podbiegły do świętego i zaczęły się do niego łasić. Wtedy w kobiecie coś pękło i poprosiła o spowiedź.
Jesienią 1617 r. przyszły święty został biskupem pomocniczym. Miał pomagać staremu, ciężko choremu, arcybiskupowi Gedeonowi Brolnickiemu, zwierzchnikowi diecezji połockiej, witebskiej i mścisławskiej. Opory Kuncewicza pragnącego pozostać zwykłym mnichem przełamał jego zwierzchnik, a zarazem przyjaciel, metropolita kijowski Welamin Rutski, oświadczając mu, że nie ma innych, nadających się do tej funkcji kandydatów.
Jako koadiutor, a po śmierci Brolnickiego ordynariusz połocki wziął się energicznie do pracy duszpasterskiej i administracyjnej. Zaczął wizytować poszczególne parafie. W wielu z nich najstarsi wierni nie pamiętali wizytacji biskupiej. Tam, gdzie znalazł nieporządek, pouczał proboszczów lub mianował gorliwych wikariuszy. Czynił zabiegi, by wszystkie parafie miały uposażenie pozwalające utrzymać niezależność od opiekującej się nią szlachty. Niejednokrotnie osobiście zajmował się odbieraniem majątków kościelnych zawłaszczonych przez świeckich. Nie szczędził również środków na remont cerkwi.
Spisek dyzunitów
Wielkim ciosem w Unię Brzeską, a przy okazji w dzieło metropolity Kuncewicza, była podróż przez ziemie Rzeczypospolitej patriarchy Jerozolimy Teofanesa (jednocześnie agenta sułtana), który dokonał święceń nowych schizmatyckich biskupów. Wywołało to dezorientację wśród wiernych i wzmocniło siły przeciwników Unii (dyzunitów), którzy zyskali naturalnych liderów.
Skutki nie dały na siebie długo czekać. Wzmógł się opór wobec legalnych hierarchów. Coraz częściej dochodziło do napadów na unitów i różnych awantur. Jozafat Kuncewicz „zyskał” na terenie diecezji połockiej konkurenta w postaci prawosławnego abpa Melecego Smotryckiego, który rozpoczął intensywną działalność antyunijną. Wraz ze swoimi zwolennikami starał się zepchnąć Kuncewicza na margines społeczności rusińskiej. Kampania nienawiści wkrótce przyniosła tragiczny owoc – dyzunici zawiązali spisek na życie prawowitego arcybiskupa Połocka.
Męczeńska śmierć
12 listopada 1623 r. zamachowcy wraz z podburzonym tłumem wtargnęli na teren domu arcybiskupiego w Witebsku. Naprzeciw niszczącej wszystko i prześladującej służbę pałacową tłuszczy wyszedł abp Kuncewicz. – Dziatki, dlaczego bijecie czeladkę moją. Nie zabijajcie ich. Jeśli macie coś przeciwko mnie, owóż jestem – powiedział metropolita, składając ręce na piersi.
Zapadła cisza. Gdy wydawało się, że już nikt nie odważy się podnieść ręki na pomazańca Bożego, z bocznych drzwi wypadło dwóch zamachowców. Jeden z nich uderzył męczennika w głowę pałką, a drugi rozpłatał ją toporem. Potem przez pewien czas siepacze pastwili się nad martwym ciałem, włócząc je po ulicach miasta, by w końcu utopić w rzece.
Wyniesiony na ołtarze
Mord wstrząsnął społecznością Rzeczypospolitej. I stał się cud: na katolicyzm obrządku wschodniego zaczęły przechodzić ogromne ilości prawosławnych. Unię przyjęło nawet 20 z 21 osób ukaranych śmiercią za ten mord.
Szczególnie zaskakująca była jedna konwersja – abpa Smotryckiego – ponoszącego moralną odpowiedzialność za to, co wydarzyło się w Witebsku. Dotychczasowy wróg katolicyzmu zachwiał się w swoich poglądach. By uspokoić sumienie wyjechał na wschód, do Konstantynopola i Ziemi Świętej, czyli tam, gdzie spodziewał się znaleźć lekarstwo na nurtujące go wątpliwości. Zamiast tego zobaczył patriarchę zafascynowanego kalwinizmem i opłakane skutki niewoli tureckiej. W końcu wrócił w granice Rzeczypospolitej, złożył unijne wyznanie wiary i przystąpił do zwalczania… swych dawnych poglądów, wyrażanych wcześniej w licznych pismach i książkach.
Niemal natychmiast po pochowaniu ciała Jozafata Kuncewicza rozpoczęto zbieranie zeznań o jego życiu i cudach z myślą o przyszłej beatyfikacji. Proces zakończono w 1642 r., a papież Urban VIII ogłosił go błogosławionym. Na kanonizację – przez bł. Piusa IX – arcybiskup Połocka czekał do roku 1867. Jego wspomnienie Kościół obchodzi 12 listopada. Św. Jozafat jest jednym z patronów Polski.
Adam Kowalik
Dlaczego Matka Boża płacze.
Najnowszy 61. numer „Przymierza z Maryją” wprowadza czytelników w atmosferę adwentu oraz świąt Bożego Narodzenia. Autorzy przypominają o istocie tego niezwykle radosnego okresu, piętnując zarazem wszelkie próby komercjalizacji i laicyzacji, dokonywanych na naszych oczach. Niewątpliwie symbolem zeświecczenia jest postać św. Mikołaja, ukazywanego w dużych mediach pod postacią czerwonego i rubasznego starca. Tak, jak wyparciu uległ prawdziwy rodowód świętego biskupa, tak usuwa się dzisiaj religijny charakter tego ważnego dla chrześcijan okresu oczekiwania na cud narodzin Chrystusa.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Chciałabym z całego serca podziękować za wszystko, co dla mnie i moich bliskich robicie. Jestem ogromnie wdzięczna za wszystkie Wasze modlitwy. Dostałam dzisiaj kolejną przesyłkę z Instytutu i przeraził mnie rozdział ,,Dlaczego Matka Boża płacze?”. Po przeczytaniu wszystkich artykułów zrobiło mi się bardzo przykro i zastanawiam się, jak ludzie mogą dopuszczać się takich czynów i krzywdzić nie tylko siebie i drugiego człowieka, ale przede wszystkim Boga i Maryję. Najbardziej dotknął mnie artykuł o Chinach, dotyczący robienia leków z ciał tych biednych, nienarodzonych dzieci. To przerażające i bardzo bolesne dla mnie, bo sama jestem matką i nie mogę sobie wyobrazić takiego okropieństwa, jak matka w ogóle może dopuścić się takiego bestialstwa! (…) Całym sercem jestem z Wami i dla Was. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby Was nie być. Jesteście bardzo potrzebni nam, Polakom, katolikom, ludziom. (…) Modlę się o łaski dla całego Instytutu (…). Niech Matka Boża od Cudownego Medalika ma Was zawsze w swojej opiece. Bóg zapłać!
Angelika ze Skrzeszewa
(list przesłany pocztą elektroniczną)
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Na początku chciałbym serdecznie podziękować za brelok przesłany w ramach Waszej akcji „Nie wstydzę się Jezusa”. Jestem uczniem czwartej klasy Technikum Agrobiznesu i przewodniczącym Samorządu Uczniowskiego. Wiem, jak cenny jest dla nas, chrześcijan, Krzyż i dlatego staram się, by w naszej szkole nie był znieważany. W Krzyżu jest nasza obrona i nasze zbawienie.
Kiedy szykujemy dekoracje ścienne, nigdy go nie zasłaniany. Nawet wtedy, gdy remontowano naszą klasę, osobiście zawiesiłem krzyż na ścianie. Jestem osobą, która jest gotowa za wszelką cenę bronić krzyża w miejscach publicznych. (…) Musimy innym dodać odwagi. My, młodzi ludzie, pragniemy krzyża, tylko jest nas bardzo mało. Boleję nad tym, że wielu moich rówieśników nie ma własnego zdania. Przyłączą się do tłumu, ponieważ nie chcą być wyśmiani przez tych najgłośniejszych. Dlatego także my musimy stać się głośnymi obrońcami Krzyża.
W szkole przez wielu kolegów jestem wyszydzany ze względu na to, iż nie wstydzę się bronić swojej wiary. Mimo to nie poddaję się, bo wiem, że Jezus Chrystus daje mi specjalne zadanie – prowadzić innych do Niego. Moim pragnieniem jest, aby moim znajomi również nosili ten brelok, który jest symbolem odwagi chrześcijańskiej. Modlę się za tę kampanię polecając ją Miłosiernemu Jezusowi. Jezu ufam Tobie!
Bogusław z Kujawsko-Pomorskiego
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Serdecznie dziękuję za wszystkie przesyłki, a w szczególności za „Przymierze z Maryją”. Dziękuję również za medalik św. Benedykta i żałuję tylko, że nie miałam go 2,5 roku temu, bo być może mój mąż by teraz żył, dzieci miałyby tatę, a ja ukochaną osobę i wsparcie, którego niestety tak bardzo mi brakuje. Mimo że mam dopiero 36 lat, dużo już wycierpiałam i jak na razie wciąż mam pod górkę. Proszę Najświętszą Panienkę, aby mi pomogła wytrwać w tym trudnym życiu, przez które muszę przejść. Mam czworo dzieci w wieku 18, 17, 14 i 11 lat. Przechodzą okres buntu, dorastania, tworzą swoje światy, w których niekoniecznie Bóg jest najważniejszy i to mnie niepokoi. Staram się, aby w każdą niedzielę były na Mszy Świętej i aby mówiły wieczorem pacierz, ale wydaje mi się, że to wciąż mało, aby otrzymać lepsze życie od Boga. Ufam, że z pomocą Matki Bożej dam radę dobrze wychować dzieci, ale i Was proszę o modlitwę za moją rodzinę. Ja również będę Was wspierać modlitwą. Pragnę nadal otrzymywać „Przymierze z Maryją”, ponieważ przymnaża mi wiary, uspokaja myśli, mobilizuje do działania na rzecz Kościoła oraz walki ze złem, którego pełno dokoła
Bóg zapłać za Waszą pamięć o mnie i proszę o modlitwę za mojego zmarłego męża Andrzeja i za moje dzieci. Niech Chrystus Wam wszystkim błogosławi i ma Was w swojej opiece.
Małgorzata z Podkarpackiego
Szczęść Boże!
Wielkie „Bóg zapłać” za Waszą korespondencję. Jest ona taka serdeczna, rozbudzająca nadzieję. (...) W 57. numerze „Przymierza z Maryją” na Stronach Maryjnych ukazał się artykuł o Matce Bożej Pocieszenia z Kawnic. Do tego Obrazu mam szczególną cześć.
A zaczęło się to 5 grudnia 1967 roku. Wracałem wtedy z pracy w Słupcy do Konina. Czasy były siermiężne, jechaliśmy żukiem. W miejscowości Golina dosiadł się do nas pracownik Huty Aluminium w Koninie. Po przejechaniu kilku kilometrów w Koloni Kawnice kierowca uderzył w nieoświetloną furmankę. Wypadliśmy z samochodu na jezdnię, a na nas wjechał z naprzeciwka inny samochód. Jedna osoba zmarła, właśnie ta, która się do nas dosiadła. Ja doznałem bardzo ciężkich obrażeń. Po tym wypadku do dziś jestem inwalidą.
Leczono mnie w klinice w Poznaniu. Tam dowiedziałem się, że mój wypadek miał miejsce 800 metrów od Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia. Bardzo dziękowałem Maryi za uratowanie mi życia. I tak jest do dnia dzisiejszego. Codziennie odmawiam Różaniec i Koronkę do Bożego Miłosierdzia. (…) W miejscu wypadku postawiłem krzyż w intencji zabitego.
W kawnickim Sanktuarium, przed obrazem Matki Bożej Pocieszenia, ofiarowałem sznur klejnotów, przygotowany mam też pięknie zdobiony krzyż. Chcę ofiarować go Jej, mojej Wspomożycielce i Uzdrowicielce, Matce Pocieszenia. Tylko Ona mnie wspiera. Cały oddałem się w Jej opiekę. Wyznaję też kult Matki Bożej Fatimskiej. Zawsze pamiętam o Jej wspomnieniu 13 maja. I dziękuję Jej za to, że 13 maja 1981 roku uratowała od śmierci naszego Papieża, bł. Jana Pawła II. Z Panem Bogiem.
Marian z Konina
Dane autorów listów do wiadomości redakcji.
Adres Redakcji:
ul. Augustiańska 28
31-064 Kraków
tel. (12) 423 44 23
E-mail:
redakcja@przymierzezmaryja.pl
Prezentując te zdjęcia chyba nie trzeba nikomu wyjaśniać, że chodzi o pomnik Cristo Redentor (Chrystusa Zbawiciela), który za swój cokół ma górę Corcovado, wyrastającą nad przepiękną brazylijską Zatoką Guanabara w Rio de Janeiro. Jego autorem był Paul Maximilian Landowski, Francuz polskiego pochodzenia. W 1931 roku w Rzymie papież Pius XI dokonał symbolicznego odsłonięcia pomnika.
Jedynie dusza skażona religijną obojętnością nie czuje wewnętrznego poruszenia i zachwytu w obliczu tego monumentu, wybranego w 2007 roku jednym z siedmiu cudów współczesnego świata.
Przyjmując, że doskonałości Stwórcy odbijają się w stworzeniach, poprzez które możemy i powinniśmy Go podziwiać, kochać i adorować, spróbujmy wyrazić to, co czujemy patrząc na te piękne fotografie.
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy u stóp góry, na szczycie której stoi ta imponująca postać. Dostrzegamy, że czasami chmury częściowo przesłaniają widok Zbawiciela i naszym oczom ukazują się tylko fragmenty figury – czasem głowa, czasem ramię, a niekiedy same tylko stopy. Wspaniała jest symbolika tego widoku! To zachęta dla nas do większego zaufania i nadziei na rychły powrót Zbawiciela. Słychać niemalże słowa skierowane do patrzących na Niego milionów ludzi, pogrążonych w codziennych troskach duchowych i materialnych: Nie bójcie się, Ja niedługo wrócę. I nawet kiedy chmury zasłaniają Go całkowicie, nie znaczy to, że On nas opuścił na zawsze, wręcz przeciwnie. W swoim nieskończonym miłosierdziu On nikogo nie opuszcza, sam przecież obiecał: Nie zostawię was sierotami. Często, kiedy wieczorem figurę w Rio otacza mgła, to gdy oświetlają ją potężne reflektory, postać Chrystusa przeobraża się w świetlistą plamę. Jakby chciał powiedzieć tym, którzy znajdują się w czarnym tunelu duchowych przeciwności: Ja jestem twoim Światłem. Światłem, które cię prowadzi, abyś bezpiecznie kroczył drogą, która wydaje ci się beznadziejna, abyś się wydostał z mroków grzechu, w jakim się znajdujesz.
Zatoka Guanabara swoim pięknem i majestatem otaczających ją gór, z bezkresem oceanu, stanowi jakby wielkie tło wspaniałego obrazu, w którego centrum znajduje się Chrystus Zbawiciel. Na tle tej cudownej panoramy, która wyśpiewuje pochwałę cudu stworzenia, postać naszego Pana z rozpostartymi ramionami jawi się jako gotowa do przyjęcia i wybaczenia wszystkim: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. (Mt 11,28)
A jednak w naszym zlaicyzowanym i materialistycznym społeczeństwie są tacy, którzy mając przed sobą ten majestatyczny widok mówią, że są ateistami lub agnostykami. Uporczywie twierdzą, że Bóg nie istnieje albo że nie możemy udowodnić Jego istnienia. Patrzą i nie widzą! Do nich mają zastosowanie słowa św. Pawła skierowane do pogan: Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy. (Rz 1,20) Mimo to, również na nich Zbawiciel kieruje swoje miłosierne spojrzenie, aby się nawrócili.
Te niesamowite zdjęcia zawierają w sobie również coś z apokaliptycznej wizji końca świata i powtórnego przyjścia Chrystusa w chwale trąb i piorunów, w otoczeniu niekończącego się orszaku anielskiego, jako Sędziego Sprawiedliwego. Wówczas to będzie On sądził żywych i umarłych według ich uczynków, nagradzając dobrych i karząc złych na całą wieczność…
Leonard Przybysz





