Temat numeru
 
Świętujmy po katolicku!

O rodzinnym przeżywaniu Bożego Narodzenia, zagrożeniach płynących z komercjalizacji tych Świąt i konieczności podtrzymywania świątecznych tradycji z prezesem Instytutu Ks. Piotra Skargi Sławomirem Olejniczakiem oraz wiceprezesem Sławomirem Skibą rozmawiają Bogusław Bajor i Adam Kowalik.

Bogusław Bajor: Panowie, zgodzimy się, że Święta Bożego Narodzenia (nazywane dawniej Godnymi Świętami) ze swoją wspaniałą atmosferą to czas szczególny. Na czym powinien się w tym okresie skupić katolik?


Sławomir Olejniczak: Święta Bożego Narodzenia to przede wszystkim fundamentalna i radosna tajemnica wcielenia Słowa Bożego – Pana Jezusa Zbawiciela. Bez wcielenia nie byłoby zbawienia i odkupienia naszych grzechów. Dziś, niestety, coraz więcej osób – także katolików – żyje tak, jakby Pana Boga nie było, a Jego przykazania nie obowiązywały. Do wielu nie trafia ta Prawda, że Zbawiciel się narodził, by nas wybawić z grzechów, lecz jak ma ona trafiać, jeśli wielu ludzi nie ma świadomości swych grzechów. Czym się zatem mają radować?

Człowiek mając świadomość swej grzeszności, wie, że grozi ona wiecznym potępieniem. Więc przyjście na świat Zbawiciela, który pragnie mnie ocalić i wyzwolić z niewoli grzechu i potępienia, jest naprawdę radosnym wydarzeniem. To jest podstawa świętowania!

Bardzo ważny jest też element „rodzinności” Bożego Narodzenia. Jest on związany z tym, że świętujemy nie tylko narodzenie Chrystusa, ale świętujemy to wydarzenie w kontekście całej Świętej Rodziny – Jezusa, Maryi i Józefa. Ta łaska, która ożywiała atmosferę stajni betlejemskiej, w jakiś sposób udziela się też podczas świąt rodzinom katolickim. Ale do tego trzeba być odpowiednio przygotowanym. Przystąpić do sakramentu spowiedzi, pojednać się z bliźnimi, umieć zasiąść do stołu wigilijnego z czystym sercem w atmosferze miłości i przebaczenia. Z łaską trzeba współpracować.

Sławomir Skiba: Przytoczę tutaj cytat z Mickiewicza: Wierzysz, że się Bóg narodził w betlejemskim żłobie, lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie. Radosne świętowanie musi mieć wyraz w wewnętrznej przemianie, a ta jest niemożliwa bez spowiedzi i Komunii Świętej. Do tej przemiany mają nas przygotować wyrzeczenia adwentowe, które dawniej były podobne do tych czynionych w Wielkim Poście. Jeśli otworzymy się na działanie łaski, to Narodzenie Pana nastąpi także w naszym życiu.

SO: Tu zarysowuje się istotna różnica między świętowaniem katolickim a – nazwijmy to – komercyjno‑protestanckim, które wkrada się do naszego kraju. Adwent powinien być okresem wyciszenia, odsunięcia się od bodźców tego świata i pokus ciała po to, żeby się przygotować do Przyjścia Pana przede wszystkim duchowo. Radość Świąt Bożego Narodzenia jest owocem łaski, która spływa na dusze praktykujących katolików i ta radość później się uzewnętrznia. Natomiast w wersji komercyjno‑protestanckiej jest odwrotnie: to jest element zagłuszania, huku centrów handlowych, mnóstwa gadżetów, błyskotek, coraz większej ilości prezentów, a w duszy panuje pustka, a nawet zgryzota. Prawdziwa radość się nie pojawia, bo ten komercyjny zgiełk nie jest dziełem łaski.

 

BB: Komercjalizacja świąt niesie oczywiste zagrożenia, ale czy nie jest tak, że może też stać się w pewnych przypadkach szansą, by zainteresować Bożym Narodzeniem ludzi obojętnych religijnie?

SS: Z jednej strony sprowadzenie Bożego Narodzenia do wymiaru czysto handlowego jest ogromnym ­spłyceniem tych pięknych świąt i jako takie jest zjawiskiem negatywnym. Z drugiej jednak strony – we współczesnym świecie, który tak szybko się laicyzuje, nawet ta komercyjna otoczka przedświąteczna może być okazją – przynajmniej w Polsce – do tego, by ludzie w jakiś sposób odczuli czas zbliżających się świąt.

 
 BB: Dlaczego?


SS: Dlatego, że wielu osobom ta otoczka o czymś przypomina. Nawet jeżeli ta atmosfera pozbawiona jest odniesień stricte religijnych, chcąc nie chcąc nasiąka się niezwykłą atmosferą, słuchając choćby piosenek, w których słyszymy nazwę „Boże Narodzenie”. Uważam, że jest to jakiś wstęp, jakiś przyczynek do refleksji nad tymi świętami.

 

Adam Kowalik: Biorąc pod uwagę fakt, że te piosenki puszczane są w różnych centrach handlowych na długo przed Bożym Narodzeniem, można powiedzieć trochę ironicznie, że jest to sklepowy adwent…

SS: Trochę tak. Komercyjna otoczka przypomina o zbliżających się świętach. I dla wielu ludzi jest dyskomfortem, że muszą znosić tę przedświąteczną atmosferę. Przy tak nieczystych często sumieniach, przy utraconej niewinności – której symbolem są święta – wielu ludzi to drażni.

 

BB: Niemniej mamy świadomość, że komercjalizacja Bożego Narodzenia może doprowadzić do wypaczenia idei świąt…

SO: Tak. Tym bardziej, że jest połączona z desakralizacją i protestantyzacją na modłę amerykańską. Jest to, niestety, coraz powszechniejsze w Polsce. Udający św. Mikołaja krasnal Santa Claus, tudzież piosenki w stylu Jingle Bells skutecznie pomagają zapomnieć o Adwencie. To zawsze był błogosławiony czas oczyszczenia czy nawet postu przed oczekiwanym narodzeniem Zbawiciela, które dopiero zaczynało okres bożonarodzeniowy. A teraz coraz bardziej czeka się na Boże Narodzenia jak na finał jakiejś wielkiej imprezy. Zauważyłem to, będąc kiedyś w Anglii. Mianowicie Anglicy w grudniu organizowali tzw. Christmas Parties – czyli imprezy bożonarodzeniowe – chodzili po pubach, imprezowali. Niestety, to też coraz bardziej zauważalne jest wśród młodych ludzi w Polsce.

SS: Warto więc przypominać, że zgodnie z dawnym zwyczajem okres bożonarodzeniowy trwał – z całą swoją otoczką: kolędami, choinką itp. – od 25 grudnia do 2 lutego, czyli święta Matki Bożej Gromnicznej. W naszym kraju jeszcze trzymamy w domach czy kościołach choinki do 2 lutego, ale niestety coraz mniej intensywnie skupiamy się na religijnym przeżywaniu tych świąt i okresu bożonarodzeniowego. Dość powiedzieć, że dla niektórych ten okres zaczyna się już po Dniu Zadusznym i trwa do Wigilii, bo w tym czasie można nabyć w sklepach „świąteczne błyskotki” i prezenty.

 

BB: Zgadzam się, że Boże Narodzenie jest postrzegane dziś nie tyle jako początek szczególnego okresu, lecz finał… Pytanie tylko: czego jest finałem? Na co czeka współczesny świecki człowiek w kontekście tych świąt? Na kolejny długi weekend?

SO: Poniekąd tak. Sprowadza się to w wielu przypadkach do rozrywkowego spotkania rodzinnego – z dużą ilością jedzenia i napitku. Możemy „pogadać”, pooglądać filmy w telewizji i… na tym się kończy. Natomiast przeżycie świąt jako pamiątki Narodzenia Zbawiciela, wielu ludziom niestety gdzieś umyka.

 

BB: Kwestia religijna to jedna sprawa. Druga – to fakt, że święta Bożego Narodzenia „wymuszają” niejako ich rodzinne przeżywanie.

SO: Oczywiście, rodzinne święta to bardzo istotny aspekt. Jeżeli rodzina jest zgodna, to Pan Jezus jest w tej atmosferze obecny – wtedy mamy wspólne śpiewanie kolęd, pełną ciepła wieczerzę wigilijną, wspólne pójście na pasterkę. Natomiast w rodzinach, gdzie te relacje są zepsute przez np. zdrady, rozwody, związki nieformalne, to wspólne przeżywanie świąt jest trudne, gdyż wtedy rzeczywiście budzą się wyrzuty sumienia. Te osoby widzą, że w ich przypadku relacja miłości małżeńskiej, rodzinnej, która powinna być ufundowana na sakramencie małżeństwa – czyli ostatecznie na miłości Pana Jezusa – w jakiś sposób zgrzyta. Znane są nawet przypadki, że w Wigilię niektórzy podejmują próby samobójcze. To jest efekt rozpaczy. Ludzie nie poukładali sobie życia. Ba, dalej brną w grzechy i ostatecznie są kuszeni do rozpaczliwych działań. To jest straszne, ale z drugiej strony takie wyrzuty sumienia mogą być też okazją do nawrócenia i uporządkowania swojego życia.

 

 BB: W jaki sposób możemy pomóc takim osobom wrócić na dobrą drogę?

SS: Kiedy jestem w towarzystwie takich osób – także podczas świąt – staram się nie udawać, że wszystko jest w porządku. Staram się wykorzystać tę sytuację i składam takie życzenia, które rzeczywiście będą wyrażały nadzieję dla tej osoby naprawienia tego, co w jej życiu jest nie tak albo przynamniej skierowania jej uwagi w stronę Pana Boga. W takich przypadkach nie składam zdawkowych życzeń: „wszystkiego najlepszego”, „dużo zdrowia”, „wesołych świąt”, „dużo pieniędzy”…

SO: …w tym kontekście życzylibyśmy bowiem „szerokiej drogi do piekła”…

SS: Dokładnie. I dlatego nie możemy przyjąć takiej postawy, która niestety jest prawie powszechna także wśród katolików, by dla podtrzymania dobrej atmosfery „dać spokój” i udawać, że nie ma całego tego zła: zdrad, rozwodów itp. Jeśli znajdziemy się w takim towarzystwie, to będzie dla nas trudna, ale jednocześnie doskonała sytuacja, by praktykować uczynki miłosierne co do duszy. Być może jest to jedyna okazja w roku, bym mógł jakoś – oczywiście w bardzo chrześcijański sposób – wpłynąć na bliźniego, który nie żyje tak, jak Pan Bóg przykazał. Być może właśnie Pan Bóg potrzebuje mojego pośrednictwa, by przebić się z łaską do tej osoby. Wiem, że w te święta wszyscy chcą mieć dobre samopoczucie, ale my, katolicy, nigdy nie możemy przyzwalać na zło i grzech. Sama idea Bożego Narodzenia kłóci się z życiem antykatolickim! Tego nie da się pogodzić. Dlatego zróbmy wszystko, by pomóc naszym bliźnim w katolickim przeżyciu tych świąt.

 

BB: Laicyzacja jest procesem, który obejmuje także nasze świętowanie. Jak zatrzymać lub odwrócić tę tendencję?

SO: To jest kwestia podtrzymywania tradycji w domach. Nie ulegajmy komercji i modom, tylko szukajmy tego, co było. Wskrześmy atmosferę dzieciństwa. Pytajmy nasze babcie i naszych dziadków, jak to było w ich czasach, czytajmy pamiętniki, w których opisane są dawne zwyczaje. I próbujmy to kontynuować, przywracajmy tradycje – stawiajmy szopki, podtrzymujmy zwyczaje kolędowania, bierzmy udział w orszakach Trzech Króli. Te tradycje trzeba też propagować za pośrednictwem mediów – także mediów elektronicznych.

SS: Szczególnie zachęcam wszystkich do wspólnego śpiewania kolęd. Ten zwyczaj dawniej był powszechny. Chyba najbardziej kojarzy mi się z przeżywaniem świąt z czasów mojego dzieciństwa.

 

AK: …a teraz bardziej się kolęd słucha, niż śpiewa…

SS: Niestety tak. W ogóle wiele tradycji – nie tylko zresztą świątecznych – zostało gdzieś w pokoleniu naszych rodziców przerwanych. Tamto pokolenie było bardziej otwarte na to, co możemy nazwać „światowością”. Nie rozstrzygam, czy na to zeświecczenie wpłynęła atmosfera PRL‑u, „rewolucja kulturalna” lat 60. czy może migracja ludności ze wsi do miast.

Mimo wszelkich przeciwności próbujmy jednak odzyskać stare tradycje, podtrzymujmy post wigilijny, przełamujmy się opłatkiem, módlmy się przed wieczerzą, inscenizujmy jasełka, kolędujmy, wspólnie ubierajmy szopkę, później choinkę. Tak było przez wieki i nie pozwólmy na zanik tych tradycji. Dlatego z radością przyjmuję informacje, że wiele młodych rodzin katolickich powraca do wielu zapomnianych tradycji. To niezwykle budujące i inspirujące!

 

 AK: Czego Panowie życzą naszym Czytelnikom z okazji świąt Narodzenia Pańskiego?

SO: Przede wszystkim świąt radosnych, ale tą radością, która płynie ze zjednoczenia z Chrystusem – poprzez wspólną modlitwę rodzinną, poprzez przystąpienie do sakramentów. Życzę, aby ta łaska Boża jako owoc przyjęcia Chrystusa umacniała życie rodzinne Czytelników „Przymierza z Maryją” przez następne 365 dni – do kolejnego Bożego Narodzenia. Nie zapominajcie, Drodzy Czytelnicy, że rodzina jest ufundowana przede wszystkim na sakramencie małżeństwa. Z tego sakramentu płynie moc uświęcająca dla małżonków, by wspólnie kroczyli drogą, którą obrali w dniu ślubu. A jest to wspólna droga do Nieba. Wspierając się wzajemnie, zawsze mogą liczyć na pomoc Pana Jezusa, który narodził się w betlejemskiej stajni, a w końcu oddał za nich życie na Krzyżu, aby oni mogli mieć życie wieczne.

SS: Ja z kolei chciałbym życzyć, aby wszyscy nasi Przyjaciele pamiętali o tym, co w tych świętach jest najistotniejsze. Żeby w gorączce przedświątecznej nie przedkładali tego, co jest tylko otoczką świąt Bożego Narodzenia nad to, co się dzieje w ich sumieniach i ich duszach. To znaczy, żeby nie dali się zwieść przedświątecznej krzątaninie na tyle, aby stać się dla siebie nawzajem przyczyną do kłótni czy jakichś sporów. Nie wypominajmy więc sobie różnych rzeczy, które de facto nie mają żadnego znaczenia. Zachowajmy spokój, bo Pan Jezus na pewno nie będzie zadowolony z tego, że mamy wysprzątany dom i wszystko jest dopięte na ostatni guzik pod względem kulinarnym, a w sercach trzymamy urazę do najbliższych, jesteśmy z nimi pokłóceni. Diabeł będzie chciał zrobić wszystko, żeby zepsuć nam te piękne święta. Nie pozwólmy mu na to! No i oczywiście módlmy się o łaskę prawdziwie godnego, katolickiego przeżycia świąt Bożego Narodzenia.

 
Dziękujemy za rozmowę.

Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza a Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
100. jubileuszowy numer
Drodzy Przyjaciele,
Przymierze z Maryją – te dwa słowa będące tytułem pisma, którego 100. numer otrzymujecie właśnie do rąk, mogą być jednocześnie receptą na wszystkie problemy osobiste, problemy naszej Ojczyzny, świata i Kościoła.
Przymierze oznacza szczególną relację, związek, więź. Przywodzi ono na myśl historię Narodu Wybranego i tę szczególną więź, jaka łączyła go z Bogiem. Przede wszystkim kojarzy się jednak z Nowym Przymierzem, które zostało zawarte z Bogiem poprzez Ofiarę Jezusa Chrystusa i Jego Zmartwychwstanie.


UWAGA!
Przymierze
z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE
 
Spotkanie z Maryją
Karol Wolniakowski

W dniach 5–8 maja odbyła się kolejna pielgrzymka Apostołów Fatimy, której miałem zaszczyt być jednym z opiekunów. Były to wyjątkowe cztery dni wypełnione obecnością Matki Bożej.

 

Na pierwsze spotkanie z uczestnikami wyjazdu, które odbywało się na krakowskim Kazimierzu, poszedłem lekko stremowany, ponieważ pierwszy raz miałem wyjeżdżać za granicę jako opiekun grupy. Cała trema i niepewność zniknęły jednak dość szybko. Zobaczyłem pielgrzymów pełnych wigoru i zapału, niemogących się doczekać, by odwiedzić Maryję w Fatimie.

 

Pielgrzymka rozpoczęła się już o trzeciej rano, przejazdem na lotnisko w Balicach. Pomimo że dla większości z nas był to pierwszy lot samolotem, na twarzach pielgrzymów nie dało się zauważyć strachu. Wręcz przeciwnie. Wszyscy wiedzieli, że nie może przydarzyć się nam nic złego, ponieważ udajemy się do Matki, której zawierzyliśmy powodzenie naszej wyprawy.

 

Sama Portugalia przywitała nas pięknym słonecznym niebem, wraz z przyjemnie chłodzącymi, delikatnymi podmuchami wiatru. Nie mogliśmy z tego nie skorzystać i nasze odkrywanie kraju trojga fatimskich pastuszków rozpoczęło się zaraz po wylądowaniu w malowniczo ułożonej na brzegu oceanu Lizbonie, którą przejechaliśmy wzdłuż i wszerz. Po tej przejażdżce, wyruszyliśmy do Fatimy.

 

Po przyjeździe do hotelu nikt nie marnował czasu na długi odpoczynek. Jeszcze przed kolacją w zarezerwowanej dla nas kaplicy towarzyszący nam kapłan, ks. Przemysław Drąg, odprawił dla nas nabożeństwo, a późnym wieczorem udaliśmy się na plac przy Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, w miejsce gdzie 101 lat temu Maryja poleciła wybudować świątynię. Zebraliśmy się tam wraz z tysiącami wiernych, aby uczestniczyć we wspólnym Różańcu i procesji ze świecami.

W Fatimie nie było czasu na nudę. Pomimo bardzo napiętego terminarza, nikt nie narzekał na zmęczenie. Maryja dodawała sił nam wszystkim.

Nazajutrz, zaraz po porannej Mszy Świętej, zwiedziliśmy muzea fatimskie, by następnie odprawić Drogę Krzyżową w miejscu, gdzie pastuszkowie spotkali Anioła, który zapowiedział im Objawienia Matki Bożej. Oczywiście nie mogliśmy pominąć malowniczego miasteczka Aljustrel, gdzie urodzili się i wychowali św. Franciszek i św. Hiacynta Marto oraz ich kuzynka, Łucja dos Santos. To jednak nie był koniec pełnego wrażeń dnia. Zaraz po kolacji przenieśliśmy się na plac, gdzie rozpoczęliśmy palenie ponad 200 świec przesłanych przez polskie rodziny w ramach akcji „Twoje światło w Fatimie”.

 

Trzeci dzień naszej pielgrzymki przeznaczony został na zwiedzanie. Po Mszy Świętej wyruszyliśmy do urokliwej miejscowości Batalha, gdzie podziwialiśmy klasztor Matki Bożej Zwycięskiej, postawiony jako wotum wdzięczności króla Jana I za zwycięstwo w bitwie pod Aljubarrotą, które przyniosło Portugalii niepodległość. Monumentalne wnętrze wapiennej budowli, będące perłą manuelińskiego stylu gotyckiego, każdego z nas wprawiło w zachwyt.

 

Niemniej podniosłe uczucia towarzyszyły nam w opactwie cystersów Santa Maria de Alcobaça, podobnie jak Batalha wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dzień zwiedzania zakończyliśmy w Nazaré, gdzie z tarasu widokowego zobaczyliśmy wspaniałą panoramę wybrzeża Oceanu Atlantyckiego.

 

Czwarty i zarazem ostatni dzień upłynął nam na podróży do Krakowa. Choć nasza przygoda z Fatimą dobiegła końca, każdy z uczestników mógł czuć się w pełni usatysfakcjonowany. Wyruszyliśmy do Portugalii pełni nadziei i oczekiwania na spotkanie z Maryją, wróciliśmy szczęśliwi i wypełnieni Matczyną miłością.


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 

Na wstępie pragnę wyrazić moją wdzięczność za przysyłane mi materiały… Jako Apostoł Fatimy staram się codziennie szczerze modlić. Staram się też dawać świadectwo choćby w rozmowach z ludźmi, których spotykam na swej drodze, a szczególnie z młodzieżą gimnazjalną, z którą mam styczność. Odpowiadając na ich różnorakie problemy, przytaczam im przykład Objawień Matki Bożej w Fatimie i postawę pastuszków, którzy mimo młodego wieku, tyle wycierpieli, a jednak nigdy nie zapomnieli o modlitwie i rozważaniu Różańca. Co więcej, odmawiali sobie przyjemności, podejmując wiele wyrzeczeń, do których nie byłby zdolny niejeden dorosły.

 

Ja też – ze Zbawicielem – niosę swój krzyż, którym jest choroba mojego syna, Marcina. W wieku 28 lat zachorował na schizofrenię. Ktoś, kto ma lub miał wśród najbliższych kogoś z tą chorobą, potrafi w pełni zrozumieć mój ból, zwłaszcza, że syn mając już 37 lat nadal uważa się za zdrowego i nie chce się leczyć. Od skończenia studiów nie jest w stanie podjąć pracy. Każda moja próba namówienia go na to, by starał się o rentę, bardzo go irytuje. Pozostaje mi jedynie modlitwa w jego intencji i w niej pokładam nadzieję. Syn już raz doznał łaski uzdrowienia – został uleczony z reumatoidalnego zapalenia stawów. Stało się to podczas wizyty Jana Pawła II w Siedlcach w 1999 roku. Syn przebywał wówczas w tutejszym szpitalu na oddziale ortopedycznym. Nam wtedy było dane być bliżej papieża i gorąco modliliśmy się o zdrowie dla syna. Od tego czasu po chorobie nie ma śladu. Nieustannie przypominam synowi to zdarzenie. Wierzę, że Bóg go nie opuści. Jak każda matka chciałabym, aby syn znalazł swą drogę życiową, abym mogła spokojna odejść do Pana. Proszę o modlitwę do Matki Najświętszej w intencji Marcina, licząc na to, że Najlepsza Matka rozumie ból matki. Pan Jezus powiedział przecież: „Proście, a będzie Wam dane”…

 

Pozdrawiam Was serdecznie i modlę się o błogosławieństwo Boże dla całego Apostolatu Fatimy.

Elżbieta z Siedlec

 

 

Droga Redakcjo!

 

Dziękuję serdecznie za przesyłanie tak wartościowej literatury jaką jest „Przymierze z Maryją”. Treści w nim zawarte i problemy tam poruszane stanowią dla mnie oraz moich sąsiadów rzetelną informację na tematy związane z Kościołem w Polsce i na świecie. Obecnie sytuacja moja i mojej rodziny nie jest łatwa, lecz polecam nas wszystkich Opatrzności Bożej. Polecam również Bogu Jedynemu Wasze dzieło i Waszą pracę. Jeszcze raz dziękuję za wszystko i pozdrawiam serdecznie. Szczęść Boże!

Edward z Częstochowy

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 

Dziękuję z całego serca za modlitewne wsparcie. Głęboko wierzę, że Fatimska Pani ma mnie i moją rodzinę w Swojej opiece. Przekonałam się o tym, gdy przyszło się nam zmierzyć z chorobą nowotworową męża. W lutym 2015 roku przeszedł trudną, trwającą 13 godzin, operację. Usunięto mu guza dna jamy ustnej i języka. Wszyscy mówili, że nie będzie mówił, że będzie miał problemy z połykaniem. Wszystko to było bardzo przerażające. Kiedy zobaczyłam go po operacji, byłam pełna wątpliwości. Wtedy chciałam być tylko sama, daleko od ludzi. W pewnej chwili powiedziałam sobie: „przecież on żyje, a ty musisz zrobić wszystko, żeby wyzdrowiał”. Wtedy zawierzyłam go Bogu Miłosiernemu i Matce Bożej. Cały czas jednak czułam lęk o jego życie i miałam wątpliwości, czy sobie z tym wszystkim poradzę. Wtedy otrzymałam od mojej siostry Nowennę Pompejańską. Już pierwszego dnia modlitwy zaczęłam odzyskiwać spokój wewnętrzny i głęboko wierzyłam, że mój mąż zostanie uzdrowiony. Z dnia na dzień ten spokój się pogłębiał, a ja zaczęłam poświęcać coraz więcej czasu na modlitwę. Każdego dnia odmawiam Różaniec, Koronkę do Bożego Miłosierdzia oraz inne modlitwy. Te około 1,5 godziny dziennie, które na to przeznaczam, pozwala mi się wyciszyć i jest moją siłą do działania. Czuję, że z Bogiem mogę wszystko. Mam w sobie tyle siły i wierzę, że wystarczy mi jej na długo. Wiem, że to wszystko stało się i dzieje się za przyczyną Miłosiernego Jezusa i Najświętszej Maryi Panny. Modlitwa różańcowa jest moim oparciem i błogosławieństwem na każdy dzień.

Serdecznie pozdrawiam

Elżbieta ze Zduńskiej Woli

 

 

Szanowny Panie Redaktorze!

 

Dopiero od niedawna otrzymuję pismo „Przymierze z Maryją” i przyznam, że zaskoczyła mnie informacja o jego tak długim stażu. Szczerze gratuluję tego Jubileuszu, będącego efektem wytrwałej pracy, a przede wszystkim wiary w sens tego posłannictwa.

Jako siedemdziesięciolatek, śledzący nie od dziś wydawnictwa religijne, jestem pod wrażeniem poziomu pisma, podejmowanych tematów i wnikliwości autorów w ich przedstawianiu. Oczywiście – moim zdaniem – istnieją także punkty słabsze albo wywołujące kontrowersje, ale to poniekąd naturalne. (…)

Raz jeszcze gratuluję i – wyrażając szczere uznanie dla pracy Autorów i Wydawcy – życzę owocnej apostolskiej siejby. Szczęść Boże!

Z uszanowaniem

Jerzy z Rybnika

Kochani moi!

 

Dziękuję Bogu za to, że Wasz Instytut istnieje, rozwija się i tak pięknie pracuje dla większej chwały Bożej. Przed laty zachorowałam na nowotwór narządów rodnych. Podjęłam ten krzyż i zwróciłam się o pomoc do Boga z wielkim zaufaniem, aby dodał mi sił. Wszystkie moje cierpienia każdego dnia łączyłam z nieskończonymi zasługami Męki i Śmierci Jezusa Chrystusa, i ofiarowywałam je za nawrócenie grzeszników, za wszystkie dusze w czyśćcu cierpiące, za zbawienie dusz. I to czynię do dzisiaj. Bóg w Swej hojności udzielił mi o wiele więcej łask, niż prosiłam. Pół roku później byłam już po leczeniu. Cały czas czułam pomoc Bożą i opiekę najlepszej z matek, Maryi. Bóg uzdrowił mnie całkowicie. Wróciłam do pracy – jestem pielęgniarką na oddziale wewnętrznym. Jest mi ciężko, bo sił fizycznych mam mniej niż przed chorobą, ale czuję pomoc Trójcy Świętej i Maryi. W moim życiu Bóg jest na pierwszym miejscu i Jego wola jest w pierwszej kolejności do wypełnienia. Chcę każdemu mówić, że jarzmo Boga jest słodkie, a brzemię lekkie, jeśli wszystko odda się Jemu.

 

Pozdrawiam Was, którzy z miłości do Maryi i Jej Syna podejmujecie tak wspaniałe dzieło. Niech Królestwo Jezusa Chrystusa rozszerza się na serca, które jeszcze Go nie znają. Szczęść Boże!

Maria