Święte wzory
 
Mała droga Wielkiej Świętej
Święta Teresa od Dzieciątka Jezus (1873–1897), której 120. rocznicę narodzin dla Nieba obchodzimy 30 września, stanowi spektakularny fenomen Wiary. Chrześcijańską wielkość młodej karmelitanki cenili i sławili papieże. Św. Pius X powiedział, że jest to największa święta na współczesne czasy, zaś Pius XI wyraził się, iż święta Teresa od Dzieciątka Jezus jest Słowem Bożym dla współczesnego świata. Została główną, obok świętego Franciszka Ksawerego, patronką misji, choć nigdy nie opuściła murów karmelu w Lisieux, a w roku 1997 św. Jan Paweł II ogłosił ją Doktorem Kościoła.


W jej autobiografii pt. Dzieje duszy, napisanej na polecenie Matki Agnieszki od Jezusa (jej rodzonej siostry Pauliny), odnajdujemy klucz do zrozumienia tajemnicy tej Małej Wielkiej Świętej. Opisuje swą drogę od najwcześniejszego dzieciństwa aż po ostateczne odnalezienie odpowiedzi na dręczące ludzkość pytanie o sens życia. Widząc przez jakie cierpienia przeszła ta święta, zaczynamy lepiej rozumieć misterium odkupieńczej Męki Zbawiciela i to, że w „maluczkich” objawia się najpełniej Jego potęga i moc.


Rodzina oazą…

Przyszła święta, najmłodsza z rodzeństwa, otrzymała imiona Marie Françoise Thérèse. Miała szczęście urodzić się w rodzinie szczerze katolickiej. Między rodzicami świętymi Marią Zelią i Ludwikiem Martin (kanonizowanymi w roku 2015) wychowującymi ośmioro dzieci panowała zgoda i miłość.


W domu państwa Martin modlono się wspólnie, czytano lektury duchowe, uczęszczano na nabożeństwa do Kościoła, myślano po katolicku i odnoszono do Boga wszystkie zdarzenia. Dziecku wychowanemu w takiej atmosferze trudno było wyobrazić sobie, że można nie wierzyć w Boga, choć wiara była rugowana z życia publicznego postrewolucyjnej Francji.


Cierpienie kierujące ku powołaniu

Sielanka nie trwała jednak długo. Już w wieku czterech lat spadło na dziewczynkę ogromne cierpienie. Zmarła jej ukochana matka, a mała Marie Fran­çoise – pogodna dotąd i tryskająca energią – stała się smutna i niezwykle drażliwa. Trwało to kilka lat. I nikt nie umiał temu nic zaradzić.


W końcu ojciec, widząc nadzieję jedynie w Bogu, wysłał do sanktuarium Matki Bożej Zwycięskiej w Paryżu prośbę o odprawienie nowenny w intencji odzyskania zdrowia przez jego córeczkę. Miała wtedy osiem lat. Modlitwy przyniosły skutek i stan duszy Tereski wkrótce odmienił się.


Po kilku latach harmonii i intensywnego przeżywania więzi z Panem Bogiem czternastoletnia dziewczyna doszła do wniosku, że chce znaleźć się w zakonie karmelitańskim, do którego wstąpiła wcześniej jej siostra Paulina. Ojca nie było trudno przekonać, ale „schody” zaczęły się później. Kapelan klasztoru uznał bowiem, że petentka jest zbyt młoda, a wobec jej nalegań, odesłał ją do biskupa. Od biskupa Tereska usłyszała to samo. Pozostała zatem tylko jedna możliwość…


Ojciec Święty Leon XIII ogłosił właśnie obchody jubileuszu swego kapłaństwa w roku 1887. Teresce udało
się nakłonić swego tatę do odbycia pielgrzymki do Rzymu. Dotarłszy na miejsce, ustawili się w kolejce po błogosławieństwo papieskie, a gdy przyszła ich kolej, dziewczę przemówiło do papieża, prosząc o zgodę. Papież miał odpowiedź: Jeśli taka jest wola Boża – wstąp.


Ofiara za grzechy ojczyzny

Kolejny okres życia św. Tereski stanowi skumulowanie wszystkich cierpień. Dziecko wychowane w dostatku nagle znalazło się w zakonie o bardzo ostrej regule. W klasztorze panowało przenikliwe zimno, cele, ­korytarze i kaplica były nieogrzewane, a do spania na twardym sienniku siostry otrzymywały tylko jeden koc. Często nie mogła więc spać w nocy z powodu zimna i przysypiała potem na modlitwie. Miała też wielkie trudności ze skupieniem się na rozmyślaniach duchowych, którym mniszki poświęcały aż dwie godziny dziennie. Był to wszakże jedynie drobny przedsmak cierpień, jakimi Pan Bóg pragnął zahartować i przysposobić do niebiańskiej nagrody jej szlachetną duszę.


Niedługo po wstąpieniu do klasztoru doszły ją wieści o chorobie psychicznej, na którą zapadł jej ukochany ojciec. Do tego ona sama zachorowała na gruźlicę, ponieważ jej słaby organizm nie wytrzymał ciężkich warunków życia. A do tego doszły jeszcze innego rodzaju cierpienia…


Tereska słuchając o skutkach straszliwej rewolucji we Francji, poczuła nieodparte pragnienie zadośćuczynienia za tak wielkie grzechy. Pan wysłuchał jej prośby i tak zaczęła się dla tej Bożej służebnicy droga prawdziwego naśladowania Ukrzyżowanego Chrystusa.


W poszukiwaniu sensu

Od początku drogi zakonnej Święta doświadczała utrapień duchowych – teraz jednak okazało się, że miała już na zawsze porzucić na tej ziemi słodycz płynącą z Bożego pocieszenia. Miała świadomość, iż Bóg jest, ale zupełnie przestała to odczuwać.


Swoją relację z Bogiem zaczęła nazywać „małą drogą”. Zachęcała wszystkich do naśladowania samego Chrystusa, który powiedział: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty.


Poruszona przez Miłość, coraz bardziej stateczną i wciąż pozbawioną pierwiastka uczuciowego, pisała: Jedynie tylko Jezus jest, nic innego nie jest. Odkrywała Jego piękno i nadzieję, jaką zostawił ludziom: On jest piękną lilią naszych dusz. Tak! Oblicze Jezusa jest promienne, ale jeżeli jest ono tak piękne pośród ran i łez, jakież będzie, gdy ujrzymy je w Niebie?


Na niwie cierpień wykwitała miłość coraz bardziej niepohamowana i pragnąca ofiar. Ale Tereska odczuwała coraz silniej skumulowane w sobie pragnienie spełniania naraz wszystkich powołań, jakie istnieją w Kościele…


Święta wyznawała, iż pragnie „oświecać dusze jak Prorocy, Doktorzy”, być misjonarzem w różnych częściach świata jednocześnie i ponieść wszystkie możliwe rodzaje męczeństwa, by tylko wstąpić w ślady Chrystusa i zjednoczyć się z Nim.


Miłość jest wszystkim

W poszukiwaniu odpowiedzi na swe rozterki, św. Tereska sięgnęła do listów świętego Pawła, gdzie przekazuje on nauczanie o Mistycznym Ciele Chrystusa i różnych rodzajach powołania jego członków. Z lektury wyciągnęła najważniejszą lekcję, iż wszystkie dary Boże i rodzaje powołania nic nie znaczą… bez miłości. Odpowiedź tak prosta, ale będąca prawdziwym objawieniem dla tej Bożej wojowniczki! – Zrozumiałam, że miłość zawiera w sobie wszystkie powołania, że miłość jest wszystkim, obejmuje wszystkie czasy i wszystkie miejsca, jednym słowem – jest wieczna – pisała.


Dopiero wraz z tym odkryciem jej Mała Droga stała się pełna, a szerokie pragnienie miłości rozrywające dotąd serce Tereski, w całości zostało ukierunkowane na to, w czym może ona okazać miłość swemu Panu – na doskonalenie w codziennym cierpieniu i pokonywaniu samej siebie. Okazuje się, że nie trzeba wyjeżdżać na pole bitwy, aby być prawdziwym zwycięzcą.


Wystarczy odnosić triumfy w codziennych drobnych potyczkach, co dla świętej Teresy od Dzieciątka Jezus oznaczało rozmaite umartwienia woli i miłości własnej.


Święta na wszystkie czasy

Powtarzając za świętym Piusem X, iż święta Teresa z Lisieux jest „największą świętą na współczesne czasy” – można powiedzieć więcej. Jest ona jedną z największych świętych na wszystkie czasy, ponieważ daje prawdziwie katolicką odpowiedzieć na pytanie o sens życia, które od zawsze zadaje sobie człowiek.

 

Filip Obara

 


Ten artykuł przeczytałeś dzięki ofiarności Darczyńczów. Wesprzyj nas i zostań współtwórcą "Przymierza a Maryją".

NAJNOWSZE WYDANIE:
100. jubileuszowy numer
Drodzy Przyjaciele,
Przymierze z Maryją – te dwa słowa będące tytułem pisma, którego 100. numer otrzymujecie właśnie do rąk, mogą być jednocześnie receptą na wszystkie problemy osobiste, problemy naszej Ojczyzny, świata i Kościoła.
Przymierze oznacza szczególną relację, związek, więź. Przywodzi ono na myśl historię Narodu Wybranego i tę szczególną więź, jaka łączyła go z Bogiem. Przede wszystkim kojarzy się jednak z Nowym Przymierzem, które zostało zawarte z Bogiem poprzez Ofiarę Jezusa Chrystusa i Jego Zmartwychwstanie.


UWAGA!
Przymierze
z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE
 
Spotkanie z Maryją
Karol Wolniakowski

W dniach 5–8 maja odbyła się kolejna pielgrzymka Apostołów Fatimy, której miałem zaszczyt być jednym z opiekunów. Były to wyjątkowe cztery dni wypełnione obecnością Matki Bożej.

 

Na pierwsze spotkanie z uczestnikami wyjazdu, które odbywało się na krakowskim Kazimierzu, poszedłem lekko stremowany, ponieważ pierwszy raz miałem wyjeżdżać za granicę jako opiekun grupy. Cała trema i niepewność zniknęły jednak dość szybko. Zobaczyłem pielgrzymów pełnych wigoru i zapału, niemogących się doczekać, by odwiedzić Maryję w Fatimie.

 

Pielgrzymka rozpoczęła się już o trzeciej rano, przejazdem na lotnisko w Balicach. Pomimo że dla większości z nas był to pierwszy lot samolotem, na twarzach pielgrzymów nie dało się zauważyć strachu. Wręcz przeciwnie. Wszyscy wiedzieli, że nie może przydarzyć się nam nic złego, ponieważ udajemy się do Matki, której zawierzyliśmy powodzenie naszej wyprawy.

 

Sama Portugalia przywitała nas pięknym słonecznym niebem, wraz z przyjemnie chłodzącymi, delikatnymi podmuchami wiatru. Nie mogliśmy z tego nie skorzystać i nasze odkrywanie kraju trojga fatimskich pastuszków rozpoczęło się zaraz po wylądowaniu w malowniczo ułożonej na brzegu oceanu Lizbonie, którą przejechaliśmy wzdłuż i wszerz. Po tej przejażdżce, wyruszyliśmy do Fatimy.

 

Po przyjeździe do hotelu nikt nie marnował czasu na długi odpoczynek. Jeszcze przed kolacją w zarezerwowanej dla nas kaplicy towarzyszący nam kapłan, ks. Przemysław Drąg, odprawił dla nas nabożeństwo, a późnym wieczorem udaliśmy się na plac przy Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, w miejsce gdzie 101 lat temu Maryja poleciła wybudować świątynię. Zebraliśmy się tam wraz z tysiącami wiernych, aby uczestniczyć we wspólnym Różańcu i procesji ze świecami.

W Fatimie nie było czasu na nudę. Pomimo bardzo napiętego terminarza, nikt nie narzekał na zmęczenie. Maryja dodawała sił nam wszystkim.

Nazajutrz, zaraz po porannej Mszy Świętej, zwiedziliśmy muzea fatimskie, by następnie odprawić Drogę Krzyżową w miejscu, gdzie pastuszkowie spotkali Anioła, który zapowiedział im Objawienia Matki Bożej. Oczywiście nie mogliśmy pominąć malowniczego miasteczka Aljustrel, gdzie urodzili się i wychowali św. Franciszek i św. Hiacynta Marto oraz ich kuzynka, Łucja dos Santos. To jednak nie był koniec pełnego wrażeń dnia. Zaraz po kolacji przenieśliśmy się na plac, gdzie rozpoczęliśmy palenie ponad 200 świec przesłanych przez polskie rodziny w ramach akcji „Twoje światło w Fatimie”.

 

Trzeci dzień naszej pielgrzymki przeznaczony został na zwiedzanie. Po Mszy Świętej wyruszyliśmy do urokliwej miejscowości Batalha, gdzie podziwialiśmy klasztor Matki Bożej Zwycięskiej, postawiony jako wotum wdzięczności króla Jana I za zwycięstwo w bitwie pod Aljubarrotą, które przyniosło Portugalii niepodległość. Monumentalne wnętrze wapiennej budowli, będące perłą manuelińskiego stylu gotyckiego, każdego z nas wprawiło w zachwyt.

 

Niemniej podniosłe uczucia towarzyszyły nam w opactwie cystersów Santa Maria de Alcobaça, podobnie jak Batalha wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dzień zwiedzania zakończyliśmy w Nazaré, gdzie z tarasu widokowego zobaczyliśmy wspaniałą panoramę wybrzeża Oceanu Atlantyckiego.

 

Czwarty i zarazem ostatni dzień upłynął nam na podróży do Krakowa. Choć nasza przygoda z Fatimą dobiegła końca, każdy z uczestników mógł czuć się w pełni usatysfakcjonowany. Wyruszyliśmy do Portugalii pełni nadziei i oczekiwania na spotkanie z Maryją, wróciliśmy szczęśliwi i wypełnieni Matczyną miłością.


Listy od Przyjaciół
 
Listy od Przyjaciół

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 

Na wstępie pragnę wyrazić moją wdzięczność za przysyłane mi materiały… Jako Apostoł Fatimy staram się codziennie szczerze modlić. Staram się też dawać świadectwo choćby w rozmowach z ludźmi, których spotykam na swej drodze, a szczególnie z młodzieżą gimnazjalną, z którą mam styczność. Odpowiadając na ich różnorakie problemy, przytaczam im przykład Objawień Matki Bożej w Fatimie i postawę pastuszków, którzy mimo młodego wieku, tyle wycierpieli, a jednak nigdy nie zapomnieli o modlitwie i rozważaniu Różańca. Co więcej, odmawiali sobie przyjemności, podejmując wiele wyrzeczeń, do których nie byłby zdolny niejeden dorosły.

 

Ja też – ze Zbawicielem – niosę swój krzyż, którym jest choroba mojego syna, Marcina. W wieku 28 lat zachorował na schizofrenię. Ktoś, kto ma lub miał wśród najbliższych kogoś z tą chorobą, potrafi w pełni zrozumieć mój ból, zwłaszcza, że syn mając już 37 lat nadal uważa się za zdrowego i nie chce się leczyć. Od skończenia studiów nie jest w stanie podjąć pracy. Każda moja próba namówienia go na to, by starał się o rentę, bardzo go irytuje. Pozostaje mi jedynie modlitwa w jego intencji i w niej pokładam nadzieję. Syn już raz doznał łaski uzdrowienia – został uleczony z reumatoidalnego zapalenia stawów. Stało się to podczas wizyty Jana Pawła II w Siedlcach w 1999 roku. Syn przebywał wówczas w tutejszym szpitalu na oddziale ortopedycznym. Nam wtedy było dane być bliżej papieża i gorąco modliliśmy się o zdrowie dla syna. Od tego czasu po chorobie nie ma śladu. Nieustannie przypominam synowi to zdarzenie. Wierzę, że Bóg go nie opuści. Jak każda matka chciałabym, aby syn znalazł swą drogę życiową, abym mogła spokojna odejść do Pana. Proszę o modlitwę do Matki Najświętszej w intencji Marcina, licząc na to, że Najlepsza Matka rozumie ból matki. Pan Jezus powiedział przecież: „Proście, a będzie Wam dane”…

 

Pozdrawiam Was serdecznie i modlę się o błogosławieństwo Boże dla całego Apostolatu Fatimy.

Elżbieta z Siedlec

 

 

Droga Redakcjo!

 

Dziękuję serdecznie za przesyłanie tak wartościowej literatury jaką jest „Przymierze z Maryją”. Treści w nim zawarte i problemy tam poruszane stanowią dla mnie oraz moich sąsiadów rzetelną informację na tematy związane z Kościołem w Polsce i na świecie. Obecnie sytuacja moja i mojej rodziny nie jest łatwa, lecz polecam nas wszystkich Opatrzności Bożej. Polecam również Bogu Jedynemu Wasze dzieło i Waszą pracę. Jeszcze raz dziękuję za wszystko i pozdrawiam serdecznie. Szczęść Boże!

Edward z Częstochowy

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 

Dziękuję z całego serca za modlitewne wsparcie. Głęboko wierzę, że Fatimska Pani ma mnie i moją rodzinę w Swojej opiece. Przekonałam się o tym, gdy przyszło się nam zmierzyć z chorobą nowotworową męża. W lutym 2015 roku przeszedł trudną, trwającą 13 godzin, operację. Usunięto mu guza dna jamy ustnej i języka. Wszyscy mówili, że nie będzie mówił, że będzie miał problemy z połykaniem. Wszystko to było bardzo przerażające. Kiedy zobaczyłam go po operacji, byłam pełna wątpliwości. Wtedy chciałam być tylko sama, daleko od ludzi. W pewnej chwili powiedziałam sobie: „przecież on żyje, a ty musisz zrobić wszystko, żeby wyzdrowiał”. Wtedy zawierzyłam go Bogu Miłosiernemu i Matce Bożej. Cały czas jednak czułam lęk o jego życie i miałam wątpliwości, czy sobie z tym wszystkim poradzę. Wtedy otrzymałam od mojej siostry Nowennę Pompejańską. Już pierwszego dnia modlitwy zaczęłam odzyskiwać spokój wewnętrzny i głęboko wierzyłam, że mój mąż zostanie uzdrowiony. Z dnia na dzień ten spokój się pogłębiał, a ja zaczęłam poświęcać coraz więcej czasu na modlitwę. Każdego dnia odmawiam Różaniec, Koronkę do Bożego Miłosierdzia oraz inne modlitwy. Te około 1,5 godziny dziennie, które na to przeznaczam, pozwala mi się wyciszyć i jest moją siłą do działania. Czuję, że z Bogiem mogę wszystko. Mam w sobie tyle siły i wierzę, że wystarczy mi jej na długo. Wiem, że to wszystko stało się i dzieje się za przyczyną Miłosiernego Jezusa i Najświętszej Maryi Panny. Modlitwa różańcowa jest moim oparciem i błogosławieństwem na każdy dzień.

Serdecznie pozdrawiam

Elżbieta ze Zduńskiej Woli

 

 

Szanowny Panie Redaktorze!

 

Dopiero od niedawna otrzymuję pismo „Przymierze z Maryją” i przyznam, że zaskoczyła mnie informacja o jego tak długim stażu. Szczerze gratuluję tego Jubileuszu, będącego efektem wytrwałej pracy, a przede wszystkim wiary w sens tego posłannictwa.

Jako siedemdziesięciolatek, śledzący nie od dziś wydawnictwa religijne, jestem pod wrażeniem poziomu pisma, podejmowanych tematów i wnikliwości autorów w ich przedstawianiu. Oczywiście – moim zdaniem – istnieją także punkty słabsze albo wywołujące kontrowersje, ale to poniekąd naturalne. (…)

Raz jeszcze gratuluję i – wyrażając szczere uznanie dla pracy Autorów i Wydawcy – życzę owocnej apostolskiej siejby. Szczęść Boże!

Z uszanowaniem

Jerzy z Rybnika

Kochani moi!

 

Dziękuję Bogu za to, że Wasz Instytut istnieje, rozwija się i tak pięknie pracuje dla większej chwały Bożej. Przed laty zachorowałam na nowotwór narządów rodnych. Podjęłam ten krzyż i zwróciłam się o pomoc do Boga z wielkim zaufaniem, aby dodał mi sił. Wszystkie moje cierpienia każdego dnia łączyłam z nieskończonymi zasługami Męki i Śmierci Jezusa Chrystusa, i ofiarowywałam je za nawrócenie grzeszników, za wszystkie dusze w czyśćcu cierpiące, za zbawienie dusz. I to czynię do dzisiaj. Bóg w Swej hojności udzielił mi o wiele więcej łask, niż prosiłam. Pół roku później byłam już po leczeniu. Cały czas czułam pomoc Bożą i opiekę najlepszej z matek, Maryi. Bóg uzdrowił mnie całkowicie. Wróciłam do pracy – jestem pielęgniarką na oddziale wewnętrznym. Jest mi ciężko, bo sił fizycznych mam mniej niż przed chorobą, ale czuję pomoc Trójcy Świętej i Maryi. W moim życiu Bóg jest na pierwszym miejscu i Jego wola jest w pierwszej kolejności do wypełnienia. Chcę każdemu mówić, że jarzmo Boga jest słodkie, a brzemię lekkie, jeśli wszystko odda się Jemu.

 

Pozdrawiam Was, którzy z miłości do Maryi i Jej Syna podejmujecie tak wspaniałe dzieło. Niech Królestwo Jezusa Chrystusa rozszerza się na serca, które jeszcze Go nie znają. Szczęść Boże!

Maria