



Media w ostatnim czasie pełne były informacji o projekcie ustawy, która miałaby rzekomo pomóc małżeństwom mającym problemy z poczęciem potomstwa. Tym „wspaniałym” lekarstwem na problemy wielu bezpłodnych par ma być in vitro. Niestety, w rozmowach z osobami, które uważają się za katolików, można często usłyszeć: „ale co złego w tym, że dzięki tej metodzie bezdzietne małżeństwa doczekają się upragnionego potomstwa?”. W tym na pozór niewinnym pytaniu kryje się nieznajomość zasad moralnych nauczanych przez Kościół, jak również brak prawdziwej wiedzy o tym, czym jest w praktyce owa „niewinna” metoda „leczenia” bezpłodności.
W wyniku połączenia komórek żeńskich i męskich pobranych od jednej pary uzyskuje się kilka ludzkich zarodków – istot ludzkich. Uzyskane w ten sposób zarodki selekcjonuje się i spośród nich wybiera od dwóch do czterech, które za pomocą cewnika laboratoryjnego umieszcza się w organizmie kobiety. Resztę niewykorzystanych ludzkich istot (zarodków) zamraża się i przetrzymuje w lodówkach. Niektóre z nich wykorzystuje się do następnych prób wszczepienia kobiecie jeśli poprzednie zabiegi kończą się odrzuceniem (poronieniem) przez jej organizm. Inne pozostają „niewykorzystane” i zalegają w lodówkach. To proste przedstawienie sprawy w zasadzie już powinno w każdym przeciętnie rozgarniętym człowieku, a na pewno w katoliku, wzbudzić moralny sprzeciw wobec in vitro.

