Z dziecięcej biblioteczki
 
Ciężar Krzyża Świętego
W jednym ze słonecznych miast Andaluzji trwały przygotowania do wojny. Don Mancio, władca zamku, wiódł swoich rycerzy na wojnę z Maurami. W słońcu błyszczały hełmy wojowników hiszpańskich sunących naprzód, do walki w obronie wiary katolickiej. Na wietrze kołysały się zdobne pióropusze, a wspaniałe arabskie rumaki kręciły się niespokojnie, przeczuwając bitwę. Wszystko to stanowiło scenę zapierającą dech w piersiach.

Rozstanie

Kiedy zamek był już ledwie widoczny zza drzew i krzewów gaju oliwnego, Don Mancio pomyślał o żonie i dziecku, których dopiero co opuścił. Minęły cztery lata, od kiedy przyprowadził swoją szlachetną małżonkę do tego domu. Ich syn miał już trzy lata. Teraz, kiedy wybiła godzina bólu, godzina próby, dzielnie ją wytrzymali.
Don Mancio odziany w zbrojną kolczugę i białą tunikę z czerwonym krzyżem, jaką zwykli nosić krzyżowcy, pomachał ręką do żony i synka po raz ostatni. Po chwili odjechał, by walczyć z niewiernymi Maurami dla swojego Pana Jezusa i ukochanej Hiszpanii!
- To dobrze - powiedziała w duchu jego młoda żona, z trudem powstrzymując łzy. - Mój rycerz pojechał walczyć z powodu Krzyża, nie zaś na marną, książęcą wojnę. Niech cię Bóg błogosławi Mancio, niech cię zachowa w swojej opiece, a nawet jeśli polegniesz w walce za słuszną sprawę, Jezus będzie przy tobie.
- Biada mi - pomyślał. - Być może już nigdy ich nie zobaczę! Dobry Boże, zachowaj ich w swojej opiece - modlił się rycerz.
W końcu dotarł do miejsca przeznaczenia. Kiedy nad polem bitwy wstał dzień, w żyłach rycerza, na widok powiewającego sztandaru z półksiężycem, zagotowała się krew. Jego czerwony krzyż na piersiach płonął, a miecz wzniósł się w powietrzu. Był gotów do zderzenia z zakrzywionym ostrzem muzułmańskiej szabli. Słychać jak stal uderza o stal. Chrześcijanin i Maur starli się w krwawym boju.

Walka i niewola

Walka była zaciekła. Do zmierzchu wielu wojowników chrześcijańskich spotkało się z Bogiem twarzą w twarz. Wielu innych, pośród których znalazł się także Don Mancio, wziętych zostało do niewoli przez muzułmanów.

* * *

Gdy wypełniony niewolnikami okręt płynął w stronę pustynnej Afryki, Don Mancio patrzył na znikające wybrzeże Hiszpanii, myśląc z trwogą o tym, co się stanie z żoną i dzieckiem.
W Afryce uwięziony rycerz dzień za dniem, w upalnym słońcu i pod okiem bezlitosnych Maurów, ciężko pracował. Znosił to wszystko mężnie i cierpliwie. Było to możliwe, gdyż posiadł tajemniczą, dostępną tylko nielicznym wiedzę o tym, że cierpliwe znoszenie niedoli przyniesie kiedyś pociechę. Tylko nieliczni o tym wiedzą, gdyż tylko niewielu jest w stanie ochoczo znosić ogromne męczarnie dla Tego, który umarł i wskazał drogę wiodącą do wielkiej radości poprzez ciernisty szlak cierpienia.
Przez dziesięć lat niewoli Don Mancio znosił chłosty i ciężar łańcuchów. Przez cały ten czas nie miał żadnych wieści z domu. Codzienny trud, uderzenia biczem, głodowe racje jedzenia oraz inne okropności były o wiele łatwiejsze do zniesienia, aniżeli brak jakichkolwiek wiadomości od najbliższych.... Czy żyją? Czy jeszcze są w Hiszpanii? Czy myślą, że on poległ? Czy dowiedzieli się o jego losie? - te pytania dręczyły jego umysł.


Ukrzyżowany przyjaciel

Samotny, w niewoli znalazł tylko jednego Przyjaciela i nauczył się go kochać w cierpieniu. Owego Przyjaciela widywał codziennie, kiedy mijał bramę miasta i wychodził na pola ciężkiej pracy. Powyżej głównej bramy miejskiej był umieszczony Krzyż, na którym wisiał naturalnej wielkości Zbawiciel. Ten krucyfiks został wykradziony przez Maurów z jakiegoś pięknego kościoła hiszpańskiego. Wisiał tam w pogardzie, tylko po to, by go kalać plwocinami, kamieniami i obelgami, które ciskali niewierzący, przechodząc przez bramę. Znów Syn Człowieczy był krzyżowany...
W żyłach Don Mancio gotowała się krew. - Ach gdybym tylko nie miał łańcuchów na rękach, a u mego boku wisiałby miecz, pomściłbym honor mojego Zbawcy.
Lecz niestety, nic nie mógł zrobić. W sercu złożył uroczystą przysięgę. Jeżeli z woli Bożej zostanie uwolniony, to nie spocznie dopóty, dopóki nie ocali tego krucyfiksu i umieści go w jakimś sanktuarium, w którym miłość i cześć starłyby hańbę tych wszystkich lat zniewag i wzgardy. Śnił o tym po nocach, myślał za dnia, podczas gdy smutne rysy twarzy Ukrzyżowanego wrastały w jego serce i odciskały się tak, jak kiedyś na chuście św. Weroniki.
W końcu minęło dziesięć długich lat niewoli. Don Mancio nie wiedział, że świt był bliski. Jednak zanim miał ujrzeć światło, nadeszła próba ognia.

Nadzieja i...

Czasami zza morza przybywali dzielni misjonarze hiszpańscy, którzy gorliwie służyli biednym skazańcom, stawiając czoła śmierci i niebezpieczeństwom. Niektórzy przywozili ze sobą złoto, wysyłane przez rodziny uwięzionych, na wykup z niewoli. Ale ze złotem czy bez, misjonarze zawsze przynosili otuchę płynącą z wiary oraz radość w sakramentach świętych, którymi służyli wygłodniałym duszom.
Wreszcie pewnego razu przybył pewien zakonnik, który zaczął wypytywać o Don Mancio. A oto historia, którą opowiedział. Aż do tej pory nie docierały do żony wieści o jego losie. Czasami myślała, że mąż poległ na polu walki. Jednak stale trudziła się i dowiadywała, a przede wszystkim cierpiała. Wraz z synem odmawiali sobie wszystkiego, po to, aby zgromadzić środki potrzebne na wykup w razie, gdyby okazało się, że żyje i przebywa w niewoli. I oto traf sprawił, że odnaleziono jego ciemnicę, a oto okup, dzięki któremu wyjdzie na wolność.
Tak więc, jeszcze tylko jedną noc miał spędzić w niewoli...

Wielka próba

Tej nocy Don Mancio ułożył swoją głowę na pryczy i wcale nie odczuwał niewygody. Za kilka godzin, pomyślał, jego okup zostanie położony na wadze i zapewni mu powrót do domu! Serce Don Mancio zaczęło bić szybciej, a oczy rozweseliły się; widzi żonę, syna, słyszy słowa przywitania, czuje ich objęcia. Czy to sen? Ile razy miewał takie sny, które drwiły z jego osamotnienia, roztaczając przed nim wizje domu? Ale tym razem to nie był sen. Przecież widział franciszkańskiego mnicha, który przywiózł okup. O tak! Jutro będzie wolny... Wtem, jak grom z jasnego nieba, jego umysł przeszyła pewna myśl. Krucyfiks! W swojej wyobraźni widzi to święte ciało, wiszące na żelaznym krzyżu ponad haniebną bramą. Widzi to święte oblicze, spoglądające na niego. Widzi twarz, która odcisnęła się w jego sercu do tego stopnia, jakby została tam wyryta. Obraz Chrystusa ukrzyżowanego tylko na chwilę został przyćmiony nową radością, jaka zapanowała w nim na myśl o uwolnieniu. Jednak głęboko w sercu pozostał Pan i Władca świata. Wydawało mu się, że słyszy majestatyczny i słodki głos: - Mancio, zapomniałeś o Mnie w swojej radości? Powrócisz i zostawisz Mnie? - Mój Boże! Cóż mogę uczynić? Nie mam żadnych pieniędzy! Jak tylko wyjdę z niewoli, moim pierwszym zajęciem będzie gromadzenie środków potrzebnych na wykupienie Ciebie. - Jak wyjdę! Ale, czy naprawdę możesz wyjść i Mnie zostawić? - przemknęła mu myśl, która jak miecz przeszyła serce. - Mój okup! Za to wykupię krzyż! Lecz czyż był na tyle silny, aby znowu stawić czoła temu strasznemu życiu w uwięzieniu i czy mógł pozbawić szczęścia dziecko i żonę?
- Ach, Mój Boże! Nie możesz wymagać ode mnie takiej ofiary!
Ale głos znowu pytał: - Wyjedziesz stąd i Mnie zostawisz?

Don Mancio nie zasnął tej nocy. Pełna bólu walka rozdzierała jego duszę. Dwie miłości spotkały się twarzą w twarz: miłość do najbliższych mu osób oraz miłość do Ukrzyżowanego.
- Jezu - łkał - nie chcę swego ocalenia dla samego siebie. Dla Twojej bolesnej męki, na Twój krzyż, ulituj się nade mną. Oddal ten kielich goryczy.
Lecz głos - tak bardzo błagający - jeszcze raz powtórzył w głębi jego duszy: - Wyjedziesz stąd i zostawisz Mnie tu samego?
A w sercu Don Mancio głośniejszy głos odpowiedział:
- Czy jesteś w stanie zostać i posłać zamiast siebie ten ciężki, żelazny krzyż? Czy możesz zranić serce, które oczekuje na ciebie, które odlicza dni i godziny? Pomyśl o swojej tęskniącej małżonce, o dniach i nocach, które przepłakała? Czy chcesz sprawić, aby ponownie to wszystko zaczęło się dziać? Przynajmniej żałuj jej, jeśli nie siebie.
Jeszcze raz ten sam głos, słabszy, ledwie słyszalny, lecz dostojny powiedział: - Ten, kto kocha ojca czy matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien.
- O Boże - zapłakał Mancio, - Miej litość, ocal mnie, oddal ten kielich goryczy.
Potem w tej samej strasznej godzinie jego udręczona dusza dostrzegła ustronny ogród, a w nim Boga Człowieka pocącego się krwią. On także znał cenę, straszną cenę, mającego nadejść żalu wszystkich tych, którzy go kochali. On także zniósł ten rozdzierający ból serca i także się przed nim wzdragał. Umartwienie Mancio spokojnie narastało na tle mistycznej agonii Boga. - Boże Mój! Boże Mój! Nie mogę. Nie wyjadę. Nie pozostawię Cię samego w Twoim wstydzie. Wstał pokrzepiony. Walka się skończyła. Wstał jak tylko wyłonił się świt. Dzisiaj okup będzie zapłacony, ale nie za niego. On wciąż pozostanie niewolnikiem, ale już nie jest smutny z tego powodu. Jest zadziwiająco spokojny. Czyż Jezus Chrystus nie zapowiedział, że Jego śmierć na krzyżu przyniesie wieczną radość? Jest to radość znana tylko mężnym duszom, takim jak dusza Don Mancia. - Ten, który straci swoje życie dla Mnie, zyska je. Czasami nawet tu, na ziemi.

Odkupiony i odkupiciel

Rynek był zatłoczony. Maur i chrześcijanin, pan i niewolnik, wszyscy gromadzili się, aby być świadkami dziwnej sceny. Szybko rozeszła się wiadomość o tym, że jeden z uwięzionych, którego okup przybył wczoraj z Hiszpanii, zrezygnował z nadziei na wolność i zamierza go przeznaczyć na wykupienie starego krucyfiksu, który tak długo wisiał nad bramą. - On z pewnością musi być szalony - mówili i chrześcijanie, i Maurowie. - Ten chrześcijański szlachcic zamiast siebie pośle żonie bezwartościowy kawałek żelastwa, podczas gdy sam pozostanie w niewoli aż do śmierci. - Ktoś inny powiedział: - Mówi się, że Maur żąda za ogromny żelazny krzyż tyle srebrnych dukatów, ile on waży, i nie przyjmie mniej. Masywny krzyż jest cały wykuty z żelaza, podobnie figura Pana Jezusa.
- Spójrzcie! Właśnie idą ważyć okup. - Chrześcijanie i Maurowie tłoczyli się wkoło, aby zobaczyć, co się stanie. Maurowie z szyderstwem, chrześcijanie ze zdziwieniem, podnosząc na duchu niewolnika i modląc się. Cóż to za człowiek, który poświęca siebie dla krzyża świętego?! - dziwili się zgromadzeni wkoło ludzie.
- Dobrze się zastanowiłeś synu? - spytał franciszkanin w momencie, gdy silni mężczyźni kładli na wagę krzyż. - Dobrze się zastanów. Ta ogromna suma pieniędzy, którą przywiozłem, by cię wykupić, będzie musiała nieznacznie przeważyć szalę, na której jest ten ogromny krzyż. Twoja żona wiele lat poświęciła na zebranie takiej kwoty, i nie wiadomo, czy zdoła kiedykolwiek jeszcze uzbierać?! Czy zatem dobrze znasz koszty?
Przez jedną krótką chwilę gęsta mgła pojawiła się przed oczyma Don Mancio, ale zaraz stanowczo odpowiedział - Ojcze, dobrze się zastanowiłem i jestem gotów.
- Niech tak będzie.
Na jednej szali położony został ciężki krzyż, a na drugą spadały srebrne monety. Mężczyźni wstrzymywali oddech, licząc dukaty, których brzęk rozchodził się w powietrzu. Jednak szala z ciężkim krzyżem nie przeważała się. - Jeden, dwa, trzy, dwanaście, dwadzieścia... - liczył ojciec modląc się przy tym przez cały ten czas o to, aby wystarczyło monet.
Ale czyż nie było powiedziane, że nasz Pan nie odda stokroć więcej za każdy akt miłości? Zaledwie trzydzieści srebrnych dukatów spadło na wagę, kiedy nagle szala na której leżał krucyfiks uniosła się wysoko, podczas gdy druga z monetami opadła. Cud! Wystarczyło zaledwie trzydzieści srebrnych dukatów! Ten, który dawno temu został sprzedany za trzydzieści srebrników, teraz pragnął być odkupionym za tę samą sumę, aby reszta wystarczyła na uwolnienie wiernego sługi.
Ukrzyżowany, który przez te wszystkie lata był jedynym przyjacielem rycerza, nie odszedł sam i nie pozostawił Don Mancia w niewoli. Obaj odkupiony i Odkupiciel zostali uwolnieni.

Tłum. Agnieszka Stelmach
The Weight of the Holy Cross,
„Crusade Magazine", May-June, 1995


NAJNOWSZE WYDANIE:
Znak, któremu sprzeciwiać się będą
Pamiętajmy jednak, że cierpieć dla Chrystusa, to nie tylko przelać za niego krew, ale również zaprzeć się siebie i poświęcić swoje życie dla służby Bogu i bliźniemu. To dokładne i z miłością wykonywanie obowiązków, zwłaszcza tych przykrych; to pokorne przyjmowanie wszelkich osobistych dramatów, trudów i przeciwności – tak jak nas tego nauczył nasz Pan: Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!

UWAGA!
Przymierze z Maryją
WYSYŁAMY
BEZPŁATNIE!
 
Warto wierzyć!

Pani Renata należy do parafii pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Suchej Beskidzkiej. Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi wspiera już od 2005 roku, a w 2013 roku przystąpiła do Apostolatu Fatimy.

 

Pani Renata urodziła się w Poznaniu, skąd po kilku latach wraz z rodzicami wyjechała do Opola, gdzie jej tata pracował jako zawiadowca stacji kolejowej. W Opolu spędziła lata szkoły podstawowej i średniej. Po ukończeniu edukacji wyszła za mąż i zamieszkała w Sosnowcu. – Tam było wówczas ciężkie powietrze przy kopalniach i nasz syn zachorował na astmę. Wtedy mąż dostał przeniesienie służbowe z pracy właśnie do Suchej Beskidzkiej i tu przywędrowaliśmy, gdy syn miał dwa latka. Tak że mieszkamy tutaj już od 50 lat – opowiada.


Stowarzyszenie i Apostolat


– O istnieniu Stowarzyszenia dowiedziałam się chyba, jeśli się nie mylę, w 2005 roku. Właśnie gdzieś wyczytałam, być może, że to była ulotka albo coś takiego, i się zapisałam, a po pewnym czasie przystąpiłam do Apostolatu Fatimy.


– Lubię te wszystkie wizerunki Matki Bożej, jakie mam w kalendarzu „365 dni z Maryją”, który otrzymuję ze Stowarzyszenia. Zresztą kalendarz zamawiam też dla rodziny i dla koleżanki. Z kolei „Przymierze z Maryją” zbieram, a jak jest jakiś artykuł, który może zainteresować moją przyjaciółkę, to jej zanoszę. Mnie najbardziej ciekawią świadectwa Apostołów Fatimy.

Jest ktoś, kto nad nami czuwa


– Myślę, że warto wierzyć, warto modlić się na różańcu, bo zawsze Ktoś jednak nad nami czuwa, tam gdzieś z góry i te modlitwy prędzej czy później zawsze zostają wysłuchane. Staram się odmawiać Różaniec codziennie, a poza tym bardzo lubię śpiewać pieśni Maryjne.


– W swojej parafii chodzę od niedawna na nabożeństwo do św. Charbela, a 22 dnia każdego miesiąca jeżdżę z koleżanką do Sanktuarium Matki Bożej Opiekunki i Królowej Rodzin w Makowie Podhalańskim na nabożeństwo do św. Rity. Święta Rita pomogła mi w pewnej sprawie. Jeździłam co miesiąc przez rok i po prostu ta moja prośba została wysłuchana.


Pani Renata darzy zaufaniem i szacunkiem osoby duchowne, co wynika między innymi z jej osobistego doświadczenia: – Gdy miałam trudny okres w życiu, udałam się do jednego z naszych księży i on bardzo mi pomógł – wspomina.


– Kiedyś byłam nad morzem, w Kołobrzegu. Tam jest zupełnie inaczej. Nie ma takich pełnych kościołów jak w Suchej
– zauważa różnice w pobożności różnych regionów Polski. To rodzice wychowali mnie w takiej, a nie innej wierze. Pamiętam, jak mama nas budziła rano i na szóstą chodziliśmy na Roraty. Wspólnie udawaliśmy się też na majówki.

Miłośniczka pielgrzymek autokarowych


Teraz ze względów zdrowotnych nie mogę dużo chodzić, ale za to chętnie jeżdżę na pielgrzymki autokarowe. Zawsze raz w roku jadę ze swojej parafii na całonocne czuwanie do Matki Bożej, do Częstochowy. Z parafii towarzyszą nam dwaj, czasem trzej księża; jadą trzy, a nawet cztery autobusy. Wszystko zaczyna się o dziewiątej wieczorem i trwa do piątej rano. Specjalnie dla nas jest przygotowane miejsce blisko ołtarza, gdzie śpiewamy pieśni, modlimy się i odprawiana jest Msza. Towarzyszy nam nasza parafialna schola. Czasami do naszej modlitwy dołączają się również inne grupy – opowiada pani Renata.


Dużo bliżej miejsca zamieszkania pani Renaty znajduje się Sanktuarium Pasyjno-Maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej. – Do Kalwarii jeżdżę z rodziną. Zwłaszcza w okresie bożonarodzeniowym, jak jest tam taka piękna, żywa szopka ze zwierzętami. Ostatnio zabrałam ze sobą prawnuczkę, żeby jej to pokazać.


– Jak tylko mam okazję, to jeżdżę z przyjaciółką do Lichenia, do sanktuarium Matki Bożej. W Licheniu jest przepięknie.
Wyjazd trwa dwa dni i organizuje go prywatna osoba z sąsiedniej Białki.


– W 2000 roku, który był Rokiem Jubileuszowym, byłam w Rzymie, żeby przejść przez wszystkie Drzwi Święte –
wspomina pani Renata. I dodaje: – Byłam też w Ziemi Świętej, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jednak być tam na miejscu i widzieć jak ludzie są chrzczeni w Jordanie, czy być pod ścianą płaczu, to jest coś niesamowitego.


Oprac. Janusz Komenda

 


Listy od Przyjaciół
 
Listy

Szczęść Boże!

Cieszę się z każdej kampanii przeprowadzanej przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi. Myślę, że spotkania z wykładami dotyczącymi historii Polski pomogłyby wielu osobom, szczególnie młodym, zapoznać się z naszymi historycznymi dziejami. Życzę powodzenia w realizacji Waszej misji!

Ewa z Warszawy

 

 

Szanowni Państwo!

Uczestniczyć w Waszych kampaniach to tak, jakby komuś spadającemu podać rękę i zatrzymać go. Wasza działalność jest potrzebna wszystkim. Dlatego z radością pragnę udzielać Wam wsparcia!

Janina

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Ogromnie się cieszę, że Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi podjęło się opublikowania książki pt. „Proroctwa nie lekceważcie. Przepowiednie dla Polski”. Ta książka jest mi ogromnie bliska, ponieważ w niej zawarte są bardzo ważne chwytające za serce przekazy dotyczące przyszłości Polski – naszej Ojczyzny. Narodowi jest to bardzo potrzebne. To święta prawda, że jest to głośne wołanie o przebudzenie Polaków oraz refleksję nad przyszłością naszego kraju i całego świata. Skoro w taki sposób wyrażają Państwo swoje przywiązanie do naszej Ojczyzny, to jakże ja bym miała nie poprzeć tej inicjatywy? Przepięknie wybrzmiały te słowa Pana Prezesa prosto z serca. Serdecznie dziękuję za te budujące szczere słowa oraz za pakiet zawierający broszurę, a także piękny poświęcony przez kapłana obrazek z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej – naszej Hetmanki! Przesyłam pozdrowienia całemu Zespołowi Redaktorskiemu, który włożył tyle trudu w przygotowanie tej książki. Kieruję również pozdrowienia dla obecnych i przyszłych czytelników. Książka ta jest dla mnie bardzo pouczająca. I jestem przekonana, że dla katolików będzie jak balsam na zranione serce. Wierzę, że rozejdzie się, jak przysłowiowe „świeże bułeczki”. Pod warunkiem jednak, że trafi na prawdziwych katolików, a nie takich, którzy tylko takich udają – czyli „farbowańców”. Prawdziwy katolik jest gotowy poświęcić nawet życie dla swojej katolickiej Ojczyzny. Kończąc ten list życzę Panu Prezesowi i całemu Stowarzyszeniu powodzenia w tej jakże potrzebnej i wartościowej kampanii. Szczęść Wam Boże!

Apostołka Fatimy Janina z Łukowa

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Jestem wdzięczna za to, co robicie dla wszystkich Polaków. Dzięki Waszym kampaniom rośnie świadomość ludzi i ich refleksja nad swoim życiem, pogłębia się też wiara w Pana Boga. Dlatego wspieram Wasze akcje. Szczęść Boże!

Małgorzata z Zielonej Góry

 

 

Szczęść Boże!

Bogu dzięki, że jest Stowarzyszenie, które dba o dobro Polaków i Polski. Dziękuję osobiście i cieszę się, że jestem Waszym Przyjacielem.

Jan z Ustronia

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Zdecydowałem się być odbiorcą Waszego czasopisma Maryjnego. Muszę przyznać, że jest w nim wiele tekstów bardzo pożytecznych i mocno złączonych z tradycją Kościoła Katolickiego. Dla kapłana także jest wiele materiałów ubogacających. Piszę ten list, bo w 146. numerze „Przymierza z Maryją” (dział Strony Maryjne) na końcu pisma w ramach Sanktuariów Maryjnych został opublikowany tekst o Matce Bożej Skoszewskiej z mojego dekanatu brzezińskiego. Bardzo się ucieszyłem z publikacji tego artykułu. Serdecznie pozdrawiam całą Redakcję, życząc błogosławieństwa Bożego.

Ks. Krzysztof

 

 

Szanowny Panie Prezesie!

Bardzo dziękuję za to, że od roku 2018 miałam możliwość i zaszczyt uczestniczenia w Apostolacie Fatimy. Bardzo dziękuję za życzenia urodzinowe, za kalendarze, za wszelkie przesyłki i za Wasze wartościowe pisma. Dziękuję także za miłe i krzepiące słowa. Za Was wszystkich gorąco się modlę. Życzę błogosławieństwa Bożego i opieki Matuchny Fatimskiej. Bóg Wam zapłać!

Elżbieta

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szanowna Redakcjo, pragnę podzielić się moim świadectwem dotyczącym łask, jakie nasza kochana Matka Maryja wyjednała dla mojej cioci u swojego Syna. Moja ciocia cierpi na depresję. Lekarze nie potrafili jej pomóc, choroba trzymała ją w swoim uścisku bardzo mocno. Wtem przypomniałem sobie, że jest modlitwa „nie do odparcia”, czyli Nowenna Pompejańska. Chwyciłem się więc tej nowenny jako ostatniej deski ratunku, gdyż bardzo chciałem pomóc cioci. Zacząłem się modlić mając nadzieję na pomoc. Gdy kończyłem część dziękczynną, nie było żadnych rezultatów poprawy u cioci, jednak ostatniego dnia nowenny stał się cud. Odebrałem telefon, że ciocia już o wiele lepiej się czuje, a depresja przeszła jak ręką odjął. Wiem, że to nasza Najświętsza Matka wyjednała u swojego Syna tę łaskę zdrowia dla niej. Dodatkowo podczas nowenny uzyskałem niespodziewane łaski dla siebie, abym mógł bardziej uczciwie spojrzeć na swoje życie. Zapoczątkowałem proces zmian w moim życiu, które pozwoliłyby mi przybliżyć się bardziej do Pana Boga. Mam nadzieję, że nie zawrócę z tej drogi. (…) Dzięki Nowennie Pompejańskiej zobaczyłem, że można żyć inaczej oraz inaczej przeżywać swoją wiarę!

Właśnie zacząłem kolejną, trzecią nowennę w intencji rodziny mojego brata stryjecznego, która jest w rozsypce, a węzeł zła jest tak mocno zaciśnięty, że tylko Boża interwencja może tutaj pomóc. Wierzę jednak, że nasza kochana Matka wyjedna odpowiednie łaski dla tej rodziny. Nawet jeżeli od razu nie doświadczymy namacalnych cudów tej modlitwy, to Jezus Chrystus wie, jakie łaski na daną chwilę nam zsyła i możliwe, że poznamy je dopiero po tamtej stronie. Dlatego warto odmawiać święty Różaniec, o czym sam się przekonałem. Z Panem Bogiem!

Paweł